Opinia 1
O fakcie istnienia bohatera dzisiejszego spotkania, choć bardziej poprawną formą byłoby wymienienie jego wytwórcy, wiedzieliśmy od dawna. Bowiem podczas high end-owych, corocznych pielgrzymek do Monachium a od zeszłej edycji już do Wiednia, co nieco w oko zawsze wpadło i pamięci zostało. Dlatego też tak optycznie, jak i poniekąd sonicznie z reprezentowaną przez Amerykanów z Playback Designs estetyką jesteśmy jako/tako obeznani. Co bynajmniej nie umniejsza ekscytacji związanej z faktem, iż wreszcie ów byt zyskał oficjalnego nadwiślańskiego reprezentanta w postaci stołecznego Hi-Fi Clubu a tym samym i my nie musząc silić się na najprzeróżniejsze kombinacje alpejskie możemy na spokojnie pochylić się i przysłuchać we własnych systemach cóż takiego ekipa z Alamo ma do zaproponowania. Dlatego też niepotrzebnie nie przedłużając wstępniaka serdecznie zapraszamy na spotkanie z niejako otwierającym ich portfolio transportem cyfrowym / streamerem Playback Designs MPS-X.
Nie da się ukryć, iż zarówno w swojej topowej serii Dream, jak i rezydującej oczko niżej – Edelweiss, której reprezentantem jest nasz dzisiejszy gość, Playback stawia na nad wyraz charakterystyczne i zarazem udane połączenie funkcjonalnego minimalizmu z nieco futurystyczną formą brył swoich korpusów. Ot, wykonane z precyzyjnie obrabianych aluminiowych płyt obudowy zdobią jedynie charakterystyczne czerwone wyświetlacze (liczba mnoga wcale nie jest przejęzyczeniem), o ile tego wymaga funkcja wąskie tacki transportów a całości dopełnia konsolopodobny design brył. I tak też jest w przypadku naszej „Szarotki alpejskiej” (Edelweiss), gdzie na zwężającym się ku dołowi i pochylonym do przodu „karbowanym” froncie znajdziemy jedynie jednowierszowy, czerwony wyświetlacz o dość umownej czytelności. Na jego, znaczy się frontu, górnej krawędzi dyskretnie przycupnęły trzy niewielkie przyciski umożliwiające podstawową obsługę a na płycie górnej centralnie umieszczono firmowy logotyp i biegnące wzdłuż boków zapewniające cyrkulację powietrza w trzewiach perforacje.
Zdecydowanie więcej dzieje się na zakrystii, gdzie do dyspozycji otrzymujemy nieco zaskakujący wachlarz wszelakiej maści przyłączy. I tak, patrząc od lewej mamy wyjście AES/EBU, port Ethernet, wejście USB dla pamięci masowych, wyjście koaksjalne, wejście USB-B do podłączenia np. komputera, we/wyjścia firmowej magistrali PLink oraz wejścia AES/EBU, koaksjalne i optyczne. Listę zamyka zintegrowane z włącznikiem głównym i komorą bezpieczników gniazdo zasilające IEC. I tu napotykamy na pewną ciekawostkę, bowiem, choć mamy do czynienia ze źródłem, a więc urządzeniem o dość skromnym apetycie energetycznym, to bezpieczniki (1,6A/250V) są dwa.
Wróćmy jednak do oferty interfejsów cyfrowych, bowiem jak łatwo można zauważyć Playback dość perfidnie uniemożliwia pełną integrację swojego źródła z tzw. „elementami obcymi”. O co chodzi? Oczywiście o brak wyjścia USB i choć producent solennie zapewnia, iż chociażby z racji pełnej separacji galwanicznej PLink oferuje „dramatyczną poprawę jakości dźwięku w porównaniu z USB” to niestety wypada nam jedynie wierzyć mu na słowo, gdyż takiego porównania sam nie umożliwia wyjścia USB nie aplikując a tym samym poniekąd skazując swych wiernych akolitów na wybór któregoś z własnych, wiadomy interfejs wspierających, przetworników. Nie wiem jak Państwo, ale ja na takie siłowe „profilowanie” nabywcy reaguję ciężką alergią, jak daleko nie szukając miało to miejsce w przypadku Apple, cierpliwie czekając aż ekipa z Cupertino przeprosi się z USB-C. Tzn., żeby sprawa była jasna – z MPS-X po klasycznych wyjściach AES/EBU i koaksjalnym otrzymamy sygnał max 192 kHz i DSD po DoP, ale jeśli zamarzą nam się gęstsze formaty, które tytułowy plikograj oczywiście obsługuje, to jesteśmy skazani na zakup firmowego przetwornika i spięcie ich po PLink-u (stosowny kabelek o dość mało audiofilskiej aparycji znajduje się na wyposażeniu).
Z racji nader ograniczonej klawiszologii, jaką oferuje jednostka centralna do jej obsługi przyda się tablet/smartfon ze stosowną aplikacją. I choć wydawać by się mogło, iż na tym pułapie jakościowo-cenowym a zarazem u producenta o takim – blisko dwudziestoletnim, stażu na rynku posiadanie w swym portfolio własnej apki jest czymś zupełnie oczywistym, to Playback okazuje się wyjątkiem potwierdzającym ową regułę, cedując ewentualne utyskiwania nad ergonomią i logika interfejsu na dostępna zarówno na Androida, jak i iOSa mconnect Control / mconnect Control HD. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, by sięgnąć po Roona i tym samym zapomnieć o temacie. Sytuację ratuje nieco fakt kompatybilności MPS-X z pilotami dołączanymi do jego rodzeństwa zarówno z linii Dream, jak i Edelweiss.
Wręcz obsesyjne dążenie do perfekcji, szczególnie jeśli chodzi o znienawidzony jitter widać nawet w takich pozornych drobiazgach jak zasilanie i generatorze zegara … wyświetlacza. Tak tak, w Playbackach nie dość, że wyświetlacze posiadają odrębne zasilanie, to jeszcze sterowane są zewnętrznym zegarem – tym samym co procesor sterujący, sygnałowy i wejścia cyfrowe. Powód? Poza ww. obsesją? Cóż, chociażby eliminacja zniekształceń intermodulacyjnych, które przy dwóch niezsynchronizowanych ze sobą zegarach były nieuniknione. Ponadto w MPS-X zaimplementowano autorską technologię PDFAS buforującą wszystkie wejścia cyfrowe i radykalnie redukującą jitter zegara. A co do wywołanego do tablicy zasilania, to w serii Edelweiss wykorzystano wyłącznie oktalowe układy liniowe „osiem w jednym”, składające się z układów równoległych w konfiguracji 4×2. Transformatory produkowane są na zamówienie Playback Designs i wyposażane w zintegrowany ekran z mu-metalu. Z kolei firmowy światłowodowy interfejs PLINK w obecnej w MPS-X odsłonie Sonoma zapewnia transfer do siostrzanego DAC-a do DSD 11,02 MHz, a więc znacząco wykracza poza zwykłego TosLinka, gdyż bazuje na zdecydowanie wyższej klasy przetworniku i oferuje, jak już zdążyłem wspomnieć o wiele niższy jitter.
A jak amerykańskie źródło wypada pod względem brzmieniowym? Cóż, nie wiem, czy to z racji podprogowych sugestii zebranych podczas lektury dołączonej do urządzenia materiałów, czy raczej skuteczności zaimplementowanych w jego trzewiach rozwiązań, ale już od pierwszych taktów zawartości drugiego krążka „Unzipped (Super Deluxe Edition)”, czyli de facto remasteru „Starkers in Tokyo” Whitesnake ostatnimi cechami, jakie można byłoby przypisać MPS-X-owi byłyby stereotypowa cyfrowość i analityczność. Ba, amerykański plikograj był wręcz ich zaprzeczeniem. Oferował bowiem urzekającą namacalność, obecność muzyków w wiernie oddanej kubaturze i akustyce tokijskiego Toshiba EMI #3 Studio a jednocześnie szalenie daleki był od epatowania ostrością krawędzi, czy też nachalnością prezentacji. Głos Coverdale’a jest głęboki, aksamitny i bezczelnie uwodzicielski, w dodatku doskonale słychać, że artysta mając tego świadomość nie zamierza ze swych atutów nie korzystać, co też perfidnie czyni operując pełnią jego, znaczy się głosu, skali. Podobnie zjawiskowo materializuje się gitara (elektroakustyczny Ovation – prawdopodobnie model 1869 Custom Legend) Vandenberga o niezwykle „nośnym” brzmieniu, które z niezwykłą swobodą eksplorowało „japońskie zakamarki”. To był tak oczywisty realizm, że momentalnie z trybu analizy słuchacz przełączał się w tryb absorpcji i czynnego uczestnictwa w wydarzeniu. Magia? Bynajmniej, po prostu dostarczenie materiału muzycznego w możliwie nieskażonej postaci uzmysławiającej i unauszniającej jak bolesną degradację wprowadzają cyfrowe „zanieczyszczenia” i ile tracimy obcując z tak zainfekowanym materiałem. Idźmy jednak dalej, bo to zaledwie początek zabawy.
Pytanie co ze zdecydowanie mniej cywilizowanymi dźwiękami w stylu „Into Oblivion” Lamb of God? Cóż, doskonale zdając sobie sprawę, iż niezwykle trudno takowe kanonady i iście potępieńcze wrzaski rozpatrywać w stricte audiofilskich kategoriach pozwoliłem tak sobie, jak i Playbackowi na pewną akomodację i dopiero wtedy do dobiegających mych uszu pozornie kakofonicznych ekstremów podszedłem krytycznie. I … wyszło szydło z worka. Okazało się, iż MPS-X nawet z ww. łomotu starał się wycisnąć jak najwięcej „analogowej” koherencji i momentami wręcz piękna, co z jednej strony wyraźnie kłóciło się z natywną estetyką repertuaru, lecz z drugiej na tyle skutecznie go cywilizowało, że nawet jednostki nieobyte z tego typu twórczością same z siebie przyznawały, iż wyraźnie wzrosła jej, owej twórczości „słuchalność”. Intensywniej drążąc temat i dokonując stosownych porównań przyczyn takiego postrzegania zacząłem upatrywać w pewnej, dyskretnej obłości i mięsistości konturów kreślonych przez amerykański transport, przez co nawet brutalne kanonady perkusji i wściekle poszarpane riffy zamiast boleśnie kąsać skołatane nerwy jedynie budowały oczekiwany klimat grozy. Ponadto nie było w nim za grosz szpitalnego, czy wręcz prosektoryjnego chłodu a wszelaka szklistość i brzękliwość ewoluowały w kierunku ich bardziej krystalicznych i nieco oprószonych złotem ekwiwalentów. Odejście od wzorca? Nie przeczę, ale za to z jak wyraźnym wskazaniem na eufonię.
A skoro o eufonii mowa, to na playliście musiało wylądować wydawnictwo „La finestra di Puccini” Michela Godarda i Danilo Rea, którzy w niezwykle kameralnej i zarazem minimalistycznej formie zaprezentowali dzieła Pucciniego w jazzowej odsłonie. Tutaj nie ma pośpiechu, nie ma parcia na szkło i udowadniania własnej wirtuozerii. Jest za to spokój, gra ciszą oraz przede wszystkim przesiąknięty nieśpiesznością muzyczny dialog. I MPS-X nas przez tę opowieść prowadzi, co chwilę się zatrzymując by zwrócić naszą uwagę na „analogowość barw”, dźwięczność fortepianu, „ciepło” tuby basowej i serpentu, czy naturalność brył źródeł pozornych i obecne między muzykami flow. I co najważniejsze to wszystko bez nawet nieśmiałej próby analizy i rozbijania każdego dźwięku na atomy. Tutaj najważniejsza jest muzyka. Niby banał, ale jak dowodzi praktyka wcale nie taki, nawet w High-Endzie, oczywisty.
W ramach podsumowania pozwolę sobie określić, czy też zdefiniować transport Playback Designs MPS-X jako na wskroś „melomańską” propozycję dla wszystkich miłośników wyrafinowanych dźwięków. Nie goni za hiper-rozdzielczością, nie oszałamia miriadami informacji, lecz właśnie skupia się a tym samym naszą uwagę na muzyce samemu usuwając się w cień. Jeśli tego typu prezentacja trafia w Państwa gusta, to szanse na długie „gniazdowanie” w Waszym systemie Playback ma niejako zagwarantowane. Zasadnym wydaje się tylko pytanie, co będzie, jeśli do kompletu dobierzemy firmowy przetwornik i wykorzystamy pełen drzemiący w transporcie potencjał spinając oba urządzenia PLinkiem …
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame; TIGLON TPL-3000L-WT (White Tiger)
– Akcesoria: Omicron X1 Top Harmonix Stabilizer
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Zapewne nikt nie zaprzeczy, iż obecnie nastały dla nas piękne czasy. I nie mam tutaj na myśli ogólnego spojrzenia na życie, co jest oczywistą oczywistością, tyko będące odskocznią od dnia codziennego uprawiane przez nas hobby, jakim jest spędzanie czasu przy muzyce w maksymalnie najlepszej jakości odtworzenia. Oczywiście owo twierdzenie opieram na konsekwentnym rozbudowywaniu się oferty rynkowej poszukiwanych zabawek audio. I nawet nie w kontekście spadku cen (choć niestety to rzadkość) będącego pokłosiem bezliku towaru na rynku, tylko zwiększenia różnorodności brzmieniowej dostępnych urządzeń. Wiadomym jest przecież, że co osobnik, to inny wzorzec lub potrzeby w kwestii jakości brzmienia swojej konfiguracji, dlatego fajnie jest, gdy ma się do wyboru szeroki wachlarz konstrukcji. I ostatnio ów wybór powiększył nowy podmiot ze Stanów Zjednoczonych. Marka mająca gigantyczny udział w podwalinach powstania zaawansowanych układów logicznych (asynchroniczne konwertery i filtry cyfrowe) pozwalających zapisać i odtworzyć muzykę w formie cyfrowej. Chodzi o niedawno wziętego w dystrybucję przez warszawski Hi-Fi Club producenta Playback Designs, z portfolio, którego na redakcyjny tapet trafił streamer MPS-X.
Nasz bohater w kwestii obudowy może pochwalić się dość ciekawą bryłą. Mowa o sporej wielkości, jak na takie urządzenie, płaskim, płynnie zwiększającym swoje gabaryty ku górze, na bokach ozdobionym przyjemnymi dla oka poprzecznymi podfrezowaniami prostopadłościanie. Jeśli chodzi o jego wyposażenie, na awersie znajdziemy dość wąski, za to czytelny, mieniący się krwistą czerwienią wyświetlacz. Na górnej połaci z prawej strony widzimy trzy guziki nawigujące po menu urządzenia. Tuż przy bocznych ściankach orientowano po dwa na stronę bloki otworów wentylujących trzewia. Zaś tylna ścianka oferuje bogactwo przyłączy pozwalających streamerowi odnaleźć się w każdym systemie, w skład których wchodzą pozwalające dodatkowo maksymalnie wykorzystać wewnętrzny przetwornik D/A wejścia i wyjścia cyfrowe – COAX, USB, LAN, AES/EBU. Całość oferty awersu wieńczy zintegrowane z głównym włącznikiem gniazdo zasilania IEC.
Jak zabrzmiał rzeczony streamer? Nie będę specjalnie kluczył, tylko oznajmię prosto z mostu, Playback Designs MPS-X to oaza muzykalności. Mocna esencjonalność prezentacji, ale też dobre akcentowanie krawędzi kreujących źródła pozorne sprawiały, że po włączeniu urządzenia i w dobrym znaczeniu słowa „nie daj Boże” puszczeniu ulubionej muzyki nie chciało się przerywać odsłuchu. Po prostu nie to, że czarowała, ona bezwiednie wciągała mnie w swoją opowieść dosłownie i w przenośni na przysłowiowego maxa. Dawno nie słyszałem urządzenia stremującego muzykę aż tak angażującymi wspomnianymi cechami. Co prawda z poczciwym CD miałem kilka fajnych epizodów, jednak z dawcą sygnału na bazie plików podobne „wyskoki” to rzadkość, gdyż bardziej hołubiły wyrazistość, niestety kosztem muzykalności. Playback w sobie tylko znany sposób fajnie połączył obie cechy dobrej jakości słuchanej muzyki, co nie tylko od pierwszych chwil z nim słychać, ale także po zrozumieniu owego sposobu projekcji nas zniewala. Naturalnie takie postawienie sprawy ma też swoje drobne konsekwencje. Mam na myśli nieco grubszą kreskę rysującą wirtualne byty na scenie, ale co ciekawe, niepowodującą szkodliwej utraty ataku oraz fajnie wyczuwalnego zwarcia w sobie dobrze osadzonej w masie energii. Ot, dostajemy mniej określony w domenie krawędzi, ale nadal zwarty, dzięki temu pozwalający utrzymać stosowny rytm każdej muzyki impuls. Ale żebyśmy się dobrze zrozumieli, dla mnie przy takim nasyceniu i dzięki temu nadawaniu procesowi obcowania z ulubionym materiałem tak zjawiskowej namacalności to żaden problem. Raczej określiłbym to raczej bez jakiegokolwiek problemu przyjmowanymi na klatę skutkami projektowania urządzenia stawiającego wielki nacisk na płynność i przyjazność dla ludzkiego ucha wizualizowania muzycznego świata. Świata, który w każdym rodzaju twórczości miał swoje pozytywne skutki. Skutki z założenia stroniące od wyczynowości prezentacji na rzecz zbliżania słuchacza do sedna przekazu zawartego w danym materiale. Efekt takich preferencji był na tyle udany, że mimo lekkiego uśredniania pakietu informacji – przypominam, iż to konstrukcja z dołu cennika, dlatego z automatu jest obciążona skutkami wdrożonych w życie kompromisów spowodowanych zmieszczeniem się z cenę w pułapie dla tak zwanego zwykłego Kowalskiego, czy to rock, czy jazz, czy muzyka klasyczna brzmiały niezwykle intrygująco, bo od pierwszych akordów bezwiednie angażująco.
Jeśli chodzi o coś mocniejszego, nie szukałem jakiegoś killera, bo przecież nie o to w moim działaniu chodzi. Chodzi raczej o pokazanie, jak wypada dany produkt z lubianą przez Was muzyką, w roli której tym razem wystąpiła formacja Radiohead z płytą „In Rainbows”. To muzyka żywa i naszpikowana mocnymi uderzeniami energii oraz zmianami agresji brzmienia. I co w tym było najciekawsze, to nie fakt zapewnienia jej dobrego nasycenia i dzięki temu stosownej dawki kontrolowanej krągłości oraz ludzkiej twarzy, bo to było w DNA brzmienia testowanego streamera, lecz raczej zaskakującym utrzymaniu tempa – nierzadko stawiającego nie lada wyzwanie systemowi – akcentowaniu zwartych i szybkich swoistych uderzeń dźwiękiem. Naturalnie piję do wspomnianego lekkiego rozmycia krawędzi dźwięków, co z jakiś powodów tutaj nie miało złego wpływu na odpowiednie oddanie ducha buntu zawartego w tej muzie.
W przypadku jazowych impresji natomiast pozytywnie poruszyło mnie coś innego. Oczywiście nie utrzymywanie szaleńczego tempa, bo akurat nie wziąłem do ręki odmiany free, tylko popisy Leszka Możdżera w trio na płycie „Live”. Chodziło bardziej o zapewnienie pojedynczym nutom zaskakującej czystości i długości wybrzmiewania, mimo przecież jak wspomniałem nadawania muzyce solidnej wagi, aby maksymalnie otulała nas swoim pięknem. Tymczasem owszem, ze swojego źródła uzyskuję większą lotność przywołanych jednodźwiękowych bytów, jednak w tym przypadku kolejny raz okazało się, iż dobrze zaaplikowana dawka wagi potrafi nadać im zaskakująco dużą esencjonalność, ale nie zabić przy okazji ich dźwięczności. Jak to się udało, nie wiem. Wiem jednak, że w tym temacie było po prostu dobrze.
Gdzie widziałbym tytułowy streamer? Jak wynika z powyższego opisu, mamy do czynienia z dobrze rozumianym killerem w nadawaniu muzyce płynności i namacalności. To natomiast sprawia, że pierwszymi zainteresowanymi powinni być melomani poszukujący solidnej dawki fajnie wdrożonej w życie masy dźwięku. To tak naprawdę będzie dla nich nie tylko ewidentny ratunek, ale wręcz pokazanie, gdzie dany materiał ma swój intymny punkt „G”. Czy to jedyna grypa docelowa? Bynajmniej, bowiem w moim odczuciu jedynie stroniącymi od takiej estetyki poszukiwacze szybkości i agresywności ataku ponad wszystko mogą temat odpuścić, czego niestety Playback Designs MPS-X z uwagi na całkowicie inną koncepcje podczas projektowania im nie zapewni. Na szczęście owi panowie lub panie są ewidentnym marginesem populacji muzycznych freaków, dlatego tak naprawdę każdy powinien posmakować pomysłu na muzykę według tytułowego Amerykanina. Zapewniam, bezapelacyjnie warto.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME, Dyrholm Audio Nexus
– kabel USB: ZenSati Silenzio, Dyrholm Audio Nexus
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: Hi-Fi Club
Producent: Playback Designs
Cena: 56 500 PLN
Dane techniczne
Wejścia cyfrowe: USB AUDIO (PCM do 384 kHz, DSD do 11,2 MHz); AES/EBU, Coax (PCM do 192 kHz, DSD przez DoP); TosLink (PCM do 96 kHz); PLINK
Wyjścia cyfrowe: PLINK (światłowód ST-ST); AES/EBU (PCM do 192 kHz, DSD przez DoP); Coax (PCM do 192 kHz, DSD przez DoP)
Komunikacja: USB Memory; Ethernet (RF45)
Obsługiwane formaty dźwięku:
– PCM: AVE, WMA, FLAC, AAC, AIFF, Apple Lossless, MP3 max 384 kHz
– DSD: DSF, DFF max. 11,2 MHz
Obsługiwane serwisy streamingowe: Tidal, Qobuz, Deezer, vTuner
Obsługiwane protokoły sieciowe: DLNA, UPnP, Roon
Wymiary (S x W x G): 44 x 11 x 43 cm
Waga: 9 kg