No dobrze, kurz po ostatniej, czyli 27 edycji warszawskiej wystawy Audio Video Show 2025 powoli zaczyna opadać, zatem przyszedł czas na moje niezobowiązujące trzy grosze na jej temat. Jak zwykle tradycyjnie piszę z lekkim poślizgiem, gdyż jak zawsze chcę nabrać do całego przedsięwzięcia odpowiedniego dystansu i znaleźć pomysł na swój monolog. Jaki jest wynik tej planowanej obsuwy? Otóż wykluły się dwie kwestie. Pierwsza to opiniowanie. Jak zwykle kolejny raz przekonałem się, że po takiej imprezie Internet aż huczy od samozachwytów wygłoszonych przez sporą część z prawie 230 wystawców oraz wielu pochwał przemieszanych z niezadowoleniem będących głosem także sporej grupy spośród prawie 15 tys. rzeszy melomanów odwiedzających targi. To oczywiście całkowicie zrozumiały standard, gdyż każdy z nas ma inny próg oceniania jakości dźwięku o osobistych, często brutalnie wypaczonych upodobaniach nie wspominając. A że żyjemy w wolnym kraju i każdy ma prawo do swoich wniosków oraz co istotne, ich głośnego wyartykułowania, trzeba wziąć to na klatę i szlus, co bez najmniejszego problemu zrobiłem. I gdy wydawałoby się, że na tym problem wyrażania własnych opinii można zakończyć, w mojej opinii – choć prawdopodobnie nie tylko – w tym roku niepokojącego rozmiaru nabrała inna kwestia. Pewnie wielu z Was nawet tego nie zauważyło, bo przyszliście posłuchać zestawów, a nie przygotować relację z opisywanego przedsięwzięcia, ale po latach zasłaniania urządzeń małymi i zazwyczaj nieszkodliwymi tabliczkami przez jednego z moich pobratymców z branży, w tym roku ten proceder nabrał dramatycznego rozmachu. Otóż grono z jednego zaznaczającego swój teren stosownymi, mającymi chwycić słuchaczy za oko emblematami kolegi nie dość, że skokowo wzrosła do dwóch, to jeszcze przybrała dramatycznie gargantuiczne rozmiary. O co biega? Już tłumaczę. Jednemu skończyły się palce do sygnowania liniami papilarnymi swoich sprzętowych rekomendacji i w tym roku postawił na rozdawanie sporej wielkości rozciągniętych na blejtramie impresjami na temat swoich „rodowych” – czytaj firmowych – emblematów. Natomiast drugi w celu uhonorowania redakcyjnych wyborów wykorzystał kształt pojedynczego instrumentu z rozbudowanej sekcji biblijnych trąb jerychońskich. A że tamte mając burzyć mury musiały być wielkie, to naturalną koleją rzeczy te rozdawane w sobotę na AVS 2025 także rozmiarowo mocno nawiązywały do rozmiarówki XXL skutecznie zakłócając będący dziełem designerów pokaz spójności brzmienia systemu z jego zazwyczaj znakomitą aparycją. To zaś spowodowało, że gdy suma summarum niegroźne wizerunkowo „akwarele” w tym roku puszczałem mimo oka, to przerośnięty „dęciak” skutecznie zniechęcał mnie do zabierania głosu na temat danego zestawu. Ale żeby nie było, rozumiem zachwyt wystawców, bo każda nagroda to zawsze łapiące potencjalnych nabywców za oko wyróżnienie, tylko proszę potem nie mieć pretensji, że system choćby najlepszy, z jakichś, dla wielu prawdopodobnie niezrozumiałych powodów nie został po raz kolejny przez kogoś pochwalony. Tym bardziej, jeśli trofeum nie koreluje estetycznie z prezentowanym systemem. Tyle w kwestii opinii i ich postrzegania. Zanim jednak przejdziemy do głównego tematu, jaki ma przyświecać mojemu opisowi, kilka pochwał dla organizatora. Po pierwsze fajnie, że zdobył kilka dodatkowych wielkich sal do prezentowania systemów z puli ekstremalnego High End-u – przypominam, że obecnie z High End-em utożsamiają się producenci do niedawna sprzętu z segmentu Hi-Fi, dlatego extra-klasa stworzyła wyższy szczebel wtajemniczenia ;-). Po drugie szacunek za utrzymanie autobusów krążących pomiędzy wystawowymi hotelami – monachijska wystawa (za rok wiedeńska) po pandemii rozdaje obecnie jedynie bilety na komunikację miejską i to tylko w centrum oraz przy zatwierdzonej akredytacji. A po trzecie, znając temat z kuluarowych rozmów nie tylko pochwalam, ale także kibicuję podjęciu próby przedłużenia wystawy o jeden dzień. To oczywiście wiąże się z dodatkowymi kosztami, ale jeśli się nie rozwijasz, to stoisz w miejscu, co może sprawić, że konkurencja cię wyprzedzi i trzeba próbować działać. Jednak, jeśli to by wypaliło, myślę, że nie tylko moim, ale także Waszym oraz wielu światowych bywalców warszawskiej imprezy zdaniem, bez problemu wyprzedzilibyśmy Niemców – za rok Austriaków, bo jak wspomniałem wystawa z Monachium ląduje w Wiedniu. I nie piszę tego w imię bardzo popularnej w naszym kraju wendetty, tylko z uwagi na marzenie udowodnienia światu, iż Polska po rozdającymi karty Stanami Zjednoczonymi, jest krajem takiego samego formatu w dziedzinie audio w Europie. Bajdurzę? Być może, jednak mam nadzieję, że w niedługim czasie taki scenariusz się ziści.
Ok, kilka słów wstępu za nami, zatem czas na odkrycie kart. Oczywiście chodzi o zdradzenie motywu kierującego moimi wyborami w kwestii zabrania głosu o danym zestawie. I być może się zdziwicie, ale nie będzie to chęć opisania brzmienia. Owszem, kilka słów o tym również się pojawi, jednak bardziej chciałem przedstawić impuls kierujący mną w jego kierunku. Czasem będzie to znajomość wystawcy i chęć sprawdzenia jak dany pacjent poradził sobie z wystawowymi przeciwnościami losu. Innym razem sam na co dzień wykorzystując rozbudowany i wielki gabarytowo system nie mogłem odpuścić prezentacji zestawów zbudowanych na tę imprezę w podobnym duchu. A jeszcze innym zwykłe polecenie posłuchania, bo warto lub wręcz prośba spotkanego na targach znajomego. Jak widać, tematyka impulsów nakazujących mi udać się do danego pomieszczenia była, że tak powiem, od Sasa do Lasa. Dlatego też, jeśli nastawiacie się na analityczne rozbieranie dźwięku na poszczególne składowe, już teraz możecie włączyć swój ulubiony serial „M jak miłość”. Jednakże w przypadku chęci poznania tej wystawy od strony moich osobistych kuluarów, ale z zaznaczeniem zderzenia się z bardzo lightowym podejściem do tematu, zainteresowanych zapraszam do zapoznania się z kilkoma poniższymi akapitami okraszonymi krótką serią zdjęć. Od „profesjonalnych” ocen dosłownie każdej wystawowej konfiguracji Internet się wręcz ugina, dlatego w temacie ocen będę oszczędny. Za to w zamian w znacznie większym stopniu postaram się przywołać kilka związanych z tą imprezą, fajnych dla mnie i prawdopodobnie ciekawych dla Was epizodów. Jakich? To już okaże się podczas lektury poniższego monologu. Monologu, który oczywiście od strony powiedzenia realnej prawdy jest obciążony wieloma problemami od warunków odsłuchowych oraz prezentowanego materiału, dlatego potencjalnych niezadowolonych już teraz uczulam, aby nie brać moich wypowiedzi zero-jedynkowo, tylko jak co roku nałożyć na nie odpowiedni filtr, a wszyscy z pewnością będziemy ukontentowani. Czytelnicy z racji poznania tematu od podszewki, wystawcy z racji pojawienia się w tekście – przecież nie jest ważne jak o nas się mówi, ważne, że w ogóle, a ja dając upust zdiagnozowanemu przez moją żonę syndromu ADHD.
1. ZenSati, Lorenzo
Nie oszukujmy się, u zaproszonych przez polskiego opiekuna Audiotite Duńczyków jak zwykle na bogato. Tym razem w pokazaniu flagowej serii pomagał im producent równie zjawiskowych wizualnie kolumn z Hiszpanii – Lorenzo Audio Lab. I dobrze, gdyż moim zdaniem obydwa podmioty tak pod względem designu, jak i brzmienia idealnie się uzupełniały. A wiem to z autopsji, gdyż miałem u siebie bardzo podobny zestaw okablowania serii #X Zensati i wiem co potrafią. A potrafią wiele, co pokazała w tym roku prezentowana konfiguracja. Co mam na myśli? Chodzi o moje podejście do kolumn z hornem w roli falowodu dla jakiegokolwiek przetwornika. Owszem, jestem w stanie takiej konstrukcji jakiś czas z przyjemnością posłuchać. Ba, nawet zrozumieć chęć obcowania z tym przez wielu moich znajomych prze długie lata. Ale ich bezpośredniość prezentacji sprawia, że abym nie zaliczył bolesnego wkładania głowy do przysłowiowego wiadra, musi to być najwyższych lotów majstersztyk projektowy i konfiguracyjny. Nic, nawet na moment nie może wyskoczyć przed szereg lub odskoczyć na bok. I taki stan moim zdaniem dzięki duńskim kablom wespół z hiszpańskimi kolumnami udało się uzyskać podczas tej wystawy. Dla mnie osobiście ten set wypadał znacznie lepiej od zestawu #X-ów z innymi zespołami głośnikowymi na wystawie w Monachium. Przekaz był bardziej spójny i pełen nieposkromionej energii oraz ekspresji, co było ewidentnie lepsze niż w maju w Niemczech. Tam kolumny oparte były o serię małych przetworników, co z naturalnych względów miało swoje wady. Tutaj zaś wielkie membrany całkowicie odmiennie kreowały wydarzenia sceniczne. Owszem, na tle tamtej odsłony ze zwykłymi zespołami głośnikowymi – model znajdziecie w stosownej relacji – produkt Lorenzo trącał megafonem, ale jedynie jako drobiazgowe ogniskowanie scenicznych bytów oraz w służbie utrzymania dźwięku na poziomie ciekawej nieobliczalności. Czy mógłbym żyć z tym na co dzień, nie wiem. Wiem jednak, iż ten pokój był jednym z niewielu, w których tubowe kolumny raczej zachęcały, a nie zniechęcały mnie do słuchania muzyki. I nawet nie będę już teraz tego udowadniał, gdyż tę tezę automatycznie obronię podczas opisywania innego pokoju z tubami. Podsumowując tę wizytę powiem tylko, pokaz na tyle mnie zaintrygował, że mimo obecnego braku przekonania do ewentualnego ostatecznego wyboru tego typu kolumn dla siebie, podczas kuluarowych rozmów z rodzimym dystrybutorem ZenSati mocno optowałem za zastanowieniem się przez niego nad opieką nad marką Lorenzo. Spokojnie, niekoniecznie polegającej na ściągnięciu ich flagowych konstrukcji, bo na nie nie wystarczy nawet sprzedaż zdrowej nerki, ale choćby niższych modeli, z których jeden mniejszy jest identyczny od strony konstrukcyjnej i aparycyjnej. Jest po prostu mniejszy, zatem przystępniejszy cenowo, co daje szansę nabycia fajnego brzmienia w fajnym wykończeniu znacznie większej liczbie pozytywnie zakręconych, co istotne tubowych audiomaniaków. Jak to się skończy, oczywiście pokaże czas. Wieńcząc ten akapit wspomnę jeszcze, iż tendencyjnie w opisie pominąłem mającą wiele do powiedzenia elektronikę. Nie była już tak porażająco ładna i jak wynika z pomijającego ją banera za systemem, okazała się jedynie cichym bohaterem, co z automatu spowodowało li tylko zdawkowe wspomnienie o niej.
2. AudioSolutions, Rockna, Van Den Hul, Solid Tech
Nie wiem, czy poznajecie, a jak nie, to Wam wyjaśnie, iż ten pokój to kooperacja dwóch dystrybutorów. Obecnie stacjonującego w Gdańsku, niedawno opisywanego przez nas w po-przeprowadzkowej relacji Premium Sound oraz sąsiada kargulowo-pawlakowej sagi kota z Łodzi – Szymański Audio. Co mogę powiedzieć o tej konfiguracji? Przyznam, iż pierwsza myśl oscylowała wokół określenia tego jako czyste szaleństwo. Naturalnie piję do ogólnej łatki przyklejonej okablowaniu z Niderlandów w rozumieniu ogólnego uspokajacza przekazu. Na szczęście w oparciu nie tylko o to co usłyszałem tego dnia, ale także osobiste doświadczenia trwało dosłownie sekundę. Powód? Otóż podczas przeprowadzonego u siebie testu tak kompletu kabli, jak i elektroniki okazało się, że te dwa działy produkcyjne znakomicie się uzupełniają. Jest oddech, swoboda i energia, co dawne opinie siłowego zagęszczacza muzyki spycha w niebyt. Taki stan sprawia, że do pełni szczęścia po prostu wystarczy temu tandemowi zapewnić do współpracy odpowiednie kolumny oraz źródło i mamy gotowy przepis na sukces. I taki był od pierwszego kontaktu z tym setem w piątkowy poranek, co w kolejnych godzinach rozgrzewających całość tylko pozytywnie ewaluowało. Dla mnie pierwsze skrzypce grał dolny zakres. Twardy, krótki, nieco tępy – w rozumieniu braku gumowatości i rozlewania się, dzięki czemu reszta w postaci gęstego środka i otwartych, co ważne nie zduszonych nadmierną plastyką wysokich tonów miała tylko z górki. Może nie był to dźwięk wystawy, ale jeśli ktoś przed imprezą powiedziałby mi, że planuje takie konfiguracyjne szaleństwo, z politowaniem popukałbym się w głowę. Tymczasem od przysłowiowego strzału było ok. A zapewniam, na tle pierwszych kontaktów z sąsiadującymi zestawami było to prawie nieosiągalne. A zapewne udało się skonfigurować coś ciekawego, gdyż nie zapomniano o dobrej stabilizacji elektroniki na dedykowanych stolikach szwedzkiego specjalisty Solid Tech i zadbano o zjawiskowo wyglądającą, w odpowiednim miejscu zaaplikowaną adaptację akustyczną polskiej manufaktury Form At Wood.
3. Wilson Audio, dCS, D’Agostino
Odczuwaliście to samo co ja po wejściu do tej sali Audiofastu? Spójrzcie tylko na tę konfigurację. Toż to jawne proszenie się o problemy. Bezlitosny w pokazywaniu wszystkiego palcem dCS – wiem, bo miałem, wspierany przez bezkompromisowego D’Agostino i „grające papierem” Wilson Audio – gościłem na testach dwa oczka niższy model – aż krzyczały, że w przypadku najdrobniejszego potknięcia w doborze okablowania w sekundę wygonią z pokoju nawet największego fana wspomnianych marek. Ale tylko w przypadku zaliczenia wspomnianego potknięcia. Jeśli jednak ktoś zna meandry wymagań tego typu konstrukcji, dobrze potraktowany temat drobiazgowego doboru najdrobniejszych elementów toru bez problemu zapewni pozytywny wynik. I taki dla mnie był w tym roku. Powiem więcej, był lepszy niż zeszłoroczny pokaz. Pokaz, który mimo, że miał wielu zwolenników, jednak mnie coś w nim nie do końca satysfakcjonowało. I to bez względu na wykorzystanie modułów basowych, których w tym roku nie było. Teraz dobrano w innym duchu współpracujący z Wilsonami system, co w moim odczuciu dało pozytywniejszy wydźwięk w postaci wiekszej ilości i jakości energii oraz ogólnej plastyki przekazu. Rok wcześniej obierałem muzykę jak lekko osuszoną, natomiast teraz znacznie barwniejszą. Na tyle, że przyjemnie brzmiącą nawet podczas wysokich poziomów głośności, co jak można się domyślić, było jednym z ważniejszych przesłanek kilkukrotnie kierujących moje kroki do tego wystawcy. Być. może taki odbiór poprzedniej wystawy z Wilson Audio w roli zespołów głośnikowych był spowodowany znacznie soczystszym brzmieniem wówczas przez ścianę prezentowanego systemu Magico wespół z produktami Pilium, ale fakt jest faktem, że wtedy być może krzywdząco, ale takie wysnułem wnioski. Abstrahując jednak od wszystkiego fajnie, że tym razem już się nie zawiodłem, bo mając świadomość wymagań wybitnych konstrukcji w kwestii idealnej konfiguracji wiem, iż poradzenie sobie z nimi nie jest takie oczywiste.
4. Gryphon
Powody kolejnej wizyty w okowach łódzkiego Audiofastu były dwa. Pierwszy to być może ostatnie spotkanie z flagowymi kolumnami Kodo używanej na co dzień przeze mnie marki Gryphon. W czym problem? Otóż chodzi o dramatyczne koszty. I wcale nie walutowe. Z rozmowy kuluarowej wiem, iż z uwagi na wkładany w złożenie czteroczęściowego zestawu w jedną całość wysiłek jest na tyle skomplikowany technicznie i przez to wyczerpujący, że nie ma bata, by dystrybutor kolejny raz raczej na ich prezentację sam z siebie się zdecydował. Trochę szkoda, jednakże znając podobny temat ze swojego podwórka jak nie raz i nie dwa przeżyłem tego rodzaju psychiczną i wysiłkową rzeź, dlatego go całkowicie rozumiem. A gdy wiedziałem o takim postawieniu sprawy, nie mogłem przegapić być może ostatniego mgnienia Gryphon-owej jesiennej aury sonicznej. Jeśli chodzi zaś o drugi powód, była nim chęć wstępnego zapoznania się z nowością w ofercie Duńczyków w postaci niedawno powołanych do życia monofonicznych końcówek Gryphon Antileon z dopiskiem Revelation. Źródło w postaci Ethosa i przedwzmacniacza liniowego Commander mam prywatne, zatem chyba nikogo nie dziwi fakt zaciekawienia jedynie sposobem na muzykę w wersji nowych Antileonów wespół z Kodo. Jak wypadła całość? Powiem tak, z rozmachem, energią i swobodą, ale nieco ciemnawo. System grał jakby mrocznie i mocno w domenie esencjonalności – przynajmniej podczas moich wizyt, co sprawiało wrażenie grania w estetyce smooth. Niby lubię ten sposób podania muzyki, jednak czasem było zbyt lepko. Na szczęście nie brakowało rozmachu, co dodawało muzyce skrzydeł. Jednak gdybym miał porównać ten występ do tego sprzed lat, gdzie wzmocnieniem zajmowała się elektronika spod znaku Mephisto, osobiście bliższa jest mi tamta prezentacja. Jak zatem widać, co impreza, to zazwyczaj nieco inny wynik dźwiękowy nawet najbardziej pieczołowicie dopieszczonych zestawów. I nie ma znaczenia, jak mocno się będziemy starać, gdyż to często nie jest wynik głównych, a tych mniejszych wyborów. W tym przypadku pewnie była to – choć mocno gdybam – kwestia innej sekcji wzmacniającej i być może okablowania, co spowodowało zmianę priorytetów prezentacji. Jednak najważniejsze w tym wszystkim było to, że tegoroczny pokaz nie był zły – co to to nie, bo gdybym dostał propozycję postawienia tego seta u siebie na stałe, tylko kubatura posiadanego pokoju byłaby pewnego rodzaju li tylko techniczną blokadą podjęcia decyzji – tylko przy zachowaniu swobody przepompowywania bliźniaczo ogromnych do poprzedniego występu ilości powietrza stawiający na inne akcenty brzmieniowe. Być może dla mnie mniej atrakcyjne, ale podczas wystawy słyszałem wiele głosów o przewadze tej konfiguracji nad tą sprzed lat. I weź tu człowieku dogódź audiofilowi.
5. Karan, Rockport, VPI
Zabranie głosu w przypadku tego pokazu HiFi Club-u było finałem zaliczenia naprawdę bardzo dużego pozytywnego zaskoczenia, bowiem na tle zeszłego roku muzyka znacząco nabrała rumieńców. Podobnie jak wówczas źródłem był gramofon VPI, jednak tym razem zniknęła surowość i pewnego rodzaju kwadratura prezentacji. Pojawiła się za to przyjemnie brzmiąca muzyka. Soczystsza i mniej spięta w sobie, dlatego bardziej lotna i przez to zachęcająca do dłuższego odsłuchu. To zapewne nadal nie jest ostatnie słowo tej konfiguracji, gdyż na pełne rozwinięcie skrzydeł na sto procent nie pozwalały warunki lokalowe – to raz. A dwa – swoje przypuszczenia opieram na fakcie osobistego testowania u siebie sekcji wzmocnienia ze stajni Karan-a i wiedzy co potrafi. Dlatego bez obaw o podejrzenie naciągania faktów mogę powiedzieć, iż tym rozdaniu system mimo znacznie lepszego wyniku grał tak na jakieś 60-70 procent swoich możliwości. Trochę szkoda, że warunki tego typu wydarzeń tak mocno degradują wieloletnią pracę inżynierów, ale cóż, nie mamy na to wpływu i dlatego należy cieszyć się, że z imprezy na imprezę w oparciu o zebrane doświadczenia z poprzedniego roku wystawcy poprawiają wyniki dźwiękowe. A jeśli tak jak Karan jakaś marka stawia na naszym rynku pierwsze kroki, cieszy tak skuteczne odrabianie lekcji – w rozumieniu dopieszczania konfiguracji, w której występuje – przez jej opiekunów.
6. Dream Audio
Ten system nie tylko wyglądał, ale także zjawiskowo grał. Naturalnie wszedłem, żeby się z nim zapoznać z prozaicznego powodu chęci poobcowania z zestawem z wielkimi zespołami głośnikowymi. Na co dzień takiego używam i lubię sprawdzić, gdzie aktualnie jestem z rozmachem i jakością prezentacji. A, że przy okazji wiem, iż to co uzbierałem nie jest najlepszym na świecie, zawsze nie tylko z chęcią, ale także z pewnego rodzaju marginesem pokory podchodzę do oceny podobnych szalonych setów. Być może wielu z Was takim stwierdzeniem jest zdziwiona, ale zapewniam, gdy do takiego stanu sprzętowego kiedyś dobrniecie, podchodząc do tematu bez napinki i przerostu swojego ego zrozumiecie, iż pokora w stosunku do podobnych konfiguracji to nic poniżającego, tylko szacunek dla wyborów innych bratnich osobników w naszym hobby. Niestety do tego trzeba emocjonalnie dorosnąć, co mnie po wielu bezsensownych wewnętrznych potyczkach ze swoim duchowym mistrzostwem świata po jakimś czasie udało się osiągnąć. Wracając do zestawu zasadne jest zadanie pytania co z dźwiękiem. Otóż zagrało z ekspresją, namacalnością, bezpośredniością uderzenia, otwartością przekazu w pełnym spektrum wolumenu, czyli tak jak oczekują od podobnych zbieranin podobne do mnie tygrysy. A muszę w tym momencie wspomnieć, iż panowie nie szczędzili decybeli podczas pokazów. Mieli czym dmuchnąć – kolumny były duże z dużymi driverami, a elektronika bez problemu spełniała ich wymogi prądowe, wiedzieli, że mogą popuścić wodzy fantazji, dlatego częstowali odwiedzających niepozostawiającymi złudzeń wrażeniami zderzenia ze ścianą solidnej energii. Przynajmniej dla mnie na pierwszy rzut ucha. Do czego piję? Spokojnie, tylko zaznaczam na dłuższą metę mogący nieco doskwierać słuchaczowi pewien aspekt. Otóż, gdy po kilu kawałkach zjawiskowej kawalkady muzycznej zacząłem analizować całość pod kątem swoich wyborów, zauważyłem, że w niektórych kwestiach całość w dobrym rozumieniu tego słowa nieco bym przybrudził i lekko utwardził. Chodzi o to, że wszystko było podawane na tacy jak smaczne potrawy, ale bez żadnych przypraw i do tego jeszcze z mogącą czasem zaburzyć czytelność pracy kontrabasu krągłością – chodzi o lekkie napompowanie nader wyrazistego brzmienia z mocnym akcentem soczystości, a to po dłuższym czasie prosta droga do zamęczenia słuchacza nawet najbardziej ulubioną muzyką. Prezentowanie wszystkiego w krystalicznej postaci i z nadmiarem krągłego body jest zwyczajnie meczące i trzeba nieco uplastycznić przekaz w wyższych partiach częstotliwościowych i utwardzić w niższych, czego w tym przypadku minimalnie czasem brakowało. Ale zaznaczam, to tylko moje osobiste dywagacje, które z pewnością łatwo da się wdrożyć w życie. Abstrahując jednak od subiektywnych opinii całkowicie rozumiem takie strojenie, bo wystawa ma pokazać maksimum jakości i drapieżności danej konfiguracji, co finalnie i tak w warunkach domowych, jeśli nie skoryguje dedykowane pomieszczenie – tutaj mieliśmy wielką kartonowo-gipsową salę, to bez problemu dostroimy okablowaniem lub doborem sprzętu towarzyszącego. Reasumując dobrze, że poświęciłem tej układance dobrych kilkanaście minut.
7. Zikra
I tutaj mam mały problem. Naprawdę nie wiem, jak to wyrazić, ale gdy za elektronikę tej małej manufaktury z Danii, a tak naprawdę jednoosobowej firmy położę na pieńku przysłowiową rękę, to jej występ na wystawie nie do końca był tym, czego się spodziewałem. Każdy test czy to pełnej sekcji wzmocnienia pre-power, czy samego przedwzmacniacza liniowego tudzież step-upa gramofonowego kończył się na tyle wymownymi wnioskami, że za każdym razem zastanawiałem się, czy nie sprawić sobie takiej lampy. Tak tak, to nie pomyłka. Te niepozorne, teoretycznie niemające szans na wysterowanie wielkich słupów telegraficznych lampiaki do średnich poziomów głośności robiły z moimi kolumnami rzeczy, które są niedostępne dla znakomitej większości tego typu nawet tranzystorowych konstrukcji. Pierwsze skrzypce grała jakość basu, zaś drugie unikanie siłowego czarowania szklanymi bańkami w całym pasmie, tylko punktowe wzmacnianie ich eterycznością najbardziej krytycznych punktów. Efekt był na tyle piorunujący, że obecnie czekam na decyzję producenta w kwestii przysłania na testy znacznie wydajniejszych mocowo monobloków opartych o lampy 211. Notabene monobloków, które brały udział w pokazach podczas tegorocznej odsłony wystawy AVS, co automatycznie pozwala domniemać, że ów temat w niedługim czasie będzie miał swój finał. Wracając jednak do wystawy cieszę się, że Zikra pokazała dwa systemy. Jeden flagowy z wielkimi tubami w hotelu Golden Tulip, zaś drugi wykorzystujący niewielkie, za to wielogłośnikowe „parawany” w hotelu Sobieski. Dlaczego jestem rad takiemu podejściu? Otóż moje postrzeganie dokonań marki utrzymał na dobrym poziomie pokaz skromniejszego zestawu. Mimo malutkiego pokoiku grał swobodnie, z oddechem, bez dudnienia i pełnią radości. Naturalnie dla mnie osobiście to zbyt skromne w kwestii rozmiaru budowanie realiów muzyki, ale jeśli za jakiś czas dysponując małym pomieszczeniem miałbym poszukiwać swojego Świętego Grala, ta konfiguracja byłaby z pewnością na krótkiej liście odsłuchowej. Co zatem takiego stało się w pokoju z flagowymi kolumnami? Nie wiem, być może na zbyt dużo liczyłem, dlatego lekko się przeliczyłem. Jak wiecie, osobiście na chwilę obecną tuby to nie moja bajka. Jednak to nie oznacza, że nie mam wypracowanego poglądu na ich pomysł na muzykę. A ów pomysł zawsze, ale to zawsze opiera się o fajny blask i czytelność prezentacji, aby móc pokazać malutki flet w ostatnim rzędzie podczas występu solo przy milczącej setce muzyków wielkiej orkiestry symfonicznej. Nagle taki mały soniczny płomyczek generowany przez „podziurawioną drewnianą rurkę” ma stać się centrum świata. Niestety do tego potrzebna jest nienachalna, ale jednak czysta iskra i oddech wizualizowania danej sytuacji. Tuba oczywiście to trochę zawsze dopala, ale paradoksalnie nakarmiona dobrym sygnałem potrafi to tylko lekko podkręcić, a nie przerysować. I gdy wydawało mi się, że postawione w wielkiej sali, przepięknie wykonane i wykończone paczki wyniosą mój wzorzec na dotychczas niedostępne wyżyny, po pierwszych taktach zderzyłem się z uczuciem niedoboru wysokich tonów, a tym samym oddechu i możliwości kreowania przez system najcichszych i przez to najdelikatniejszych energetycznie instrumentów. Dostałem za to w ucho pakietem mocnego, baaardzo papierowego środka, który ustępował jedynie uderzeniom dolnego zakresu. Jak bym wyszedł z wanny z zatkanymi wodą uszami. W pierwszym odruchu pomyślałem, że to nieodpowiedni dla mnie repertuar i postanowiłem wrócić do tego pokoju. Niestety drugie podejście przyniosło podobny efekt. Spojrzałem wówczas na używane żródło i zobaczywszy, że panowie grają z plików, zapytałem, czy jest szansa, a potem poczekałem na przejście na gramofon. Efekt? Nie powiem, przekaz nabrał nieco dynamiki, poprawił się atak i ogólny rozmach wizualizowania słuchanego materiału, jednak nadal wspomniany sznyt mocnego papierowego, dla mnie dominującego w całości przekazu środka nie dawał szans na pełne skupienie się na muzyce, bo co chwila łapałem się na mimowolnym poszukiwaniu zrzucenia z wirtualnej sceny celulozowej firanki. Czy to oznacza porażkę? Nic z tych rzeczy, to tylko moja subiektywna opinia. I to bardzo subiektywna, gdyż nawet od Marcina kilkukrotnie słyszałem, że Zikra gra świetnie. Chyba zrozumiałe, że osobiście w duchu tego nie podzielałem, ale zdając sobie sprawę z różnorodności naszych oczekiwań całkowicie rozumiałem jego zadowolenie. Wynik tego wystawowego spotkania jest taki, że gdy w elektronice podczas osobistych testów w duchu się zakochałem, to z kolumnami nie znalazłem nici porozumienia. Po co zatem to piszę? Aby zaszkodzić? Bynajmniej, chciałem tylko na swoim przykładzie pokazać, jak bardzo się różnimy w odbiorze tej samej prezentacji, a tym samym zasugerować, aby opisując ustnie lub pisemnie w Internecie swoje wrażenia nie ferować ostatecznych wyroków, bo to nie tylko bardzo krzywdzące, ale też pokazujące mentalną „małość” danego opiniotwórcy. Na koniec tego akapitu mam osobisty przekaz do mocodawcy marki Zikra, aby bez względu na moje bajdurzenia dalej tak trzymał, bo wielokrotnie obiło mi się o uszy, że u niego grało znakomicie.
8. Ayon Audio, Lumen White
W przeciwieństwie do Zikry w pozytywnym znaczeniu słowa pokazem dystrybuowanego przez Nautilusa Ayon-a zostałem zdruzgotany. Czym? Pierwszą wizytę zaliczyłem w piątek pod wieczór. Powtarzam piątek, kiedy przerażająca większość zestawów wydawała tylko dźwięki, a nie grała muzykę. Tymczasem po wejściu do corocznie goszczącej Ayon-a wielkiej sali usłyszałem świetną wizję dźwięku serwowaną przez właściciela marki Gerharda Hirta. Tak jak lubię, przywitała mnie wielka wirtualna scena, pełna powietrza, lekkości podania, dobrze rozumianej krągłości i soczystości, a to wszystko ze znakomitym efektem 3D. Ktoś powie, że to zasługa lamp. Owszem, pewnie również, tylko przypominam o reszcie wystawy z dziesiątkami lampowych systemów, gdzie jak było znośnie, to i tak dobrze, a tutaj bajka. Gdzie jest haczyk? Ten zestaw zaprojektował od strony technicznej – elektronika oraz kolumny i konfigurował jeden człowiek. Mało tego, chcąc pokazać swoją wiedzę, że potrafi zdziałać cuda – czytaj: nie trzeba sprzedawać nerki, aby uzyskać świetny dźwięk, w systemie wykorzystał bardzo tanie urządzenia i okablowanie. Kosztujący poniżej 30 tys. wzmacniacz zintegrowany i pewnie o połowę tańsze, grające na przemian z gramofonem źródło plikowe, co spiął również pochodzącym z dolnych półek cenowych okablowaniem Siltech. To wielu wydaje się niemożliwe, ale jak pokazał Gerhard, bez problemu wykonalne. Na tyle tego wieczora zjawiskowo dobrze, że jak nigdy tego nie robię, po usłyszeniu wyniku jego wielogodzinnej pracy podczas strojenia systemu w czwartek i piątkowy poranek w prywatnej rozmowie bez próby podlizywania się przekazałem mu moją subiektywną opinię, iż dla mnie na ten moment to dźwięk wystawy. A należy jeszcze zaznaczyć, że na tę chwilę nie miałem pojęcia o zastosowaniu tanich składowych w systemie, co po dotarciu do mnie tych informacji jeszcze bardziej przekonało o słuszności wyrażenia mojej pozytywnej opinii. Jak widać, jeśli zna się od podszewki mające ze sobą współpracować produkty i dysponuje wolną ręką w ich doborze oraz konfiguracji, nawet rozsądnie wycenionym zestawem bez problemu można pokazać tym najdroższym, że cena nie jest głównym kryterium do uzyskania jakościowego Olimpu. Olimpu, na który wspomniany Gerhard Hirt w moim odczuciu wspiął się bez jakiejkolwiek zadyszki, a nawet do podstawy którego nie zbliżyło się sporo wielomilionowych zestawów. Brawo.
8.1
W tym miejscu miał być opis kolejnego ciekawego systemu z Krakowa. Powiem więcej, nawet bardzo ciekawego i nie tylko od strony reputacji oraz ewentualnej najlepszości brzmienia, choć pewnie dla wielu z was to był The End w naszej zabawie, ale jako temat kontynuacji opisu ciężkiego boju, jaki toczą wszyscy wystawcy podczas tej imprezy. Niestety będąc konsekwentnym, mogę tylko przywołać popularne powiedzenie „Słowo się rzekło, kobyłka u płotu”. Chodzi oczywiście o odpuszczenie zabierania głosu na temat systemów pozbawiających mnie szansy zrobienia dobrej serii zdjęć. W tym konkretnym przypadku mam na myśli przyznaną przez kolegę nagrodę. Była tak wielka, że przytłoczyła swoim jestestwem wieloletnią pracę Samurajów i ni w ząb nie komponowała mi się z wewnętrznym poczuciem estetyki podczas fotografowania tego zestawu. Niestety będąc w tym pomieszczeniu już w piątek z racji średniego występu nie zrobiłem profilaktycznych zdjęć, bo nie chciałem kopać tak znamienitej marki. Gdy jednak dzień później postanowiłem zrobić krótką sesję na zaś, zostałem odcięty od tej możliwości. Takim to sposobem szanując wybór redakcji nadającej gigantyczną trąbkę, najzwyczajniej w świcie nie chcąc podważać ich decyzji zamykam gębę na kłódkę. A myślę, że w sumie szkoda, bo jeśli kogoś tego rodzaju impreza interesuje także od tak zwanej zakrystii, miałem przywołać kilka ciekawych spostrzeżeń. O czym mowa? Naturalnie o sławnym Kondo. Szkoda? E tam, przecież werdykt został wydany i nie ma co więcej deliberować.
9. Gauder Akustik, Thrax, Air Force 4
To z dwóch powodów był dla mnie ciekawie przygotowany pokój RCM-u. Pierwszym była tegoroczna nowość w ofercie japońskiego specjalisty od gramofonów Air Force w postaci wprowadzonego niedawno do oferty modelu 4. Co prawda swoje poszukiwania docelowego drapaka stosunkowo niedawno zakończyłem, ale dobrze jest wiedzieć, co dzieje się w temacie u pochodzących z kraju kwitnącej wiśni analogowych tuzów. Jak odebrałem nową maszynę? Wizualnie obecnie bliżej jej do niemieckiego pomysłu na wyraziste cięcia bryły. Na tle poprzedników nie jest już tak cukierkowy, co z pewnością znajdzie wielu zwolenników. A jak w kwestii brzmienia? Było fajnie, ale to zbyt mało, aby zabierać konstruktywny głos. Wiem jednak, że znając swoje od lat samodzielnie zdiagnozowane zakupowe skrzywienie „albo sufit, albo wcale” jakby nie grał, po krótkim czasie i tak korciłoby mnie przeskoczenie na wyższy szczebel. Jeszcze kilka lat temu brałbym w ciemno, ale teraz istotne są pewne priorytety. Ale spokojnie, nie chodzi o jakikolwiek problem soniczny, tylko wynikającą z rozwiązań technicznych estetykę prezentacji. Szukam mocnej wyrazistości, co przysysanie płyty do talerza zawsze lekko z automatu ją uszlachetnia, a ja wyrosłem ze słodkiego grania. Analog dla mnie nie jest synonimem krainy mlekiem i miodem płynącej, tylko kiedy wymaga tego materiał, dosłownie i w przenośni ma mnie sponiewierać. Nie twierdzę, że będący jedną z gwiazd tego pokoju gramofon tego nie potrafi, ale nie oszukujmy się, jeśli mamy z czymś obcować przez długie godziny, pomiędzy maszyną i osobnikiem homo sapiens musi iskrzyć. Jak zapewne wiecie, u mnie zaiskrzyło z konstrukcją SME 60, ale jak opadnie wystawowy kurz, chętnie sprawdzę i sumiennie opiszę, czy Air Force 4 miał szansę iskrę popularnego Smeka w jakiś sposób przebić.
Jeśli chodzi o drugi punkt wizyty, były nim kolumny Gauder Akustik Darc 140 MkII. Na pierwszy rzut oka już mające swoje pięć minut kilka lat temu, ale zapewniam, to tylko pozory, gdyż z tamtej wersji została jedynie skomplikowana, bo skręcona z cienkich aluminiowych wręg przedzielonych materiałem tłumiącym, ciężka jak diabli, wielowarstwowa obudowa. Naturalnie posadowiona na zwiększającej punkty podparcia podstawie z regulowanymi kolcami, co bazując na doświadczeniach testowych z nią i bez niej ma bardzo duże znaczenie. Ale to jedynie słusznie zastosowany dodatek, zatem wróćmy do clou zmian w opisywanych zespołach głośnikowych. Być może Was to zaskoczy, ale oprócz obudowy zmiany dotknęły dosłownie wszystkiego, od przetworników począwszy, na całkowicie inaczej strojonych zwrotnicach skończywszy. Roland Gauder z sobie tylko znanych powodów postanowił całkowicie je przeprojektować. Co z tego wynikło? Dla mnie same plusy. Pierwszy i najważniejszy to likwidacja uczucia męczącego spięcia prezentacji. W poprzednim wcieleniu był świetny atak, kontrola i ogólna motoryka dźwięku, ale brakowało mu stosownego luzu. Po prostu stawianie na notoryczną pogoń za szybkością narastania sygnału nie dawały szans na zawieszenie w eterze dłuższych wybrzmień, a to prosta droga do utraty istotnej dla muzyki finezji. Obecnie ten aspekt jest już bardzo udanie poprawiony. Nadal przekaz jest zwarty i pełen energii, ale już od pierwszego kontaktu z kolumnami usłyszałem wcześniej poszukiwany ze świecą luz podania całości, co automatycznie dało szansę pojedynczym nutom nie tylko na dłużej zaistnieć, ale przy okazji dobrego nasycenia pokazać ich fajną krągłość i rozwibrowanie. Tego wcześniej ewidentnie nie tylko mi, ale także Rolandowi brakowało, co prawdopodobnie pchnęło go do wprowadzenia udanej autopoprawki.
Oczywistą oczywistością jest, że żadna z przed momentem zabawek nie wydałaby głosu, gdyby nie dzieła spod ręki Rumena Artarskiego, czyli wzmocnienie marki Thrax. Wzmocnienie, które zapewniło nie tylko stosowną dawkę prądu do jednak wielkich kolumn, ale także potrafiło je utrzymać w ryzach w przecież bardzo mocno niesprzyjających zakresowi basu pomieszczeniu hotelowym. Powiem tak, czego bym nie napisał o źródle i kolumnach, Thrax z pewnością w całym tym przedsięwzięciu pokazowym był na równi ważnym dla niego elementem toru. A gdy już tak rozdrabniamy pokaz na poszczególne składowe, nie należy zapominać o stabilizujących system meblach spod znaku NEO High End. Co mnie tak przypiliło ze wspominaniem o akcesoriach? Otóż trzeba oddać prawdę, że słusznie, ale Marcin po serii swoich relacji dostał na Facebook-u reprymendę za pomijanie tego tematu. Wówczas ja zapewniłem interlokutora, że jeśli tylko będzie o czym wspominać, nie zapomnę tego nagłośnić.
10. Vitus, YG Acoustics, SME 60
Jeśli czytaliście to, co dotychczas napisałem, chyba jasnym jest mój główny punkt programu odwiedzin tego katowickiego analogowego przybytku. Naturalnie mam na myśli gramofon SME 60, którego ostatnio stałem się szczęśliwym nabywcą. Sytuacja na wystawie była dla mnie bardzo komfortowa, gdyż grał z tą samą wkładką, jaka wisiała podczas moich starć dotyczących finalnego wyboru pomiędzy wspomnianym Anglikiem, a Słoweńcem, czyli Kuzmą XL DC. Wbrew pozorom dla mnie taki stan był bardzo ważny, bowiem pozwalał bardziej prawdziwie ocenić radzenie sobie kolumn najnowszej wersji YG Hailey 3 w tandemie z także nowo powołanymi do życia monoblokami Vitus Audio. Wnioski? Podobne do niedawnego odsłuchy tych kolumn z innym Vitusem w salonie RCM. Ewidentne potwierdzenie prezentacji pełnego energii i bajecznej kontroli basu, utrzymanie krawędzi dźwięku nawet w najbardziej karkołomnych pasażach muzycznych, co fenomenalnie przekładało się na nienaganne utrzymanie drive’u słuchanego materiału. Niestety dla miłośników ciepłych muzycznych klusek nie było mowy o rozwadnianiu żadnego z aspektów, tylko rzetelne artykułowanie najdrobniejszych niuansów serwowanych przez słuchany materiał. To oczywiście komuś nie do końca może odpowiadać, ale jeśli z metalowych, wytwarzanych w technologii toczenia z jednego puca, a nie wytłaczania z płaskiej blachy przetworników z krótkim skokiem membrany i obudowy zamkniętej oczekuje rozmytego obrazu, po prostu nie ma pojęcia o najważniejszych kwestiach naszej zabawy. Przesadzam? Bynajmniej, pewne rozwiązania techniczne są celowo stosowane, gdyż dedykowane znającym się na rzeczy melomanom, oczekującym konkretnego wyniku sonicznego. Ludziom poszukującym zjawiskowej ekspresji, czego ewidentnym przykładem była cała konfiguracja od mocno w estetyce zwartej energii grającego źródła w postaci gramofonu SME 60 z wkładką My Sonic Lab, przez nadającego odpowiedniego, ale nieprzekraczającego dobrego smaku body muzyce Vitusa, po szybko i zwarcie grające YG Hailey 3. To co zastałem w sali Platinium 1 było ogniem w najczystszej postaci, nie dlatego, że komuś coś nie wyszło albo było pozytywnym w wydźwięku wypadkiem przy pracy, tylko zostało w pełni zaplanowane i zrealizowane.
I gdy sądziłem, iż w tym pokoju już nic ciekawego mnie nie spotka, zaliczyłem miły bonus. Mianowicie gdy wystawa miała się definitywnie ku końcowi, postanowiłem zakończyć ją jako prawdziwy fan analogu. Oczywiście aby sprostać tym planom, zafundowałem sobie kilkudziesięciominutową przygodę z historią magnetofonu w tle, prelegentem której był nie kto inny, jak znany wszystkim szpulowy freak Ken Kessler. Opowiedział co było, co jest i próbował wróżyć z fusów co będzie, rzucił garścią dowcipów, goszczący go Roger Adamek poprzeplatał całość wybranymi przez Kena utworami z oryginalnych taśm konsumenckich z epoki świetności magnetofonów i takim optymistycznym akcentem z uśmiechem na twarzy zakończyłem ten 3-dniowy audiofilski miting.
11. Grobel Audio
Już lekko przedpremierowo wiedziałem, z czym w tym miejscu będę miał przyjemność obcować. Tak tak, przyjemność, gdyż u stołecznego Grobela zawsze jest miło i kameralnie. Owszem, to jest jego od wielu lat praktykowany sposób na prezentację, ale co ciekawe mimo cyklicznej, czyli corocznej powtarzalności znakomicie się sprawdza. Co prawda słuchacze z automatu skazani są jedynie na jego muzyczne wybory – cynicznie nagrywa muzykę na magnetofon i omamia ludzi wirującymi szpulami, ale przecież tego typu impreza ma pokazać dobre strony systemu i facet tego się trzyma. I tak podczas podejmowania decyzji zakupowej dany komponent musi wylądować u zainteresowanego klienta, to po co ryzykować spotkanie z maniakiem, który podając swoją płytę do posłuchania stwierdza, iż jest tak źle nagrana, że jeszcze nigdzie nie wypadła dobrze i chce sprawdzić, co stanie się w tej konfiguracji. Bredzę? Uwierzcie mi, kilka razy pomagałem w takich wydarzeniach i na własnej skórze przekonałem się, że tacy mistrzowie istnieją. Nie rozumiem ich, ale nic na to nie poradzimy. No chyba, że pójdziemy drogą Grobela, ale nie oszukujmy się, patrząc na wystawę z perspektywy poczynać wszystkich podmiotów jest ewenementem. Co takiego w tym roku nam zaserwował? Jak na markę Franco Serblina wielkie kolumny podłogowe Accordo Unica. Naturalnie do moich dwumetrowych wież im daleko, ale uwierzcie, nowe podłogowe paczki spod tego znaku towarowego to zaskakujący progres rozmiarowy. A jak wiadomo, wielkość konstrukcji, a co za tym idzie uzbrojenie w większą liczbę przetworników stawia konkretne wymagania sprzętowe, dlatego wystawca nie bawił się w problematyczne próby z cherlawym wzmocnieniam i postawił na sterowane firmowym przedwzmacniaczem JP 80 MC MkII dwuczęściowe monobloki Jadis JA 200 MkII. Co sądzę o tym secie? Powiem tak, było miło, ale dla mnie mogłoby z większym pazurem. Ale to dla mnie, gdyż nie tylko podczas wystawy, ale już po niej w czeluściach Internetu spotkałem się z opinią, iż to dla wielu był dźwięk życia. W moim przypadku jak wspomniałem nie, ale jaki był naprawdę, być może przekonam się podczas testu tych, będących nowością w ofercie marki Franco Serblin kolumn Unica w okowach swojego salonu. Co by jednak nie mówić, z takim samym, czyli pozytywnym nastawieniem nie tylko wszedłem do, ale także wyszedłem z tego pokoju.
12. WK Audio
Parafrazując słowa znanej piosenki, wchodząc do tego wystawcy spokojnie można było zaśpiewać „Czerwono mi”. Oczywiście to efekt wyrazistego koloru otuliny flagowej serii okablowania rodzimego plichtowskiego producenta, którego pełny komplet po niedawno opublikowanym na naszych łamach teście został u Marcina na stałe jako redakcyjny punkt odniesienia. Dlaczego zapadła taka decyzja, w formie opisu zainteresowani mogli dowiedzieć się kilkanaście dni przed wystawą używając portalowej wyszukiwarki. Jeśli jednak z jakiś powodów ktoś nie do końca rozumiał ów wybór, w zeszłym tygodniu już werbalnie, bo w pokoju hotelu Sobieski miał szansę doświadczyć go własnym narządem słuchu. W tym roku wzorem częstych praktyk duńskiej marki ZenSati szef przybytku WK Audio odwrócił większość sprzętu tyłem do słuchaczy, aby w ten sposób już na starcie zasygnalizować, że jego domena to okablowanie. Byłem tam kilka razy po kilkanaście minut i muszę powiedzieć, iż ten sposób ekspozycji wywołał oczekiwane reakcje, gdyż ludzie, jeśli sami się nie domyślili, pytali, dlaczego został wykonany taki myk. Przyznacie, patent niezły, bo bardzo skuteczny. Co zaoferował tak nietypowo ustawiony konglomerat CEC-a, Vitusa i Gauderów okablowany ofertą WK Audio? W moim odczuciu wszystkie pozytywne cechy, które zauroczyły Marcina. Energia, atak i minimalne, skądinąd bardzo przyjemnie wpływające na podkręcenie emocji w muzyce wzmocnienia drive’u dźwięku, co nawet podczas moich wizyt w tym miejscu potwierdzało wielu odwiedzających. Byli na tyle wiarygodni, że raczej niemożliwym było ziszczenie się przypuszczenia, że tak naprawdę uwiódł ich wyrazisty kolor okablowania.
13. Triode Japan, Peak Consult
Tego na bank nie wiecie, ale widoczny na zdjęciach zestaw w tym roku to całkowity przypadek. Polski dystrybutor kolumn Peak Consult z uwagi na lekkie zawirowania zdrowotne spowodowane nadmiernym obciążaniem kręgosłupa podczas handlowania High End-em AVS 2025 miał sobie odpuścić. Los jednak chciał, że stało się inaczej. I nie wiem, jak odebraliście to Wy, ale dla mnie dobrze. Otóż mimo chęci absencji został poproszony przez producenta kolumn o pomoc marce Triode Japan w zapewnieniu jej stosownych zespołów głośnikowych. Pan Andrzej wysysając kindersztubę z mlekiem matki naturalnie nie odmówił, dlatego bardzo dobrze znając czekające na niego warunki lokalowe postawił na monitory w podłogowej obudowie w postaci modelu Sonora, które napędzała integra Junone 845 SE. Czy dobrze? Otóż jeszcze, gdy dzwonił do mnie z informacją o takim rozwoju sytuacji, nie był do końca pewny, czy to się sprawdzi. Jednak znając od podszewki nie tylko nieobliczalność pomieszczenia, jak i możliwości kolumn finalnie wyszedł z całego przedsięwzięcia z tak zwaną tarczą. Muzyka nosiła znamiona bardzo esencjonalnej, w na tyle dobrym znaczeniu tego słowa, że sprawiała bardzo sugestywne wrażenie obcowania z artystami dosłownie na wyciągnięcie przysłowiowej ręki. Gdybym miał opisać to, co zastałem w tym pokoju, wyglądało to tak. Było diabelnie ciasno – pierwszy rząd stał 1 metr od kolumn, a mimo to była przestrzeń do wykreowania ciekawych sesji muzycznych z namacalnością wokalizy jako prywatne występy włącznie. Jak udało się to zrobić, pytajcie pana Andrzeja, ja nie mam pojęcia.
14. Rhaido, Moon Audio
Tego pokazu warszawskiego Hifi System-u byłem naprawdę ciekaw. Przed wystawą oddawałem po testach widniejące na zdjęciach rozmiarowo nieduże, ale za to w kwestii budowania dźwięku bardzo ekspresyjne, wykończone w zieleni kolumienki tytułowej marki Rhaido. Te maluchy są na tyle wielkie duchem, że problemy z basem w pomieszczeniach wystawowych w hotelu kolokwialnie mówiąc mogły im bardzo zaszkodzić. Oczywiście przedstawiciele salonu znakomicie zdawali sobie z tego sprawę, dlatego zabrali ze sobą co prawda znacznie większy, za to z pewnością o niebo bardziej wyrafinowany brzmieniowo, naturalnie wyższy model z tej stajni i chcąc mieć pełny luz podczas konfiguracji w zanadrzu mieli przygotowaną jeszcze opcję dobrania zestawu podstawkowego. Los jednak chciał, a tak naprawdę wiedza konstruktorów z Danii sprawiła, że najlepiej z całej trójki wypadły z pozoru niemające szans na sukces wielkie podłogówki. Gdy to zobaczyłem, nie mogłem uwierzyć, ale moje niedowierzanie trwało dosłownie chwilę, bowiem wszystkie obawy rozwiał pierwszy z brzegu puszczony utwór. Była swoboda, brak męczących poddudnień, po prostu czary mary. Wynik był na tyle udany, że z wystawy owe bohaterki nie wróciły już do salonu, tylko trafiły na pakę profilaktycznie zabranego przeze mnie busa jako materiał do sesji testowej. Jak wypadną, pokaże czas, jednak oczywistym jest, że to co pokazały w tak trudnym pomieszczeniu, nie było ich prawdziwym ja, tylko zasygnalizowaniem sporych możliwości. Jednak bez względu na potencjalny wynik testu u mnie, po występie w Sobieskim naprawdę należy im się wielki szacunek. A to dlatego, że nie tylko się nie udusiły, ale bez problemu pokazały ciekawą stronę puszczanego materiału, na co po wejściu do pokoju nie postawiłbym złamanego grosza, a mimo wróżenia najgorszego zaliczyłem pozytywnego Zonka.
15. AudioPhase, Muarach, Perraux, Next Level Tech
Szczerze? Ten tercet tak naprawdę odwiedziłem z przez wzgląd na jednego delikwenta. Nie żebym z resztą wystawców miał kosę, ale mimo tego, że w większości byli to rodacy, nie miałem na ów pokój żadnego pomysłu. A zaszedłem, przez wzgląd na producenta okablowania NxLT. Jest podobnie do mnie w pozytywnym znaczeniu nie do końca zrównoważony psychicznie. Nadajemy na tych samych falach i gdy zrządzeniem losu kilkukrotnie spotykaliśmy się na korytarzach wystawy, w sobie tylko znany sposób, czyli dokuczając nawzajem ustaliliśmy, że wpadnę na jedną z jego prezentacji. Miał ich bodajże trzy lub cztery – nie pamiętam dokładnie, bo przy tempie naszych konwersacji połowa informacji idzie w tak zwane powietrze. Rozstaliśmy się w śmiechu i za kilka chwil zaliczyłem pierwszą. Usiadłem i pomyślałem, że nie będę go kopać, bo to nie jego wina. Poszedłem na drugą. Cóż, może lepiej, ale nadal brak motywu zabrania głosu. I gdy miałem po angielsku nic nie mówiąc cichaczem wymiksować się z próby znalezienia czegoś ciekawego z jego zabawkami w jednej z ról, nagle kolejny raz staje przede mną. Mówię o porażkach, on niespecjalnie zaprzecza, ale nie daje za wygraną i ciągnie mnie do tytułowego przybytku. Siadamy i już razem słuchamy. Brzmienia kolumn i elektroniki nie znam, za to wiem, co potrafi okablowanie Ether. Po kilku minutach słyszę, że to, za co ludzie lubią jego druty, jest nieco przerysowane – o co chodzi, znajdziecie w moim teście tej serii okablowania. Szukam winowajcy i kurde widzę, że gramofon tylko się kręci, a gramy z plików. Poprosiłem Roberta o zmianę źródła – sam bym tego nie robił, bo wiedząc, że wystawcy chcą robić nimi tylko dobre wrażenie, a nie z nich grać, już mi się znudziło o to prosić – i eureka. Może nie był to nokaut, ale pojawiła się energia, atak i gładkość. A najważniejsze, że przestała krzyczeć wyższa średnica. Na ile było to maksimum możliwości tej sprzętowej zbieraniny, wiedzą tylko wystawcy. Dla mnie natomiast w tym momencie ważna była możliwość przyjemnego posłuchania tej konfiguracji w wersji analogowej. Wersji, której bez działania bohatera akapitu nawet w momencie odwiedzenia przeze mnie do tego pokoju prawdopodobnie by nie było i cały pokaz spaliłby na panewce. Tymczasem finalnie było ok. Na koniec dodam, iż dodatkową wartością dodaną tej wizyty oprócz tematu do opisania było umówienie się z producentem kolumn na sesję testową. W kwestii gramofonu zaś, na obecny moment panuje między nami pieczołowicie kultywowana od wielu lat stabilna cisza.
16. Göbel, Vadax, Solution, Brinkmann, Franc Audio Accessories
Do warszawskiego SoundClubu kolokwialnie mówiąc lekko przymuszony drałowałem dwa razy. Wbrew pozorom powodem nie była li tylko świetna prezentacja, która naprawdę mogła stanowić wzór dla wielu innych, ale fakt braku światła. Nie wiem, jak mistrzowie elektrycy to zrobili, ale prąd w gniazdkach był i system grał, ale górne oświetlenie akurat na skrzydłach tej części wystawy na kilka godzin wyzionęło ducha. Może i dobrze – przynajmniej dla wystawcy, bo większość ludzi tak jak ja była zmuszona pojawić się drugi raz, aby przekonać się, co stało przed widownią. Tym bardziej, że było do czego wracać, co pokazują fotografie, czyli jak to w SondClubie na bogato. Od drugiego modelu od góry w cenniku kolumn Göbel, przez cyfrowe źródło ostatnio robiącego furorę nie tylko na świecie, ale także w naszym kraju Vadax-a, analogowe źródło od Brinkmanna, po sekcję wzmocnienia Solution. Jak oceniam ten występ? Dostałem to, co było ogólnym zaczynem wizyty, czyli duży dźwięk. Pełen energii, znakomitej kontroli i rozmachu bez uczucia wymuszenia i to w całym zakresie głośności z najdrobniejszymi artefaktami dźwiękowymi. Z nieco inną temperaturą i soczystością, niż miałem przyjemność fajnie spędzić w Monachium z topowymi wersjami tych kolumn, ale to naturalny feedback zmiany wzmocnienia z w Monachium wykorzystywanego Vitusa, na zastosowanego w Warszawie Solution. Jednak bez względu na tę kwestię, tak wówczas, jak i teraz kolumny zagrały tak, jak zawsze od ekstremalnego High End-u oczekuję. Jak? Opisałem to dwa zdania wcześniej. Kończąc ten akapit tak jak obiecałem podczas powystawowej konwersacji na Facebooku, dodam jeszcze, iż całość systemu stabilizowały konstrukcje typu stoliki i platformy naszego rodzimego producenta, bardzo dobrze radzącego sobie w świecie Franc Audio Accessories. Wszyscy wiemy, iż to sprawa bardzo istotna, a jak słusznie zauważył kolega, często traktowana podczas relacji po macoszemu, czemu dziś przywołaniem go do tablicy chcę zadać kłam.
17. Bladelius Oden II, TAD, Lumin, Divine Acoustics
Ta prezentacja to trochę kooperacja kilku podmiotów, ale w głównej mierze zainicjowana i całkowicie kontrolowana przez wrocławskie Audio Atelier. Powodem było zapewnienie najlepszych możliwych warunków do zaprezentowania swoistej nowości w ofercie Wrocławianina, jakim była jeszcze pachnąca błyskiem fleszy, A-klasowa Integra Bladelius Oden II. Dlatego w tym celu pojawiły się znakomite w brzmieniu i w tym samych duchu radzące sobie z trudnymi warunkami lokalowymi TAD-y, sygnał dostarczał rozbudowany do dwóch oddzielnych pudełek streamer Lumin, a całość posadowiono na bardzo skomplikowanym technicznie polskiej produkcji stoliku Divine Acoustics. Ale żebyśmy się dobrze zrozumieli, skomplikowany nie po to, aby wyglądać na poważnego gracza, tylko pozwolić użytkownikowi na dostrojenie jego wpływu na ostateczne brzmienie sytemu poprzez regulację sztywności antywibracyjnych stóp każdej półki. Tak tak, dostrojenie, czego trochę przypadkowo, bo w czwartek wieczorem, gdy pokój nabierał rumieńców, doświadczyłem siedząc sobie grzecznie z boczku. Siedziałem, słuchałem i grzecznie spoglądałem, co i w jaki sposób producent stolika chce uzyskać. I muszę powiedzieć, efekty były nie tylko bardzo dobrze słyszalne, ale realizujące zamierzenia stroiciela, co na tle typowych stolików jest ewenementem, gdyż te ostatnie owszem mają swoją sygnaturę dźwięku, ale stałą, co możemy korygować jedynie dodatkowymi akcesoriami. W tym przypadku natomiast robimy to w locie napinając lub luzując układ rezonansowy we wspomnianych stopach pod każdą z półek. I gdy w pewnym momencie wydawało mi się, że temat strojenia został zakończony, zostałem poproszony o weryfikację wyniku. Nie miałem z tym problemu, jednak zaproponowałem inny rodzaj muzyki w postaci opartego o instrumenty naturalnie i do tego dobrze zrealizowanego jazzu – nieco wcześniej stolik strojono pod nie do końca pokazujący prawdę o dźwięku pop. I tutaj pierwsze moje zdziwienie, konstruktor zareagował na moją prośbę. Potem, gdy sugerowałem pewne korekty, także chętnie je spełniał. Fakt faktem, że słyszał co się dzieje i wiedział, do czego dążę, co prawdopodobnie było też zgodne z jego ogólnym odbiorem tego rodzaju muzyki. Przez kilka minut kombinowaliśmy, co i w jakim stopniu wyciągnąć z dźwięku, by koniec końcem o dziwo jako finalny szlif pozostawić moją wersję. Nie wróciliśmy do startowego strojenia. Po co o tym tak drobiazgowo piszę? Może nie uwierzycie, ale takie podejście producenta do uwag kogokolwiek to rzadkość. Zazwyczaj to mistrzowie świata, którzy wszystko wiedzą najlepiej i bez kija do nich nie podchodź. Są na tyle uparci i niereformowalni, że od dawien dawna u siebie ich nie goszczę, tylko potencjalne urządzenia do testu mają mi przysyłać. Dlatego myślę, że to, co wydarzyło się tego wieczora jest prawdopodobnie typowym wyjątkiem potwierdzającym regułę. Jednak bez względu na wszystko fajnie było przekonać się, że są jeszcze normalni ludzie. Niestety imienia kolegi przez spowodowane syndromem ADHD chaotyczne odbieranie świata nie zanotowałem w pamięci, niemniej jednak miło mi było spędzić razem kawałek czwartkowego wieczoru. Dobra, wystarczy tych pochwał dla jednak jedynie kwestii dodatkowej tego pokazu, zatem wróćmy do uzyskanego brzmienia. Te moim zdaniem było znakomite. A dlatego, że przecież groźne dla wielu początkujących melomanów TAD-y wyposażone w przetworniki berylowe napędzał A-klasowy wzmacniacz. Stabilny mocowo w całym spektrum pasma, co pozwalało nie tylko utrzymać w ryzach dolny zakres z jego wielobarwnością i dobrym akcentowaniem różnorodności energii, ale także z drugiej strony zapewnić kolumnom czysty i pełen informacji sygnał w środku oraz górze pasma. Byłem w tym pokoju kilka razy i zawsze słyszałem ogólny spokój. Oczywiście w dobrym rozumieniu tego określenia, gdyż w momencie puszczania agresywnego materiału, przekaz dostawał zapisanych w muzyce przysłowiowych rogów. Ale jak wspominałem, w pełni kontrolując zejście basu i otwartość projekcji. A co w tym wszystkim było najciekawsze, był to system, gdzie grały tylko pliki. Da się? Jak widać, da.
18. Kasoto
Co prawda gospodarzom podczas wizyty zdradziłem, że jestem u nich z dwóch powodów, ale tak naprawdę były trzy. Pierwszy to całkowicie inne podejście do prezentacji muzyki ich systemów, aniżeli moje najbardziej odjechane wzorce od tego co teraz mam. Drugim była znajomość z jednym z analogowych pobratymców pomagającym przedstawicielom Kasoto. Zaś trzecim już po drugim dniu wystawy kilkukrotne spotkanie się w necie z opinią, iż to dźwięk wystawy. Co zastałem u rzeczonych piewców tub i lamp? Na wstępie zaliczyłem mentalną masakrę, jaką było źródło plikowe. Toż to była zbrodnia w biały dzień w tym analogowym przybytku, ale jeśli taka decyzja zapadła, wziąłem ją na klatę. Później było już nieco lepiej. Dlaczego tylko nieco? Otóż co roku mocodawcy tego pomysłu na muzykę serwują słuchaczom inne zespoły głośnikowe. Najczęściej tuby, czym tak naprawdę. mimo ogólnego stronienia od nich, na swój sposób nimi mnie przyciągają. Grają inaczej od wszystkich, jakie zazwyczaj udaje mi się posłuchać, co sprawia, że za każdym razem zdobywam nową sprawność harcerską. Ale przyznam, iż w sensie pozytywnym, bo ich forma przekazu jest „jakaś”, a to pierwszy krok do rozkochania w sobie grupy klientów poszukujących czegoś nietuzinkowego. Oczywiście w tym roku też były wariacje na temat tub, jednak jak to u nich bywa, kolejny raz inne od wszystkiego co znam. W tym dziwnym projekcie zamiast górnego i dolnego zakresu utubiono przetworniki basowe, a realizujące wyższe częstotliwości drivery usadowiono na płaskiej desce. W efekcie zostałem poczęstowany kierunkowym basem – fakt dobrze kontrolowanym i bliżej nieokreśloną ścianą walczących ze sobą zakresów średnicy i wysokich tonów. Być może trafiłem na zły utwór, ale wrażenie opisanej prezentacji było tożsame w dwóch kolejnych kawałkach podczas mojej wizyty. Czy zatem widzę w tym jakiś problem? Jasne, że nie. Przecież zawsze piszę, iż ta marka wymyka się wszelkiemu zaszufladkowaniu i ostatni występ jest na to dobitnym dowodem. A co z opinią dźwięku wystawy? Cóż, mimo zawsze odczuwalnej przyjemności z odwiedzania tego pokoju nie pokuszę się o jakikolwiek werdykt. Napisałem, że do takiej prezentacji nie jestem mentalnie przygotowany, dlatego na pewno nie potwierdzę oceny z Internetu. Ale za to z przyjemnością podziękuję gospodarzom za kolejny raz nowe doświadczenie soniczne.
19. Ø Audio
Ostatnio słuchałem tych kolumn i chyba z tym samym wzmocnieniem w Monachium. Wówczas pokój był nieco większy, ale raczej w domenie długości i kolumny tak jak teraz stały na dłuższej ścianie. I gdy bałem się, że to będzie miazga dla moich uszu w kwestii basu, efekt brzmieniowy był nawet ciekawy. Może daleki do wypracowanych wzorców, bo jednak to model oparty o dworcowy megafon, ale było czym przyłożyć, czego gospodarze nie szczędzili, a mimo to nic nie dusiło się w zastanym pomieszczeniu. Dlatego gdy zobaczyłem taki sam set w Warszawie, tylko w nieco skromniejszym hotelowym pokoiku, pomyślałem, że tym razem to już na pewno z kretesem polegną. A tutaj Zonk. Owszem, na audiofilskie cyzelowanie pojedynczej nuty nie było szans – choćby z racji folgowania sobie z głośnością przez prezentera, jednak na pokazanie na czym polega uderzenie mocną muzyką rockową lub elektroniczną już tak. Czyli kolumny nie dla melomana? Bynajmniej, gdyż radzenie sobie w takim stopniu w zbyt małym i nieustawnym pomieszczeniu pokazało, jaki w nich drzemie potencjał. Wiem wiem, mowa o potencjale w pewnych kręgach jest arystokratycznym powiedzeniu delikwentowi, że ma wielkie „G”, ale zapewniam, w tym przypadku mam na myśli same pozytywy. Na tyle owocne w przemyślenia, że jeśli ktoś szuka kolumn pełnych kontrolowanej ekspresji, powinien wpisać Ø Audio na listę odsłuchową.
20. Dear Wolf, Muzg Audio, Linea audio, Perfect Connection
Pamiętacie anegdotę o spotkaniach jednostek o równie odbiegającej od standardów psychice co ja? W tym przypadku iskrą zapalną do wizyty u chłopaków było jej przeciwieństwo. A tak po prawdzie kolega, który po wyjściu z tytułowego pokoju zagaił do mnie, czy planuję doń wpaść. Mimo, że lubię konstruktora przetworników D/A Muzg Audio za opanowanie i spokój ducha, ale z racji zajmowania przeciwległego bieguna na osi zakorzenionego w duchu wariactwa z jakiś powodów wywołanym do tablicy odruchu obronnym zacząłem wymyślać setki powodów wykluczających takowe odwiedziny. I nie złośliwych, tylko wziętych z życia, a których żartobliwym zwieńczeniem było porównanie działań pacjenta z NxLT do baaardzo spokojnego kolegi Muzg Audio, a które brzmiało – na tle Roberta marketing koleżeński u kol. Muzg-a niestety leży. Może się zdziwicie, ale wbrew pozorom zostałem przez kolegę co prawda delikatnie, bo człowiek bardzo kulturalny, ale w tym utwierdzony. Jednak nie dawał za wygraną i po serii zachęt wypowiedział frazę: Jacek, mam prośbę, idź, choćby dlatego, że to w pełni polski pokój i ogólnie fajnie u nich grał. Po takim postawieniu sprawy odpowiedź mogła być tylko jedna i brzmiała; Piotrek, właśnie podrzuciłeś mi pomysł na tekst, a przy okazji sprawdzenie, jak przywołane przetworniki D/A brzmią w innej, niż chyba sprzed dwóch lat konfiguracji. Czy się zawiodłem? Nic z tych rzeczy, zagrało dobrze. Może bez fajerwerków, ale też bez bolesnego podbijania basu i krzyku na górze. Po prostu bezpiecznie, co biorąc pod uwagę sklejenie naprędce kilku nigdy nie parowanych ze sobą urządzeń, do tego mających pod górkę od strony samego pomieszczenia, jest bardzo dobrym wynikiem. Jak zatem można się domyślić, mimo wstępnych oporów z przyjemnością w rodzimej mekce audio trochę posiedziałem. Niestety będącego bohaterem tej opowieści kolegi od DAC-ów poza dwoma mijankami na schodach nie spotkałem, dlatego pewnie pojawieniem się w mojej wersji wydarzeń wystawy będzie zaskoczony. Czy zadowolony, to już insza inszość. Mam nadzieję, że jednak tak.
21. Penaudio
Niby pokój firmowała marka produkująca kolumny, ale tak naprawdę w tym miejscu stacjonował koniński salon Audio-Mix. Znany bardzo dobrze nie tylko nam, ale także Wam, gdyż mieliśmy z jego ofertą kilka ciekawych przygód testowych. A tylko kilka nie dlatego, że na półkach nie ma towaru, tylko głównym trzonem działalności jest zaproponowanie Koninianom szerokiej gamy sprzętu z pełnego portfolio dostępnego w Polsce. Dzięki temu oferuje nie tylko swoje marki w postaci okablowania i kolumn Esprit, ale także widniejącego na zdjęciach Accuphase, w zeszłym prezentowanego roku MBL-a i wiele innych zacnych brandów. Nie trzeba jechać przez pół kraju, aby w Koninie czegoś ciekawego posłuchać, tylko jest pod ręką. To mieszkańcom wielkich aglomeracji może wydawać się banalne, ale zapewniam, w niedużych miastach urasta do problemów z puli prawie nierozwiązywalnych. Dlatego też z tego też powodu zawsze chętnie odwiedzam ten podmiot. A jeśli tak jak w tym roku pokazuje coś nowego w swoim dorobku dystrybucyjnym, tym bardziej w tym roku nie mogłem odpuścić spotkania z mocodawcą salonu. Co obecnie promował? Chodzi oczywiście o markę kolumnową. Z tego co usłyszałem podczas wizyty znającą się na rzeczy, gdyż grające, teoretycznie zbyt wielkie kolumny nie miały żadnych problemów ze stworzeniem fajnego spektaklu. Szybkiego i obdarowanego mocnym uderzeniem, ale bez wyskoków w bok z rozlewaniem basu i nadinterpretacją wysokich tonów. Przywołane aspekty w nawet w przypadku małych kolumn są zazwyczaj zmorą pokazów w Sobieskim, a tutaj stały wielkie paczki i przed zapewnieniem dobrego dźwięku nic ich nie powstrzymywało. Byłem tym na tyle usatysfakcjonowany, że spróbuję podjąć próbę ściągnięcia ich do nas na testy. Co z tego wyjdzie, z pewnością nie omieszkamy Was o tym powiadomić.
22. Perlisten
To ma się rozumieć białostocki dystrybutor Rafko i do tego w tym konkretnym pomieszczeniu wystawiający pełną gamę kolumn Perlisten. Nie wiem, czy wiecie, ale to wbrew pozorom bardzo ciekawa marka. Niby w podstawowej formie dedykowana dla kina domowego z istotnym w najwyższym standardzie jakości obrazu i dźwięku THX, jednak jest na tyle dobrze zaprojektowana, że równie dobrze radzi sobie w wysublimowanym odtwarzaniu muzyki w trybie stereo. Jeśli ktoś jest tym faktem zaskoczony, zalecam poszukać naszych opisów jak na dość krótki staż marki w portfolio Rafko stosunkowo sporej liczby konstrukcji. A były nimi nie tylko modele proste podstawkowe i wolnostojące, ale także ich wersje rocznicowe, co pokazuje, że firma jest prężna w działaniu na każdym wspomnianym polu od wielu lat. Jaki był konkretny cel wizyty? Otóż podczas niedawno opisywanej przez nas wyprawy na jubileusz tego dystrybutora odbywały się warsztaty na temat posiadanych w ofercie marek. Naturalnie jedną z nich jest omawiany Perlisten, który wówczas jeszcze na zdjęciach pokazywał najnowszy pomysł marki na dość nietypowe pod względem kształtów subwoofery. Dlatego gdy dowiedziałem się, że jeden model z tej serii wylądował na prezentacji podczas tegorocznego AVS, postanowiłem obejrzeć go na własne oczy i ewentualnie posłuchać na własne uszy. Który to? Pewnie się zdziwicie, ale mówimy o stojącym po prawej stronie stolika z elektroniką, pionowo zorientowanym prostopadłościanie. Forma dotychczas niespotykana, ale z racji częstego braku miejsca i według specyfikacji bardzo dobrych osiągów technicznych warta tak zwanej świeczki. Jak wypadł konkretnie, naturalnie z braku czasu na przełączanie pomiędzy różnymi opcjami na ocenę nie było szans. Jednak muszę powiedzieć, że podobnie do zeszłego roku, także w tym panowie z Białegostoku udanie zestroili system z wykorzystaniem tego typu dodatków i to do słuchania w wersji stereofonicznej. Dzięki temu zejście basu było bardzo dobre, ale także mimo wad pomieszczenia zwarte, dzięki czemu muzyka z wielkim luzem brzmiała w pełnym spektrum częstotliwościowym.
23. Tentogra, Oephi, Doshi
Wbrew pozorom moja noga w tej mekce analogu pojawiła się nie ze względu na polski gramofon Tentogra – choć to dla mnie źródło pierwszego wyboru. Owym magnesem nie była także lampowa elektronika Doshi, tylko kolumny Oephi. I nie do końca nawet miałem zamiar jakoś dogłębnie się im przysłuchiwać, bowiem wystawa nie jest do tego najlepszym czasem, tylko zaznaczyć ich byt w mojej relacji, aby na przykładzie tego producenta przywołać bardzo ciekawą, gdyż całkowicie zaskakującą swym finałem dla mnie anegdotę. Otóż jakiś czas temu dotarła do nas na testy parka podłogówek tej stajni. Stosunkowo niedużych – w moim rozumieniu świata kolumn, ale za to z ciekawymi przetwornikami. Fajnie zestrojona, jednak w mojej ocenie raczej z nastawieniem na swobodę i rozmach, ale za to lekkim kosztem dociążenia. Przy czym zaznaczam, to było bardzo dobrze pomyślane, o czym w swojej sesji testowej nie omieszkałem wspomnieć. Niestety, gdy doszło do ostatecznych wniosków, określony przeze mnie potencjalny rozmiar pokoju dla tego typu konstrukcji z jakiś powodów zaburzył zadowolenie producenta z opinii. Nie do końca rozumiałem sens podniesienia larum, bo moją wersję wydarzeń stanowczo potwierdzał Łodzianin, który owe kolumny do nas dostarczył. Sprawa jednak była dla konstruktora na tyle ambicjonalna, że w pewnym momencie grzecznie zapytał, czy mogę zrezygnować z publikacji mojej wersji testu – przypominam, że ogólny wydźwięk był pozytywny, tylko różniła nas kubatura docelowego pomieszczenia. Naturalnie odpowiedziałem, że nie ma problemu, gdyż to dla mnie żadna ujma, ale to ostatnie nasze spotkanie i temat na moment ucichł. I gdy wydawało się, że na dobre, skontaktował się ze mną znajomy z forum internetowego o najbardziej drobiazgową opinię na temat tych zespołów głośnikowych. Oczywiście zawsze zawierając w swoich opisach usłyszane aspekty powtórzyłem mu, to co napisałem nadmieniając przy tym, iż za prawdę test poszedł do kosza. Powtarzam, słowo w słowo opisałem znajomemu moje odczucia, a ten na przekór działaniom producenta powiedział mi wprost, że właśnie czego takiego szuka. I wiecie co? Skontaktowałem obydwu panów – naturalnie przez doręczyciela Łodzianina, aby nie robić głuchego telefonu i te podobno przeze mnie niedocenione kolumny zostały w Polsce. W praktyce wyglądało to tak, że mimo buntu producenta, iż napisałem o nich nielicującą z jego oczekiwaniami opinię, paradoksalnie to ja owym niedoszacowaniem pomogłem sprzedać mu te kolumny. Jak zareagował, nie mam pojęcia, ja jednak miałem z tego powodu duży ubaw. Zaś obecnie mam jeszcze większy, gdyż ironia losu sprawiła, że marka Oephi znalazła u nas dystrybutora, który niedawno po serii testów włoskiego okablowania jako przekładkę zaproponował recenzję jednego z jej modeli. Jak to się skończy, nie mam bladego pojęcia, gdyż powiedziałem mu, na czym stoimy. Na razie w oczekiwaniu na rozwój sytuacji zakupiłem na smak paczkę popcornu. Jak widać na powyższym przykładzie los naprawdę lubi płatać figle. Wracając jednak do brzmienia wystawowego zestawu wykorzystującego gramofon i rzeczone kolumny mogę powiedzieć, że z racji ich podstawkowego rozmiaru oraz zdroworozsądkowego ustalania przez konstruktora w swoich produktach poziomu basu, dźwięk był z tych swobodnych, bez niechcianych artefaktów natury powoływania do życia modów pomieszczenia.
Cóż, nadszedł czas, aby powyższą, dla mnie i zabawną i pokazującą przewrotność naszego hobby, jakim jest pisanie bajek o sprzęcie audio opowieść z wielkim żalem, ale jednak zakończyć. Robię to oczywiście w pełni świadom, że taka ilość tekstu jest nie do przeczytania przez normalnego człowieka. Tym bardziej, że obecnie mamy oglądaczy, a nie czytelników. Mam jednak nadzieję, że kilku twardzieli się znajdzie. Tym bardziej, że tekst pisany jest na luzie z mentalnym przygotowaniem na potencjalne protesty wyborcze wytoczone przez któregoś z bohaterów. Liczę jednak, że takowych nie będzie, gdyż to czyste fakty. Gdzie mogłem sobie pozwolić na mocniejsze żarty, aby podkręcić atmosferę, w ogóle się nie krygowałem. W potencjalnych miejscach spornych tonowałem sposób wypowiedzi. A wszystko w celu pokazania zainteresowanym tej corocznej wystawy przez pryzmat moich osobistych, czasem spełnionych, a innym razem zawiedzionych oczekiwań. Od samego początku nie planowałem skrupulatnego opisywania dźwięku, bo znajdziecie tego setki w sieci, a finalnie i tak każdy w domu ma najlepszy na świecie. Planowałem za to wnieść do mojej pisaniny trochę beztroski, jaka towarzyszyła mi podczas przemierzania wystawowych korytarzy. Czy mi się to udało, pewnie pokażą wpisy na „fejsie” pod linkiem do relacji. Bez względu jednak na wszystko imprezę, w której w zeszłym tygodniu wziąłem udział, uważam za bardzo udane przedsięwzięcie. Czy spotkałem dźwięk wystawy? Takiego w stu procentach mojego nie. Ale gdybym miał pokusić się o wyróżnienie jakiejś prezentacji, byłby to Gerhard Hirt ze swoją „zbieraniną” Ayon-ów – sygnalizowałem ten wybór w poświęconym mu akapicie. Ale nie stricte w rozumieniu idealnego dla mnie dźwięku, bo jak wiecie na co dzień stronię od lampowych konstrukcji, tylko raczej zaproponowanie znakomitego jego wersji od przysłowiowego strzału już w piątek, gdzie większość walczyła o jakikolwiek ciekawą jego formę. I być może dla wielu z Was będzie to zaskoczeniem, ale także za dowiezienie tej jakości do końca. Chodzi oczywiście o to, że to co na starcie uzyskamy – nawet najlepszego, z czasem ewaluuje i niestety nie zawsze w dobrym kierunku. Gerhardowi w jemu tylko znany sposób ta sztuka udała się bardzo dobrze, dlatego pokusiłem się dać mu skromny laur. I tym optymistycznym akcentem kończę swój udział w tegorocznej wystawie AVS AD 2025. Do zobaczenia na korytarzach, a potem w relacji, ale niestety już za rok.
Jacek Pazio