1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. Ayon S-3 Junior

Ayon S-3 Junior

Opinia 1

O unifikacji osiągającej w przypadku niektórych marek poziom perfekcji pisaliśmy już tyle razy, że wprost nie sposób zliczyć, chyba że się komuś bardzo nudzi, to proszę się nie krępować, jednak dzisiejszy przykład wprawił mnie w lekką konsternację. Po prostu pamiętając, brew pogłoskom o mym sędziwym wieku i oczywistych problemach z pamięcią, pierwowzór starałem się  usilnie wyłapać podczas oględzin jakąś, nawet najmniejszą, różnicę i oprócz skromnie umieszczonej na ściance tylnej naklejki nic nie znalazłem. Niby diabeł tkwi w szczegółach, ale … rodzą się pytania, czego do tyczyła kuracja odchudzająca, skoro tym razem rodzimy dystrybutor Ayona, bo to o nim mowa, raczył był na testy dostarczyć odtwarzacz sieciowy o symbolu S-3 Junior będący, przynajmniej pod względem wizualnym idealnym odwzorowaniem „dorosłej” S3-ki. Czyżby sprawdzał naszą czujność a może sonduje rynek pod kontem kolejnych – podobnych praktyk? Zaraz, zaraz, przecież to nie pierwsze takie zagranie Gerharda Hirta. Wystarczy przypomnieć Spitfire’a będącego „odchudzoną” wersją topowego Crossfire’a i wszystko staje się jasne. O ile część marek w niemalże obłąkańczym pędzie gna ku ciągle oddalającej się górnej granicy absurdu, przynajmniej jeśli chodzi o ceny, to Ayon, po cichutku i niepostrzeżenie zagospodarowuje lukę powstająca pomiędzy klasycznym – w granicach rozsądku wycenionym Hi-Fi a stratosferą High-Endu.

Oczywiście określanie Juniora mianem li tylko streamera jest równie precyzyjne jak rozwiązywanie macierzy przestrzennych metodą wróżenia z fusów, więc uszczegółowiając na pokładzie znajdziemy również DACa zdolnego poradzić sobie z sygnałem do 24 Bit/192 kHz i przedwzmacniacz. Ot całkiem sympatyczne 3w1. Pytanie zatem co tracimy a co zyskujemy decydując się na odchudzoną wersję S3-ki. Niewątpliwym argumentem „za” podczas pertraktacji z NIK, znaczy się ładniejszą połową z pewnością będzie zauważalnie niższa cena (16 900 vs 24 900 PLN). Jeśli zaś chodzi o zmiany konstrukcyjne, to zgodnie z zapewnieniami producenta nie nie są duże, co ma się przekładać tylko na nieznaczny ubytek jakości brzmienia. Pytanie ile z tych zapewnień opartych jest na faktach a ile na marketingu na razie pozostawię otwarte. Trzymając się jednak tematu i zaglądając do trzewi wypada odnotować, że obecne w pierwotnej wersji specjalnie dobierane przez Gerharda Hirta lampy 6H30 w stopniu wyjściowym oraz NOS 6C3P-EB w sekcji zasilania zastąpiono odpowiednio lampami 6922 i 6Z4. Na pierwszy rzut oka wszystko jest OK, bo lampy były i są, lecz patrząc na parametry końcowe widać dość znaczący wzrost impedancji wyjściowej z ~ 300 Ω do 900 Ω, co warto brać pod uwagę przy wyborze współpracującej z Ayonem amplifikacji. Sekcji cyfrowej podobno nie ruszano, czyli podobnie jak u starszego rodzeństwa wypadałoby spodziewać się układu streamujacego od Stream Unlimited i przetwornika opartego na parze kości PCM1792, oraz Burr-Brown PGA2320 zaprzęgniętego do regulacji głośności. Cieszy obecność dwóch (jeden dedykowany układom cyfrowym, drugi analogowym) transformatorów zasilających R-Core.
Serdecznie przepraszam wszystkich tych, którzy z niecierpliwością oczekują na opis walorów estetycznych tytułowego urządzenia, ale jakoś tak wyszło, że pojawi się on dopiero teraz. W końcu ile można pisać w kółko o tym samym ;-) No dobra, żarty na bok. Jak przystało na rasowego Ayona nadal mamy do czynienia z iście pancernie wykonanym korpusem ze szczotkowanych profili aluminiowych o charakterystycznie zaokrąglonych narożach i uroczych, chromowanych kratkach wywietrzników na płycie górnej.
Płyta czołowa to oczywiste, biorąc pod uwagę powierzone Juniorowi funkcje dwa masywne, ulokowane przy lewej i prawej krawędzi pokrętła odpowiedzialne za regulację wzmocnienia i wybór źródła. Pomiędzy nimi osadzono akrylowe okienko z sześcioma przyciskami nawigacyjnymi, 3” dwuwierszowy ekran TFT QVGA i dodatkowy mniejszy ekranik informujący o wybranym źródle oraz poziomie głośności. Nie zabrakło też  dyskretnego piktogramu oznajmiającego uaktywnienie upsamplingu. Za ukłon w stronę miłośników przenośnych pamięci masowych i grania bezpośrednio ze smartfonów można uznać frontowe gniazdo USB,
Ściana tylna prezentuje się zdecydowanie bardziej imponująco. Zdublowane – dostępne zarówno jako RCA, jak i XLR wyjścia analogowe umieszczono na skrajach a przestrzeń między nimi bardzo skrzętnie zagospodarowano. Patrząc od lewej mamy trzy pary wejść liniowych (niestety tylko RCA) i okalającą gniazdo zasilające i wskaźnik poprawności polaryzacji sekcję cyfrową z prawdziwą baterią przyłączy. Jest AES/EBU. Coaxial, BNC, optyczne i nawet I2S (RJ45) plus gniazdo Ethernet i trzpień do przykręcenia anteny, jeśli najdzie nas ochota na transmisje bezprzewodową, oraz gniazdo USB do podłączenia zewnętrznego dysku. Z Ayona sygnał cyfrowy wyprowadzimy jedynie wyjściem koaksjalnym. Z pomocą w ogarnięciu się z całą tą mnogością opcji przychodzi sam producent dokładając trzy hebelkowe przełączniki umożliwiające wybór trybu pracy urządzenia (normal/direct amp), wzmocnienie (high/low) i wykorzystywany rodzaj wyjść liniowych (RCA/XLR).
I jeszcze kilka zdań o sterowaniu. W komplecie oczywiście znajdziemy standardowy, systemowy pilot, którym bez najmniejszych problemów poradzimy sobie z S-3ką pracującą zarówno w roli DACa, jak i pre. Problemów też nie ma w trybie streamera oczywiście o ile tylko … dysponujemy iPadem iPhonem jednej z ostatnich generacji. Jeśli jednak nie dysponujemy to … teoretycznie też tragedii nie ma, gdyż producent udostępnił w gogle play appkę na tablety/smartfony pracujące pod kontrola Androida. Jest tyko małe „ale”. Podczas blisko trzymiesięcznego i to intensywnego użytkowania Juniora udało jej się bodajże pięciokrotnie za pierwszym, bądź podczas kolejnych pięciu prób (nieprzekraczalna granica mojej cierpliwości) odnaleźć dedykowane jej urządzenie. Co ciekawe nawet po odnalezieniu z reguły i tak w ciągu dwóch-trzech kwadransów „wieszała” się na amen i trzeba było ja ubijać. Normalnie w tym momencie recenzja powinna się zakończyć stwierdzeniem, iż bohater testu zszedł z boiska do szatni na skutek wystawionej czerwonej kartki, lecz nie tym razem. Powody był dwa.  Zasadniczy – brzmienie, o czym dalej i ambicjonalny, o czym teraz. Trochę streamerów i wszelakiej maści plikograjów przez mój system przez ostatnie kilka(naście?) lat się przewinęło i przy czasem jedynie odrobinie dobrej woli udawało mi się zmusić je do współpracy. Czemuż zatem Ayon miałby być wyjątkiem, tym bardziej, że przy braku wsparcia dla coraz powszechniejszych gęstych formatów i tak nie będzie miał zbyt łatwo. Dodatkowo uznałem, że proponowany przez producenta sposób obsługi TIDALa poprzez instalację dedykowanej wtyczki bezpośrednio na NASie, niemalże automatycznie ograniczający wybór do oferty Synology i Qnap jest mało sensowny. W końcu to powinno po prostu działać jeśli nie od jednego kliku, to choćby na tym samym poziomie nieskomplikowania, co u konkurencji wyceniającej swoje produkty na zdecydowanie niższym aniżeli Austriacy poziomie. No to do dzieła. Niestety początki nie były zbyt obiecujące i Junior niewzruszenie pozostawał obojętny na wdzięki appek do tej pory świetnie sprawdzających się z plikograjami Linna, Lumina, Bluesounda, Auralica i innymi. Mowa tu zarówno o oprogramowaniu dedykowanym – firmowym, jak i oferowanym przez dostawców niezależnych. Jedynie z pomocą Kinsky’ego udało mi się „po japońsku”, czyli jako-tako, okiełznać granie z NASa, choć irytująca przypadłość uruchamiania się urządzenia w trybie zapętlenia albumu wcale nie poprawiała mi humoru. Kiedy bliski byłem już zwątpienia na horyzoncie pojawiło się światełko nadziei, które po chwili rozświetliło mroki niekompatybilności. Owym światełkiem okazała się appka BubbleUPnP for DLNA/Chromecast (na próbę wystarczy wersja darmowa, ale na stałe warto zainwestować 14 PLN) z poziomu której nie tylko bez najmniejszego problemu obsłużymy całą nasza plikotekę, lecz również uzyskamy dostęp do serwisów streamingowych z TIDALem HiFi włącznie. Wystarczy wpisać dane do logowania, dodać album do playlisty  i viola! Gra i bucy, jak powinno od samego początku.

A teraz najważniejsze, czyli brzmienie. Junior jest kolejnym przykładem ewolucji jakiej jesteśmy świadkami obserwując i słuchając kolejnych modeli, bądź ich inkarnacji wychodzących spod ręki Gerhrda Hirta. Pierwsza S-3ka, z jaką miałem do czynienia na przełomie kwietnia i maja … 2012 roku grała niczym obrabiarka CNC – niezwykle precyzyjnie, dokładnie i po prostu analitycznie, czyli tak, jak wysokie modele Ayona w tamtych czasach, kiedy im wyżej w cenniku się znajdowaliśmy, z tym bardziej wyczynowy dźwięk otrzymywaliśmy. Świat się jednak zmienia, więc i austriackie brzmienie nie pozostaje na powyższe zjawiska obojętne i powoli, acz systematycznie pomiędzy analitycznością i precyzją coraz odważniej zaczynają sobie poczynać muzykalność i nasycenie. I tym razem właśnie z takim miksem mamy do czynienia. Ba śmiem twierdzić, że ponadprzeciętna dynamika, której nie sposób nie usłyszeć praktycznie od pierwszych taktów idzie w parze z jakże cenioną konturowością i twardością ataku, oraz co niezwykle istotne prawidłowym wypełnieniem i nasyceniem owych konturów żywą i pulsująca tkanką. W rezultacie otrzymujemy prawidłowy, bądź nawet lekko powiększony, co uczciwie przyznam może się podobać, wolumen źródeł pozornych a po dłuższej chwili zastanowienia spokojnie możemy mówić o pewnym może nie przyciemnieniu, co karmelowości kreowanego spektaklu. Nie chodzi mi bynajmniej w tym momencie o jakieś zawoalowanie, bądź zaokrąglenie, gdyż zarówno transjenty, jak i np. partie dęciaków tną powietrze jak należy, ale całość po prostu jest bardziej organiczna – ludzka. Jako dowód niech posłuży serialowa składanka „Songs of Anarchy: Music from Sons of Anarchy Seasons 1–4”, która nie jest może przykładem referencji jeśli chodzi o kunszt realizatorski, ale dynamiki i zadziorności odmówić jej nie sposób. Nie brakuje na niej również spokojniejszych i bardziej lirycznych fragmentów z dość oszczędnym, gitarowym akompaniamentem. Na warsztat weźmy jednak coś z pazurem, jak np. „Slip Kid”  gdzie Ayon bez najmniejszych problemów orientował się zarówno w gęstych aranżacjach i przysłowiowej ścianie gitarowych riffów, jak i z prawidłowym oddaniem szorstkości i ofensywności głosu wokalisty. Co ciekawe owa iście garażowa maniera wzbogacona została przyjemną lampową estetyką, co zaowocowało lekkim obniżeniem środka ciężkości i delikatnemu, bursztynowemu dopaleniu najwyższych składowych. Wyszło z tego bardzo sympatyczne, „południowe” granie, gdzie barwa idzie wespół z rozdzielczością i do rzadkości należą próby usuwania kamienia nazębnego w trakcie odsłuchu poprzez zbytnią, prosektoryjną analityczność.
Na niewątpliwie bardziej złożonym i przez to bardziej wymagającym materiałem symfonicznym pod postacią „The Planets” Holsta w wykonaniu L.A.Philharmonic pod Zubinem Mehtą (JVC XRCD24) Junior całkiem dzielnie radził sobie zarówno z prawidłową gradacją planów, jak i zdolnością prezentowania poszczególnych źródeł pozornych. Bez problemu można było przejść od ogółu do szczegółu, czyli od kontemplacji dzieła muzycznego, jako spójnej całości do partii konkretnego muzyka. Trudno mi jednak zbyt długo nad tym aspektem się rozpisywać, gdyż dokładnie taki sam sposób prezentacji oferuje mój CD-1sx, więc spokojnie możemy uznać, że jest co najmniej dobrze, bądź nawet bardzo dobrze. Oczywiście jeśli ktoś w muzyce szuka muzykalności a nie rozkłada jej na atomy licząc na to, że jakoś się to później za przeproszeniem do kupy poskłada.
Co innego sekcja przedwzmacniacza, która w przypadku Juniora robi kawał porządnej roboty. Już od pierwszych taktów nie tylko słychać ale i czuć rozmach i iście hollywoodzką dynamikę, która sprawia, że nawet mocno zachowawcze systemy dostają energetycznego kopa i łapią wiatr w żagle. Oczywiście nadal operując w zdroworozsądkowej estetyce lampowej, czyli gładkości i soczystości, lecz bez irytującego zmulenia i zagęszczenia jesteśmy wreszcie w stanie skupić się na muzyce nawet z dalekich od referencji nagrań. Akcent zostaje położony na aspekt emocjonalny i tzw. przyjemność odsłuchu stronę techniczną dyskretnie przesuwając na drugi plan.
I jeszcze pliki. Biorąc pod uwagę, że gęstych formatów Ayon nie trawi spokojnie można uznać, że producent, przynajmniej na chwilę obecną skupia się głównie na środowisku melomanów a nie wyczynowych audiofilów i zamiast gonić za coraz to wyskakującymi z kapelusza nowinkami woli stawiać na sprawdzone rozwiązania. Dzięki temu zamiast „podkręcania” częstotliwości lepiej szukać nagrań 24 bitowych, które na Ayonie, a tak po prawdzie na większości plikograjow, grają zdecydowanie pełniejszym, bardziej nasyconym i organicznym dźwiękiem. Całkiem sympatycznie wypada też brzmienie materiału odtwarzanego z TIDALa. Może nie jest to szczyt rozdzielczości i tzw. aura pogłosowa mogła by być nieco bardziej obecna, ale jeśli tylko nie mieliśmy do tej pory do czynienia z konkurencyjnymi rozwiązaniami i po prostu mamy ochotę na dostęp do ulubionych nagrań i nowości bez ruszania się z domowego zacisza, a czasem i kanapy, to takie oczekiwania Ayon spełni z nawiązką.

Ayon S-3 Junior, jak na zintegrowane 3w1 jawi się jako całkiem interesująca propozycja kumulacji większości pożądanych funkcji w nader zgrabnej i kompaktowej formie. Ciepło i potężnie brzmiący przedwzmacniacz, nasycony i zarazem rozdzielczy DAC plus streamer zdolny wycisnąć maksimum emocji z naszych plików a przy odrobinie dobrej woli również z zasobów serwisów streamingowych kupowane osobno z pewnością przynajmniej dwu, czy nawet trzykrotnie przekroczyłyby cenę Juniora, i to bez kabli. Jeśli zatem szukacie Państwo możliwie zintegrowanego rozwiązania oferującego ponadprzeciętną przyjemność odsłuchu rzućcie proszę uchem na S-3 Junior, bo może się okazać, że czasem mniej i zarazem taniej to po prostu lepiej. Nie wierzycie? Posłuchajcie zatem sami.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– DAC/Wzmacniacz słuchawkowy: Moon 230HAD
– Słuchawki: Brainwavz HM5; Meze 99 Classics Gold; Audio-Technica ATH-A990Z; Audio-Technica ATH-A2000Z; Audio-Technica ATH-W1000Z
– Streamer/DAC/Przedwzmacniacz: Ayon S-3 Junior
– Przedwzmacniacz: Electrocompaniet EC 4.8
– Końcówka mocy: Electrocompaniet AW 180
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Spec RSA-717EX
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opnia 2

Rynek audio, jak każda inna dziedzina gospodarki rządzi się swoimi prawami. Jakimi? Gdybyśmy choćby pobieżnie prześledzili interesujący nas wycinek produktów użytkowych, okazałoby się, że znajdziemy w nim zarówno gro marek bardzo często uzupełniających swoje portfolio o nowe, z założenia lepsze od poprzedników modele, jak również sporą grupę brandów stawiających na unikanie szafowania nowościami z ich punktu widzenia fundującymi zbyt małe zmiany konstrukcyjno-jakościowe, co przekłada się na pewną długowieczność ich wyrobów. Które podejście do przywołanego tematu jest Wam bliższe, niespecjalnie w dzisiejszym spotkaniu ma znaczenie, gdyż prezentowany obecnie najnowszy nurt słuchania muzyki, jakim bezdyskusyjnie są pliki, dla utrzymania się marki w panteonie rozpoznawalności nie tylko poprzez jakość ale i kompatybilność, niestety z racji szybkiego rozwoju segmentu mimowolnie zmusza je do częstych zmian w ofercie. I patrząc na całość zagadnienia z boku chyba właśnie ów kurs szybkich często nie do końca nieuprawnionych z punktu widzenia jakości dźwięku roszad jest dla mnie bardzo zniechęcającym problemem do pełnego zaangażowania się w temat około-plikowy. Ale mniejsza z tym, gdyż ważniejszą jest informacja, jakie urządzenia mam na myśli. Oczywiście przetworniki cyfrowo-analogowe, których przedstawiciela w swoim systemie mam w postaci oddzielnego odtwarzacza CD. Niestety z racji wykorzystywania w firmowym komplecie protokołu przesyłu danych w standardzie SPDIF przetwarza on jedynie sygnał o częstotliwości banalnej w dzisiejszych czasach płyty kompaktowej, co dla wielu miłośników muzyki zaczyna lekko trącać myszką. Dlatego też, producenci chcący podążać za zmianami dość regularnie wzbogacają swoje urządzenia o odczyt wszelkiego rodzaju plików, unikając tym sposobem automatycznej alienacji ich wyrobów na tle konkurencji. I takim idealnie spełniającym opisywaną przeze mnie sytuację jest austriacki AYON, który zaproponował nam do oceny swój najnowszy produkt S-3 JUNIOR, czyli DAC z funkcją przedwzmacniacza liniowego i steamera. Puentując wstępniak chyba nie odkryję Ameryki, gdy zdradzę, że obecność „Juniora” w naszej redakcji zawdzięczamy krakowskiemu Nautilusowi.

Produkt AYONa rozpozna każdy. To zawsze większe lub mniejsze płaszczki, które w zależności od ilości i wielkości wykorzystanych w swych układach wewnętrznych lamp elektronowych albo eksponują je na swym dachu – wszelkiego rodzaju wzmacniacze mocy, albo skrywają wewnątrz obudowy – odtwarzacze CD, przetworniki, przedwzmacniacze liniowe. Z uwagi na fakt, że S-3-ka jest DACiem, produkt jest bardzo kompaktowy, a za sprawą wykończenia obudowy w czarnym szczotkowanym aluminium również bardzo elegancki. Ale to nie koniec bijących od Austriaka dystynkcji, gdyż w celu podkreślenia wyrafinowania projektu plastycznego kilka niezbędnych dla bytu tego urządzenia detali wykończono w połyskującym srebrze. Rozpoczynając dokładniejszy opis wyglądu „es trójki” należy wspomnieć, iż front w swej centralnej części dzierży mieniący się ciemną czerwienią wyświetlacz informacyjny z wkomponowanymi w licujący z nim akryl przyciskami funkcyjnymi po lewej i portem USB po prawej stronie. Rys wizualizacyjny płaszczyzny frontowej zamyka informacja o usytuowanych na obu flankach srebrnych pokrętłach – lewe głośności, a prawe selektor wejść.  Podążając ku tyłowi dzięki zaślepkom ze srebrnych ażurowych siatek bardzo wyraźnie widać, w którym miejscu układu elektrycznego zastosowano lampy elektronowe. Gdy doszliśmy do pleców urządzenia, przekonujemy się o głównym zadaniu testowanego urządzenia, czyli cyfrowej obróbce otrzymanych sygnałów. A zdradza to będący w przewadze ilościowej  zestaw wejść cyfrowych, w skład których wchodzą: optyczne, SPDIF, USB, AES/EBU, Ethernet, I2S, BNC, a także gniazdo anteny WIFI. Jednak nie samą cyfrą Austriak żyje, gdyż wykorzystując go jako zwykły przedwzmacniacz liniowy nieco z boku tylnego panelu mammy możliwość podłączenia i wypuszczenia sygnału analogowego. Uzupełniając listę wyjść analogowych, należy przywołać ich znajdujące się na zewnętrznych rubieżach pleców główne terminale RCA i XLR. Jednak Ayon nie byłby Ayon-em, gdyby nie posiadał bardzo ważnej dla odpowiedniego zasilania urządzenia kontrolki zgodności fazy w gniazdku zasilającym.

Rozpoczynając akapit o budowaniu spektaklu muzycznego przez prezentowanego dzisiaj przedstawiciela austriackiej myśli technicznej z przykrością muszę stwierdzić, iż moja część testu ze względu na brak stosownych źródeł plikowych opierać się będzie jedynie o sparing na podstawie protokołu SPDIF. Jeśli ktoś czuje się nieusatysfakcjonowany, może zakończyć lekturę tekstu już teraz, jednak bez zbytniego usprawiedliwiania się dodam, iż nawet ta potyczka potencjalnemu nabywcy powinna dać sporo ciekawych informacji.  Co więcej, w moim podejściu przetwornik Ayona zastępował dwa urządzenia (DAC Reimyo i pre Roberta Kody), co dodatkowo wnosi stosowną dawkę ciekawych wniosków. A jak Ga S-3-ka? Bez naciągania faktów powiem, iż typowo dla swojego układu elektrycznego, czyli bardzo przyjemnie, bo z dużą domieszką estetyki lampy. Ale lampy w dobrym wydaniu. Co to znaczy? Jest gęsto, gładko, homogenicznie, ale i swobodnie. Co prawda testowany „daczek” „pierwsze koty za płoty” zaliczył w klubie KAIM, jednak z racji idealnego pokrywania się tamtej przygody z występami u mnie skupię się na tych ostatnich. Gdy poznałem estetykę grania w jakiej operuje Austriak, bez owijania w bawełnę rzuciłem go na głęboką wodę. Granie dla samej przyjemności to jedno, a występy testowe to drugie, dlatego na warsztat recenzencki wziąłem fenomenalnie prezentowaną przez zestaw odniesienia kompilację twórczości Monteverdiego autorstwa Michel’a Godadra. To najczęściej jest przysłowiowy „Palec Boży”, ale nie używam go do kopania leżącego, tylko sprawdzenia, jak obcy komponent radzi sobie w starciu z moim wzorcem. I muszę przyznać, iż zastosowana w goszczącym u mnie urządzeniu lampa miała co nieco do powiedzenia, ale robiła to w tak kulturalny sposób, że po akomodacji z jej propozycją malowania świata trudno było mi powiedzieć o niej coś złego. Ot pewien sznyt i nic  więcej. A jaki? W skrócie określiłbym to jako dociążenie całego pasma akustycznego, co podczas słuchania sprawiało dużo przyjemności, ale w wartościach bezwzględnych pogrubiało rysunek źródeł pozornych, tonizując przy tym iskrę górnych rejestrów. Ale zawczasu uspokajam, gdyż jak wspomniałem wcześniej, ogólna prezentacja mimo dawki masy cały czas nosiła znamiona swobody. Próbując opisać ten aspekt na przykładzie przytoczonej płyty powiedziałbym, że jedynym nieco cierpiącym na takim postawieniu sprawy instrumentem była elektryczna gitara basowa – tak tak, elektryczny bas w muzyce dawnej również jest możliwy. W moim zestawieniu słychać każde muśniecie struny, która wręcz pokazuje z ilu zwojów jest skręcona. Tymczasem przepuszczenie sygnału przez testowany DAC powodowało granie lekką strunową plamą, co powodowało nad-uprzywilejowanie jej w danej interpretacji, czyli lekkie wychodzenie przed szereg. To wielu prawdopodobnie będzie się podobać, jednak w stosunku do prawdy jest pewnym uśrednieniem. Zostawiając w spokoju gitarę trzeba przyznać, iż reszta partii czy to wokalnych, czy instrumentalnych raczej sprawiała wrażenie zadowolonych z takiej maniery urządzenia. Oczywistą konsekwencją pobudzania tylnych instrumentów do grania w pierwszym rzędzie było delikatne zbliżenie do siebie poszczególnych formacji. Niemniej jednak głębokość i szerokość wirtualnej sceny miały bardo dobre proporcje. Kolejnym krokiem testowym był krążek „Exciter” Depeche Mode. Gdy lądował w napędzie, trochę się obawiałem, czy nasz pretendent do zaszczytów nazbyt mocno nie zadba o moją przyjemność w pochłanianiu sztucznie generowanej muzyki. Szczerze? Dla mnie było bardzo dobrze, ale już dla odwiedzającego mnie słuchającego podobnej muzy znajomego góra trochę cierpiała. I to nie za sprawą jej rozdzielczości – tutaj było dobrze, tylko zbytniego pozłocenia. To ma być smaganie narządów słuchu „cykaniem” i świstaniem a nie polewanie ich syropem. Ale, jak wszyscy zdajemy sobie sprawę, co słuchacz, to inna interpretacja, dlatego proszę te dwie oceny przepuścić przez przypadkowość połączenia testowego, jak również całkowicie inne priorytety muzyczne. On stawia na ilość dźwięku w dźwięku, gdy tym czasem ja oddam nieco wyczynowości za kulturę. Gdy minął czas sam na sam z uwielbianą przeze mnie w młodości grupą Depeche Mode, swoje przysłowiowe pięć minut dostali jeszcze profesorowie od free jazzu w składzie: Marchall Allen, Hamid Drake, Kidd Jordan, William Parker Alan Silva. Ten wybór nie był przypadkowy, gdyż chronił Was przed kolejnym spotkaniem z grupą Percival, a wiedząc, że orgia jaką proponują wymienieni przed momentem panowie bez najmniejszych problemów jest w stanie oddać ducha szaleństwa dźwiękowego folk-metalu. Reasumując wnioski z odtworzenia płyty „The All-star game”  powiem tak, owszem w ogólnej ocenie wszystko wypadło OK., ale niestety szybkie pasaże nieco pogrubionych instrumentów i to bez znaczenia czy to kontrabas, perkusja, czy saksofony, traciły kilka bardzo ważnych dla nas niuansów brzmieniowych, jak praca wentyli dęciaków, czy moment szarpnięcia strun. Przekaz stawał się bardzo przyjemny, jednak dla mnie trochę ubogi w poszukiwane artefakty. Oczywiście nie odbieram tego jako zła w czystej postaci, tylko pewnej, nie do końca pożądanej w tym nurcie muzycznym homogeniczności, co tylko potwierdza fakt, że  nie ma rzeczy idealnych do wszystkiego bez ujmy dla możliwości sonicznych „Juniora”, zwarzywszy dodatkowo co próbował dogonić.  

Na tym zakończę opis mojej przygody z daco-przedwzmacniaczem marki Ayon. Trochę szkoda, że nie dysponowałem materiałem czysto plikowym i to najlepiej w wysokiej rozdzielczości, jednak i te kilka zdań powinno dać Wam pewien  pogląd na możliwości soniczne S-3-ki. W mojej ocenie był to bardzo dobry, mimo swojego ewidentnego sznytu grania występ. Wiadomym jest, że nikt kochający wyczynową szybkość i konturowość nie sięgnie po urządzenie lampowe. A jeśli nawet tak się zdarzy, źródła ewentualnej porażki nie upatrywałbym w Austriackim produkcie, tylko w braku elementarnej wiedzy samego zainteresowanego. Testowanego dzisiaj przedstawiciela techniki lampowej polecałbym melomanom stawiającym na emocje związane z przyjemnością odbioru pełnego przekazu, a nie cyzelowania poszczególnych fraz dźwiękowych. Oczywiście wszyscy cierpiący na anoreksję swoich układanek również powinni spróbować swoich sił, gdyż szklane bańki nawet z wydawałoby się skazanych na całkowitą porażkę systemów potrafią wykrzesać odrobinę przyjemności. Czy tak będzie u Was, musicie sprawdzić sami. Ja jednak zaręczam, że nawet w przypadku braku pełnej synergii podczas parowania z posiadanymi urządzeniami nawet przez moment nie będziecie się nudzić.

Jacek Pazio

Dystrybucja: Nautilus / Ayonaudio.pl
Cena: 16 900 PLN

Dane techniczne:
Konwersja D/A: 192 kHz / 24 bity
Lampy: 6922
Dynamika: > 118 dB
Separacja między kanałami: >105 dB (20 Hz do 20 kHz)
Napięcie wyjściowe (1 kHz/0,775 V -0 dB/RCA): Stałe 2 V lub zmienne 0 – 2V rms
Impedancja wyjściowa (RCA): ~ 900 Ω
Wyjście cyfrowe: 75 Ω S/PDIF (RCA)
Wejścia cyfrowe:
75 Ω S/PDIF (RCA & do 24/192 kHz), TosLink (do 24/192 kHz)
110 Ω AES/EBU (do 24/192 kHz)
75 Ω BNC (do 24/192 kHz)
I2S (do 24/192 kHz)
Z przodu – USB typu ‘A’
Z tyłu – USB typu ‘A’
Wejścia sieciowe: Wpinany RP-SMA (“bezprzewodowo”) 802.11b/g | UTP RJ45 10/100Mbps (“przewodowe”)
Stosunek S/N: > 110 dB
Pasmo przenoszenia: 10 Hz – 50 kHz +/- 0,3 dB
Zniekształcenia THD (1 kHz): < 0,002%
Pilot zdalnego sterowania Tak
Wejścia analogowe + wyjście tape: 2 x RCA + 1 x RCA (Tape)
Wyjścia analogowe: 1 x RCA, 1 x XLR
Wymiary (S x G x W): 48 x 39 x 12 cm
Waga: 12 kg

System wykorzystywany w teście:
– CD: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX Limited
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny:  TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Hiriji „Milion”
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, .Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Pobierz jako PDF