1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. Chord Signature XL

Chord Signature XL

Link do zapowiedzi: Chord Signature XL

Opinia 1

Jeśli myślicie Państwo, że niemalże w połowie kwietnia, a więc jakby nie patrzeć blisko pół roku po zeszłorocznym Audio Video Show zdążyliśmy się już uporać z powystawową kolejką upatrzonych tamże specjałów, to … uprzejmie donoszę, iż jak najbardziej tak. Znaczy się prawie, bo tak naprawdę, jeśli mnie pamięć nie myli a zalegające na biurku notatki nie wywodzą w pole, to właśnie niniejszą recenzją ów cykl wspominkowy kończymy. Nie oznacza to bynajmniej, że od tego momentu już żadne z prezentowanych na AVS urządzeń, czy też akcesoriów, już do nas nie zawita, jednakże kwestię pozyskanych na samej wystawie, bądź bezpośrednio po niej dóbr wszelakich spokojnie możemy uznać za zamkniętą. A co będzie stanowić klamrę spinającą ten blisko półroczny maraton? Otóż będą to dość niepozorne, przynajmniej jak na audiofilskie realia, angielskie przewody głośnikowe Chord Signature XL.

Ponieważ to debiut Chord Company na naszych łamach, w ramach wstępu warto wspomnieć, iż działa ona od … bagatela 35 lat a impulsem do jej powstania była jak to zwykle bywa potrzeba chwili, co w tym przypadku oznaczało pojawienie się popytu na wysokiej jakości przewody sygnałowe DIN-RCA dedykowane urządzeniom … Naim-a. Co ma jednak Naim do Chorda? Okazuje się, że całkiem spoko, bowiem ów popyt wygenerowała grupa amerykańskich dealerów Naim Audio wizytująca macierzystą fabrykę w Sailsbury, która (oczywiście grupa, nie fabryka) swoje oczekiwania, dość nieformalnie, bo podczas obiadu, przedstawiła jednemu z ówczesnych dyrektorów marki – Alanowi Gibbowi, który na owym spotkaniu pojawił się z małżonką – Sally. Od słowa do słowa i koniec końców stanęło na tym, że to właśnie Sally zajmie się zaprojektowaniem i dalszym developementem okablowania, a że w Stanach przewody zwykło się określać jako „cords”, to i nazwa nowego gracza na rynku audio wydała się dość oczywista. Co istotne do dnia dzisiejszego sytuacja nie uległa zbytniej zmianie, gdyż Sally Gibb jest właścicielem i CEO The Chord Company, a jej mąż – Andy Gibb – dyrektorem zarządzającym.
Mając już z głowy pobieżny rys historyczny marki, czyli skąd się Chordy na rynku wzięły spokojnie możemy przejść do meritum. I tutaj już na starcie czeka nas niespodzianka, gdyż choć w nazwie tytułowych głośnikówek mamy dość wyraźne nawiązanie do słusznego rozmiaru, o czym wydawałoby się świadcz dopisek „XL”, to odbierając je od kuriera w pewnym sensie poczułem ulgę, że zamiast skrzyni o gabarytach i wadze świadczących o umieszczeniu wewnątrz kompletnego uzbrojenia grupy szturmowej piechoty morskiej, otrzymałem coś na kształt i zbliżonego ciężarem do złożonego namiotu plażowego. Ot, dość płaską, okrągłą i zapinaną na suwak estetyczną czarną tekstylną torbę, która po wysmyknięciu zawartości zajmować będzie tyle miejsca co nic. Jeśli zaś chodzi o same przewody, to maja one postać dwużyłowych warkoczy dostępnych zarówno w dystyngowanej czerni, jak i zdecydowanie weselszej czarno-czerwonej kombinacji, zakończonych ozdobnymi spinkami z nazwą modelu i w zależności od zamówienia fabrycznie zakonfekcjonowanych bądź to niewielkimi widłami, bądź srebrnymi bananami ChordOhmic. Warto w tym momencie wspomnieć, iż Signature’y to najdłużej, bo od 2004 r. produkowany model Chorda, więc nie ma co się dziwić, iż na przestrzeni piętnastu lat swojego żywota doczekał się kilku udoskonaleń i metamorfoz. O ile od samego początku może pochwalić się koncentryczną budową, której sercem, choć biorąc pod uwagę iż mowa o dwóch przewodach na kanał, więc właściwszą analogią byłoby chyba … płuca a jeszcze lepiej źrenice, są przewodzące właściwe impulsy elektryczne rdzenie ze srebrzonej miedzi, to już zarówno ekran ze srebrzonej plecionki miedzianej, jak i aluminiowa folia pozostają niepodpięte. To jednak swoisty constans i rodowa spuścizna, gdyż zmiany na przestrzeni ostatnich lat dotyczyły głównie materiałów wykorzystywanych do izolacji. I tak początkowo używany spieniony polietylen wyparł PTFE (potocznie zwany Teflonem®), by w niniejszej odsłonie ustąpić miejsca XLPE (usieciowanemu polietylenowi). Warstwę zewnętrzną stanowią półprzezroczyste koszulki z PVC. Przewody mają przekrój AWG 10 i średnicę 2 x 8,5 mm a jeśli chodzi o podstawowe parametry elektryczne, to ich indukcyjność wynosi 0.94 μH/m a rezystancja utrzymuje się na poziomie 5.5 mΩ/m.

Po stosownej do niewiadomego przebiegu, dostarczonego na testy przez Audio Center Poland – dystrybutora marki, okablowania rozgrzewce sprawa używanej przez Chorda nomenklatury wydała się całkowicie logiczna i zrozumiała. Otóż owo „XL” dotyczy nie gabarytów fizycznych a właściwości sonicznych. Chodzi bowiem o to, iż Signature’y grają dźwiękiem o zaskakująco dużym wolumenie, mocy i energetyczności, jednak w nieco innym aniżeli standardowo „amerykańskim” wydaniu. Bowiem zamiast potocznie mówiąc „pompować” źródła pozorne i rozdmuchiwać scenę Chordy idą własną i wydaje się, że bliższą prawdzie, choć niekoniecznie aż tak atrakcyjną, jak zaoceaniczna konkurencja, drogą. Angielskie przewody są bowiem przykładem, że nie reskalując, w tym momencie nieistotne, czy w górę, czy w dół, reprodukowanych poszczególnych składowych wydarzeń muzycznych można być możliwie blisko nich i czuć, że dostajemy dokładnie to, co znalazło się na nagraniu a nie, nazwijmy to delikatnie, „autorską interpretację”. Pomijam fakt, iż do takich wniosków można dojść jedynie przy kontakcie z naturalnym, a nie wygenerowanym na komputerowej klawiaturze, instrumentarium, ale mam cichą nadzieję, że jest to dla Państwa równie oczywiste, co dla mnie, więc jeśli już porównujemy, to lepiej fizyczny, realny gabaryt skrzypiec, kontrabasu, czy perkusji aniżeli oniryczne i „wyczarowane” syntetyczne, muzyczne plamy do tego, co wydobywa się z głośników. Wystarczy bowiem posłuchać zarejestrowanego w belgijskim Galaxy materiał „Ferdinando Fischer: From Heaven on Earth – Lute Music from Kremsmunster Abbey” Huberta Hoffmanna, bądź naszego dyżurnego „Monteverdi – A Trace of Grace” Michela Godarda by autorytatywnie stwierdzić, że wszystko jest w jak najlepszym porządku i nikt nie próbuje poprawiać i upiększać rzeczywistości. Kontury z jednej strony nie są tak ostre jakby wycięto je laserem a u wokalistów nie da się policzyć włosów, co jest w pełni adekwatne do tego jakbyśmy znajdowali się od nich w odległości kilku metrów a jednocześnie nie da się zaobserwować rozmycia ich brył, czy swoistego rozedrgania, co mogłoby wskazywać na problemy z rozdzielczością, bądź poważną wadę wzroku obserwatora. Czy mamy zatem do czynienia z bezwzględną, wypraną z emocji „poprawnością” i sztywnym trzymaniem się faktów sprawiającymi, że odsłuch czegokolwiek niebędącego fonograficzną referencją będzie dla nas równie przyjemnym doznaniem jak leczenie kanałowe zęba? Nic z tych rzeczy. W roli materiału dowodowego posłużę się garażowo-psychodelicznym krążkiem „Darkness Rains” zaskakująco mało u nas popularnej formacji Death Valley Girls, któremu można zarzucić wszystko, tylko nie to, że jest audiofilskim majstersztykiem. Czysto teoretycznie, dość proste linie melodyczne wespół z iście punkową manierą nie tyle śpiewu co swoistej melodeklamacji połączonej z wykrzykiwaniem poszczególnych fraz, powinny zaowocować poważnymi stanami lękowymi i kilkudniową migreną a tymczasem żadnego z powyższych objawów ani u siebie, ani u pozostałych domowników nie zaobserwowałem. Za to radosne podrygiwanie w rytm tej siermiężnej „młócki” już jak najbardziej. Chordom udało się bowiem coś pozornie niemożliwego – zachowując wspomnianą, typowo garażową chropowatość i młodzieńczy bunt jednocześnie nie zniechęcać słuchaczy zbyt napastliwą górą, czy też wywlekaniem wszystkich mankamentów natury technicznej. Zamiast jednak łagodzić, bądź wycofywać górę Signature’y znalazły inne wyjście z pozornie patowej sytuacji – otóż uwolniły potencjał drzemiący w średnicy i dole pasma – vide dynamikę. W rezultacie atakowi góry towarzyszyła pozostała część pasma a całość zyskiwała nie tylko na liniowości, co przede wszystkim na autentyczności. Wgniatała w fotel przekazywanym ładunkiem energetycznym porywając nas w wir wydarzeń i nie dając czasu na jakąkolwiek chłodną analizę.
Jednak z reguły nie po to dopieszczamy własny system przewodami głośnikowymi za niemalże równowartość dwutygodniowego pobytu w pięciogwiazdkowym hotelu w Egipcie, by z ich pomocą ratować kiepskie nagrania. Dlatego też z radością oznajmiam, iż na realizacjach dobrych i bardzo dobrych jest jeszcze lepiej a im cięższy los Chordom zgotujemy, z tym większym entuzjazmem i werwą zabiorą się do pracy. W ramach własnousznej weryfikacji gorąco polecam nad wyraz mało pobłażliwe dla nawet najdelikatniejszych form limitacji albumy „Celebrating John Williams (Live At Walt Disney Concert Hall, Los Angeles / 2019)” (Los Angeles Philharmonic, Gustavo Dudamel) i „The World of Hans Zimmer – A Symphonic Celebration (Live)” (Vienna Radio Symphony Orchestra, Martin Gellner), na których potężny aparat wykonawczy jest w stanie wygenerować ciśnienie akustyczne zdolne kruszyć mury, przy jednoczesnym zachowaniu pełnej kontroli i selektywności. I właśnie na takim repertuarze Chordy rozwijają skrzydła. Wieloplanowość, kreowanie sceny nie tylko w płaszczyźnie poziomej, ale i pionowej, czy też swoboda w zmianie punktu widzenia, czyli przejście od szerokiego kadru po wyłuskaniu konkretnego instrumentu nie stanowi dla nich najmniejszego problemu. Nic się nie zlewa a jednocześnie nie ma sytuacji, gdy mamy wrażenie jakby muzycy grali nie razem, lecz niejako obok siebie, równolegle – dla samych siebie. Słychać bowiem wzajemne interakcje a cały aparat wykonawczy jest nie tylko precyzyjną maszynerią z niezliczonymi trybikami, lecz żywym i zarazem zrośniętym ze sobą organizmem.

Chord Signature XL wydaje się zachowywać idealne proporcje pomiędzy akceptowalnymi dla ogółu ceną, oraz przyjazną naszym lokalowym realiom ergonomią i iście high-endowym brzmieniem. Nie jest bowiem „droższy od pieniędzy”, jego podpięcie nie naraża nawet niewielkich monitorów na ściągnięcie ze standów a co do walorów sonicznych , to pomimo najszczerszych chęci nie znajduję podstaw do tego, by do czegokolwiek się przyczepić. Jak widać zdroworozsądkowe podejście producenta do tematu okazało się przysłowiowym strzałem w dziesiątkę i coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że nie był to przypadek, lecz świadome działania Sally Gibb, która doskonale zdawała sobie sprawę na jakie stadium audiophilii nervosy mogą pozwolić sobie żonaci melomani i audiofile.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201 & Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3

Opinia 2

Z pewnością zgodzicie się ze mną, iż od jakiegoś czasu daje się zauważyć szaleńczy trend powstawania nowych marek kablarskich. To z jednej strony jest dla nas pewnego rodzaju szansą na dobranie idealnego dla siebie sznytu grania, ale z drugiej rodzi zagrożenie wdepnięcia na grząski grunt oszustów jedynie rebrandujących produkty przemysłowe przy pomocy ładnej plecionki ze swoim logo. Oczywiście w teorii każdy może robić co mu się żywnie podoba i zgłębiać tego typu nowalijki, ale przyznacie, w momencie wtopy jest trochę głupio. Dlatego też, gdy pojawia się taka jak dzisiaj okazja spotkania z marką od 35-lat zajmującą się okablowaniem systemów audio, trochę z myślą o Was i trochę z wrodzonej ciekawości chętnie przystajemy na weryfikację jej osiągnięć. Nie rachujemy, co stanie się w momencie wpadki, tylko stawiamy czoło wyzwaniu. Co będzie, to będzie. Nie ma ryzyka, nie ma fun-u. Ale z drugiej strony. Jakie jest ryzyko, gdy rozprawiamy o od lat uznanym na świecie producencie. Tym bardziej o pochodzącym z kraju obok Japonii uważanego za kolebkę audiofilizmu. Wchodzicie w to z nami? Jeśli tak, zatem zapraszam na kilka akapitów o wieloletnim producencie okablowania audio, czyli marce The Chord Company, o której model Signature XL do celów testowych zadbał krakowski dystrybutor Audio Center Poland.

Jak znakomicie obrazują fotografie, rzeczone kabelki nie szukają poklasku na drodze pozbawionej racjonalnych przesłanek, spokojnie mierzącej się z rozmiarem dorosłego pytona średnicy, czy zahaczającej o wschodnią ornamentykę aparycji zewnętrznej otuliny. Co to, to nie. W tym przypadku mamy do czynienia z dwoma dość cienkimi, niezbyt mocno skręconymi ze sobą w luźny warkoczyk żyłami. A jedynym ozdobnym akcentem dostarczonego do testu modelu (na życzenie jest również model w całości czarny) jest kolorystyka opalizujących czerwienią i czernią zewnętrznych mundurków każdej z żył. Naturalnie aby każdy warkoczyk mógł rozejść się na poszczególne sygnały (plus/minus), około 20 centymetrów przed aplikacją konfekcji, jaką w zależności od potrzeb klienta są widły i banany, zaaplikowano owalne sztabki z oznaczeniem kierunkowości kabli i sygnaturą danego modelu. Przyznacie, że to zdrowe podejście do tematu. Jeśli w dany produkt mamy wpompować jakieś wydatki, to niech to będzie wsad merytoryczny w główne zadanie, czyli w tym przypadku w jakość przesyłu sygnału audio do kolumn, a nie łapiący za oko audiofilów zbędny blichtr. Banał? Bynajmniej, co postaram się obronić w dalszej części tekstu. Ale zanim to nastąpi, zdradzę jedynie, że omawiane kable głośnikowe do celów transportowych pakowane są w zgrabne, owalne nieprzemakalne futerały.

Zanim rozpocznę przelewanie swoich doświadczeń z tytułowym produktem marki Chord na klawiaturę, przypomnę, iż bardzo często wszelkiego rodzaju kable są swoistymi korektorami zastanego systemu audio. Jedne stawiają na szybkość i zwartość grania, a te z przeciwległego bieguna, swoją prezentacją idą ze zdwojoną masą i energią każdej nuty. To naturalnie daje nam spore szanse na ratunek źle dobranego zestawu, ale przecież nie powinno się leczyć dżumy cholerą, tylko raczej mając pewien pomysł na dźwięk kroczyć drogą zrównoważonego grania każdego z komponentów. Po co cały ten wywód? Ano jako punkt odniesienia dla dzisiejszego testu, gdyż tytułowy przedstawiciel okablowania kolumnowego wręcz idealnie wpisuje się w wizję równej prezentacji w całym paśmie. Co to oznacza? Chord Signature XL od pierwszych wspólnych chwil proponuje nam nasycony i z ciekawym błyskiem na górze sposób na obcowanie z muzyką. Dostajemy nieodzowny do oddania dostojności fortepianu pakiet masy i wypełnienia, ale przy okazji, dzięki dobremu napowietrzeniu wirtualnej sceny muzycznej możemy cieszyć się ważnym dla naszego odbioru jej oddechem i blaskiem perkusjonaliów. Ciekawe, nie sądzicie? A co to oznacza na konkretnym przykładzie? Otóż mój system w pakiecie startowym jest orędownikiem wysycenia i każdorazowe podłączenie któregoś z przedstawicieli wspomnianych przed momentem skrajnych biegunów sonicznych skazuje mnie na utratę kilku ważnych dla mnie aspektów muzycznych w dolnych lub górnych zakresach częstotliwościowych. Tymczasem XL-ki nie forsując żadnego z podzakresów jedynie podkreśliły od zawsze z dbałością dobieraną przeze mnie estetykę brzmienia posiadanej układanki. Dokładniej? Proszę bardzo. W muzyce barokowej i jazzowej, czyli zazwyczaj dobrze nagranej, a przede wszystkim stawiającej na naturalne instrumenty z mocniejszym niż dotychczas, ale nadal nie przekraczającym granicy przerysowania, końcowych wybrzmień mogłem delektować się nie tylko wielobarwnością, ale również wyraźniejszymi artefaktami pracy palców artystów na strunach gitar, lutni, czy nawet odgłosów wentyli saksofonów. A to wszystko z oddaniem bliskiej prawdzie energii i umiejętności zawieszenia całości wydarzenia w eterze międzykolumnowym. A jeśli już jesteśmy przy temacie wirtualnej sceny. Ta zawsze w momencie odpowiedniego pakietu witalności generowanych dźwięków z dziecinną łatwością osiąga zarezerwowane dla „prawdziwych” realizacji wymiary szerokości i głębokości. I właśnie taki efekt udało mi się osiągnąć w czasie poznawania walorów angielskiego okablowania. A jak w innych gatunkach muzycznych? Otóż z przyjemnością stwierdzam, iż podobnie do muzyki „dla duszy” wypadały kawałki związane z buntem jednostki, czy obozem elektronicznej dekadencji. Wszystko odpowiednio dociążone, ale również może nie przesadnie, ale jednak dobrze doświetlone. Czyli co, żadnych wad? Powiem tak. Wadą z pewnością tego bym nie nazwał, ale założone przez konstruktorów trzymanie w ryzach równości przekazu wysokich tonów w komputerowej muzie czasem powodowało lekkie uśrednienie bywających jej atrybutem pisków i przesterów. Oczywiście nie był to efekt kotary, ale słyszałem kilka testowych nagrań w bardziej bezkompromisowym niszczeniu narządów słuchu. Owszem, szkodliwym dla zdrowia, jednak takie było założenie artystów i prawdę mówiąc takie powinno być oddanie ich pomysłu. Jednakże natychmiast oświadczam. Ja z dwojga przypadków wolę delikatniej niż brutalniej, dlatego też ocenę końcową, czy to jest pozytyw, czy delikatny negatyw, pozostawiam potencjalnemu zainteresowanemu. Dla mnie ok.

Puentując dzisiejsze spotkanie z ręką na sercu przyznaję, że byłem bardzo ciekawy, jak 35-letnie doświadczenie marki wpłynie na końcowy sznyt grania tytułowej konstrukcji. Za sprawą całkowitego braku wcześniejszej styczności z wyrobami tegoż producenta bałem się zbyt mocnego postawienia na jeden z podzakresów (górny lub dolny), co mogłoby spowodować utratę stworzonej przez dobrze zestawione komponenty równowagi tonalnej. Tymczasem po tych kilkunastu dniach z modelem Signature XL wiem jedno. Ożenek z ocenianym modelem najprawdopodobniej jedynie podkreśli, a nie zdeterminuje Waszej, czasem przez lata konfigurowanej, układanki. Skąd to wiem? Przecież ja z premedytacją złożyłem gęsto grający system, a mimo to żadnych szkód typu przegrzanie, czy szkodliwe spowolnienie dźwięku nie zaliczyłem. To zaś świadczy o jednym. Anglicy wiedzą, jak zadbać, by dźwięk był soczysty, a zarazem swobodny, przy okazji nie zmieniając jego startowego „ja”. Mało? Dla mnie wystarczy. A Wy, niestety musicie sprawdzić sami.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Statement
IC RCA: Hijri „Milon”, Vermoutch Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Audio Center Poland / Chord Company
Cena:
2 x 2,0 m – 6 479 PLN
2 x 2,5 m – 8 099 PLN
2 x 3,0 m – 9 719 PLN

Pobierz jako PDF