1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. Etsuro Gin-nezu

Etsuro Gin-nezu

Zapewne znakomita większość z Was zgodzi się ze mną, że po wielu latach przerwy poczciwy gramofon obecnie jest tak zwanym „must have” dosłownie każdego w pełni rozumiejącego zabawę w obcowanie z muzyką na najwyższym poziomie nie tylko audiofila, ale myślę, że przede wszystkim melomana. Nie ma się co oszukiwać, dźwięk z czarnej płyty to całkowicie inny świat, który w nieosiągalny dla cyfry sposób zbliżania nas do sedna muzyki. Znacznie lepsza koherencja oraz bardziej ludzka plastyka dźwięku dają o niebo lepsze poczucie naturalności w jej projekcji. Niestety tak jak w każdym dziale naszej zabawy, także w sferze analogu końcowe brzmienie systemu zależy od zastosowanych jego składowych choćby w postaci wkładek gramofonowych. I tutaj mimo bogactwa oferty zaczynają się oczywiście schody. Na szczęcie poważni gracze na rynku znając problem co jakiś czas podsyłają nam do posłuchania coś ciekawego z tej puli, a my próbując ułatwić Wam podjęcie najtrafniejszej decyzji opisujemy swoje wrażenia w stosownych testach. I taki właśnie cel ma dzisiejsze spotkanie. Spotkanie, tematem, którego będzie dostarczona od specjalisty w zabawie z czarnym krążkiem katowickiego RCM-u, będąca podstawowym modelem w ofercie, pochodząca z Japonii wkładka gramofonowa Etsuro Gin-nezu.

Jak w kilku słowach prezentuje się nasza tytułowa gościni? Gdy spojrzymy na zdjęcia, wyraźnie widać, że w temacie aparycji mamy do czynienia ze stosunkowo smukłą obudową. A smukłą, gdyż sekcję magnetyczną naszej bohaterki oparto o bardzo wydajny magnes samarowo-kobaltowy, co pozwoliło na ciekawą wizualnie minimalizację jej gabarytów, a dzięki temu poprzez poprawę sztywności zwiększenie odporności na szkodliwe wibracje. Korpus tytułowej Gin-nezu w kwestii budulca bazuje na lotniczym Extra Super duraluminium. Jeśli chodzi o zastosowany wspornik, ten po raz pierwszy w tej serii wykonano z zapewniającego szybkość reakcji i ogólną rozdzielczość wizualizowania muzyki Boru. Diamentowa igła wykorzystuje oferujący prezentację najdrobniejszych detali, z tego powodu bardzo lubiany przez melomanów szlif mikroline. Co według konstruktorów jest także istotne od strony filozofii swoich działań, nazwa tego modelu Etsuro została zaczerpnięta od zastosowanego do wykończenia korpusu, tradycyjnego japońskiego koloru Gin-nezu (srebrno-szary). Ale to nie jedyny filozoficzny zabieg wizualizacji tego modelu, gdyż wydźwięk owego tradycyjnego koloru wzmocniono zastosowaniem subtelnego srebrnego połysku mającego przy okazji zaznaczyć drzemiącą w konstrukcji ekspresję brzmienia przekazu. Tak pokrótce – chodzi o najważniejsze aspekty – wygląda temat budowy Etsuro Gin-nezu. Naturalnie po więcej kluczowych informacji do idealnej kalibracji wkładki – nie chcąc sztucznie rozwadniać tekstu – zapraszam do zwyczajowej tabeli pod testem. Teraz natomiast wszystkich zainteresowanych zapraszam na kilka zdań o tym, jak wypadła smukła Japonka w starciu z konkretnym materiałem.

Co zaoferował mi rzeczony kolokwialnie mówiąc rylec spod znaku Etsuro? Otóż, aby czytelniej unaocznić jego ofertę soniczną zderzę go w tym teście z także japońską, jednak tym razem wkładką spod znaku Dynavector DV-20X2 High Output. Owszem, to inna liga cenowa i za sprawą pracy z wyższym napięciem nieco inna jakościowo w odniesieniu do niuansów konstrukcja, jednak bez względu na wszytko idealnie pokazująca ogólny charakter brzmienia każdego Dynavectora, jakim jest świetna energia, ostrość rysunku i dźwięczność wirtualnych bytów. Przez wiele lat używałem nie tylko tego, ale także modelu z wyższej półki o nazwie XX-2 i zapewniam, wiem co mówię. Jak zatem wypadł Japończyk będący naszym dzisiejszym bohaterem? Po pierwsze w ataku energią był znacznie delikatniejszy. Po drugie muzykę podawał z fajną nutą nienachalnej plastyki. A po trzecie jako feedback unikania nadmiernego hołubienia solidnego uderzenia soczystym impulsem oferował większą lotność i rozwibrowanie dźwięku. Czyli co, nuda? Otóż nic z tych rzeczy. Po prostu inne, ale także znakomite, jednak z naciskiem na odmienne akcenty spojrzenie na muzykę. Raczej płynne, aniżeli brutalne, mniej uderzające twardą energią na rzecz ciekawego rozwibrowania, jednak konsekwentnie pełne życia i dzięki fajnej filigranowości wyższego środka oraz lekkości górnego zakresu bardziej lotne, co jasno pokazało nastawienie konstrukcji na dobrze rozumianą lekkość, aniżeli dosadność prezentacji. Ale żeby nie było, Etsuro nie miało oczywiście najmniejszych problemów z oddaniem odpowiedniego uderzenia dolnym zakresem, osadzeniem w masie i barwie centrum pasma oraz czytelnością najwyższego zakresu, tylko robiło to w wysublimowany, jakby bardziej kulturalny sposób. I skłamałbym, gdybym nie przyznał się, że mimo optowania raczej za estetyką brzmienia Dynavectora – lubię dobrze rozumianą brutalność, Etsuro swoją gracją i docieraniem do zawartych w materiale najdrobniejszych informacji zawładnęło moim wnętrzem na poziomie tej pierwszej marki. Powodem oczywiście była jedynie wspomniana zmiana proporcji dźwięku, jednakże z zachowaniem jego najważniejszych i najpiękniejszych cech, bez jakichkolwiek szkód w kwestii jakości. I gdy w pierwszej chwili wydawało się, że tak filigranowa projekcja może mieć problemy z dobrym zaprezentowaniem niektórych nurtów muzycznych, dogłębna sesja testowa pokazała, że było to tylko niepotrzebne szukanie dziury w całym.
Dobrym dowodem na taki stan rzeczy był krążek rockowych buntowników w stylu Black Sabbath „Vol. 4”. To niby rockowy, ale także balladowy i w niektórych kawałkach podpierający się prostą elektroniką rock, co dało szansę na sprawdzenie, jak ciemno-szara Japonka radzi sobie w tak zmiennych warunkach. I muszę powiedzieć, że gdy w mocnych momentach spokojnie utrzymywała niezbędny drive i akcentowania ataku poszczególnych akordów, to już w balladzie „Changes” wręcz brylowała. W zależności od zadanych przez materiał warunków zmieniała się niczym kameleon. Owszem, na tle Dynavectora oferowała mniejszy pakiet mocnej energii. Ale co ciekawe, odbierałem to tylko jako większą kulturę grania, która we wspomnianej balladzie pokazała jakie znaczenie miało mocno akcentowane przez konstruktorów dążenie wkładki do pokazywania najdrobniejszych niuansów zawartych w muzyce. Chodzi oczywiście o pełen emocji śpiewany pełnym wolumenem głosu Ozzie’ego, przez to poruszający mnie do cna swoją intymnością tekst oraz w założeniach mającą być wykonywaną z pomocą skrzypiec, jednak finalnie zagraną na syntezatorach, wprowadzającą nastrój zadumy, pełną mrocznych modulacji linię melodyczną. Naprawdę był to świetny pokaz umiejętności wkładki w wywieraniu wielkich emocji w słuchaczu.
Gdy spojrzymy na materiał z puli jazzu, tutaj chyba nikt nie podniesie larum, gdy stwierdzę, że było jeszcze lepiej. A lepiej choćby z powodu zabawy z bardzo dobrze zrealizowanym materiałem z repertuaru Wojtka Mazolewskiego „Solo”. Celowo wziąłem tę pozycję na tapet, gdyż pan Wojtek przyłożył się do wydania tego krążka i zadbał, aby był wytłoczony z maksymalna dynamiką, która pokazuje jego wirtuozerie w obsłudze będącego głównym instrumentem tej pozycji płytowej kontrabasu. Agresywny atak wsparty energią wielkiego pudła naprawdę robił wielkie wrażenie. A gdy do tego doszło pokazywanie przez system pełnego zakresu mikrodynamiki zapewniającej zderzenie z pełną paletą najdelikatniejszych ruchów placów po strunach, zrozumiałem, dlaczego Japończycy tak mocno przywiązują wagę to ekspresji brzmienia swoich konstrukcji. Pokaz na takim poziomie robi wrażenie. I nie w estetyce szkodliwego na dłuższą metę „łał”, tylko jako pełnoprawna składowa dobrze odtworzonego brzmienia każdej winylowej płyty.

Komu poleciłbym opiniowaną wkładkę? To banalnie proste. Celowałbym w melomanów lubiących dobre wyważenie prezentacji pomiędzy solidnym, czasem nawet nieco brutalnym graniem Dynavectora, a z założenia lekką i zwiewną prezentacją wkładek Lyra. Tytułowy rylec Etsuro ze swoimi walorami plasuje się idealnie pomiędzy wspomnianymi dwoma, skądinąd także japońskimi producentami. Tak więc jeśli szukacie czegoś unikającego pewnych skrajności, czyli de facto brzmiącego w miarę neutralnie, wybór tytułowej Gin-nezu wydaje się być ofertą wartą do wzięcia nawet w przysłowiowe ciemno. Tym bardziej, że nie kosztuje tak zwanych oczu z głowy.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME, Dyrholm Audio Nexus
– kabel USB: ZenSati Silenzio, Dyrholm Audio Nexus
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Dystrybucja: RCM
Producent: Etsuro Urushi
Cena: 9 950 PLN

Dane techniczne
Typ: Wkładka MC
Masa: 8,1 g
Pasmo przenoszenia: 15 – 50,000 Hz
Napięcie wyjściowe: 0,4 mV (1 kHz)
Impedancja obciążenia: 5 Ω (1 kHz)
Separacja kanałów: 30dB/1kHz
Szlif igły: 80 µm microline
Wspornik: 0.28φ Boron
Nacisk: 2,0 g

Pobierz jako PDF