Ideą portalu Soundrebels jest spojrzenie na testowane urządzenie z dwóch różnych punktów widzenia, determinowane posiadanym systemem i innym postrzeganiem ideału dźwięku, jaki staramy się u siebie osiągnąć. Ale gdy w przypadku podwójnej recenzji pojedynczego produktu lub nawet całego seta ma to bardzo duży sens, to przy tak ogromnej ilości materiału fotograficznego postanowiliśmy, że nie będziemy powielać opisów pod tymi samymi zdjęciami i każdy z nas opowie swoją własną historię z tej ważnej w świecie audio imprezy, jaką niewątpliwie jest wystawa w Monachium. Patrząc na całość wydarzenia z perspektywy kilku dni, to oprócz całkowicie innej skali przedsięwzięcia ma wiele wspólnych cech z naszym Audio Show, gdzie przypadkowość słuchanego, nie do końca satysfakcjonującego nas materiału, we w miarę możliwości każdego wystawcy przygotowanym pomieszczeniu, raz potrafi nas zaczarować, by na drugi dzień skutecznie zniesmaczyć. Taką sytuację zaliczyłem kilkukrotnie, co utwierdza mnie w przekonaniu, że żadna wystawa – nawet tak znakomicie zorganizowana jak monachijska – nie upoważnia do wydawania kategorycznych osądów, jakie często padają na forach internetowych. Niemiej jednak pokuszę się o kilka pochwał, omijając ganienie kogokolwiek za dźwięk, przypominając zarazem, że każda ocena jest splotem kilku, często przypadkowych, składowych, które pozwoliły „błysnąć” danej konfiguracji. Całość relacji podzieliłem na kilka podtytułów tematycznych, próbując przełamać monotonię wyliczanki pod-zdjęciowej, jakie najczęściej mają miejsce – co jest całkowicie typowym zjawiskiem.
Zanim jednak przystąpię do clou tematu, chciałbym wspomnieć o drobnej i wydawałoby się całkiem normalnej sytuacji, która niestety jest obca naszej wystawie. Chodzi mi mianowicie o podejście wystawców do prasy. Nie żebym chciał się wywyższać, gdyż jestem maluczki w porównaniu do światowych tuzów „bractwa krytyków”, ale gdy po serii zdjęć przystępowałem do skreślenia kilku linijek wniosków w podręcznym notesie, byłem bardzo miło odbierany przez tych całkowicie obcych mi ludzi. Nie przeszkadzało im to, że nie mieli pojęcia czy ich chwalę, czy obsmarowuję, a mimo to szanowali i byli zadowoleni, że jest szansa na jakąkolwiek wzmiankę. Przecież każdy rozsądny audiofil wie, że ilu słuchaczy tyle werdyktów, a zaistnienie w jakichkolwiek mediach, daje szansę na dotarcie do odpowiedniego, znającego upodobania danego recenzenta klienta. Niestety w naszym małym polskim świecie, karty wydają się być rozdane i zimne lub obojętne spojrzenie nie jest obcym zjawiskiem. Ale wystarczy biadolenia, to ma być przecież relacja z naszego święta, a nie przelewanie swoich rozterek na klawiaturę.
Jak przystało na poważnie traktujących tę zabawę ludzi, swój udział zaczęliśmy od oficjalnej konferencji prasowej. Tematyka wydaje się być oczywista – peany za całokształt wystawy ze strony organizatorów, dlatego nie będę zanudzać Państwa szczegółami. Gdy czas poświęcony na to rozpoczynające całość imprezy spotkanie dobiegł końca, poszczególne openspace były już dość mocno oblężone. Dlatego razem z Marcinem udaliśmy się na umówione długo przed wystawą kuluarowe rozmowy, a że było ich kilkanaście, to plany hal wystawowych intensywnie jarzyły się czerwienią. Nie było łatwo i gdy odrobiliśmy lekcje, postanowiliśmy się rozdzielić, by każdy z nas mógł zrealizować plan przygotowania materiału wsadowego do relacji. A więc zaczynamy.
Pozytywne wibracje
1. Tak się jakoś złożyło, że pierwszym pokojem po zgrubnym zapoznaniu się z ofertą wystawy, gdzie zanotowałem spore możliwości prezentowanego zestawu, był pokój z elektroniką Horda i wielgachnymi monitorami PMC. Znam ich pierwszą odsłonę z odsłuchów u dobrego znajomego, ale jakoś nigdy mnie nie zaczarowały. Tymczasem to podejście – może za sprawą reszty toru, albo muzyki – dało pokaz pełnej kontroli nad monstrualnymi przetwornikami basowymi, wespół z dobrą jakością reszty pasma. Nie sądziłem, że z tych paczek może wydostawać się tak szlachetny dźwięk, gdyż dotychczasowe doświadczenia opierałem na rockowym łojeniu kumpla w zbytnio przytłumionym pomieszczeniu. I gdy zobaczyłem te smoki w dość żywej akustyce, spodziewałem się najgorszego. Tymczasem ta prezentacja przypomniała znaną prawdę, że każde warunki lokalowe dają całkowicie inne końcowe efekty brzmieniowe. Marcin trochę marudził, że przy cichym słuchaniu delikatnie gasła dynamika, ale ja nadal uważam ten pokaz za udany.
2. Zawsze wiedziałem, że w wartościach bezwzględnych brzmienie elektroniki Soulution jest na bardzo wysokim poziomie, ale ten pokaz całkowicie przewartościował moje postrzeganie tej marki. Dotychczas odbierałem ją jako bezdusznie przeźroczystą, nie przemawiającą do mnie tym stanem rzeczy, ale zawsze jest ten pierwszy raz, który właśnie w Monachium miał miejsce. Co prawda nie miałem dłuższego doświadczenia z kolumnami Magico i to one mogą mieć spory udział w tym pokazie, ale usłyszany tandem pozostanie na długo w mej pamięci. Zaskakująca gładkość dźwięku, czytelność środka, głęboki i mięsisty, bez nalotu spowolnienia bas, pokazały jak to się robi po mistrzowsku. To był całkowicie przeciwległy biegun wcześniejszych spotkań ze Szwajcarami, co tylko potwierdziło ich umiejętności kameleona w zależności od reszty towarzystwa.
3. Mimo, że flagowe Estelon’y grały muzykę przez złośliwców zwaną plumkaniem, zaliczam ten pokaz do bardzo ciekawych, gdyż według mnie idą w trochę inną stronę niż dotychczasowe modele. Mianowicie, gdy tamte stawiały na gęsty, na granicy rozsądku grania przekaz – co mi akurat bardzo się podobało, ich najnowszy produkt stanął na straży temperatury bliskiej neutralności. Piszę „bliskiej”, gdyż jak wszystkie aspekty związane z subiektywną oceną obarczone są preferencjami słuchacza. Niemniej jednak, EXTREME grały szybkim krótkim basem, dobrą barwą, dużą swobodą i świetną przestrzenią. Naprawdę niezły występ. Oczywiście w reprodukcji niskich rejestrów dużą rolę odgrywała najnowsza monstrualna końcówka VITUSA, która swoimi gabarytami zdobyła chyba pierwsze miejsce na tegorocznej wystawie. Ten potwór powinien niedługo zawitać do Polski, dlatego nie omieszkam zapoznać się bliżej z jego możliwościami.
4. Nigdy nie przepadałem za brzmieniem FOCALA. Nie żebym miał jakieś bardzo złe doświadczenia, ale nie nadawaliśmy na tych samych falach. To jest oczywiście bardzo dobre granie, ale podczas słuchania mojej muzyki – ECM-owski jazz, nie możemy znaleźć nici porozumienia, za jaką uważam wprowadzenie mnie w stan feeling’u, wywołanego intymnością dobiegającej do mych uszu muzyki. Poprawność, a nawet bezwzględnie dobra jakość generowanych dźwięków, to nie wszystko, dlatego załapawszy się bez kolejki na zamkniętą prezentację, po raz kolejny spróbowałem przełamać dzielącą nas barierę. Niestety, i tym razem nie spotkaliśmy się w połowie drogi, choć poziom jakości wytwarzanych fal dźwiękowych nie odstawał od zapamiętanego wzorca. Może winny był wysoki szum tła, mimo wydzielonego aneksu, a może naprawdę jesteśmy z innego świata. Nie wiem, ale mimo braku iskry między nami, jazz z saksofonem był pokazem czytelności i pokładów dynamiki tego zestawu, a po zmianie repertuaru na partie operowe w akompaniamencie energetycznych elektronicznych fraz, wiedziałem, że ta francuska firma jest idealnym partnerem do dynamicznej muzyki. Jak to mówią – nóżka sama rwała się to tupania, co nie jest zbyt częstym zjawiskiem.
5. Jak zapewne wszyscy doskonale wiemy, niebieska poświata bijąca od urządzeń audio jest zmorą naszych czasów. Moda na błękitne, przeszywające nawet zamknięte powieki oczu smugi światła zdążyła już wyryć sporą rysę na postrzeganiu podobnych upiększeń, ale gdy wszedłem do pokoju na pewno znanej Państwu z naszej jesiennej wystawy firmy produkującej kolumny – BOENICKE, prezentującej swe walory wraz z elektroniką AURIS AUDIO, uświadomiłem sobie, że problem tkwi nie w kolorze, tylko w jego umiejętnym zaaplikowaniu. Ale to był tylko przedsmak wrażeń w tym box’ie. Przekroczywszy próg drzwi, zasiadłem wygodnie na krzesełku i z miejsca zacząłem kojarzyć śmiesznie małe podłogóweczki z naszpikowanymi głośnikami smukłymi bohaterami z Warszawy. Tamten pokaz utkwił mi w pamięci, jako spektakularne wypełnienie wielkiej sali konferencyjnej bardzo dobrym, holograficznym dźwiękiem, przez zdecydowanie wydawałoby się – „za małe” kolumny. Panowie ze Szwajcarii zastosowali w Monachium taki sam trik, tylko w mniejszej skali. Rzut okiem na wąziutkie maleństwa z basowcem – to też jest naciągane określenie – na bocznej ściance nie zapowiadały wypełnienia kubatury pomieszczenia tak wyrafinowanym dźwiękiem. Może nie był to pokaz na miarę SOULUTION, czy PMC, ale mierząc siły na zamiary, każdy rozsądny słuchacz bez trudu przyklaśnie takim efektom. Dla mnie było to połączenie trzech ważnych dla każdego – no może prawie każdego – melomana światów: jakość dźwięku, design urządzeń i sposób ich ekspozycji. Piątka z plusem.
6. To było dziwne doświadczenie. Prototypowa – tańsza wersja flagowego gramofonu TECH DAS o nazwie AIR FORCE TWO wraz z VIVID AUDIO i ENGSTROM & ENGSTROM udowodniła jak wiele zależy od momentu, w którym staramy się ocenić jakość dźwięku. Pierwsze podejście było strzałem w dziesiątkę. Wcześniej słuchałem kilkukrotnie jego starszego już seryjnego brata i wiedziałem, co można usłyszeć z tamtej konstrukcji. Tymczasem to dziewicze podejście pokazało utrzymanie kierunku prezentacji barwy i homogeniczności dźwięku, bez większej utraty czytelności przekazu. Było zaskakująco dobrze, czego nie mogę powiedzieć o spotkaniu na drugi dzień, które jawiło się zbytnią jaskrawością brzmienia. Po rozmowach ze znajomymi, wywnioskowaliśmy, że przyczyną mogła być zmiana wkładki, w drugim dniu targów, ale nie udało mi się tego potwierdzić. Niestety, jeśli chodzi o flagowca TECH DAS-a – AIR FORCE ONE, to ani razu nie udało mi się zbliżyć do znanych z wcześniejszych odsłuchów możliwości. Czy winna była reszta toru – co prawda takie same kolumny jak z dwójką, ale z elektroniką C.H. PRECISION, czy repertuar, nie będę roztrząsał, ale zapewniam wszystkich, którzy mieli podobne odczucia, że w odpowiednich warunkach to jest extra klasa.
7. Mimo, że w wielu pokojach byłem bardzo miło przyjmowany, to ekipa – JO SOUND, ARTE FORMA AUDIO, VOXATIV – zgotowała mi naprawdę miłe spotkanie. Życzliwe przyjęcie zakończyło się zbiorową fotografią wystawców. Wymiana wizytówek nie była kurtuazją, tylko zaczynem do szybkiego kontaktu zaraz po wystawie przed przelaniem moich spostrzeżeń na klawiaturę i to bez żadnych oczekiwań. Po prostu bezinteresowny mail z materiałami informacyjnymi. Niestety to są ludzie nie z naszego podwórka i może dlatego tak kontaktowi. Najlepsze z całej tej historii jest to, że wejście do tego pokoju sprowokował gramofon naszej rodzimej FONIKI, który był jednym z tematów jakie chciałem opisać w powystawowych wrażeniach. Nie twierdzę, że reszta nie była ciekawą ofertą, ale dotychczasowe doświadczenia z kolumnami opartymi o koaksjalne papierowe głośniki skutkowały fenomenalną prezentacją saksofonu i skrzypiec, przy mocnym nalocie wspomnianego papieru podczas odtwarzania reszty instrumentów i lekkim zgaszeniu górnych rejestrów – co dla mnie jest być albo nie być danej konstrukcji. Tymczasem życie cały czas uczy mnie pokory i właśnie wówczas odebrałem kolejną lekcję. Gdy usiadłem na wolnym krzesełku z boczku i zacząłem skrobać swoje wynurzenia, konstruktor amplifikacji zaprosił mnie na wolne miejsce w sweetspocie i zapytał o preferowaną muzykę. Trochę zaniepokojony, że źródłem nie był gramofon, z kamienną twarzą skupiłem się na pokazie i …. „zonk”. Nalot nosowości papieru jest bardzo symboliczny i znika już w drugim utworze, a co gorsza – oczywiście dla wcześniejszych doświadczeń – pojawia się tak wymagana prze ze mnie iskra blach perkusisty. Widząc moje pozytywne zaskoczenie, panowie nie zmieniają repertuaru i tak nie wiadomo kiedy mija prawie pół godziny, przy można by powiedzieć „ułomnych” przetwornikach. Do dzisiaj nie wiem gdzie tkwi „myk” tego spotkania. Czy amplifikacja lampowa była tak rozdzielcza, czy kolumny tak zestrojone, ale prawdę mówiąc, specjalnie mnie to nie interesuje i cieszę się, że „Nasi” wstawili tam „drapaka”, gdyż w innym przypadku mógłbym pominąć lub potraktować zbyt nonszalancko tak pouczające spotkanie.
8. Gdy zobaczyłem wymierzone idealnie w moją stronę miniaturowe kopie „Dział z Navarone”, na myśl przychodziły mi tylko dwie opcje. Jedna przewidywała spektakularne punktowe odstrzelenie mnie z miejsca odsłuchowego, każącego brać nogi za pas, a druga przywoływała zeszłoroczną warszawską wystawę, zaskakującą w końcowe doznania przygodę z japońską marką AUDIO TEKNE. Teoretycznie mam lekką alergię na granie wszelkiego rodzaju tub i hornów, ale potrafię docenić ich walory soniczne. Ba sądzę, że jeśli na starość zacznę głuchnąć – a to wydaje się być pewne – to będę na nie skazany, więc już teraz bardzo staram się znaleźć punkt zaczepienia do naszej przyszłej współpracy, co przy dobrej aplikacji danego rozwiązania nie jest rzeczą niemożliwą. I takim właśnie pomostem pomiędzy teraźniejszością, a przyszłością były chyba kolumny LIVING VOICE, karmione CEC-em i zasilane dzieloną amplifikacją Kondo. Konsekwencja budowy delikatnie, acz w granicach mojej tolerancji kreśliła swoje rysy, ale bardzo kierunkowa tubka wysokotonówki dając sporej szerokości pole sweet spotu, zdawała się niwelować tamten rys. Jednak najważniejszym, przemawiającym za tym zestawem aspektem był fakt braku natarczywości przekazu, jaki jest częstą przywarą podobnych wynalazków. Wiem, że sporo słuchaczy przedkłada ilość informacji nad ich wykwintność, ale ja nie należę do tego obozu i podczas słuchania jestem w stanie utracić kilka świdrujących moje zwoje mózgowe pików z danymi zawartymi na płycie, na rzecz barwy i gładkości, co wydawały się prezentować LV. I jeśli na koniec dodam, iż był to zestaw noszący znamiona „cukierka” – majstersztyk wizualny i wykonawczy – to czegoż szukać więcej. Brać i nie gadać.
9. Na koniec tego dość obszernego tekstowo skrótu na temat ciekawych prezentacji – opisując wszystko, choćby nawet tak zdawkowo jak te wspomniane, wyszła by z tego powieść, która zniechęciłaby prawdopodobnie nawet najbardziej zatwardziałego mola książkowego – pozwolę sobie na kawałek prywaty, jednak bardzo mocno spełniającej znamiona podtytułu tej części relacji. Chodzi mianowicie o dość skromnie (oprawa wizualna) prezentowany w porównaniu do polskiej wystawy set REIMYO. Znam kilka osób, które swoją przygodę z audio opierają właśnie o małżeństwo z zestawem z Japonii, z drobną w porównaniu do mnie różnicą, jaką są kolumny. Ja posiadam pełno pasmowe podłogówki, które teoretycznie nie są w oficjalnej ofercie marki – będąc jedynie wyposażeniem dealerów, gdy tymczasem reszta wyznawców dorobku Pana Kazuo Kiuchi, musi zadowolić się monitorami, w większości spokojnej muzyki i niedużych pomieszczeniach w pełni wywiązującymi się ze swoich zadań. Niemiej jednak, apetyt rośnie w miarę jedzenia i u każdego audiofila przychodzi moment chęci przeskoczenia o oczko wyżej. I właśnie dla nich mam „światełko w tunelu”, gdyż po raz pierwszy od momentu skompletowania produktów z Japonii, słyszałem ten zestaw na podobnym poziomie prezentacji co mój, ale z innymi kolumnami niż Brav’o Consequence+. Usłyszawszy pierwsze takty myślałem, że przy sparownych z Reimyo na monachijskiej wystawie kanadyjskich kolumnach – VERITY – „dłubał” Pan Kiuchi. Takiego sposobu reprodukcji górnych rejestrów i tak wygenerowanego, trudnego do podrobienia basu, do tej pory zaznałem tylko z własnymi przetwornikami, mimo wielu wizyt ze swoimi klockami na spotkaniach wyjazdowych u znajomych. Tymczasem tutaj jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki uzyskano długo poszukiwany przeze mnie sposób prezentacji muzyki. Jaki? Proszę poczytać moje teksty, gdzie staram się to wyłożyć. Oczywiście Marcin po raz kolejny dał mi jasno do zrozumienia, że to są zdecydowanie lepiej brzmiące zestawy głośnikowe od moich Brav’o, ale to była i tak wyższa półka porównawcza, niż wcześniejsze wymieniane na przestrzeni naszej kilkuletniej znajomości propozycje. Zdążyłem już się do tego przyzwyczaić i tylko cieszę się, że to ja decyduję, co jest dla mnie najlepsze, a Państwo macie niezbity dowód na nasze całkowicie różne postrzeganie wzorca dźwięku. Panowie posiadający zestawy Reimyo, to może być Wasz pożądany upgrade systemu, kończący dalsze poszukiwania.
Nasi tam byli.
Opisując echa tego wydarzenia, nie można zapomnieć o naszej drużynie, która może ilościowo nie przytłaczała, ale pokazała się z dobrej strony. Z moich notatek wynika, że obstawialiśmy sześć stanowisk wystawienniczych, z czego jedna była całkowicie polską ofertą kilku marek, a reszta występowała w tandemie z reprezentującymi je na świecie dealerami.
1. Na drugim piętrze czwartej hali wystawowej w skrajnej auli kompleksu, światło dzienne padło na idealnie uzupełniający się polski komitet, brylujących każdy w swej działce działalności producentów. Takich marek jak: ZONTEK (gramofon), LINNART (phonostage), ALBEDO (okablowanie), SOUNDBOX (akcesoria akustyczne), MYSOUND (wzmacniacze lampowe) i AUTOTECH UNIVERSUM (kolumny) chyba nie trzeba przedstawiać, jednak jeśli nie znacie Państwo ich oferty, to po tej wystawie szczerze zachęcam do zgłębienia ich port folio. To był naprawdę bardzo dobry dźwięk, mimo mojego lekkiego dystansu do produktów „megafonopodobnych”, co wyjaśniłem we wcześniejszych wrażeniach z pokoju LIVING VOICE-a. Podczas całej wystawy tylko dwa razy udało mi się dopchać do naszych rodaków, a przyznam szczerze, że podejść było kilka. Pokaz bronił się każdym aspektem, od dźwięku, przez doznania organoleptyczne, po kompetentną informację na temat przywiezionych produktów. Brawo.
2. Nieopodal w pełni obsadzonego przez naszych kolegów pokoju, swe walory dźwiękowe i diesignerskie (złocienia na gramofonie są wymogiem konsumenckim zaistnienia na rynkach wschodnich) ukazywała rodzima niedawno reaktywowana FONIKA. Gramofon w kształcie klucza wiolinowego, w wykończeniu błyszczącej czerni i złota, mimowolnie przyciągał wzrok każdego gościa. Pokaz wespół z japońskim phonostage’m VIDA marki AURORASOUND i lampowej niemieckiej amplifikacji LUA ze względu na spore oblężenie i otwarte drzwi, nie był do końca miarodajny pod względem jakości generowanych dźwięków. Mimo to robił pozytywne wrażenie. W tym samym pokoju mieliśmy jeszcze próbę śmiałego przełamania typowego podejścia do zagadnienia audio. Mianowicie, swój pomysł na obcowanie z muzyką w każdym, dosłownie w każdym pomieszczeniu zaproponowała pani będąca partnerem biznesowym Foniki. Było to coś na kształt ekskluzywnego regału wykończonego lustrami (w ofercie jest niezliczona ilość propozycji zastępujących lustro materiałów od kamienia po kompozyty), gdzie po bokach zabudowano dwie baterie idealnie integrujących się z całością zestawów głośnikowych. O dziwo, mimo braku przestrzeni za-kolumnowej, pozwalającej na zbudowanie jakiejkolwiek sceny, przekaz muzyczny był co najmniej dobry. Może nie pozamiatał reszty wystawców, ale na pewno zwrócił na siebie uwagę projektem plastycznym i obronił się sonicznie. Jako wisienka na torcie tego pokoju była obsada damska, gdzie piękne panie idealnie podkreślały nietuzinkowość prezentowanej oferty audio.
3. Trzecim sporym udziałem w monachijskiej imprezie wykazał się Krakowski CHILLOUT, gdzie przy pomocy okablowania i kolumn ACOUSTIC ZEN, gramofonu KRONOS, napędu Triode, preampu JUNONE i wzmocnienia Triode, stworzył naprawdę przyzwoite warunki do pokazania pewnych oczekiwanych przeze mnie elementów prezentacji spektaklu muzycznego. Byłem pozytywnie zaskoczony jakością pasma od środka do górnych częstotliwości (słyszałem namiastkę swoich wzorców), mimo lekkich problemów z basem, spowodowanych nie do końca dostosowanym do kolumn pomieszczeniem. Jednak patrząc na ten pokaz całościowo, stwierdzam, iż mając zbudowany tak niewielki box na gigantycznej hali wystawowej, przy tak masakrycznie dużym natężeniu szumu tła, panowie dali z siebie wszystko co najlepsze, co często było nieosiągalne dla wielkich tego świata.
4. Czwartym przedstawicielem polskiej załogi w Monachium była obsada stoiska z kolumnami TAGA. Niestety ekspozycja była raczej statyczna i zlokalizowana w centrum wielkiej hali. Jedynie co mogło przykuć uwagę i zrobiło to znakomicie, to flagowce wspomnianej manufaktury głośnikowej, wykończone w pięknym fornirze na wysoki połysk. Przepych tego modelu widać było już z daleka, a bliższy kontakt wzrokowy tylko podnosił poprzeczkę w odbiorze całości. Po cichu zdradzę, że jest szansa, aby sprawdzić te „cukierki” stolarskie w kontrolowanych warunkach i jeśli tylko do tego dojdzie, nie omieszkamy o tym napisać.
5. Kolejnym naszym akcentem była prezentacja wyrobu będącego owocem pracy wielu ojców. Nie, nie pomyliłem się, gdyż mający swój debiut na monachijskiej wystawie polski wzmacniacz lampowy firmy G LAB DESIGN-FIDELITY, jest kwintesencją połączenia kilku pomysłów. Począwszy od wizualizacji – nagrodzona praca absolwenta ASP, przez zaprojektowanie układów wewnętrznych – inne znane w świecie audio nazwisko, po wykonanie obudowy i montażu urządzenia – także wyspecjalizowani fachowcy. Nic nie było kwestią przypadku, tylko w pełni świadomymi krokami biznesowymi. Niestety o jakichkolwiek wartościach sonicznych z uwagi na stanowisko na otwartej przestrzeni nie mogę nic powiedzieć, ale jeśli choć trochę zbliżają się do wyrafinowania bryły urządzenia, to całość przedsięwzięcia ma szansę zakończyć się sukcesem rynkowym. Czas pokaże, a ja już teraz trzymam mocno kciuki.
6. Ostatnim dinozaurem z Polski na tych tragach jakiego udało mi się odwiedzić, był Pan Marcin Ostapowicz ze swoim produktem JPLAY. Ale nie będzie to akapit tylko o jego wkładzie w to wydarzenie, tylko próba pokazania Państwu, w jakim zacnym towarzystwie się pojawił. W sąsiadujących ze sobą pokojach zestawiono dwa sety grające, oparte o takie same kolumny – KAWERO, ale w innym towarzystwie reszty toru. Pierwszy, w którym Pan Marcin brał udział, gdzie sygnał wzmacniała niedawno wprowadzona na nasz rynek marka THRAX, przykuł moją uwagę na dłuższy czas bez większej ekwilibrystyki. Holografia nie pozwalała na postawienie jakichkolwiek zarzutów. Co więcej, nawet w najmniejszym stopniu nie przeszkadzały mi głośniki wstęgo-podobne, które z przydziału są u mnie samym złem, przed czym muszą się zawsze bronić. Tutaj oczarowały mnie z marszu. Druga odsłona kolumn KAWERO, to pokaz podobnej trójwymiarowości przekazu z preferowanym przeze mnie większym wypełnieniem. Taki efekt dał mariaż ze wzmocnieniem ENGSTROM & ENGSTROM i TOTAL DAC’em obrabiającym sygnał. Poziom jakościowy był na równie wysokim poziomie, z tą tylko różnicą, że każdy z zestawów celował w innego potencjalnego nabywcę. Jednak po tej bezpośredniej konfrontacji w bardzo krótkim okresie czasu sądzę, że oba obozy: zrównoważonego i dociążonego grania, mogłyby żyć z każdą opisywaną opcją. To nie była różnica jakościowa, tylko inna temperatura dobiegającej do uszu słuchacza muzyki.
Analog
1. Jak wiadomo, gramofon staje się nieodłącznym, wręcz obowiązkowym źródłem wielu audiofilów i to bez względu na manie dla mania, czy czerpania przyjemności z obcowania z nim – przypominam, że często sprawia więcej problemów, niż korzyści. Po tej wystawie widzę, że nadeszły czasy, gdzie każdy, powtarzam każdy większy gracz na rynku chce mieć swój analogowy produkt. Czasem powierzają jego produkcję znanym markom, doklejając tylko swoje logo, a czasem sami próbują coś skonstruować, dorabiając do tego pijarowską ideologię. Przemierzając poszczególne stoiska, pstrykałem niezobowiązująco zdjęcia napotkanym drapakom i gdy zacząłem wybierać fotografie do relacji, ogarnęła mnie lekka trwoga, że tego jest tak dużo. Konstrukcje są różne, od przemyślanych, popartych latami doświadczeń, po najnowsze wynalazki rodem z audio voodoo, nie wnoszące nic dobrego. Na dowód takiego podejścia wspomnę tylko o jednym przerażającym pokazie, gdzie ciężki massloader stał na równie ciężkim i topornym nieodsprzęgniętym od drżącego betonowego podłoża stoliku. Biedny gramiak zbierał wszystko z otoczenia, bez względu na rodzaj zakłóceń. Był tak wyczulony na wszystkie bodźce zewnętrzne, że nawet zbliżenie się do niego wystawcy, skutkowało spektakularną reakcją jako anteny zbiorczej. Masakra. Smutne było również to, że przy takim wysypie konstrukcji, samych pokazów o nie opartych było naprawdę niewiele. Na palcach dwóch rąk mógłbym policzyć zadowalające efekty karmienia systemu sygnałem wibrującej igły. Szkoda. Niestety muszę jeszcze trochę pobiadolić. Innym ciężkim do zrozumienia dla mnie faktem jest sztuczny rozrost oferty wielkich tego rynku. Jestem w stanie przymknąć oko na sferę budżetową, bo tam rynek często rządzi się projektem plastycznym, a nie wartościami sonicznymi, ale mocne audiofilskie marki? Nie będę wymieniał tych firm z nazwy, ale przeglądając różne fotorelacje, sami Państwo zwrócicie na to uwagę. Może to prawa rynku zmusiły je do takich posunięć. Nie wiem, ale jedno wiem na pewno, to nie moja bajka. Zapytacie jaka? Proszę rzucić okiem na ofertę producenta mojego zestawu audio, a wszystko zrozumiecie. Aby nie rozdmuchiwać przesadnie tekstu, do działu z gramofonami dorzuciłem kilka fotek z ramionami wkładkami. Ale przyznaję się bez bicia, to są przypadkowe pstryknięcia, nieoddające całości tematu.
2. Co jest nieodzownym partnerem przy zabawie w winyl? Oczywiście myjka do płyt. Na forach internetowych mamy wysyp różnorodnych domorosłych lepszych lub gorszych produktów, ale jeśli ktoś przy okazji prania czarnych płyt chce mieć ładny mebelek i to nawet nie na jeden asfaltowy krążek, tylko kilku płytowego robota naszpikowanego elektroniką, zachęcam do przestudiowania tej partii zdjęć. Istna feeria pralek od zalatującej garażowym rodowodem produktu ze słoikiem w roli głównej do zmieniarki kąpiącej i suszącej nasze drogocenne zbiory płyt.
Tuby, Horny, odgrody i inne dziwactwa
Jak już wspominałem, tuba i Horn jest u mnie na cenzurowanym, ale udało mi się trafić na kilkanaście pokazów, które raz lepiej, raz gorzej ukrywały swoje naleciałości. Niestety tych dobrze grających, a nawet w miarę dobrze grających jak dla mnie było niewiele. Mam notatki z tych pokazów, ale nie będę udawał, że świeci słońce, jak pada deszcz. Niemniej jednak rozumiem słuchaczy tego typu konstrukcji, gdyż przedkładając ilość informacji nad ich jakość, co czasem przychodzi z wiekiem lub ilością przesłuchanego sprzętu, nie znajdziemy lepszej opcji. No może ewentualnie słuchawki, ale i to nie zawsze. W tej serii zdjęć znajdzie się również kilka wybitnych konstrukcji – choćby MBL, czy Magico, ale tylko z czysto wizualnego punktu widzenia. Tak więc proszę o wyrozumiałość w tej materii. Wystąpi tutaj również kilka kalectw w moim mniemaniu, wymyślonych chyba tylko po to, by dopasować się do obecnych trendów mody budowlanej, albo całkowicie wyalienować się z poczucia zdrowego rozsądku. Przy czym nie odnoszę się tutaj do wartości brzmieniowych, które w przypadku człekokształtnego wytworu ludzkiej wyobraźni, dobrze broniły się podczas osłuchu.
Kula
To jest trochę przekorny, jak na wieńczący ten wyjazd akapit, ale nie mogłem się powstrzymać. Jest jedno miejsce na ziemi, gdzie kula, jako taka wynoszona jest na piedestały sztuki budowania kolumn. Nie będę oceniać sensu powstania takiego projektu, ponieważ od strony czysto technicznej jest całkowicie uzasadniony. Niemniej jednak chciałem podzielić się z Państwem kilkoma sfotografowanymi motywami z kulą w roli głównej, co mam nadzieję pozwoli z uśmiechem na twarzy zakończyć ten maraton megalomańskich wynurzeń. Dziękuję za uwagę i już zapraszam do dalszego odwiedzania naszej witryny, gdzie szybkimi krokami zbliżają się recenzje z serii „Zestaw marzeń”. Już w tym momencie mamy na tapecie trzy takie sety, w tym jeden złożony z tegorocznych nowości na naszym rynku.
Tak w bardzo dużym skrócie odbieram minioną wystawę. Czy będziemy tam za rok? Pewnie tak, ale proszę się nie łudzić, wszystkiego nie da się przekazać. To jest organizacyjny mamut, gdzie szanse na zaistnienie w opisach podzdjęciowych mają tylko najlepsi lub czymś się wyróżniający. Na razie żegnamy tegoroczną imprezę i ostrzegam lojalnie, jeśli Marcin nie wytrzyma procesu obróbki zdjęć – to on jest u nas ekspertem w tej dziedzinie, to może być mój ostatni artykuł na SOUNDREBELS. Tak więc przesyłam mu prawie czterotysięczno-wyrazowy tekst z paczką 130 fotek do podkręcenia i czekam na wyrok.
Jacek Pazio