1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. Siltech Triple Crown

Siltech Triple Crown

Opinia 1

Gdy ponad dwa lata temu powstawał portal „Soundrebels”, od samego początku mieliśmy bardzo jasno sprecyzowane złożenia dotyczące naszego pozycjonowania wśród witryn zajmujących się testowaniem sprzętu audio, z pełną świadomością wszystkie kroki rozwoju kierując w stronę półki Premium. Oczywistą sprawą jest chyba fakt, że kiełkujący na niezobowiązujących spotkaniach projekt w pewnym momencie musiał zderzyć się z rzeczywistością i tylko od konsekwencji, oraz determinacji współtwórców zależało ziszczenie się owych pięknych i nieśmiałych niegdyś planów. Powiem szczerze, łatwo nie było, ale z miesiąca na miesiąc postrzeganie naszego pomysłu na tyle szybko nabierało rumieńców, że w pewnym momencie jakby samoistnie zrodził się cykl zatytułowany „system marzeń”, proponujący dystrybutorom dostarczenie do testu całego seta spod jednej spinającej całość ręki. I tak mozolnie pnąc się w górę cennika z dostarczanymi zestawami marzeń, nawet nie zorientowaliśmy się, gdy w nasze progi zawitał komplet audio swą ceną przekraczający magiczny milion złotych. Gdy ten wielokrotnie omawiany w zaciszu prywatnych spotkań sen wreszcie przybrał realną postać, w naszych głowach zaczęła kiełkować nostalgiczna myśl, że najlepsze chyba mamy za sobą. Jednak jak wszyscy doskonale wiemy, los często płata figle i idąc za ciosem, po raz kolejny pozwolił poczuć smak zwycięskiej adrenaliny i w swej nieobliczalności skonfrontował mnie z o zgrozo nie dość, że z tak kontrowersyjnym wśród audiofilów działem audio Voodoo, to dodatkowo łamiącym wszelkie granice zdrowego rozsądku okablowaniem wartością oscylującym w strefach przywołanego kilka linijek wcześniej seta marzeń, czyli magicznego miliona złotych polskich. Tak tak, specjalnie napisałem słownie, aby nikt nie posądził mnie o pomyłkę z ilością zer. Wiem, to wydaje się być już bliskie szaleństwu, ale jeśli są potencjalni klienci, to dlaczego nie zaproponować im czegoś teoretycznie drogiego, ale za to dźwiękowo ponadczasowego i gdybym był producentem takich zabawek, z pewnością zrobiłbym podobnie. Niestety uprzedzam wszelkie niecne domysły, mimo posiadania dość drogiego sprzętu nie jestem targetem dla tego typu okablowania, ale jeśli zostałem wytypowany przez dystrybutora do napisania swoich wrażeń po kilkutygodniowej nausznej przygodzie, robię to z największą przyjemnością. Zapraszam zatem wszystkich na spotkanie z topem topów naszego rynku audio w zakresie kabli, czyli najnowszą odsłoną holenderskiej marki Siltech w postaci sygnałówek RCA, XLR i głośnikówek należących do najwyższej serii Triple Crown dystrybuowanych przez krakowskiego Nautilusa. Jako uzupełnienie tego szaleństwa, na występy dotarło jeszcze okablowanie dedykowane sekcji basowej Isisów  (niestety potrzebują bi-wiringu) w odmianie „King”, a także pozwalające odseparować owe dystrybutory informacji do kolumn od wpływu generującej szkodliwe ładunki elektryczne niestety sztucznej wykładziny podstawki firmy Acoustic Revive. Przyznajcie szczerze, orgia w najczystszej postaci.

Ogólny wygląd testowanych przewodów tak głośnikowych, jak i sygnałowych jest bardzo podobny, tzn. środkowa część ubrana jest w sporej średnicy otulinę pokrytą mieniącą się odcieniami błękitu plecionką, a same zakończenia w zależności od roli, jaki spełnia dany przewód, proponują: dwa odczepy umożliwiające podłączenie terminali plusa i minusa w głośnikowym i pojedynczy zakończony wtykiem RCA lub XLR dla sygnałówki. Każdy z kabli po obu stronach tuż przed zmianą średnicy ma zaimplementowaną prostopadłościenną wykończoną w złotym kolorze puszkę z przełącznikiem GROUND/FLOAT, umożliwiającą wybór jednej z dwóch opcji ekranowania przesyłanego sygnału. Oczywiście owe puszki dzierżą jeszcze oznaczenie marki, modelu, kierunku przepływu sygnału, a także przyporządkowany i certyfikowany specjalnym zaświadczeniem numer każdego z kabli. Sama biżuteria przyłączeniowa ma bardzo podobne kształty do omawianych przed momentem puszek z hebelkami, tylko w nieco mniejszym rozmiarze, gdzie przy głośnikowych całość wieńczą jeszcze widełki, a w sygnałowych specjalna śruba skręca ów podzielony na dwie części prostopadłościan, zaciskając go w ten sposób na gniazdach urządzeń w standardzie RCA, lub rozpychając wewnątrz gniazd w standardzie XLR. Dzięki temu mamy bardzo solidne połączenia, co przy sporej wadze każdego z kabli ma niebagatelne znaczenie. Próbując spuentować ten akapit wizualizacyjny, muszę powiedzieć, że pomijając całą otoczkę cenową, te będące przecież teoretycznie tylko przewodnikami sygnału druty jawią się jako rasowe audiofilskie błyskotki, co czasem dla „człowieka sroki”, a na rynku konsumenckim jest ich sporo, ma spory udział w procesie zakupowym i proszę, nie mówić, że tak nie jest, bo najnormalniej w świecie skłamiecie.

Zawsze, gdy opisuję wrażenia na temat drogich czy to urządzeń, czy akcesoriów audio, staram się zwrócić Waszą uwagę na fakt schodzenia na drugi plan tak podstawowych wydawałoby się aspektów brzmienia, jak bas, środek, czy góra pasma. Tak, to są bardzo ważne sprawy, ale nie oszukujmy się, jeśli tutaj wystąpi jakikolwiek, nawet nieco większy niż minimalny problem, możemy traktować taki produkt jako próbę nabijania klienta w butelkę. Mogą nie trafiać idealnie w punkt potrzeb naszego systemu, kierując go w nieco inną niż chcielibyśmy stronę, ale w wartościach bezwzględnych mają spełniać bardzo wysoko postawione wymagania. Dlaczego o tym piszę? Niestety, gro ludzi testując drogie zabawki, wszelkie odstępstwa od swoich oczekiwań traktuje jako wady, gdy tymczasem to jest tylko nieco inne spojrzenie na problem generowania dźwięku. Znajdźcie mi set, który idealnie zestrojony ochoczo przyjmie jakiekolwiek zmiany jego sznytu grania. Oczywiście, zdarzają się takie przypadki, ale jest to raczej oznaką skrupulatnego i umiejętnego ukrywania problemów, w korekcie których pomaga wpięty testowo gość, co biorąc pod uwagę konsekwentny rozwój inżynierii w zakresie działu audio, coraz częściej jest możliwe. Ale wystarczy tych wynurzeń. Najwyższy czas przejść do naszych bohaterów, skupiając się właśnie na ich trochę bardziej wysublimowanych aspektach generowanego dźwięku aniżeli przyziemnej prezentacji poszczególnych podzakresów częstotliwościowych, które notabene nie odstając od standardów tej półki cenowej, wypadły znakomicie.

Wkraczając w świat sygnowanego trzema koronami Siltecha, rozgrywający się pomiędzy kolumnami spektakl muzyczny oferuje nam zdecydowanie większy wgląd w jego mikro informacje. Nie oznacza to wzrostu krzykliwości środkowego pasma, tylko delikatne doświetlenie tego zakresu przy wręcz fenomenalnej gładkości, skutkując zwiększeniem tak poszukiwanego przez nas w muzyce powietrza, bez odczucia manipulacji przy wysokich tonach. Ot, nagle stajemy się o kilkadziesiąt lat młodsi i czerpiemy z muzyki to, czego nie zauważaliśmy, lub nie słyszeliśmy po wkroczeniu w wiek średni. Piękne, nie sądzicie? Dodatkowy fenomen polega na tym, że choć dźwięk operuje w nieco wyższych partiach środka, nie mamy uczucia odchudzenia, tylko jak to nazwałem dostajemy otworzenie się dźwięku, a wszystko podane jest w bardzo homogenicznej oprawie. Niemożliwe? Spróbujcie, a zapewniam, że nagle Wasz świat może stanąć na głowie. Kontynuując proces testowy, padło na budowanie sceny muzycznej. Ten parametr jest bardzo wciągający, ale odbywa się przy minimalnym powiększeniu źródeł pozornych, proponując nam nieco bliższe rzędy w często odwiedzanej przez nas  sali koncertowej, jednak  nie zaburzając statusu głębokości. Pewnie znajdą się tacy, co będą kręcić nosem, ale proszę się nie denerwować, gdyż to wydawałoby się dla wielu nieakceptowane przybliżenie muzyków wraz ze zwiększeniem mikro-dynamiki sprawiają, że ich wirtualna projekcja jest zdecydowanie bardziej realna niż dotychczas, co potrafi sprawić naprawdę niewielu producentów. Ja wiem, że każdy z nich w swym broszurowym przesłaniu do potencjalnego klienta oferuje takie bonusy, ale w kilkunastoletniej zabawie w zaawansowane audio obaliłem już sporą ilość takich konstruktorskich mitów, nie wyłączając z tego drogich konstrukcji. Aby nieco przybliżyć drzemiącą w wartym blisko milion złotych okablowaniu moc sprawczą, posłużę się moim pewniakami repertuarowymi, omijając takie kwiatki, jak muzyka metalowa, gdyż według mnie nie widzę w niej potencjału do oddania proponowanego przez Triple Crowny wyrafinowania. Zacznę może od wyboru specyfiki dźwięku, który realizujemy przełącznikami na wspomnianych zamontowanych na kablach puszkach. Mamy dwie opcje, z których GROUND daje zdecydowanie bardziej transparentny przekaz muzyczny, jednak okraszony delikatnym zmniejszeniem niskich tonów i oszczędniejszą średnicą, a FLOAT przesuwa tonację oczko niżej, zdecydowanie lepiej trafiając tym w mój oparty o barwę gust. Jak można się domyślić, do celów testowych wybrałem większe nasycenie i w napędzie kompaktu wylądował John Potter ze swoimi kompozycjami muzyki dawnej w otoczeniu budowli sakralnej. Gdy popłynęły pierwsze takty tego uwielbianego przeze mnie gatunku, niemal natychmiast odczułem większy oddech zawieszonego w eterze głosu artysty. Jak dotąd, zawsze pomiędzy mną a śpiewakiem istniała prawie niezauważalna, ale jednak delikatna mgiełka. Co prawda traktowałem ją jako swojego rodzaju niezbędną, bo występującą w realnym świecie nutkę czaru, ale o dziwo, jej usunięcie nie wpłynęło negatywnie na postrzeganie tej prezentacji. Co więcej, dzięki temu dostałem niezauważalne dotychczas pokłady niuansów brzmieniowych, wtórującego artyście instrumentarium – w tym przypadku gitara barokowa i klarnet basowy. To było bardzo owocne w doznania słuchowe odtworzenie, gdyż dzięki Holendrom usłyszałem zdecydowanie więcej tak ważnych dla każdego audiofila smaczków brzmieniowych i dodatkowo podanych w bardzo pożądanej gładkiej manierze.
Kolejnym ciekawym krokiem testowym był krążek z muzyką filmową Hansa Zimmera ze znanej opartej na faktach autentycznych opowieści zatytułowanej „Black Hawk Down”. Te z uwagi na obecne solidne przykładanie się realizatorów dźwięku do masteringu kompilacje prawie zawsze są dobrymi testerami sprzętu audio, co teraz po raz kolejny skrzętnie wykorzystałem. Chodziło mi mianowicie o osadzone w niskich rejestrach tracki, które swą mięsistością – mimo dobrego masteringu – potrafią obnażyć nawet najbardziej skrywane problemy zestawu. Uspokajam jednak, nawet najbardziej wymyślne pasaże dźwiękowe nie zmusiły trzech koron do kapitulacji i gdy wymagał tego materiał muzyczny, raz otrzymywałem mocne i kontrolowane niskie pomruki, by w innym kawałku dzięki balsamicznej poświacie dźwięku móc rozkoszować się pięknym śpiewem Lisy Gerrard przy dotychczas omijanych poziomach głośności. Brawo.
Na koniec złamałem jednak postanowienie i skusiłem się na próbę odtworzenia kilku utworów z muzyką folk-metalową w wykonaniu zespołu Percival Schuttenbach. Tak jak się spodziewałem, okablowanie Siltecha fundując zwiększenie informacji jak na dłoni pokazało całą prawdę o tej realizacji. Wokaliści jak krzyczeli wcześniej, tak krzyczeli również po aplikacji testowanych drutów, dając do zrozumienia, że całe piękno Triple Crown’ów tkwi nie w poprawianiu rzeczy złych, tylko wyciąganiu wszystkiego co najlepsze z tych dobrych, a to niestety brutalnie obnaża całą naszą płytotekę. Smutne, ale prawdziwe.

Po pierwszych rozmowach przed-testowych ogarnęła mnie lekka niepewność natury synergii okablowania z trzeba to głośno powiedzieć złożonym w punkt moich oczekiwań systemem. Cieśnienie dodatkowo podnosił fakt wspaniałych ocen moich poprzedników, którzy nie mając zestawu spod jednej producenckiej ręki, zdecydowanie łatwiej mogli odczuć jego klasę. Na szczęście ta znana chyba wszystkim miłośnikom dobrego dźwięku marka pokazała się z bardzo dobrej strony, proponując co prawda nieco inny niż mam na co dzień sznyt brzmieniowy, ale jak wspominałem na wstępie, odbyło się to w wartościach sposobu prezentacji dźwięku, a nie degradacji grania zestawu Reimyo. Śledząc przywołane w procesie testowym pozycje płytowe, według mnie aby wycisnąć cały drzemiący w owych kablach potencjał, powinniśmy obracać się w bardzo dobrze zrealizowanych płytach z dużym naciskiem na kompilacje akustyczne. Zapewniam, że nie tylko ilość, ale i jakość fantastycznie podanych najdrobniejszych informacji zaskoczy nawet największych malkontentów, sprawiając, że choćby nie było ich stać, w ich głowie może pojawić się myśl: „a może by tak kiedyś?” . Nie wiem ilu jest potencjalnych nabywców tego typu produktów, ale jeśli ktoś przygotowany finansowo weźmie je do domu, mówiąc kolokwialnie, będzie miał spore kłopoty ze zwróceniem ich do sklepu.

Jacek Pazio

 

Opinia 2

O tym, że bez najmniejszej tremy piszemy o urządzeniach/systemach/akcesoriach (niepotrzebne skreślić) drogich i bardzo drogich nie muszę chyba nikogo z naszych Drogich Czytelników przekonywać. Oczywiście dla zachowania równowagi staramy się również sięgać po asortyment zdecydowanie bardziej rozsądnie, bądź jak kto woli mniej nierozsądnie, wyceniony, lecz nie będę ukrywał, że to właśnie topowe, śmiało wzlatujące w stratosferę ekstremalnego High-Endu propozycje powodują przyspieszony puls i błysk w oku. Nieuniknionym efektem takiego podejścia do zagadnień audio jest jednak nie tylko coraz grubsze portfolio pojawiających się na naszych łamach recenzji, lecz przede wszystkim mozolnie gromadzony bagaż doświadczeń i obserwacji poszerzający nasze horyzonty. Poznając coraz szerszy wachlarz domniemanych, bądź pretendujących do miana referencji (w swojej klasie) produktów każdy z nas tworzy swoją własną siatkę punktów odniesienia a jednocześnie nabiera pewnego dystansu do całej tej gonitwy za nieosiągalnym, choć wydawałoby się, że niemalże będącym na wyciągnięcie ręki absolutem. Są jednak chwile, gdy nawet tak zblazowani i zepsuci do szpiku kości bajkopisarze jak my czują, że żarty się kończą a zaczyna rozmowa na serio. I właśnie jeden z takich momentów nadszedł, gdy krakowski Nautilus oznajmił, że jedzie do nas nie jeden, nie dwa przewody, lecz kompletny set sygnałowego okablowania Siltecha z flagowej serii … Triple Crown. Wyłącznie na potrzeby naszego dość oryginalnego systemu wykorzystaliśmy również szczodrość dystrybutora i aby nie degradować efektu finalnego niezbyt wyrafinowanymi zworkami sekcję basową ISISów spięliśmy z końcówką mocy oczywiście również Siltechami, lecz tym razem „jedynie” Kingami.

Jak przystało na ultra high-endowe ekstremum luksus, przepych i prawdziwie jubilerski kunszt widać od początku do końca każdego z przewodów, czyli od wtyków. Zaprojektowana przez Lennarta Thissena, pokryta 24-karatowym złotem konfekcja już nie tylko zachwyca a wręcz onieśmiela. Zamiast standardowych wtyczek interkonekty wyposażono w specjalne mechanizmy zaciskające się na gniazdach a wtyki pinów RCA, XLR, oraz wtyków głośnikowych wykonano z monokrystalicznego srebra. Ze względu na najdelikatniej mówiąc zauważalną sztywność przewodów zapobiegliwie pomyślano o możliwości obrotu wtyków o 180 stopni, oraz a może raczej przede wszystkim o zapewnieniu stabilnej konstrukcji i szczelnym ekranowaniu. Air Cradle Construction, bo tak właśnie ochrzczono najnowszą „topologię”, łączy masywne, wykonane z monokrystalicznego srebra przewodniki z ultra skomplikowaną teflonową konstrukcją zapewniając niezwykle niskie indukcyjność, rezystancję oraz pojemność.
Dodatkowo konstruktorzy topowego Siltecha postanowili umożliwić swoim klientom wpływanie na finalne brzmienie holenderskiego okablowania, bowiem w usytuowanych w miejscu standardowych splitterów masywnych puszkach zamontowano niewielkie hebelki, dzięki którym można podłączyć, bądź odłączyć zewnętrzy ekran. Nie oznacza to jednakże, że po ustawieniu przełączników w pozycji „float” 3 korony staną się całkowicie nieekranowane, gdyż zarówno interkonekty, jak i głośnikowce wewnętrzne ekranowanie posiadają. Mając jednak do wyboru cztery kombinacje (ekran z obydwu stron podłączony, z obydwu stron odłączony, podłączony od strony źródła, podłączony od strony odbiornika) ciężkim grzechem zaniedbania byłoby nie skorzystać z hojności producenta i przynajmniej w początkowej fazie zaznajamiania się z materią trochę się nie pobawić.
Zanim zagłębimy się w meandry wybrzmień i fiordy pełne audiofilskiego planktonu warto choćby na chwilę rzucić okiem na Siltechy jako całość i to całość pod względem wzorniczym niezwykle spójną. Głęboki granat plecionki pokrywającej część z zewnętrznym ekranem intrygująco kontrastuje z ciepłym złotem splitterów, by tuż przed typowo jubilerskimi wtykami ożywiać kable jaskrawoniebieskimi odcinkami charakteryzującymi się większą podatnością na zginanie a przez to ułatwiającymi podłączanie. Triple Crowny może i nie są uosobieniem skromności, ale nie oszukujmy się – są topowe i niemalże bizantyjski przepych nie tylko im służy, ale po prostu należy. W końcu błękitna krew zobowiązuje.

Choć dostarczony komplet okablowania od momentu pojawienia się w Polsce nie miał chyba chwili wytchnienia i cieszył się większą popularnością wśród rodzimych audiofilów i przedstawicieli prasy aniżeli talony na paliwo w mało wesołych czasach w jakich części z nas przyszło dorastać uznaliśmy kolektywnie, że lepiej nie strzelić gafy i przez pierwszy tydzień uczciwie holenderskie srebro wygrzewaliśmy po kilkanaście godzin na dobę katując je iście wybuchową mieszanką baroku i heavy metalu. Po takiej dawce prądu prawdopodobnie i pręt zbrojeniowy miałby szansę zagrać, lecz mając na stanie zdecydowanie bardziej audiofilskie okablowanie ani nam przez myśl nie przeszło choćby na moment wypiąć Siltechy. Okres akomodacyjnej rozgrzewki upłynął również na próbach z optymalnym w naszym dyżurnym secie ustawieniu ekranowania. Efekty tych zabaw przerosły nasze najśmielsze oczekiwania i o ile dwa skrajne nastawy, czyli z obustronnie podłączonym/odłączonym ekranem wzbudziły szczery entuzjazm, to stany pośrednie już niekoniecznie, gdyż wykazywały się na tyle zauważalnym niezdecydowaniem, co do kierunku, w którym chciałyby podążyć, że woleliśmy zostawić je z własnymi dylematami sam na sam.
Mając już ustalony plan działania i tylko dwie opcje wyboru uziemienia ze spokojnym sumieniem wzięliśmy się za właściwe odsłuchy, które bezsprzecznie znacząco poszerzyły nie tylko nasze horyzonty, ale przede wszystkim scenę generowaną przez nasz system. Proszę mi wierzyć na słowo, albo prześledzić recenzje urządzeń, które od założenia SoundRebels przewinęły się przez nasze ręce, ale skalę zmian, jakie wprowadziły Siltechy inaczej aniżeli fundamentalną określić nie sposób. Ilość powietrza, jaką otoczone zostały Isisy sprawiała jakbyśmy z naszego przytulnego OPOSa przenieśli się do niewielkiego drewnianego kościółka położonego gdzieś pośród skandynawskich pustkowi. Jeśli kojarzą Państwo album „Antiphone Blues” Arne Domnerusa i Gustafa Sjokvista to o taki poziom realizmu i odwzorowania przestrzeni właśnie mi chodzi.
 Kompletnie, absolutnie czarne tło plus ograniczony niemalże do zera szum otoczenia (zaleta nocnych nasiadówek) sprawiły, że znaleźliśmy się w idealnym i pełnym harmonii muzycznym mikrokosmosie. Precyzja a zarazem swoboda w kreowaniu źródeł pozornych dość boleśnie dawała do zrozumienia ile traci się przy bardziej „pospolitym” okablowaniu. Tutaj niczego nie trzeba było się domyślać, czy wypatrywać, bo po prostu było to widać/słychać i to w pełnej okazałości ze wszystkimi, nawet tymi nie do końca zamierzonymi przez producentów detalami. Przy tym tu nie chodzi o przejaskrawienie i ordynarne epatowanie każdym, nawet najdrobniejszym drobiazgiem w stylu sklepowych trybów demonstracyjnych cieszących się coraz większa popularnością telewizorów 4K, lecz raczej uczuciu jakbyśmy od Matki Natury dostali nowe, świeże oczy i odzyskali przysłowiowy sokoli wzrok. Początkowo zanotowana obserwacja o przybliżeniu sceny została zatem zweryfikowana o ten właśnie drobny szczegół – to nie muzycy bliżej podeszli, lecz po prostu my ich lepiej widzimy. Równowaga tonalna oscylowała pomiędzy bardziej eteryczną i skupiająca się na doświetleniu góry przy odłączonych ekranach i solidniej osadzoną w podstawie basowej a przez to trochę spokojniejszą i nie tak wyczynową przy włączonym ekranowaniu. Oczywiście powyższe różnice z wiadomych przyczyn pozwalam sobie wyolbrzymiać, gdyż w obu ustawieniach każdorazowo mamy do czynienia z nie tylko z taką samą niewyobrażalną wręcz jakością, ale i brzmieniową spójnością i wiernością firmowej szkole brzmienia. Szkole, w której ilość detali, wgląd w fakturę, niuanse i różnorodność, czyli rozdzielczość i selektywność wzrastają odwrotnie proporcjonalnie do ofensywności. Po prostu na tym poziomie już niczego nikomu nie trzeba udowadniać i zamiast puszyć się i stroszyć piórka lepiej skupić się na tym co najważniejsze, na jak najwierniejszym odtworzeniu muzyki.
Odłączone ekranowanie fenomenalnie podkreślało zarówno kunszt wykonawczy, jak i dorównujący mu realizatorski osiągnięty na albumie „A Trace of Grace” Michela Godarda. Tak rzeczywistego i namacalnego odtworzenia długo musiałem szukać w pamięci a partie wokalne w „L’Abbesse” niemalże wywoływały gęsią skórkę. Zgodzę się też w tym momencie z Jackiem, że właśnie na tak dopieszczony, wycyzelowanym materiale holenderskie srebro zdolne było olśnić nas swoją niesamowitą witalnością i potencjałem, choć nie byłbym sobą, gdybym nie spróbował też czegoś ze zdecydowanie mniej wymuskanych klimatów.
W tym celu należało jednak podjąć odpowiednie działania prewencyjne i na wszystkich łączówkach i głośnikowcach włączyć ekranowanie. Po chwili, gdy obniżyliśmy nieco równowagę tonalną i dociążyliśmy przełom średnicy, oraz basu zaokrąglając przy okazji nieco najwyższe składowe z głośników z atomową siłą i potęgą zwaliła się na nas lawina niezwykle miłych (przynajmniej dla mnie) niemalże kakofonicznych ryków, riffów i łomotań, które wyszły z gardeł i spod palców tunezyjskiej formacji Myrath („Tales of the Sand”), oraz weteranów i prekursorów klasycznego łojenia, czyli Black Sabbath („13”). Dla osób o słabych nerwach i wysokiej wrażliwości taki odsłuch miałby zapewne wartość poznawczą i estetyczną porównywalną do „muzykoterapii” stosowanej w Guantanamo, ale moje niezaprzeczalnie skrzywione gusta szczerzyły się bardziej niż zdeformowane postaci z klipu „Black Hole Sun” Soundgarden. Co prawda w porównaniu do prezentacji z nieekranowanym okablowaniem dźwięk stracił trochę na konturowości i wręcz holograficznej przestrzenności, ale bądźmy szczerzy – nawet Siltech za kilkaset tysięcy nie jest w stanie wyczarować czegoś, co w danym nagraniu nigdy nawet na chwilę się nie pojawiło. W związku z powyższym „grane było” tylko to, co na płycie/pliku się znalazło i to z jakością o jakiej ich twórcom z pewnością nigdy nawet się nie śniło. Holenderskie kable skupiły się za to na wyciągnięciu wszystkich niuansów i fraz, które do tej pory umykały naszej uwadze, gubiły się w natłoku informacji, bądź leżały przykryte warstwą nie ruszanego od lat kurzu.

Dostarczone przez krakowskiego Nautilusa okablowanie Siltech Triple Crown okazało się wybitnie wyczynowym setem. Stawiając na rozdzielczość niezwykle umiejętnie splatało ją z fenomenalnie zaczernionym tłem i taką ilością obecnego na wirtualnej scenie powietrza, że spokojnie można byłoby zabierać je na okręty podwodne i używać jako jedno ze źródeł pozyskiwania życiodajnego tlenu. Po kilkutygodniowych odsłuchach jestem w stanie autorytatywnie stwierdzić, że topowe Siltechy są na chwilę obecną klasą same dla siebie a jeśli miałbym do czegoś się przyczepić to z łatwością jestem w stanie taki zarzut sformułować i brzmi on … Do pełni szczęścia brakuje jeszcze oznaczonego trzema koronami przewodu zasilającego.

Marcin Olszewski

Dystrybucja: Nautilus
Ceny:
– interkonekt Siltech TRIPLE CROWN (XLR/RCA): 20 000 €/2 x 1 m
– kabel głośnikowy Siltech TRIPLE CROWN: 35 000 €/2 x 2 m
– kabel głośnikowy Siltech King: 10 699 €/2 x 2 m
– podstawki pod kable Acoustic Revive RCI-3H: 790 PLN / szt.

System wykorzystywany w teście:
– CD/DAC: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz liniowy: Reimyo CAT – 777 MK II
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny:  TRENNER & FRIEDL ISIS, MARTEN DJANGO XL
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Hiriji „Milion”
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU 505EX MK II
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: Audio Tekne TEA-2000

Pobierz jako PDF