1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. Transrotor Fat Bob S

Transrotor Fat Bob S

Opinia 1

Po niedawno opublikowanym na naszych łamach teście „wypasionego dwusilnikowca”  ZET 3, będącego dzieckiem niemieckiej marki Transrotor, przyszła kolej na coś ze zdecydowanie niższej półki cenowej, co w dość prostolinijny sposób przekłada się na kompaktowość przybyłej konstrukcji. Gdy tamta uzbrojona w dwa sporej wielkości motory napędowe płaszczka, swoimi gabarytami przyprawiała Marcina o ból głowy, to nowoprzybyła odsłona niemieckiego producenta jest chyba najbardziej zgrabną konstrukcją jego szerokiej oferty. Silnik nadal dumnie stoi obok clou napędu analogowego, ale sama bryła jest niewiele większa od średnicy czarnego krążka, z wystającą platformą będącą oparciem dla ramienia dzierżącego delikatną wkładkę. Tak minimalistyczny wyrób zajmuje niewiele więcej miejsca od standardowego urządzenia audio, co często jest być, albo nie być w danym systemie. Podczas gdy ja nie mam specjalnie problemów z nadmiernie rozbudowanymi komponentami generującymi dźwięki – mój Feickert zajmuje bagatela ca. 70 cm szerokości stolika, to Marcin jak już wspomniałem, raczej optuje za czymś zdecydowanie bardziej kompaktowym. I właśnie takie zwarte gabarytowo źródło analogowe dotarło na występy w moje progi. Z uwagi na nieprzebraną ilość linii i modeli, nie będę nikogo zmuszał do wertowania port folio niemieckiego Transrotora i szczędząc nieobeznanym dłuższych chwil poszukiwań zdradzę, że dzisiejszym gościem jest FAT BOB, którego dystrybucją zajmuje się Eter Audio z Krakowa.

Myśl przewodnia w sferze kolorystyki dostarczonego urządzenia jest kontynuacją poprzedniej wizytującej naszą redakcję konstrukcji, czyli połyskujące srebro polerowanego aluminium. Jedynym przełamaniem tej wizji jest czarna nakładka na gruby talerz, który dla poprawy wygaszania wibracji wewnętrznych został na swojej spodniej płaszczyźnie faliście podfrezowany. Jak można wywnioskować z początkowego akapitu, wizualizacja całości jest wariacją na temat koła. Okrągłe chassis oparto na trzech regulowanych stopach w kształcie sporej średnicy stożków, które swe stabilne oparcie na podłożu uzyskują dzięki centrowaniu na dołączonych do kompletu podklejonych gumowymi ringami talerzykach. Podstawa podobnie jak talerz, otrzymała firmowe wygaszanie szkodliwych drgań – stosowne frezy na spodzie, a w centralnym jej miejscu ulokowano mocowanie samosmarującego się łożyska, na którym spoczywa subplater odbierający napęd z silnika. Na tę konstrukcję nakładamy opisany wcześniej, będący platformą nośną płyty winylowej uzbrojony w czarną asfalto – podobną nakładkę puc grubego aluminium i ciężki docisk. Przymocowana w dwóch punktach pod talerzem platforma nośna ramienia, ulokowana została w prawym tylnym narożniku. Ale dla chcących upgrade’ować swoje zabawki audiofilów, mam dobrą wiadomość, gdyż producent w swym dążeniu do pełnej satysfakcji klienta, przewidział i przygotował dodatkowe miejsce na bliźniaczy postument dla drugiego, choćby monofonicznego rylca. Pełny profesjonalizm. Standardowy, stojący obok całej konstrukcji silnik niestety nie posiada przełącznika prędkości obrotowej 33/45, co zmusza nas, do przekładania okrągłego paska na odpowiednie rowki rolki napędowej, jednak, jeśli dla kogokolwiek manualna regulacja obrotów jest problemem wystarczy telefon do dealera po np. firmowy zasilacz Konstant M2 Reference 33/45 RPM. Ale wracajmy do wyposażenia rzeczonego Fat Bob’a. Umożliwiający pełny setup armboard, w dostarczonym modelu został ubrany w sygnowane niemieckim logo japońskie ramię Jelco. Miałem kiedyś podobny model ramienia i wiem, że jest to pożądany, wprowadzający spokój przekazu muzycznego dodatek w mass-loaderach.  Jako rylec czytający głębokość rowków wystąpił również japoński ZYX  R100. Tak po krótce wygląda kompaktowy, ale oferujący możliwość późniejszych udoskonaleń gramofon z dolnej części cennika. Zwrot „dolna część” jest niestety dość mocno związany z naszym punktem odniesienia, ale biorąc pod uwagę większość bywającego w Soundrebels sprzętu, spokojnie możemy ten zwrot zatwierdzić jako uprawniony.  

Niestety, tym razem to mi przypadła „przyjemność” docierania nowej wkładki i pierwsze kilkanaście płyt było raczej tłem w codziennych obowiązkach związanych z prowadzeniem portalu, pozwalając na nieco inny – mniej doskwierający – odbiór niezbędnego do ułożenia wkładki czasu grania. Gdy nastał moment rozpoczęcia bliższej analizy dobiegających z kolumn dźwięków, znałem już dość dobrze możliwości dostarczonego przez krakowski Eter Audio seta analogowego, dlatego dla odświeżenia punktu odniesienia, powróciłem na kilka czarnych krążków do mojego poczciwego Feickerta. To było dobre posunięcie, gdyż zbliżona cena wkładek, jakie wiszą na główkach ramion, sprawiała, że jakościowo powinny być na podobnym pułapie i bardzo się nie myliłem. Przypuszczałem, że sam sznyt będzie trochę inny, ale celem weryfikacji danego produktu jest dokładne wykazanie jak się prezentuje, a nie zgrubne frazesy, dlatego zawsze przed jakimkolwiek porównaniem serwuję sobie secik kawałków muzycznych w znanej mi referencji.

Jak wspomniałem, przypuszczenia się potwierdziły i oferowany przez niemieckiego FAT BOBa dźwięk był blisko mych obecnych wzorców. Pierwsze, co uderza w pozytywnym tego słowa znaczeniu, to ciężar grania, który przy swym dość wysublimowanym kroczącym nieco wyżej niż konfrontujący to zjawisko Dynavector poziomie, nawet przez moment nie spowodował drażniących przesterów. Czytelność blach pozwalała im mienić się milionem iskier, co już na wstępie dało testowanej konstrukcji sporo punktów do ogólnego rozrachunku. Schodząc w niższe partie widma akustycznego, przekraczamy barierę średnicy, która nieco żywsza w swojej wyższej części pozwala bardziej wniknąć w materiał źródłowy. Nie odbierałem tego jako efekt jej odchudzenia, tylko nieco swobodniejsze dopuszczenie do głosu przełomu wysokich i średnich tonów. Ja osobiście wolę nieco więcej gąszczu w tym zakresie, ale widzę wiele pozytywów w takim, a nie innym potraktowaniu tego aspektu. Jakich? Proszę bardzo, tak na szybko. Gdy już u mnie, mimo osobistych bliższych korelacji z dociążonym przekazem ZYX ze swym uprzywilejowaniem górnego środka spokojnie wpisywał się w mój niezbyt duży zakres tolerancji, to systemy cierpiące na nadmierną wszechobecną powiedzmy „bułkę”, przywitają taki myk z otwartymi rękami. Nawet jeśli będą oporni, ale jakoś dadzą się przekonać do wypróbowania takiej prezentacji, dopiero wtedy zobaczą co to znaczy niczym nieskrępowana ilość artefaktów, które wcześniej tracili. Ale zostawmy na razie przyszłych nabywców i powróćmy do mojego punktu widzenia. Krocząc dalej w dolne partie rejestrów dźwiękowych, docieramy do basu, który bardzo dobrze kontrolowany, może nie masuje przepony, ale nadal cały czas jest pełnoprawnym uczestnikiem spektaklu muzycznego. Jednym zdaniem można rzec, dostarczony do recenzji werk FAT BOB wraz z ramieniem Jelco i wkładką ZYX są uzupełniającym się wzajemnie i dającym wiele radości ze słuchania zespołem. Tak się jakoś złożyło, że tuż przed testem dotarła do mnie paczka z nowo nabytymi płytami CD. I choć raczej tego unikam, tym razem zamówiłem wydany przez nieznaną mi oficynę „SKIP” jeden dwupłytowy koncertowy album na czarnym krążku. Panowie w zgrabnym trio: Martin Tingvall, Omar Rodriguez Calvo i Jurgen Spiegel, dali bardzo dobrze zgrany i zmasterowany koncert, na którym jak na dłoni mogę wykazać sposób odtwarzania materiału przez krakowski zestaw analogowy. Dla wydobycia wszystkiego co możliwe z asfaltowego placka, w torze pozostał stacjonujący u mnie phonostage – katowicka Theriaa.  Niestety nie miałem nic od krakowskiego dystrybutora, ale patrząc na to z punktu widzenia dogłębnych analiz w znanym na wskroś systemie, to chyba lepiej tak, niż wprowadzać w proces testu dodatkowy element.  Gdy popłynęła muzyka ze wspomnianego krążka, już od pierwszych taktów wiedziałem, że to ciekawy set. Otwartość i rozdzielczość są pierwszymi akcentami tej konfiguracji. Opisywany górny środek natychmiast pobudza do życia fortepian, jednak nie determinuje tym zabiegiem jakiegokolwiek męczącego rozjaśnienia. Owszem dostajemy więcej informacji, ale nie kosztem gładkości i pastelowości płynącej muzyki. Wszystko zdaje się być tak wyważone, by dać słuchaczowi jak największy wgląd w nagranie, nie wywołując przy tym odczucia zbytniego odchudzenia. Tak, ja wolę nieco barwniej i gęściej, ale propozycja Transrotora spokojnie mieści się w moich kanonach postrzegania tego formatu. Ta wspomniana otwartość bardzo dobrze pokazuje co perkusista ma do dyspozycji podczas swoich solówek, bez względu na to czy akurat używa stopy, czy drobnych dzwoneczków, co dla wielu potencjalnych nabywców może być przysłowiową kropką nad „i”, w procesie wybierania toru opartego o szlifierkę. Jak do tej pory dość oszczędnie pisałem o niskich częstotliwościach, ale proszę się nie obawiać, może gór nie przeniesiemy, ale solidną podstawę mamy zapewnioną. Bas jest twardy, szybki i czytelny, rzekłbym za moim znajomym -„tępy” ( taki jak lubię). Przyznam się szczerze, że mimo pierwszych obaw jakie nasunęły się wraz z uprzywilejowaniem środka pasma, dalsza analiza odtwarzanych na werku z Niemiec posiadanych zbiorów winylowych, była raczej moim utwierdzeniem się w słuszności takiego rozwiązania, a nie szukaniem dziury w całym. Gdy nasyciłem się plumkaniem, sięgnąłem po elektronikę, która swoimi sztucznie generowanymi i nadmiernie wyeksponowanymi wysokimi tonami powinna szybko zniechęcić mnie do zgłębiania takich parceli muzycznych, gdy tymczasem bez strat w narządach słuchu z wielką dozą przyjemności przypomniałem sobie twórczość kapeli „Massive Attack”. Lubię od czasu do czasu ich posłuchać, ale nie zawsze należy to do przyjemności, jednak tym razem był to przyjemnie spędzony czas. Jak bohater dzisiejszego spotkania wypadł z przeciwnościami losu – czytaj ciężką muzyką rockową, musicie przeczytać u Marcina. Jak Go znam, nie odpuści sobie katowania swoich bębenków, pełną kompresji muzą, co prawdopodobnie będzie ciekawym materiałem decyzyjnym dla wielu z Was. Ja jeśli mogę, a ja decyduję, staram się sprawiać sobie przyjemność podczas testów, a nie uprawiać jedną z wielu odmian masochizmu.

Kończąc tę przygodę z hołubionym przeze mnie analogiem w wydaniu niemieckiego ubranego w ramię Jelco i wkładkę ZYX Fat Boba’a, zachęcam do posłuchania tego werku. Oprócz swoich gabarytowych zalet, ma wiele wartościowych cech natury brzmieniowej. Jako mass-loader oferuje dużą naładowaną informacjami energetykę grania, nie popadając przy tym w tak częstą dla wielu konstrukcji przypadłość, jaką jest krzykliwość. Co prawda swym brzmieniem oscyluje w górnych rejestrach nasycenia materiału muzycznego, ale z drugiej strony patrząc, pełna oddechu prezentacja dla wielu może być lekiem na spowolniony atak, który bardzo często okazuje się strzałem w dziesiątkę już w oscylujących wokół neutralności zestawach. Warto spróbować, gdyż w dość długim okresie swojej zabawy w audio, już kilka razy miałem okazję przekonać się, że nawet z założenia wykluczające się zestawienia, w bezpośredniej konfrontacji pokazywały całkowicie inne od obiegowych opinii wcielenie. Propozycja Karkowskiego Eter Audio jest wyważona w doborze komponentów, gdyż nie powodując wypadnięcia gałek ocznych pozwala cieszyć się muzyką przez duże „Ć”.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście, to kompletny zestaw firmy Combak Corporation
Elektronika Reimyo:
– dzielony odtwarzacz Cd: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz lampowy: CAT – 777 MK II
– tranzystorowa końcówka mocy: KAP – 777
Kolumny: Bravo Consequence+
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sek
cja niskotonowa)
IC RCA: Harmonix HS 101-GP
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: Rogoz Audio; Solid Base VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU 505EX MK II, platforma antywibracyjna Audio Philar
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: Dr. Feickert Analogue „Twin”
ramię: SME V
wkładka: Dynavector XX-2 MKII
przedwzmacniacz gramofonowy RCM THERIAA
          
Drugi system
– gramofon: Feickert Woodpecker
– ramię: SME  M2-9R
– wkładka: Dynavector DV-20X2
– phonostage: RCM SENSOR PRELUDE C
– kolumny: ODEON Nr28
– końcówka mocy: Abyssound ASX-1000
– przedwzmacniacz lampowy:  Reimyo CAT- 777 MK II
– okablowanie: Furutech, Harmonix
– odtwarzacz płyt kompaktowych:  CEC CD3N                 

Opinia 2

Po szaleństwach związanych ze zbliżającymi się do granicy przyzwoitości modyfikacjami i upgrade’ami Transrotora Zet 3 przyszła pora na zdecydowanie łatwiej osiągalne a i niejako przy okazji poręczniejsze młodsze rodzeństwo, czyli model Fat Bob S. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, aby już na samym początku rozważyć możliwość zakupu wersji wzbogaconej np. o łożysko hydrodynamiczne ze sprzęgłem magnetycznym (Plus TMD), czy od razu zaszaleć i wziąć opcję cięższą o 15 kg. (Reference 80 TMD) z wyższymi i odrobinę większymi średnicami elementów konstrukcyjnych, lepszym ramieniem i ciekawszą wkładką. Uznaliśmy jednak, że tym razem pozostaniemy przy wersji podstawowej a jednym przejawem naszej niesubordynacji, próżności i zblazowania będzie zastąpienie dołączanej do kompletu wkładki MM Ucello „rylcem” wyższych lotów i nasz wybór padł na wysokopoziomowego ZYXa R100.
Dodatkowo, po niemalże całkowitej hegemonii S.M.E przyszedł czas na konkurencję i postanowiliśmy przez dłuższy czas eksploatować, a więc poczynić pewne, możliwie dalekie od chwilowego zauroczenia, bądź rozczarowania, obserwacje dotyczące ramienia Jelco SA-250 9″. Tę klasyczną konstrukcję charakteryzuje brak tłumienia olejowego, zdejmowany headshell, efektywna długość 229 mm i zalecana masa wkładek z przedziału 4-12 g. Tym oto sposobem trafił do nas rasowy przedstawiciel niemieckiej klasy średniej, gdzie solidność stawiana jest ponad ekstrawagancję a firmowe – sprawdzone rozwiązania nad chwilowymi trendami.

Swoją bryłą Fat Bob S niemalże idealnie wpisuje się w obrys koła i jedynie wystający z prawej strony chassis armboard można uznać za delikatne odstępstwo od reguł, które spełnia nie tylko sam napęd, ale i zewnętrzny, zamknięty w ciężkim bloku synchroniczny silnik. Tak jak reszta rodzeństwa „tłuścioszek” jest typowym sztywnym, nieodsprzęgniętym mass loaderem ustawionym na trzech regulowanych stożkowych nóżkach, których kulowo zakończone wierzchołki idealnie wpasowują się w podfrezowania zabezpieczonych od spodu gumowymi ringami wklęsłych podkładek. Ciężki i precyzyjnie wypolerowany (podobnie z resztą jak cały gramofon) talerz spoczywa na subplaterze, na który za pośrednictwem okrągłego paska przenoszony jest z silnika moment obrotowy. Zmianę prędkości w wersji podstawowej wykonywać niestety trzeba manualnie, ale przełożenia paska z zamontowanej na osi silnika części rolki o większej, bądź mniejszej średnicy nie jest ani zbyt trudnym, ani tym bardziej pracochłonnym zajęciem. Oczywiście osoby przyzwyczajone do bezobsługowości prędzej, czy później zaopatrzą się w elektroniczny regulator obrotów. Nie zapomniano również o kompozytowej akrylowo-węglowo-winylowej macie i ciężkim, aluminiowym docisku, będących kolejnym sposobem na redukcję pasożytniczych wibracji odtwarzanych płyt.
Od strony użytkowej warto również zwrócić uwagę na dość istotny drobiazg. Polerowane aluminium palcuje się praktycznie od samego patrzenia, co z pewnością zauważył sam producent, gdyż średnica talerza jest o kilka mm mniejsza niż średnica standardowych płyt, dzięki czemu zdejmując, bądź kładąc ukochane winyle można uniknąć pozostawienia po sobie odcisków linii papilarnych. Warto też pomyśleć o jakimś dedykowanym „akwarium” chroniącym gramofon przed kurzem, choć podczas kilkutygodniowych testów nie odnotowałem tak niepochamowanego apetytu na unoszące się w powietrzu drobinki, jak w zbudowanej z pokaźnej ilości akrylu Zet 3-ce.

Ponieważ tym razem Jacek wziął na swoje barki obowiązki związane z wygrzaniem niemalże dziewiczej wkładki wpinając gramofon w swój system mogłem praktycznie od pierwszego strzału (to tylko metafora, gdyż ramię opada z dostojną płynnością) przystąpić do krytycznych odsłuchów. O ile wcześniej przez nas opisywana Zet-ka łączyła w swoim brzmieniu rozmach i niezwykłą precyzję oparte na niezwykle wyśrubowanej przestrzenności (spora w tym zasługa wkładek ZYXa z serii 1000) o tyle uzbrojony w 100-kę „pulchny” – gruby, bądź tłusty wydaje się w tym przypadku zdecydowanie zbyt mocno pejoratywnie nacechowanym określeniem – Bob postawił na czysty hedonizm i niemalże szczenięco-spontaniczną radość grania. Jeśli ktoś kiedyś zastanawiał się jak powinna brzmieć kwintesencja rozsądnie wycenionego analogu (zapomnijmy na jakiś czas o High-Endzie) powinien koniecznie posłuchać właśnie tytułowego gramofonu. Gładkość, homogeniczność natywnie przypisywane czarnej płycie szły tutaj w parze z tętniącym, pulsującym drajwem aż proszącym się o odpowiednio energetyczny materiał. Poczynając od starego, dobrego rocka (Peter Gabriel „So”) poprzez hard-rockową klasykę (Deep Purple „Machine Head”, Led Zeppelin „I” i „II”) a na współczesnym melodyjnym heavy metalu (Axel Rudi Pell „Ballads IV”) kończąc, to właśnie sekcja rytmiczna grała przysłowiowe pierwsze skrzypce i to na tworzonym przez nią szkielecie budowana była cała tkanka muzyczna. Oczywiście nie ma się co oszukiwać i oczekiwać po tej zdecydowanie tańszej konstrukcji takiej precyzji i kontroli, jak po wielokroć droższym krewniaku, ale umówmy się – na tych pułapach cenowych szuka się emocji, tzw. mięcha i najzwyklejszej w świecie frajdy płynącej z obcowania z ulubionymi, nie zawsze referencyjnymi nagraniami. A to właśnie Fat Bob całym sobą daje. Tutaj nie ma ani miejsca, ani czasu na choćby chwilę zastanowienia, czy zwątpienia – albo się takie granie kocha, albo nienawidzi. Miłośnikom eteryczności, zwiewności i zawoalowania z rozedrganiem emocjonalnym włącznie niemiecką konstrukcję po prostu na dzień dobry odradzam, chyba, że jakimś cudem uda im się znaleźć na tyle anemicznie grającą wkładkę oraz anorektycznego phonostage’a, że suma summarum jakoś pozbawią tytułowego bohatera jego własnego charakteru. Pytanie tylko czy takie zabiegi mają jakikolwiek sens. Osobiście śmiem wątpić, lecz nie raz i nie dwa miałem okazję na własne oczy i uszy przekonać się, że upór i inwencja ludzka praktycznie nie znają granic a rozsądek nie ma z nimi absolutnie nic wspólnego. Mniejsza jednak z tym i zamiast dywagować nad rzeczami od nas całkowicie niezależnymi lepiej skupić się na meritum, czyli naturze Boba. A proszę mi wierzyć – jest na czym się skupiać.

Pomimo wspomnianej spontaniczności konstruktorom udało się zachować wręcz wzorowy porządek na stabilnej i precyzyjnie kreślonej przed słuchaczem scenie, oraz okrasić całość nader sugestywną gradację planów. Delikatne podkreślenie średnicy powodowało miłą mym uszom namacalność zarówno damskich, jak i męskich wokali, które podawane były o jakieś pół kroku bliżej niż z Zet-ki. Ponadto to, co do tej pory mogło umykać, czyli pewna romantyczność, bluesowy feeling, czy soulowy sex appeal nabierały zupełnie nowego znaczenia. Nawet przy tak za przeproszeniem zajeżdżonych utworach, jak „The Road To Hell” Chrisa Rea, czy „Private Investigations” Dire Straits można było poczuć ciarki. Niby wszystko było znane na pamięć i o legendarnym „odkrywaniu płyt na nowo” mowy nie ma, jednak całość brzmiała bardziej organicznie, bardziej naturalnie. Jakby zamiast studyjnych reflektorów skorzystano z naturalnego, miękkiego światła zachodzącego słońca. Lecz była to miękkość wynikająca właśnie z odpowiedniego modelowania światłem, a nie pochodna rozmycia, rozmiękczenia konturów. Tak jak w fotografii z „ostrego” jak brzytwa obiektywu z łatwością można uzyskać plastyczny i od razu przyswajalny przez oko obraz poprzez dobranie odpowiednich parametrów ekspozycji i świadome ustawienie balansu bieli, to właśnie na taki sposób prezentacji stawiał Transrotor. Nie było w nim nic z tzw. „mydła” będącego z reguły genetyczną przypadłością KIT-owych szkieł. Krótko mówiąc zmulenia i buły na basie nie uświadczysz a jeśli już, to ich źródła należy szukać gdzie indziej.
Na energetycznym, dobrze nagranym POPie w stylu „Ray of Light” Madonny, czy „Exile” Hurts, a nawet soulowo-syntetycznych klimatach DJ-skiej (białej) wersji „Rarities” Selah Sue elektronicznie generowane najniższe składowe zadziwiały potęgą a odzywająca się od czasu do czasu orkiestra nie miała nawet najmniejszych problemów ze szczelnym wypełnieniem mojego pokoju odsłuchowego licznym instrumentarium.

Osobny akapit warto poświęcić górze pasma, gdyż również ona może się podobać i po prostu się podoba. Choć zgodnie z przypuszczeniami Jacka przez większą część testów na talerzu gościł mniej, lub bardziej ostry rock, który nad wyraz rzadko jest z odpowiednim pietyzmem rejestrowany i wydawany, to nie mogłem odmówić sobie przyjemności sięgnięcia po zdecydowanie bardziej wysublimowany repertuar. Zarówno oddanie nasycenia, soczystości dźwięku zarejestrowanego na fenomenalnym „Saxophone Colossus” Sonnyego Rollinsa, jak i błyskotliwy, ożywiony dialog prowadzony na „In Session” przez dwie legendy bluesa (Albert King i Stevie Ray Vaughan) pokazały, że rozdzielczość i selektywność mogą iść w parze ze stereotypową muzykalnością i bez zaokrąglania, czy drastycznego spadku komunikatywności cieszyć gładkością i wielością dostarczanych informacji a jednocześnie nie ranić, czy też na dłuższą metę powodować zmęczenia. Proszę tylko zwrócić uwagę na mieniące się feerią barw blachy. Ileż tam smaczków do wyłowienia, ile mikrowybrzmień, które stanowiąc nieraz jedynie tło, drugi, bądź nawet trzeci plan dla głównego nurtu utworów tworzą cały klimat nagrania.
Oczywiście cały czas obecny był tzw. „foot tapping factor”, czyli współczynnik przytupywania, który nie pozwalał podczas odsłuchu nawet takiej, pozornie spokojnej muzyki wysiedzieć spokojnie w jednym miejscu, co dla osoby postronnej i obojętnej na płynące z głośników dźwięki mogłoby wydawać się cokolwiek dziwne.  

Jeśli ktoś zastanawia się, w jaki sposób odkurzyć płyty ze starym dobrym Rockiem, Bluesem, czy Jazzem, bądź jak połączyć heavy metalowy czad z przyjemnością odsłuchu bezzwłocznie powinien zainteresować się ofertą znajdującej się w dystrybucji krakowskiego Eter Audio marki Transrotor. W dodatku bez, wywołującego stany depresyjno-katatoniczne drenażu kieszeni, celowania w górną półkę, jest w stanie, z niewielką pomocą bohatera niniejszego testu – modelu Fat Bob S osiągnąć zamierzony efekt. Ten uroczy „maluch” tchnie praktycznie w każdy, posiadający choćby śladowe ilości rytmu materiał nowe, piękniejsze i pulsujące energią życie. Jego obecność w systemie działa jak audiofilskie połączenie antydepresantów i osobistego trenera, które sprawią, że zapomnimy o nudzie a zbliżające się wielkimi krokami długie jesienno-zimowe wieczory spędzać będziemy z uśmiechem na ustach podrygując w rytm ulubionej muzyki.

Marcin Olszewski

Dystrybucja: Eter Audio / Transrotor.pl
Ceny:
– Fat Bob S: 13 990 PLN
– ZYX R100: 4 390 PLN

Dane techniczne:
– Fat Bob S
Chassis: 40-mm ręcznie polerowane aluminium w kształcie talerza, o średnicy 300 mm.
Talerz: ręcznie polerowane aluminium o wysokości 60 mm; zawieszony na zaawansowanym mechanicznie łożysku hydrodynamicznym i pokryty od góry kompozytową matą akrylowo-węglowo-winylową.
Osobny silnik zewnętrzny podłączony do zasilacza
Wyposażenie: ramię TR 800-S, wkładka MM Ucello, aluminiowy docisk płyty
Wymiary (szer. x gł. x wys.): 44 x 38 x 18 cm
Waga: ok. 25 kg

– ZYX R100 (High output Model)
Typ: MC
Napięcie wyjściowe: 0,48 mV (3.54cm/sec, 1kHz)
Pasmo przenoszenia +/- 1db: 10 Hz – 80 kHz; 20 Hz – 20 kHz
Separacja kanałów: > 30 dB (1kHz)
Impedancja wewnętrzna: 8.0 Ω
Impedancja obciążenia: > 100 Ω
Igła: Micro-Ridge2 Solid Diamond
Masa wkładki: 5,0 g

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon 1sc
– DAC: Auralic Vega
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center; Auralic Aries
– Gramofon: Dr. Feickert Analogue Woodpecker + SME M2 – 9 R + Dynavector DV – 20X2 H
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Octave Phono Module
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI 5; Gato Audio AMP150
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders; Gauder Akustik Cassiano
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Siltech Classic Anniversary 770i
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: GigaWatt PF-2 + przewód Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Platforma antywibracyjna: Audio Philar Double (pod gramofonem)
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Pobierz jako PDF