1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. Avantgarde Acoustic Trio

Avantgarde Acoustic Trio

Opinia 1

Kolumny głośnikowe są jednymi z ważniejszych, a wielu audiofilów, z którymi notabene się zgadzam, twierdzi, że wręcz najważniejszym komponentem całej układanki audio. Niestety, jeśli narzucą mocny sznyt grania, który bardzo często jest pochodną samej konstrukcji, lub użytych w niej przetworników, teoretycznie nie mamy najmniejszych szans się tego pozbyć. Dlatego już podczas poszukiwań tego elementu toru musimy zastanowić się czego oczekujemy od dźwięku i jak to ma być podane. Ktoś zapyta, co w kolumnach może wpływać na sposób prezentacji dźwięku. Odpowiedź jest bardzo prosta – jej konstrukcja. Tak z rękawa na szybko mogę wymienić bardzo znane i hołubione przez całkowicie inne lobby słuchaczy odgrody, obudowy zamknięte, obudowy wspomagane bas refleksem, linie transmisyjne, czy chociażby – jak dzisiejsze bohaterki, rasowe tuby. Jeśli ktoś zaznał choćby krótkiego spotkania z wymienionymi przed momentem propozycjami, z pewnością wie, że są to całkowicie inne byty dźwiękowe. Wszystkie oczywiście mają jeden cel, jakim jest wprowadzenie nas w świat muzyki, ale dla jednych niestety, a dla drugich stety, robią to w specyficzny i całkowicie różny od siebie sposób. Nie będę dzisiaj zagłębiał się w opis poszczególnych typów zespołów głośnikowych, ale jedno mogę obiecać na pewno, w dzisiejszym spotkaniu otrzemy się o ekstremum techniki tubowej, która w cyklu „System marzeń” bez precedensu zawitała w nasze skromne progi. Nie trzymając Was dłużej w niepewności przedstawiam kolumny niemieckiej marki Avangarde model TRIO, wspomagane firmowymi modułami basowymi HPA 105, dedykowanym wzmacniaczem wspomnianego brandu XA, japońskim źródłem Accuphase DP-720 i kablami Siltech’a, Acrolink’a i VOVOX’a. Jako uzupełnienie dodam, iż ów zestaw dla wymagających dostarczył i wstępnie zaaplikował w moim pomieszczeniu krakowski Nautilus.

Przybyłej na testy konstrukcji kolumn nie sposób pomylić z niczym innym, gdyż jest to swojego rodzaju ikona domowego zestawu tubowego. A jak to mniej więcej wygląda z bliska? Jak widać na zdjęciach jest to pewnego rodzaju stelaż mocujący w odpowiednio wyliczonych i pomierzonych przez konstruktora lokalizacjach zaaplikowane w tulejach głośniki z dokręcanymi od przodu lejowatymi tubami. Wielkość misek zależy od obsługiwanego głośnika, ale generalne można przyjąć, że im wyższe obsługiwane częstotliwości, tym lejek jest mniejszy. Przybyła na testy konstrukcja oprócz połączeń wewnętrznych pomiędzy głośnikami, dzięki wyprowadzonym na zewnątrz każdego przetwornika terminalom oferuje nam możliwość zasilania w tri-ampingu. Stojące nieco z tyłu na szerokich stelażach z regulowanymi wielkimi kolcami moduły basowe na tylnych panelach przyłączeniowych oferują nam niezliczoną paletę regulacyjną, na którą w celach dogłębnej analizy należałoby poświęcić kilka dobrych tygodni testów, co ułatwiając mi życie wstępnie zrobił przedstawiciel salonu. Przechodząc do samej elektroniki zaczniemy od integry, która jak to powiedział wysłannik dystrybutora, dla kompatybilności z resztą świata ma możliwość grania w dwóch rodzajach wzmacniania sygnału – klasa „A” i „AB”. Nie powiem, nie odmówiłem sobie możliwości sprawdzenia obu wzmocnień w starciu testowym, o czym w odpowiednim czasie wspomnę. Wygląd przywołanego wzmacniacza przypomina wielki radiator z drewnianym frontem, na bokach którego ulokowano solidne pomagające w procesie noszenia uchwyty. Ów przedni płat dla celów obsługi manualnej oferuje jeszcze dużą gałkę wzmocnienia na prawej flance, centralnie umieszczone logo marki i rząd funkcyjnych przełączników hebelkowych na lewym skrzydle. Tył naszego piecyka może pochwalić się zestawem pojedynczych terminali głośnikowych, baterią wejść XLR i RCA, gniazdem zasilającym, zaciskiem uziemienia i włącznikiem głównym. Ostatecznym dotknięciem designerskim tej fantastycznie wyglądając ej konstrukcji jest wymyślny w kształcie solidnej średnicy niedługiej „gazrurki” pilot. Natomiast źródło, jak przystało na japońską elegancję bryluje kolorem szampańskiego złota frontu i okalającym całość urządzenia polakierowanym na wysoki połysk ciemnym drewnem. Przód nie łamiąc poczucia wykwintności prezentuje nam jedynie centralnie umieszczone okienko informacyjne o stanie urządzenia, pod nim bezszelestnie wysuwającą się szufladę na płytę CD i umieszczone w jej osi po prawej i lewej stronie spełniające zadanie nawigacyjne przyciski. Panel kompatybilności z resztą zestawu również bez zaburzania ogólnego postrzegania jako coś wyrafinowanego, w swej pełnej wystarczalności oprócz gniazda sieciowego proponuje dwa moduły – jeden z wyjściami analogowymi, a drugi wejściami cyfrowymi. To się nazywa żelazna konsekwencja projektanta w zakresie całkowicie wystarczającego minimalizmu.

Wiadomą sprawą jest, że pierwszy kontakt często ustawia kierunek przyswajania przez recenzenta tego, co ma do powiedzenia konstruktor swoim wyrobem w trwającym nawet czasem kilka tygodni procesie odsłuchowym. Nie żeby na starcie wszystko było już pozamiatane, ale ten pierwszy raz ma w sobie coś na tyle magicznego, że dalsze zmagania ze stawiającą opór materią mogą spełznąć na niczym lub też wynieść końcowe postrzeganie w nieprzewidywalne wcześniej rejony przypuszczeń. Oczywiście nie zdradzę w tym momencie chyba tajemnicy, że nie był to mój pierwszy kontakt z tymi konstrukcjami, gdyż bywanie na różnego rodzaju wystawach i prezentacjach mimowolnie wpisuje podobne spotkania na listę zaliczeń. Niestety takie przypadkowe rzuty uchem mają się nijak do spotkań na własnym podwórku, mocno wpływając na wstępne oczekiwania weryfikacyjne. Podobnie było i tym razem, tylko z diametralnie innymi konsekwencjami w stosunku do założeń przed-odsłuchowych. O co chodzi? Już zdradzam. Powiem szczerze, wszystkie, no może prawie wszystkie pokazy wyjazdowe w moim osobistym odczuciu jawiły się jako co najmniej zbyt mocno angażujące, gdy tymczasem to co usłyszałem w domu wprawiło mnie w może nie osłupienie, ale co najmniej zdziwienie. Byłem przygotowany na najgorsze, czyli bezpardonowy atak nachalnymi alikwotami dźwiękowymi wzmacnianymi dodatkowo przez wielgachne tuby. Jakże wielkie było moje zaskoczenie, gdy z głośników popłynęła pomalowana pastelami muzyka. Ba, powiem więcej, czasem wydawało mi się, że jak na potomków megafonów było nawet za spokojnie. Oczekiwałem sporej ilości iskry w blachach perkusjonaliów, co nawet w nadmiarze po jeśli by tego wymagała reszta pasma korekcie wysycenia metodą kablologii i pracą modułów basowych byłem  w stanie przyjąć z otwartymi rękoma. A tutaj zaliczając rasowego „zonka” zamiast walczyć z natarczywością, musiałem przyzwyczajać się do wszechobecnego spokoju, który czasem w celach penetracji możliwości systemu pobudzałem roszadami sprzętowymi i drutowymi z bardzo dobrymi skutkami. Tak więc, już na początku tego spotkania oznajmiam wszem i wobec, wizytujący moje progi zestaw TRIO marki Avangarde gdy nakarmi się go odpowiednio dobrym sygnałem i nie stara się nagłośnić sali koncertowej Filharmonii Narodowej jest przeciwieństwem tego, co słyszałem wcześniej na wystawach. Kultura dźwięku, która wprawiła w osłupienie nawet mnie, na co dzień słuchającego kolumn z głośnikami papierowymi, jest motywem przewodnim tych kolumn. Co więcej, ktoś brylujący w tubach w swej ekstremalnej ocenie mógłby powiedzieć nawet, że są zbyt ospałe, bo za gładkie, a ja mówię, że po prostu się nie drą, tylko grają muzykę. Koniec kropka. Gdy mniej więcej zdradziłem clou całego testu, chciałbym skreślić kilka zdań na temat dostrajania modułów basowych, gdyż złe lub na chybił trafił ustawienie – i nie mówię tutaj tylko o pokrętłach z tyłu, lecz także samego miejsca ustawiania – może na tyle zmasakrować całość przekazu, że snujący się po podłodze bas będzie żył swoim, nie do końca kompatybilnym z resztą pasma, życiem. Wiem coś o tym, gdyż w trakcie dostrajania miałem kilka zaskakujących i bardzo śmiesznych w konsekwencjach wpadek konfiguracyjnych. Jednak zaliczam to do pozytywnych, umożliwionych przez pomysłodawcę doświadczeń, a niżeli mankamentów produktu. Przecież każde pomieszczenie jest inne i nawet najdoskonalsze rady zawarte w instrukcji nie są „palcem Bożym”, tylko wstępnymi wskazówkami, które podlegają weryfikacji na żywym organizmie. Na koniec ogólnego rysunku kreowania dźwięku przez goszczone TRIO zaznaczę tylko jedną wspomnianą we wstępniaku rzecz, jaką jest sposób podania generowanej muzyki. Z tymi kolumnami możemy zrobić prawie wszystko, ale specyfiki tuby, choćbyśmy nie wiem jak się spinali się nie pozbędziemy. Ale proszę się nie obawiać, nie mówię tutaj o degradującym zniekształcaniu, tylko pewnej manierze brzmienia, dla której właśnie poszukujemy takich, a nie innych produktów. To jest nasz świadomy wybór i nic tego nie zmieni. A, że otrzymujemy zaskakujący spokój, to według mnie należą się tylko pochwały, a nie utyskiwania.

Jako pokaz umiejętności Avangardów przytoczę kilka płyt, jednak w zderzeniu z taką kulturą grania podeprę się tylko muzyką wokalną. Inne, pełne nienawiści do świata i ludzkości kawałki ciężkiej muzyki metalowej z pewnością znajdą się w recenzji Marcina, dlatego czuję się w pełni usprawiedliwiony. Zaczynając od Johna Pottera i jego często karmiących mnie sybilantami fraz gardłowych musze powiedzieć, iż byłem bardzo kontent, że jeśli już występowały, co jest normalne przy dość bliskim ustawieniu mikrofonu od artysty w trakcie zbierania jego głosu na konsolę, były nader gładkie. Nie raniły uszu przeraźliwymi sykami, tylko w gładkiej polewie delikatnie zaznaczały swój byt. Zadziwiające, ale prawdziwe. Ta płyta była również dobrym egzaminem budowania wirtualnej sceny muzycznej. Wynik? Może wszystko było trochę powiększone – przecież miałem do czynienia z produktem o takiej specyfice, ale pogłos kubatury kościelnej wydawał się nie mieć najmniejszych ograniczeń, będąc dobrym przykładem na pełnię informacji o wysokości budowli. No dobrze. Perfekcyjne nagrana i zrealizowana płyta prawie zawsze powinna sobie poradzić, dlatego na potrzeby testu sięgnąłem po znaną wszystkim lekko jazzującą Norah Jones z jej płytą „Feels like Home”. Ta brzmiąca bardzo nosowo kompilacja ma swój urok, ale ciekawiło mnie, jak taki mocny nalot wypadnie w starciu z bardzo utemperowanym, jak na tubowce, sposobem prezentacji. Zaskoczenie było podobne do tego, jakie zanotowałem przy pierwszych zapisach wokalnych J. Pottera, gdyż wstępna na potrzeby testu nazwijmy to „tępość” głosu artystki nie sprawiała uczucia wzrostu matowości, prezentując go w estetyce znanej mi z wcześniejszych odtworzeń. Powiem tak, mimo spełnionych oczekiwań unikania nadmiernego ugładzania, gdzieś w duchu chyba nie wierzyłem w taki obrót sprawy. Na szczęście niemieckie kolumny są pokłosiem wieloletnich doświadczeń marki i konstruktorzy wiedzą, jak unikać podobnych wpadek. Na koniec włożę malutką łyżkę dziegciu w beczkę miodu i przywołam starcie z rasowym jazzem Bobo Stensona. Nie powiem, wszystko było prawie idealne. Scena, pełna czytelność poszczególnych bytów instrumentalnych z ich rysunkiem w eterze, ale dopiero teraz brakowało mi trochę tej mieniącej się milionem promyków iskierki. Było to na tyle determinujące moje czyny zjawisko, że z premedytacją zmieniłem źródło z gęstego i ciepłego Accuphase na bardziej analityczne Reimyo. W efekcie dźwięk się otworzył, co skłoniło mnie do dalszego brnięcia w zmiany, swą uwagę kierując ku okablowaniu sieciowemu i głośnikowemu. Gdy w tor wpiąłem Harmonixy, zaliczyłem kolejny pozytywny krok ku oczekiwaniom, jednak co ważne bez utraty tak ważnej dla mnie temperatury dźwięku. Gdy całkowicie uzasadnione, bo testowe, szaleństwo roszadowe nabrało rozmachu, w firmowej Interze zmieniłem zalecaną do testowanych kolumn klasę „A” na pokazująca większą otwartość w górze pasma klasę „AB”. I to był chyba zamykający klamrą cały test ruch, gdyż dalsze zmiany w obrębie dostępnych komponentów nie przynosiły znaczących efektów. W tym momencie te kilka ostatnich zdań proszę przyjąć z pewną rezerwą, gdyż piszę co robiłem i jakie były zmiany, próbując określić potencjalne możliwości systemu dla szeroko pojętego przekroju nabywców. Chciałem pokazać, że zestaw nie stawiał odporu przed jakimikolwiek zmianami i w pewnym zakresie bez najmniejszych problemów jesteśmy w stanie skorelować go z naszymi potrzebami, co powinno skłonić Was do osobistych prób. Naprawdę warto, gdyż to, co usłyszałem w podstawowej konfiguracji, stało w opozycji do tego, co pamiętałem z pokazów, mile mnie przy tym zaskakując.

Gdy słusznych gabarytów zestaw testowy opuścił moje skromne progi, nagle okazało się, że wygospodarowany po rozmowach z żoną pokój odsłuchowy jest naprawdę spory. Niestety set oparty o kolumny TRIO ma swoje wymagania lokalowe, ale ta odsłona pokazała wyraźnie, iż nawet wydawałoby się nieco za małe kubatury nie są przeszkodą w pokazaniu wysokiej klasy dźwięku. A ten był nad wyraz gładki i jak na taki produkt zaskakująco spokojny. Wszystko co prawda okraszone było nalotem tuby, ale nie jako efekt natarczywej szkodliwości, tylko specyfiki przekazu. Jeśli chodzi zaś o wytknięty gdzieś w tekście zbyt mały blask górnych rejestrów, najnormalniej w świecie można zrzucić to na efekt konfrontacji wcześniejszych mocno podkreślających ten aspekt przypadkowych spotkań z intymną randką we własnym zaciszu domowym. Tak naprawdę nie jestem w stanie do końca określić co było przyczyną takiego odbioru tej części pasma, ale to co otrzymałem, jeśli miałbym żyć z tym zestawem na co dzień, nawet bez specjalnych korekt reszty toru w zupełności spełniało wyśrubowane kryteria odbioru dźwięku. A całą przygodę z najnormalniejszymi w świecie audiofila zmianami nazwałbym zwykłym poszukiwaniem „Świętego Graala” i nic więcej.

Jacek Pazio

Opinia 2

Dysponując blisko czterdziestometrowym, dedykowanym pomieszczeniem odsłuchowym mieliśmy do tej pory okazję gościć u siebie takie kolumnowe ekstrema jak strzeliste Dynaudio Evidence Platinum, T+A CWT 2000, B&W 802 D3, czy oczekujące na publikację recenzji Audio Solutions Vantage. O naszych dyżurnych Trennerach nawet nie wspominam, Za każdym razem kolumny może nie znikały, ale generalnie sprawiały całkiem normalne wrażenie. Ot adekwatne do kubatury OPOSa „skrzynki”. Nic nadzwyczajnego, czy przytłaczającego. Jednak i na nas przyszedł czas. Podczas przeróżnych audio-wojaży nie raz i nie dwa zdarzyło nam się posłuchać rasowych tub. Raz było lepiej, raz gorzej, lecz nie sposób było takiemu sposobi prezentacji odmówić niezaprzeczalnej swobody i witalności. Nieśmiałą przymiarką był test Odeonów No. 28, ale bądźmy szczerzy – to dość kompaktowe, jak na tuby przykład. Dlatego też postanowiliśmy pójść po przysłowiowej bandzie i dzięki zaangażowaniu ekipy krakowskiego Nautilusa udało nam się ściągnąć topowe Avantgarde’y Trio. Sweet dreams please come true? Z pewnością, jednak już w fazie montażu okazało się, że tubowy system marzeń mieści się w naszym oktagonie niemalże na styk.

Ponieważ Jacek nad wyraz dokładnie opisał całą konfigurację sprzętową ja tylko pozwolę sobie na małe uzupełnienie części połączeniowej, gdyż i tutaj krakowski Nautilus zaproponował nam dwie opcje. Jednak po kolei, czyli od gniazdka w ścianie. Po pierwsze do listwy Power Base High End życiodajna energię doprowadzał Acrolink 7N-PC9300. Dalej również było po japońsku, gdyż zarówno odtwarzacz Accuphase DP-720, jak i wzmacniacz zintegrowany Avantgarde XA zostały dopieszczone topowymi Acrolinkami 7N-PC9500. W całym systemie Acrolinki pojawiają się jeszcze pod postacią doprowadzających sygnał do pary modułów basowych Avantgarde HPA105 przewodów głośnikowych 6N-S3000. Do Avantgarde’ów Trio za to pociągnięto niezbyt często (a szkoda) u nas spotykany topowy model Vovoxa o nazwie Textura Fortis. Pomijając jego „wędkarską” konfekcję – zamiast standardowych widełek, bądź bananów zdecydowano się na gołe, wygięte w budzące respekt „haki” odizolowane przewody – to za przeproszeniem jedna z najlepszych propozycji zarówno do tub, jak i np. elektroniki Soulution dostępna na rynku. Ale idźmy dalej. Z premedytacja przeskoczyłem segment interkonektów, gdyż dysponując w dyskofonie Accuphase’a podwójnymi gniazdami wyjściowymi dystrybutor postanowił trochę ułatwić nam życie i zaaplikował od razu dwa komplety interkonektów. W gniazdach RCA tkwiły zatem podczas testu Vovoxy Textura Fortis IC direct a w XLRach oszałamiające Siltechy Triple Crown. Dzieki temu jedynie przełączając wejścia w integrze mogliśmy w tzw. okamgnieniu zmieniach charakterystykę brzmieniową systemu. Może i nie było to zbyt ortodoksyjne rozwiązanie, ale mając na testy niewiele ponad tydzień niestety musieliśmy z pewnymi rzeczami móc zmierzyć się już i teraz a nie czekać kilkunastu dni aż oba sety łaskawie się ułożą a potem kursować pomiędzy miejscem odsłuchowym a systemem w celu przepinania łączówek.

Z kolejnych uwag natury konfiguracyjnej warto wspomnieć o pewnym dość istotnym zagadnieniu, jakim okazało się prawidłowe, choć zdecydowanie bardziej odpowiednim zwrotem będzie tu, właściwym do zastanych warunków lokalowych ustawienie kolumn. O modułach basowych Jacek już wspominał, więc dublować się nie będziemy. Chodzi mi mianowicie o konfigurację głównych bohaterek niniejszej recenzji, czyli Trójek. Początkowo, bądź jak kto woli, roboczo rozstawione Trio zostały w ten sposób, że ich moduły wysokotonowe znajdowały się na zewnątrz. Uzyskany w ten sposób efekt inaczej, aniżeli spektakularnym określić nie sposób. Kreowana scena miała rozmiar może nie stadionu olimpijskiego, ale co najmniej hali, w której produkowane są Airbusy Beluga. W tym momencie niezależnie od reprodukowanego repertuaru pierwszy komentarz, jaki cisnął się na usta był cytatem Siary z „Killera” – „Mają rozmach ….”. O ile w warunkach wystawowych tego typu estetyka jest z oczywistych względów wskazana, gdyż na pewno na długo zapada w pamięci zwiedzającym, o tyle w domowym zaciszu już niekoniecznie. Oczywiście nie wykluczam istnienia przypadków (klinicznych?), dla których maniera sprawiająca, iż drobna i filigranowa w naturze Youn Sun Nah brzmi, jakby miała rozmiar sterowca jest wielce pożądany, lecz sam do nich się nie zaliczając wolałem poszukać czegoś zdecydowanie bliższego prawdzie. Dlatego też już następnego dnia zakasaliśmy z Jackiem rękawy i zrobiliśmy małą roszadę, w skutek której wysokotowe tubki znalazły się po wewnętrznych stronach kolumn. Kilka korekt dogięcia i … lepiej, normalniej a przede wszystkim spójniej. Krótko mówiąc z takim status quo nie tylko spokojnie można żyć, lecz wręcz do niego dążyć.

No to przechodzimy do detali. Generalnie po wystawowych odsłuchach Avantgarde’ów byłem naszykowany na istne trzęsienie ziemi i ryk trąb Jerychońskich a tymczasem w naszym pomieszczeniu 3-ki postawiły na barwę i generowaną daleko za zestawem scenę. Wystarczyło włączyć wydanego przez MoFi Franka Sinatrę „Frank Sinatra Sings For Only The Lonely”, by poczuć klimat tamtych lat, pewne dystyngowanie i swingującą, nieśpieszną rzeczywistość. Proszę mnie tylko źle nie zrozumieć. To nie był dźwięk anachroniczny, przypominający lekko zalatujący naftaliną płaszcz, w jaki zwykle przyodziewają się cmentarne elegantki na pierwszego listopada. To było po prostu możliwie wierne zbliżenie się do estetyki obowiązującej w 1958 roku.
W następnej kolejności sięgnąłem po dość niejednoznaczny i trudny do zaszufladkowania krążek – Operazone „The Redesign”, czyli wspólny projekt Billa Laswella i Alana Douglasa mający na celu możliwie najgłębsze zespolenie jazzu z operową klasyką, który zaprezentował obszerny, acz kremowy dźwięk bez najmniejszych oznak napastliwości z solidnym, lekko zaokrąglonym fundamentem basowym. Zero krzykliwości, ofensywności i pomimo ewidentnie tubowej proweniencji trudno było doszukać się jakiegoś ewidentnego odstępstwa od szeroko rozumianej naturalności.
Na „W Hołdzie Mistrzowi” Sojki dźwięk został podany bliżej, lecz również przy niezaprzeczalnej czytelności sybilantów udało się uniknąć ich ofensywności, co przy tubach warte jest niemalże owacji na stojąco. Jeśli jednak komuś brakowałoby takiego lekko typowego charakteru wystarczyło wymienić (w naszym przypadku przełączyć wejście) interkonekt Vovoxa na Siltecha Triple Crown. Oczywiście nie chodzi mi w tym momencie o, za przeproszeniem, ordynarne „darcie ryja” dworcowych szczekaczek a jedynie dodanie do konturów, szczególnie w górze pasma odrobiny blasku i świetlistości. To takie uwolnienie alikwot, dodanie pewnej spontaniczności, swobody a przy gęstych aranżacjach również przestrzeni.
Zamiast dyżurnego i obecnego odkąd sięgam pamięcią podczas publicznych pokazów Avantgardów Rammsteina sięgnąłem po zdecydowanie mniej kanciastą Apocalypticę. Łatwość z jaką 3-ki zdolne były stworzyć tzw. ścianę dźwięku obecną na „7th Symphony” po kilkugodzinnej muzycznej uczcie nie dziwiła, lecz już umiejętność zachowania porządku i selektywności w najbardziej spektakularnych momentach już tak. Podobnie było z barwą instrumentów – słodkie, lecz niepozbawione wrodzonej chropowatości wiolonczele grały niemalże na wyciągnięcie ręki. Co istotne pomimo początkowych obaw nie odnotowałem tendencji do powiększania źródeł pozornych. Długowłosi, ulokowani na pierwszym planie „jeźdźcy apokalipsy” nie przypominali koszykarzy Chicago Bulls a akompaniującej w ich tle orkiestrze daleko było do rozszalałych podczas meczu, zgromadzonych na stołecznej „Żylecie” kibiców. Oczywiście wystarczyło włączyć dowolny sampler, by gitary miały czterometrowe gryfy a filigranowe azjatyckie divy przeobraziły się w dwumetrowego wzrostu NRD-owskie kulomiotki.
A właśnie, gitary. Na „9 Dead Alive” Rodrigo y Gabriela blask Siltecha okazał się wielce pożądany. Dodał dźwiękowi witalności i blasku a namacalność zbliżyła się do poziomu znanego mi ze zorganizowanego w ramach minionego AVS dla raptem kilkunastu szczęśliwców koncertu Smolika i Keva Foxa promującego ich ostatnie wydawnictwo.

Reasumując, brzmienie dostarczonego przez krakowskiego Nautilusa systemu można porównać do szatańsko mocnego espresso doppio podanego z kilkoma plasterkami wybitnego marcepana oblanego gorzką czekoladą i … kieliszkiem wybornego Guy Lheraud X.O Eugene 30 YO. Nie wiem jak Państwo, ale ja uwielbiam taką kombinację, więc i tytułowy set z chęcią zatrzymałbym na dłużej, dużo dłużej. Tym bardziej, że praktycznie przez cały odsłuch nie musiałem, bądź nawet nie chciałem rezygnować z uroków A-klasy oferowanej przez firmową amplifikację.

Marcin Olszewski

Dystrybucja: Nautilus
Ceny:
Accuphase DP-720: 69 900 PLN
Avantgarde XA Int: 11 500 € + 700 € za metalizowany, bądź fornirowany front
Avantgarde Trio + 2 moduły basowe HPA105: kolumny 35 000 € / para + moduły basowe (na zamówienie) ok. 10 000 € /para 

System wykorzystywany w teście:
– dzielony odtwarzacz Cd: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz: Reimyo CAT – 777 MK II
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
– Kolumny:  TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Hiriji „Milion”
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”,.”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Pobierz jako PDF