Opinia 1
Przyznam szczerze, że choć będącą punktem zapalnym tego spotkania amerykańską markę produkującą gramofony znam od dawien dawna, to nasze spotkania zawsze ograniczały się do kontaktów u znajomych analogowych maniaków. Ne powiem, spotkania bardzo przyjemne w obiorze, jednak ze względu na moc niewiadomych pozbawione braku szans na wyciąganie jakichkolwiek wiążących wniosków, co dokładnie produkty tego brandu potrafią. Na szczęście w myśl zasady „co się odwlecze to …” wreszcie nadszedł czas, aby na moich warunkach skrzyżować z Jankesami przysłowiowe szpady. A bohaterem dzisiejszego, mam nadzieję, że będącego zapowiedzią kolejnych mitingów testu będzie dostarczony przez warszawskiego dystrybutora Hi-Fi Club produkowany w Stanach Zjednoczonych gramofon VPI Prime X. Jak wypadł i czy powtórzył wcześniejsze dobre wrażenie dowiecie się z lektury dalszej części tekstu.
Tytułowy VPI mimo zajmowania niskiego miejsca w ofercie marki jest wbrew pozorom bardzo solidną maszyną. To werk mogący pochwalić się wykonanym z połączenia MDF-u i stali, pokrytym czarną okładziną winylową chassis o rozmiarach 550/400 mm. W komplecie dostajemy aż 12 calowe, wytwarzane techniką druku 3D ramię typu unpivot UMN 3D (materiał do wykonania bazuje na fuzji żywicy epoksydowej i Delrinu). W jego skład oczywiście wchodzi jeszcze 12 calowy, wykonany z aluminium, ważący 9 kg talerz zwieńczony firmowym dociskiem. A całość tak wyposażonej konstrukcji stabilizują firmowe stopy antywibracyjne. Jeśli chodzi zaś o silnik, to 24 biegunowa konstrukcja asynchroniczna i jest odpowiednio ciężkim elementem stawianym obok bryły gramofonu w ten sposób eliminując potencjalne problemy przenoszenia szkodliwych dla wibracji na bryłę gramofonu. Sam napęd z silnika na talerz przekazywany jest poprzez okrągły pasek, a zmiana obrotów z 33 na 45 polega na wykorzystaniu odpowiedniego kółka napędowego na osi silnika. Tak prezentujący się analogowy konglomerat w komplecie osiąga wagę 20 kilogramów.
Co wydarzyło się w okowach mojego systemu? Dla mnie najważniejszą obserwacją była jego prawdziwa estetyka brzmienia. Mam na myśli wcześniejsze stawianie na pewnego rodzaju fajną, ale jednak lekkość i wyraźną otwartość w wyższej średnicy prezentacji muzyki. Tymczasem u mnie zabrzmiał bardzo esencjonalnie i przyjemnie ciemnawo. Oznacza to, że jest bardzo czuły na zastosowaną wkładkę, ale na tyle uniwersalny, że nie forsuje finalnego brzmienia na swoją modłę, co jest częste u konkurencji, która, aby „uspokoić” werki zmusza użytkownika do zastosowania naprawdę ekstremalnie plastycznej i esencjonalnej, wręcz „zamulającej” wkładki. Prime X taki nie jest, co nie tylko mnie, ale pewnie wielu z Was cieszy. Aby to pokazać dokładniej, wrócę na moment do moich spotkań z nim u znajomych, którzy zazwyczaj stosowali wkładki Lyra będące w tej samej dystrybucji co sam gramofon. Nie powiem, to świetne produkty, jednak ich rozpoznawalną cechą jest stawianie na swobodę i rozmach projekcji materiału. Ja natomiast zawiesiłem na X-ie drugą od dołu wkładkę japońskiego Dynavector-a DV 20X2. Też uważaną przez użytkowników za wyrazistą, jednak mocno optującą za uderzeniem energią z wyraźnym zaznaczeniem skrajów pasma, za co notabene wielu piewców zabawy w drapanie płyt za nią nie przepada, bowiem słuchając muzyki chcą pławić się w krainie mlekiem i miodem płynącej. Ta decyzja poskutkowała w moim mniemaniu bardzo dobrym konsensusem brzmieniowym pomiędzy wagą dźwięku, jakością serwowanej energii i wyrazistością akcentowania krawędzi każdej nuty przy raczej ciemnawej, aniżeli nazbyt jasnej estetyce wizualizowania świata muzyki. Jednym słowem dostałem znakomity drive, w pełni kontrolowany, do tego odpowiednio dociążony impuls dolnego zakresu i środka pasma, a wszystko dopieszczały bogate w informacje, ale nie rozjaśniające przekazu wysokie tony. Muszę przyznać, że takim obrotem sprawy byłem pozytywie zaskoczony, gdyż mimo fajnego odbioru występów Amerykanina na wyjazdach, to co zaoferował z japońskim rylcem było bliższe mojemu sercu. Tym bardziej, że dzięki temu muzyka spod znaku rocka – której notabene sporo słucham, czyli różnie potraktowany jakościowo przez realizatorów spory kawałek mojego muzycznego hobby nie tylko nie „krzyczał”, ale mógł pochwalić się wręcz oczekiwanym body, a przez to zwiększeniem przyjemności obcowania z nim podczas głośnych odsłuchów.
Weźmy na tapet choćby taki Black Sabbath z „Never Say Die”. Dla mnie muza fajna, bo przez lata nie tak bardzo osłuchana, dlatego obecnie często do niej wracam. Byłem bardzo rad, że amerykański gramofon dodał do jej szczypty masy, a przez to energii, jednak dzięki utrzymaniu otwartości prezentacji nie zabił agresji. To oczywiście był wynik nie tylko samego drapaka, ale dobrej konfiguracji w rozumieniu zastosowanej wkładki. Chodzi o to, że na tle mojego wcześniejszego postrzegania jego brzmienia pozwolił jej pokazać swoją estetykę. Dzięki temu przywołane ruchy natury esencjonalności z pełnym utrzymaniem ekspresji na krawędziach nie tylko nieco poprawiły odbiór tego kultowego czarnego krążka, ale z wielką przyjemnością pozwoliły podkręcić gałkę wzmocnienia, aby w pełni zatopić się w tym muzycznym buncie. Lubię sobie strzelić tego rodzaju twórczością w ucho, ale musi to być dobre połączenie energii i ostrości, co w fajnym wydaniu bez problemu dostałem.
Z innej muzycznej beczki spójrzmy na naszego bohatera przez pryzmat ostatnio wydanego box-u Tomasza Stańki i płyty „Zamek mgieł” z 1976 roku. To muzyka z tych wymagających. I nie tylko dlatego, że to typowy dla wspomnianego trębacza muzyczny eksperyment, w tym przypadku zagrany w estetyce kreowania pojedynczych, zawieszonych w terze na kilka sekund nut, których spokojny byt co jakiś czas przerywa mocne i szybkie granie całego jazzowego składu, ale także z powodu świetnej realizacji. Dalekiej od zbytniej plastyki, ale dzięki dobremu osadzeniu w masie, umiejętnemu rozrzuceniu muzyków na scenie i pokazania ich pracy w zjawiskowej bezpośredniości oraz wynikającej z tego namacalności, system musi umieć wyartykułować pojedynczy sceniczny byt z dobrą krawędzią, energią i lotnością. A, że połączenie stabilnego werku z Ameryki z „muskularną” wkładką z Japonii wspomniane cechy kreowało w świetnym wydaniu, nie tylko przesłuchałem tę płytę kilka razy z rzędu, ale przy okazji opisałem na swoim profilu jako przykład znakomitego polskiego produktu muzycznego ostatnich latach na bazie starych, dosłownie i w przenośni wyciągniętych z szafy w Polskim Radiu zapisów sprzed 50 lat.
Jak oceniam opisywany gramofon? Nie będę owijał w bawełnę, tylko jak rzadko kiedy walnę prosto z mostu. To znakomita oferta pod każdym względem. Solidnie wykonany, posadowiony na antywibracyjnych stopach, a przez to odporny na czynniki zewnętrzne, wyposażony w standardzie w znakomite 12 calowe ramię werk jest gwarancją stabilnej i oferującej dobre brzmienie tak zwanej zabawy z gramofonem w roli głównej. A to nie jedyne zalety, gdyż nasz bohater bez jakiejkolwiek paniki typu formowanie brzmienia na swoją modłę fajnie reaguje na zastosowane wkładki. A gdy do tego dodamy na tle często mającej problemy zaoferować podobną jakość dźwięku, nierzadko droższej konkurencji cenę na poziomie przysłowiowych wacików, mamy ewidentny szach mat. I muszę Wam powiedzieć, że gdy pierwsze dwie cechy są wynikiem wiedzy konstruktorów i całkowicie zrozumiałe, to ostatnia dla mnie jest największym fenomenem tej pozycji w cenniku marki VPI. Takiego dźwięku za podobną kwotę, z tak długim ramieniem, od tak znamienitego brandu próżno szukać. Nie wierzycie? Spróbujcie, a szybko przekonacie się, o czym mówię.
Jacek Pazio
Opinia 2
Kiedy jakiś czas temu, znaczy gdzieś na początku XXI w., nastał gramofonowy boom większość obserwatorów wieszczyła jego rychły, wynikający li tylko z sezonowej mody schyłek. Jak jednak widać lata mijają a hype na winyle może i nieco osłabł, ale nadal utrzymuje się na wielce satysfakcjonującym zainteresowanych analogiem poziomie. Ba, coraz częściej można spotkać systemy, w których źródła obejmują jedynie plikograja i reprezentującą domenę analogową „szlifierkę”. Doszło nawet do tego, iż najmłodsze, po części deklarujące się jako „ostatnie”, pokolenie właśnie LP uważa za synonim płyty, na srebrne krążki patrząc jak na całkowicie bezużyteczne szpargały i relikt epoki słusznie minionej, bo muzyki najczęściej słuchają z serwisów streamingowych a dane przenoszą na pendrajwach, bądź „szerują w chmurze”. Dlatego też nikogo nie powinien dziwić fakt, iż ostatnimi czasy na naszych łamach tuż za wszelakiej maści streamerami i transportami plików pod względem częstotliwości pojawiania plasują się właśnie gramofony. A dzisiejsze spotkanie tylko ów rozkład sił umacnia, bowiem dzięki uprzejmości stołecznego Hi-Fi Clubu na testy dotarł do nas amerykański … gramofon VPI Prime X. Jeśli zatem zastanawiacie się Państwo cóż do zaoferowania na całkiem zdroworozsądkowym pułapie cenowym ma bodajże najlepiej rozpoznawalna zaoceaniczna manufaktura gramofonowa nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić Was na ciąg dalszy.
Choć Prime X to niemalże przedsionek (jest trzecim od dołu modelem) właściwej oferty VPI, to zgodnie ze stereotypowymi, archetypowymi, wynikającymi z jego pochodzenia oczekiwaniami nie tylko nie rozczarowuje, lecz już od progu budzi zaufanie i staje się atrakcją wieczoru, bądź wręcz gwiazdą systemu. Jest potężny, masywny i już samą swą posturą niczym Dodge RAM 1500 V8 5.7L HEMI spycha na prawy pas zdecydowanie mniej muskularne, żeby nie powiedzieć rachityczne konstrukcje. Ustawiona na masywnych, antywibracyjnych stopach, wykonana ze stali i MDF-u, pokryta czarną, winylową folią plinta nie jest prostą „deską”, lecz seksownie taliowanym profilem z ergonomicznym wycięciem na zewnętrzny 24-biegunowy synchroniczny silnik napędzający 12”, masywny – 9kg aluminiowy talerz za pomocą gumowego paska. Zmianę prędkości obrotowej z 33,3 na 45 RPM dokonuje się poprzez jego przełożenie w prowadnicy. Równie pozytywne wrażenie sprawia usytuowane na imponującym armboardzie 12” ramię JMW-12. To najnowszej generacji, wykonana w technologii druku 3D z żywicy epoksydowej i Delrinu (polioksymetylen) konstrukcja o masie efektywnej wynoszącej 10.5g. Wyposażono je w precyzyjną regulację przeciwwagi, boczne obciążniki azymutalne, regulację wysokości (VTA) w locie oraz wewnętrzne okablowanie z miedzianej plecionki, zakończone wtykiem Lemo. Pokrywy brak, lecz bez problemu można sobie takową, np. akrylową sprawić, gdyż na rynku nie brakuje zarówno gotowców, jak i osłon wykonywanych na wymiar.
Ponieważ na potrzeby niniejszego testu ramię tytułowego gramofonu uzbroiliśmy w naszą redakcyjną wkładkę Dynavector DV-20X2 o znanym przebiegu a i sam napęd VPI został niemalże wypięty z systemu dystrybutora nie musieliśmy zbyt długo czekać na akomodację amerykańskiego źródła w naszym systemie. Jednak po kilku dość losowo wybranych płytach przyszła pora na bardziej krytyczne sesje i na pierwszy ogień poszło przygotowane na RSD tłoczenie „Never Say Die!” Black Sabbath. Jak z pewnością zorientowani w temacie doskonale wiedzą nie jest to w jakimkolwiek stopniu audiofilsko zrealizowany album. Ba, śmiem wręcz twierdzić, że z audiofilizmem i referencyjnym brzmieniem nie ma nic a nic wspólnego. Jest jazgotliwy, płasko nagrany i zazwyczaj męczy na tyle skutecznie, że wystarczy jedna strona by sięgnąć po coś innego. Tymczasem VPI udało się owo anachroniczne rockowe granie przyjemnie podkręcić energetycznie, dzięki czemu gitarowe riffy nie tylko potępieńczo rzęziły, co niosły ze sobą zdecydowanie więcej ognia. Oczywiście cudów nie ma co się spodziewać, więc partiom perkusji nadal bliżej było anemicznemu stukaniu aniżeli potężnym kanonadom, jednak nagle okazało się, że da się nie tyle zmęczyć, co z umiarkowanym entuzjazmem wysłuchać całości poczynań Ozzyego i jego wesołej kompanii.
Nie po to jednak stawia się w systemie gramofon za 20 kPLN+, by katować się i jego tłoczeniami surowymi jak tatar podawany w przydrożnym barze, więc gdy tylko wybrzmiały ostatnie takty „Swinging the Chain” czym prędzej zmieniłem klimat sięgając po zdecydowanie wyższych lotów i bez porównania bardziej dopieszczony pod względem realizacyjnym „Turn Up The Quiet” Diany Krall gdzie Prime X mógł w pełni złapać wiatr w żagle i pokazać na co go stać. A miał co prezentować, bo i potrafił czarować obecnym pomiędzy muzykami flow i sugestywnie dopalić średnicę delikatnie przybliżając pierwszy plan a i z oddaniem swobody, oddechu oraz niuansów artykulacji nie miał najmniejszych problemów. Co ciekawe, choć bez trudu można było dostrzec, iż amerykański gramofon ze szczególną atencją zerka ku sekcji rytmicznej świetnie oddając tak mikro, jak i makro-dynamikę, to bynajmniej nie ma ambicji sztucznego podkręcania tempa nagrań, czy wręcz wprowadzania sztucznej nerwowości. O nie, tutaj nadal królowały niespieszne tempa, lecz nie wykluczały one iście zaraźliwej motoryki, przez co praktycznie bezwiednie kończyny same podrygiwały do rytmu. Całość prezentacji była romantycznie rozświetlona a miękkość światła udanie równoważyła precyzja ogniskowania źródeł pozornych. A właśnie, scena kreowana przez Prime X nie ograniczała się li tylko do pierwszego i ewentualnie drugiego / trzeciego planu, lecz w zależności od potrzeb, realiów poszczególnej kompozycji oferowała właściwą wieloplanowość z rozdzielczością zachowywaną aż do ostatnich rzędów towarzyszącego wokalistce składu.
A jak z gęstą i zazwyczaj wprawiającą w zakłopotanie elektroniką? Odpowiedź na to fundamentalne pytanie dał krążek „Mezzanine” Massive Attack czarno na białym pokazując, że VPI potrafi w gramofony. Najniższe składowe zachowywały energię niemalże do subsonicznych poziomów, przy czym o ile tylko taki był zamysł ich twórców dysponowały konturem, to również i tytułowy gramofon kreślił je precyzyjną kreską idealnie wycinając je z tła, na którym królowały impresjonistyczne plamy syntetycznych sampli. Miłym zaskoczeniem był również brak tendencji do upraszania i ujednolicania przekazu, lecz dążenie do możliwie najwyższej jego rozdzielczości przy jednoczesnym zachowaniu prawidłowej konsystencji i masy. Nie sztuką jest bowiem jest odchudzić i osuszyć całość stawiając na odartą z „mięcha” chrupkość. A Prime X kiedy trzeba potrafił cyknąć przesterem, by za chwilę łupnąć zapuszczającym się w podziemia Hadesu basiszczem stabilnie prowadząc jednocześnie partie wokalne. Działał wielowątkowo mając pełną kontrolę nad rozgrywającymi się na imponującej pod względem gabarytów scenie wydarzeniami. I chyba tylko pod tym względem można uznać, że pozwolił sobie na pokazanie swojego umownie stereotypowego „amerykańskiego oblicza” i iście hollywoodzkiego rozmachu, choć osobiście zdecydowanie wolę lekkie przegięcie w tę stronę aniżeli skalowanie wszystkiego w dół i odbierającą przyjemność obcowania z muzyką miniaturyzację. A tu wszystkiego jest po prostu nieco więcej i w typowo amerykańskiej rozmiarówce zgodnie z mottem, że duży może więcej.
Nie będę ukrywał, iż choć VPI Prime X daje dopiero przedsmak tego, co czeka na miłośników analogu w górze amerykańskiego portfolio, to już na tym poziomie oferuje niezwykle satysfakcjonujący pakiet energii, dynamiki, muzykalności i rozdzielczości. W dodatku okazuje się niezwykle przyjazny w obsłudze a jednocześnie bezdyskusyjnie in plus wyróżnia się na tle podobnie wycenionej konkurencji zarówno niebanalnym designem, jak i zazwyczaj nieobecnym na tym pułapie 12” ramieniem. Mówiąc wprost nie tylko świetnie się prezentuje, co równie dobrze gra wyciągając ze starych rockowych nagrań wszystko to, co najlepsze a na tych dobrze zrealizowanych łapiąc wiatr w żagle i zachwycając niezwykle atrakcyjnym brzmieniem.
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: Hi-Fi Club
Producent: VPI Industries Inc.
Cena: 22 500 PLN (z ramieniem 12″ 3D UNI-PIVOT, VTA)
Dane techniczne
VPI Prime X
Plinta: MDF i stal, wykończenie czarny winyl
Talerz: 12”, aluminiowy, masa 9 kg
Ramię: JMW-12
Silnik: 24-biegunowy synchroniczny AC, 300 obr./min
Kołysanie i drżenie (wow and flutter): 0,05%
Dokładność prędkości obrotów: 0,05%
Szum/Rumble: >80 dB poniżej poziomu referencyjnego
Wymiary (S x G): 54,3 x 40 cm
Masa całkowita: 20 kg
Ramię VPI JMW-12
Pivot to spindle: 300 mm
Wewnętrzne okablowanie: miedziana plecionka VPI
Długość efektywna: 313.0 mm
Masa efektywna: 10.5g
Overhang: 13mm
kąt prowadzenia ramienia: 17.37°
Zniekształcenia RMS: 0.267%
Materiał: Wykonane w technologii druku 3D z żywicy epoksydowej i Delrinu (polioksymetylen)