1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Reportaże
  6. >
  7. Wiosenna wizyta w RCM-ie

Wiosenna wizyta w RCM-ie

Zapewne śledzący rodzimy rynek audio miłośnicy dobrej jakości dźwięku już wiedzą, iż od jesieni ubiegłego roku katowicki RCM jest oficjalnym dystrybutorem wiadomej marki zza wielkiej wody. Chodzi oczywiście o amerykańskie YG Acoustics, które teoretycznie będąc u nas od lat dostępnym z nieznanych mi powodów stał na tak zwanym medialnym uboczu. Na szczęście do czasu, czyli schyłku ubiegłego roku, czego dowodem było oficjalne pojawienie się tej marki na warszawskiej wystawie AVS 2025 już pod skrzydłami katowickiego dystrybutora. Na tyle zdeterminowanego do zaprezentowania ciekawej oferty nowego podopiecznego, że już wówczas ustaliliśmy wstępny plan działań. Plan, którego efektem była będąca zarzewiem tej relacji moja zeszłotygodniowa wizyta na Górnym Śląsku. A moja wizyta tam, a nie dystrybutora u mnie, gdyż za jednym zamachem ogarnąłem 3 interesujące mnie kwestie. Pierwszą było zabranie do testu zestawu średniej wielkości kolumn YG Acoustics Ascent. Drugim okazjonalne zapoznanie się z jakością brzmienia ich większych sióstr Hailey 3 w towarzystwie elektroniki Vitus Audio. Zaś trzecim przyjemne spędzenie czasu przy muzyce w dwóch wersjach sygnału, czyli gramofonu i magnetofonu. Nie wiem jak Wy, ale ja mogąc zrealizować tak bogaty w fajnie spędzone chwile przy muzyce pakiet działań nie zastanawiałem się nawet przez moment, tylko ustaliłem termin wizyty.

Przybliżając nieco odbiór zestawienia wspomnianych kolumn YG Hailey 3 z duńską elektroniką Vitus Audio reprezentowaną przez wzmacniacz SIA-030 i źródło SD-025 MkII powiem jedno, to bardzo udane połączenie. Powód? Chodzi o fakt dobrze osadzonego w masie i oferującego fajną barwę, ale jednak za sprawą usadowienia wysokotonowej kopułki w lekkim falowodzie, bardzo otwartego brzmienia kolumn. Taki stan zaś produkty Vitus-a mając zapisane w kodzie DNA nienachalny, acz wyczuwalny pierwiastek muzykalności udanie ustawiały najwyższe rejestry w idealnej synergii z resztą przebiegu pasma. Dostałem solidny poziom w pełni kontrolowanej, z tego powodu bogatej w informacje energii dolnego zakresu, nasyconą, jednak podobnie do dolnych partii pełną mikrodynamiki średnicę i podawane z rozmachem, do tego transparentne i dzięki aplikacji duńskiej elektroniki pełne kultury wysokie tony. W efekcie muzyka oferowała znakomity drive, mocne uderzenie szybkim, ale także soczystym impulsem i za sprawą pełnej ekspresji oraz umiejętnie unikającej nadinterpretacji góry wywoływała u słuchacza przysłowiowe „dyganie nóżką”. A, że panowie z RCM-u podobnie do mnie lubią kolokwialnie mówiąc z poziomem głośności dać do przysłowiowego pieca, z wolumenem podczas odsłuchu mocnego rocka poszliśmy na całość. Nie powiem, działo się. I co bardzo istotne, bez jakichkolwiek efektów utraty kontroli czy występowania zniekształceń. Jak wspominałem, to naprawdę udane połączenie. Dlatego też jestem bardzo ciekawy, jak co prawda mniejszy, ale jednak spod tego samego znaku towarowego model Ascent wypadnie z innym, tym razem stacjonującym u mnie w domu, także duńskim zestawem. Oczywiście o tym skreślę kilka akapitów po dogłębnym zapoznaniu się z nimi w okowach swojego pokoju w dedykowanym teście.

Odnosząc się do kolejnego w tym analogowym przybytku starcia pomiędzy gramofonem, a magnetofonem najpierw przybliżę zawodników z teamu winylu. W roli drapaka płyt wystąpił najnowszy japoński werk Air Force IV, z flagowym ramieniem Kuzma Safir 9 oraz podstawą wkładką My Sonic Lab Eminent Ex. Jeśli chodzi o sam gramofon, z informacji od dystrybutora wynikało, że obecnie jest najczęściej zamawianą wersją tej marki, gdyż oferuje bardzo dobry stosunek ceny do jakości brzmienia. W kwestii ramienia Kuzmy wspomnę, iż swego czasu było w sferze moich zainteresowań i z autopsji wiem, że co jak co, ale jego muzykalność spokojnie może być wyznacznikiem dla całego świata analogu. Jak na tym tle odnajduję wkładkę? Otóż ten model podobnie do ramienia był moim rylcem podczas podejmowania ostatecznej decyzji w sprawie zakupu swojego gramiaka i jedno jest pewne, począwszy od skrajów pasma, po transparentność średnicy jest bardzo wyrazista. Na tyle, że szczupło brzmiące werki mogę się z nią nie do końca dogadać. Jednak nie traktujcie tego jako problem, tylko zaletę w postaci możliwości pokazania palcem co zostało zarejestrowane na płycie, czego tak zwane milusie, czyli oferujące świat mlekiem i miodem płynący kartridże zwyczajnie nie potrafią. Eminent Ex jest bezwzględna i to jest jej największym atutem.
A co z magnetofonami? Jednym z bohaterów był Sony APR 5000, natomiast drugim AEG 20. Dwie nieco różne w finalnym brzmieniu, jednak w oddawaniu ekspresji, energii i dynamiki zarejestrowanego materiału bardzo podobnie wypadające szpulowe konstrukcje. Na tyle robiące słuchaczowi przysłowiowe kuku, że jeśli się bawicie w słuchanie muzyki w najlepszej jakości i dysponujecie wolnymi środkami finansowymi, lepiej omijajcie je z daleka, bo potem takiej jakości dźwięku nie da się już „odsłyszeć”. Nawet jeśli po pierwszym kontakcie ich nie zamówicie – co w RCM-ie jest możliwe, temat będzie Wam tak długo wiercił dziurę w głowie, aż z czasem na bank polegniecie. Wiem to z autopsji, bo przeszedłem oba etapy na własnej skórze. Ale natychmiast zapewniam, bezapelacyjnie było warto.

A warto, gdyż tak jak podczas ostatniej wizyty w Katowicach każda próba dogonienia ich sposobu na muzykę nawet przez najlepiej brzmiący gramofon z najlepszym, bo wydanym na bazie analogowego zapisu materiałem kończy się porażką czarnej płyty. Owszem, przekaz serwowany przez winyl także jest bardzo naturalnym pakietem analogowo zarejestrowanych informacji, jednak na tle szpulaków dziwnie płaskich w rozumieniu oferowania zarezerwowanego dla naturalnych instrumentów energetycznego impulsu. I gdy wydawałoby się, że od zakupu magnetofonu nie ma odwrotu, chcąc być szczerym ze smutkiem zaznaczam, że niestety owi pogromcy każdego nowoczesnego źródła dźwięku mają także swoją mroczną stronę. A jest nią ograniczenie prawdziwie nagranego w tej technice materiału. Do starych taśm prawie nie ma dostępu i trzeba szukać po świecie jak najbliższych oryginałowi zgrywek (kopii z kopii), a nowe wydania kosztują krocie. Niemniej jednak, jeśli kogoś stać, warto się w to pobawić. To inny level obcowania z muzyką i według mnie warty każdej wydanej złotówki.

I tym umiarkowanie optymistycznym akcentem – mam u siebie Studera A 80 – kończę tę relację z poniedziałkowej wizyty w katowickim RCM-e. Wizyty bardzo owocnej w ciekawe doznania tak w kwestii poznania estetyki brzmienia kolumn YG z zestawem Vitus Audio, jak i zorganizowania kolejnego starcia pomiędzy dwoma analogowymi źródłami. Każdy z tych epizodów wywoływał co prawda nieco inne, ale w każdym przypadku fajne emocje związane z obcowaniem z muzyką. dlatego jestem rad, że to ja pojawiłem się w Katowicach, a nie oni u mnie. Zawsze to bardzo pomocne w zgłębianiu wiedzy o konfigurowaniu i ocenianiu systemów, bowiem pozwalające spojrzeć na naszą zabawę z odmiennej strony doświadczenie. Panowie jeszcze raz dziękuję za mile spędzony czas.

Jacek Pazio

Pobierz jako PDF