1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. Perlisten A4t

Perlisten A4t

Link do zapowiedzi: Perlisten A4t

Opinia 1

Jak wynika z informacji uzyskanych od przedstawiciela marki Perlisten na niedawno odwiedzonej przez nas podwójnej rocznicy jej białostockiego dystrybutora Rafko, tytułowa marka tak naprawdę jest multi-kontynentalnym bytem. Chodzi oczywiście o rozlokowanie jej działalności w trzech punktach na mapie świata, w skład których na kontynencie północno-amerykańskim wchodzą naturalnie Stany Zjednoczone, europejskim Dania, a na azjatyckim dedykowana li tylko do produkcji jej oferty fabryka w Chinach. Jak widać, rozmach godny pozazdroszczenia, jednak najważniejszym jest fakt znakomitego współdziałania każdej dywizji, co skutkuje powoływaniem do życia oferujących bardzo dobre brzmienie w swej klasie zespołów głośnikowych. Kilka już u siebie mieliśmy, tak więc wiem, co mówię. A, że ta liczba pozycji to jedynie mały wycinek portfolio naszego bohatera, z przyjemnością zapraszam zainteresowanych poznaniem kolejnego produktu do lektury dzisiejszej opowieści. A będzie to relacja z procesu testowego rozwinięcia ostatnio opiniowanych monitorów A3m, czyli tym razem będące w dystrybucji przywołanego na samym początku tego akapitu białostockiego Rafko amerykańskie kolumny podłogowe Perlisten A4t.

Jak prezentują się Amerykanki? Gdybym miał obrazowo opisać ich aparycję w stosunku do mniejszych sióstr, powiedziałbym, że zamiast zastosowania stabilizującej solidnej nogi inżynierowie rozciągnęli gabaryty obudowy do samej podłogi, dzięki czemu w uzyskanym większym korpusie dało się zaaplikować dodatkowy głośnik basowy oraz wylot portu bass-refleks. Takim to sposobem, jeśli chodzi o zestaw przetworników, na froncie mamy do czynienia z okalaną dającym fajny efekt doświetlenia przekazu falowodem wysokotonówkę, wokół niej w układzie D’Apollito głośniki średnio-niskotonowe, a tuż pod wspomnianym trójcą dodatkowego basowca. Nie ma się co oszukiwać, bateria generatorów fal dźwiękowych jest potężna, co już przy wstępnym oglądzie zastanej sytuacji pozwala domniemać, że w kwestii oddawanej energii tak jak to wielu od dobrych kolumn oczekuje, będzie się działo. Idąc dalej tropem budowy rzeczonych Perlistenów w trosce o stabilność stosunkowo wysokich konstrukcji, posadowiono je na przykręcanych od spodu poprzecznych, wyposażonych w regulowane stopy belkach, zaś temat przyłączenia ich do systemu rozwiązuje zorientowany przy podłodze pojedynczy zestaw ze smakiem dopracowanych wizualnie zacisków. Wspominając kilka danych dotyczących technikaliów kolumn A4t najważniejszymi są: praca w układzie 2.5 drożnym, zastosowanie wentylacji obudowy systemem bass-refleks z wylotem z przodu obudowy, impedancja na poziomie 4 Ohm oraz skuteczność osiągająca wynik 88.5 dB. Jak widać, kolumny nie będą jakimś szczególnym obciążeniem dla sekcji wzmacniających, do tego elegancko się prezentują, co czyni je bardzo uniwersalnymi tak w aspektach technicznych, jak i organoleptycznych.

Co potrafią Perlisteny? Jak co prawda jako domniemanie, ale jednak wspominałem, potrafią zapewnić w pomieszczeniu dobrze rozumianą ścianę pełnego energii dźwięku. I to w kompleksowym zakresie częstotliwościowym od mocnego zejścia solidnie uderzającego dolnego zakresu, przez esencjonalną, ale dobrze ubraną w pakiet informacji średnicę, po dźwięczne, lekko doświetlone czymś na kształt płaskiej tuby, dzięki dobrej aplikacji nieprzerysowane wysokie tony. Naturalnie w stosunku do mniejszych sióstr przekaz emanuje większą płynnością i wagą, co z automatu delikatnie spowalnia szybkość narastania sygnału, jednak to naturalna kolej rzeczy, a do tego z dużą dozą prawdopodobieństwa prawie niezauważalna w momencie wstawienia naszych bohaterek do większego pomieszczenia niż zderzane z nimi podstawkowce. Jaki był efekt wzmocnienia dolnego zakresu dodatkowym przetwornikiem? Dla mnie, mimo że na co dzień u siebie mam większą sprężystość przekazu, odbiór całości był bardzo dobry, a śmiem twierdzić, że dla wielu z Was po ewentualnych próbach u siebie okaże się znakomity. Muzyka, kiedy miała sponiewierać dosadnością zawartej w danym materiale mocy, z dziecinną łatwością przyprawiała mnie o arytmie serca, zaś kiedy powinna brzmieć esencjonalnie i czarująco, także bez problemu zaskarbiała moje po trosze romantyczne serce. I nie tylko dlatego, że w drugim przypadku brzmiała jedynie słodko i ciepło, ale także za sprawą zjawiskowego wglądu w nagrania jako feedback zatopienia wysokotonówki w falowodzie. I to umiejętnego zatopienia, bowiem w żadnym wypadku kolokwialnie mówiąc muzyka nie była krzykliwa, tylko dzięki idealnemu rysowaniu wydarzeń scenicznych czytelnie ogniskowała dane źródło pozorne na wirtualnej scenie. Być może zabrzmi to dziwnie, ale dla mnie działanie Amerykańskich kolumn zakrawało na fajnie odbierany paradoks. Otóż z jednej strony aż kipiały krągłością i plastyką, a z drugiej skrzyły wysokimi tonami, jednak bez poczucia nadmiaru ich ilości i raczej tylko jako pokazanie palcem najważniejszych aspektów danego materiału. Jak wspominałem, to ściana nieskrępowanego dźwięku, którego znakiem szczególnym była podana od samego dołu po środek, przyjemnie dla ucha podkreślona oddechem w górnym zakresie energia.
Bardzo dobrym przykładem na pokazanie możliwości kolumn w zakresie oddawanej energii był materiał ze ścieżki dźwiękowej filmu „Gladiator” Ridley’a Scott-a. Wielbicielom tego filmu chyba nie muszę mówić, że ze szczególnym uwzględnieniem scen walki na samym początku filmu. To jest kawalkada następujących po sobie uderzeń nie tylko dolnym pasmem, ale także kakofonią soniczną reszty zakresów próbujących pokazać panujący podczas takich starć ogólny chaos. Chaos dla wielu zespołów głośnikowych często bardzo trudny do odtworzenia w pełnym pasmie, gdyż gubią się właśnie w dolnym zakresie lub w ogóle nie mają nic w nim do powiedzenia pozostawiając słuchaczowi do wyboru jedynie bolesny krzyk. W tym przypadku nie zanotowałem żadnych braków. Było gęsto w dole, jak i na górze, co pozwoliło mi wejść w ten zamierzony chaos z pełnym zaangażowaniem i podczas trwania bitwy bez braków w pokazaniu jej energetyczno-kakofonicznej nieobliczalności. Po prostu był ogień w najczystszej postaci.
A jak na tle powyższego łamania delikatnego kręgosłupa melomana – zaznaczam, że w dobrym znaczeniu tego określenia – wypadały magiczne wersety twórczości Claudio Monteverdiego i interpretacji Johna Pottera „Care-charming sleep”? Cóż, było i słodko, i ciepło oraz dzięki żywym za sprawą utubienia wysokotonówki górnym rejestrom bardzo ciekawie. A ciekawie, dlatego, że słychać było nie tylko zajmowane przez danego artystę miejsce na wirtualnej scenie, ale także każdy niuans pracy czy to instrumentów gardłowych, czy strunowych tudzież dętych, co znakomicie wspomagało wtórujące każdemu dźwiękowi echo wysokiej kubatury kościelnej. Tak jak we wcześniejszej produkcji było ostro, tak w tej magicznie. Słodko, miękko, ale od strony informacji w górnych rejestrach podane z aptekarską precyzją, czyli bez na dłuższa metę zniechęcającej do wielogodzinnych odsłuchów nudy.

Czy przed momentem opisane kolumny są lekiem na całe zło dla każdego z nas? Naturalnie ze zrozumiałych względów nie. A nie, bowiem po pierwsze naprawdę oferują soczyste granie, co w przypadku pomieszczeń ze szkodliwymi modami dolnego zakresu prawdopodobnie spowoduje ich pobudzenie. Po drugie znam wiele osób przedkładających szybkość brzmienia systemu ponad jego soczystość i wówczas na bank z tytułowymi Perlistenami nie będzie im po drodze. Ale jeśli powyższe aspekty Was nie dotyczą, a wiem, że tak w znaczącej większości jest, wówczas to może być pomysł na dźwięk na długie lata. Pełen energii i magii okraszonych żywą, jednak nienatarczywą projekcją najwyższych rejestrów. Dosłownie i w przenośni bajka. Pytanie tylko, jak bardzo i na jakim poziomie esencjonalności jesteście zdeterminowani w niej uczestniczyć. To już niestety można zweryfikować jedynie osobistym starciem we własnym systemie. Czyli piłka jest po Waszej stronie.

Jacek Pazio

Opinia 2

Choć jak już zdążyliśmy kilkukrotnie na naszych łamach udowodnić w ciągu pięciu lat od swojego powstania amerykańskiemu Perlistenowi, który przebojem wdzierając się na high-endowe salony, udało się nie tylko porządnie namieszać we wszelakiej maści rankingach i ustabilizować swoją pozycję, to zamiast okopywać się na z góry upatrzonych pozycjach od minionego monachijskiego High Endu za sprawą nieco bardziej aniżeli S i R serii A równie udanie rozpocząć eksplorację bliższych możliwościom finansowym szerszego grona odbiorców rejonów. Co ciekawe, pomimo znacznej redukcji cen nowe/tańsze modele praktycznie nic a nic nie straciły z charakterystycznej „urody” starszego rodzeństwa a i ich tzw. wartość postrzegana nadal wypada nader korzystnie, gdyż dochowują wierności „amerykańskiej rozmiarówce” a tym samym nawet w przypadku podstawkowych, niedawno u nas goszczących A3m otrzymujemy zaskakująco pokaźne kolumny. Nie inaczej jest w przypadku najwyższego z serii modelu A4t, któremu dzięki uprzejmości białostockiego Rafko mogliśmy się przyjrzeć i przysłuchać.

Już sesja unboxingowa unaoczniła, że żarty się skończyły i decydując się na tytułowe A4t warto nie tylko do ich wniesienia/rozpakowania postarać się o dodatkową parę (umięśnionych) rąk, co i wygospodarować odpowiednią – adekwatną do ich (kolumn, nie rąk) postury ilość miejsca. I proszę mi wierzyć, nie są to kurtuazyjne zwroty „kadzące” naszym gościniom, lecz na własnych plecach doświadczone i organoleptycznie zweryfikowane fakty, na podstawie których śmiem twierdzić, że bez min. 20-25 metrowego i to niezbyt „zagraconego” salonu spokojnie można skierować swoją uwagę ku nieco mniejszemu modelowi A3t, bądź nawet wspomnianemu wcześniej podstawkowemu A3m. Wracając do meritum a więc przynależnych temu akapitowi kwestii aparycyjno konstrukcyjnych warto wspomnieć iż przy trudnych do przeoczenia gabarytach (1285 x 280 x 450 mm) A4t reprezentują grono czterogłośnikowych, dwuipółdrożnych konstrukcji wentylowanych, czyli przekładając to na język nieco bardziej zrozumiały na ich frontach znajdziemy po trzy 215mm przetworniki nisko-średniotonowe z włókna węglowego pomiędzy którymi, a dokładnie górną parą, zaimplementowano umieszczony w charakterystycznym, dorównującym średnicą mid-wooferom falowodzie przerośnięta, bo aż 35mm kopułkę z kompozytu Teteron. Dolną część ściany przedniej zajmuje pionowa, zabezpieczona metalową siatką szczelina wylotu układu bas refleks a stabilność poprawiają przykręcane do podstawy i uzbrojone w biżuteryjne masywne kolce poprzeczne aluminiowe sztaby. Z kolei na plecach, pomijając pojedyncze acz uczciwie trzeba przyznać, że solidne, terminale głośnikowe nie dzieje się absolutnie nic. Podobnie sprawy mają się z dostępna paletą umaszczeń – jedyną opcją jest satynowa czerń.
Jeśli chodzi o jakąś głębszą wiwisekcję natury anatomicznej, to poza bardzo szczegółowymi charakterystykami akustycznymi dostępnymi na stronie producenta zakładam, że większości zainteresowanych do pełni szczęścia wystarczy wiedza o 88.5dB skuteczności przy 4Ω (min. 3.1Ω) impedancji i wskazówka, by przy wyborze amplifikacji nie schodzić poniżej 50W, co patrząc tak na gabaryty samych kolumn, jak i powyższe parametry, o kierowaniu się zdrowym rozsądkiem nawet nie wspominając, nie powinno dziwić, czy też budzić jakichkolwiek kontrowersji.

Jak łatwo można się domyślić, przechodząc do części poświęconej brzmieniu nie obca była mi ciekawość co pokażą A4t, skoro już ich mniejsze, podstawkowe i ubożej wyposażone rodzeństwo absolutnie nic a nic nie robiło sobie z różnic klasowych, bezpardonowo zapuszczając się w rejony wydawać by się mogło zarezerwowane dla szlachetniej urodzonych S5T. Jak się jednak okazało dołożenie mid-woofera, zwiększenie pojemności komory czynnej i przede wszystkim zmiana samej idei układu – z konstrukcji zamkniętej na wentylowaną sprawiły, że A4t, choć nadal mają w sobie charakterystyczne dla Perlistenów hi-techowe DNA, to sonicznie reprezentują zupełnie nową jakość. W telegraficznym skrócie ich brzmienie scharakteryzować można jako niezwykle gęste, mięsiste, majestatyczne i lekko przyciemnione, choć niepozbawione wysokiej próby rozdzielczości. Już od pierwszych taktów „Ofnir” Heilung jasnym stało się, że 4-ki nie tylko lubią i co najważniejsze potrafią grać głośno, co do prawidłowego ich wysterowania, oraz prowadzenia potrzebować będą solidnego, zdolnego złapać je „krótko przy pysku” pieca. I wydaje mi się, że z powodzeniem ewentualne rozterki i dylematy da się rozwiązać nawet w obrębie portfolio samego Rafko, bowiem po ostatnich roszadach dystrybucyjnych do ich koszyka „wpadł” kanadyjski Bryston, a więc praktycznie w ciemno celowałbym w 300W końcówkę 4B³ bądź nawet mniejszą – 200W 3B³. Chodzi bowiem o to, że A4t oferują masywną i potężną podstawę basową, nad którą trzeba zapanować, by nie próbowała zawłaszczać sobie obszarów jej nieprzypisanych. Jeśli powyższy warunek spełnimy, to nie tylko transowo-szamańsko-rytualne pląsy będą miały właściwą sobie motorykę i tajemniczość, lecz i współczesna elektronika w stylu „Sprouted” Ganja White Night zabrzmi nie tylko monumentalnie, lecz i z odpowiednią wieloplanowością i rozdzielczością łącząc wyśmienitą czytelność przekazu z potęgą udowadniającą, że w większości sytuacji i konfiguracji, szczególnie tych wielokanałowych, kwestia zakupu subwoofera może wcale nie być taka oczywista i konieczna.
Nie mniej atrakcyjnie i zarazem wciągająco skuteczniej aniżeli chodzenie po bagnach wypadły odsłuchy „mrocznych” soundtracków w stylu nomen omen „The Darkness” autorstwa Atli Örvarsson, Kjartan Holm i Sin Fang, gdzie Perlisteny niejako mimochodem intensyfikowały nastrój niepokoju i czającego się w mrocznych zakamarkach niekoniecznie pozytywnie zapowiadającego się nieznanego. Warto w tym momencie podkreślić, iż pomimo gęstości i wspomnianego w pełni zamierzonego przez realizatora a nie narzucanego przez kolumny niedoświetlenia prezentacji nie sposób było zarzucić im jakikolwiek spadek rozdzielczości, czy też limitację napowietrzenia, otwartości prezentacji, bowiem zarówno wokalizy, orkiestracje, jak i partie fortepianu czarują komunikatywnością i ekspresją. Podobnie jest z gradacją planów, gdyż zazwyczaj obniżenie ilości lumenów wiąże się ze spadkiem czytelności, widoczności dalszych rzędów a tymczasem A4t do najdalszych, zajmowanych przez muzyków rzędów zachowują pełen pakiet informacji. Efekt ten bardzo wyraźnie słychać również na polifonicznym albumie „Tomba sonora” Stemmeklang i Kristin Bolstad, gdzie pomimo wręcz ewidentnego mroku tak aura pogłosowa, jak i lokalizacja źródeł pozornych są wyborne. Wszystko wskazuje zatem na opanowaną do perfekcji przez Amerykanów zdolność widzenia w ciemności i to zdolność nie noktowizyjną – monochromatyczną, co z zachowaniem pełnej rozpiętości barwowej, a to już nie lada wyczyn.

Patrząc na Perlisteny A4t tak z perspektywy ich gabarytów, zastosowanych przetworników, jak i skali a przede wszystkim jakości oferowanego przez nie dźwięku nie pozostaje mi nic innego, jak tylko uznać je za konstrukcje wycenione wręcz dumpingowo. Jeśli zatem szukacie Państwo kolumn potrafiących zapuścić się w najgłębsze zakamarki Hadesu, jak ognia unikające irytujących przejaskrawień a jednocześnie zdolnych z iście aptekarską precyzją pokazać złożoność wielkiego aparatu wykonawczego, to o ile tylko dysponujecie co najmniej dwudziestometrowym pokojem oraz zdolnym prawidłowo je wysterować wzmacniaczem, to odsłuch A4t wydaje się czystą formalnością. Oczywiście pozostaje jeszcze kwestia jedynie czarnego umaszczenia, ale podobno właśnie takie malowanie sprzedaje się najlepiej, więc można uznać, że producent wie co robi, tym bardziej, że w tym przypadku płacimy praktycznie wyłącznie za brzmienie a nie utrzymywanie w portfolio pełnej palety RAL.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Kuzma XL DC
– wkładka My Sonic Lab Eminent EX
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80

Dystrybucja: Rafko
Producent: Perlisten Audio
Cena: 29 990 PLN

Dane techniczne
Konstrukcja: podłogowa, dwuipółdrożna, wentylowana (Bass Reflex)
Zastosowane przetworniki
Wysokotonowy: 35mm kompozytowa (Teteron) kopułka
Nisko-średniotonowe: 3 x 215mm z włókna węglowego
Skuteczność: 88.5dB / 2.83v / 1.0m
Impedancja: 4Ω (nominalna); 3.1Ω (minimalna)
Pasmo przenoszenia: 36 – 24kHz (-6dB); 27 – 27kHz (-10dB)
Zalecana moc wzmacniacza: 50 – 350W
Wymiary (W x S x G): 1285 x 280 x 450 mm

Pobierz jako PDF