Opinia 1
Patrząc na współczesny rynek audio z powodzeniem można stwierdzić, iż o ile jeszcze jakiś czas temu rozmiar nie tylko szedł w parze, czy wręcz w niektórych przypadkach stawał się jednym z kluczowych wyznaczników jakości obecnie owe korelacje wcale nie są takie oczywiste. Wystarczy tylko wspomnieć małe Chordy, 40-ki Cyrusa, czy zajrzeć do portfolio Benchmarka, by uświadomić sobie, iż aktualny segment niepełnowymiarowych, niskorosłych komponentów Hi-Fi / High-End w niczym nie przypomina mini i midi wież królujących w latach 90-ych ubiegłego tysiąclecia. Jeśli bowiem funkcjonalność układów mieszczących się na jednej, bądź nawet kilku płytkach drukowanych przejmuje pojedyncza kość a liczone niegdyś w kilogramach sekcje zasilające i stopnie wyjściowe z większym, bądź mniejszym powodzeniem przejęły kompaktowe i chodzące w wadze lekkiej impulsówki i D-klasowe „gotowce” Hypexa oraz ICEpowera, to sens nie tyle sprzedawania, co nawet samego „wożenia”, a jak wiadomo fracht obecnie do najtańszych nie należy, „audiofilskiego powietrza” jest mocno dyskusyjny. Podobnie z resztą jak i marnowania aluminium i innych surowców na przewymiarowane obudowy. Dlatego też zamiast kierować się li tylko rozmiarówką warto nieco zmodyfikować kryteria brzegowe w trakcie pogoni za upragnionym króliczkiem i nawet jeśli do tej pory na segment mini/midi patrzyliśmy z lekkim pobłażaniem jednak uwzględnić „maluchy”. A skoro nawet niewykazujący dotychczas zainteresowania downsizingiem dCS postanowił również w ów segment wejść, to nie pozostaje nam nic innego jak tylko zakasać rękawy i na własnej skórze, na własne uszy przekonać się o możliwościach brytyjskich „krasnali”. Dlatego też nie tracąc czasu serdecznie zapraszamy na spotkanie z duetem stanowiącym 2/3 w założeniu skierowanego do miłośników słuchawek trio, czyli dCS LINA Network DAC & Master Clock.
Jak widać na powyższych zdjęciach tytułowe dCS-y to klasyczne „połówki”, czyli ustawione obok siebie zajmują mniej więcej tyle miejsca, co pełnowymiarowy komponent. W dodatku wyłączone/wygaszone prezentują się nad wyraz minimalistycznie – praktycznie całą połać frontu DAC-a, nie licząc cienkich ramek, osłania tafla czernionego akrylu a z kolei zegar poza dyskretnym firmowym logotypem może pochwalić się na awersie jedynie błękitną diodą informującą o statusie urządzenia. Jednak wbrew temu, do czego zdążyła nas przyzwyczaić konkurencja (m.in. Rose HiFi) sam wyświetlacz DAC-a zajmuje jedynie 1/3 frontu i oprócz niezłej czytelności i dość oszczędnej kolorystyki nie ma ambicji wyświetlania np. wysokorozdzielczych okładek akurat odtwarzanych albumów, bądź logotypów stacji radiowych. Tuż pod nim ulokowano cztery niewielkie sensory dotykowe zapewniające obsługę i nawigację po menu a już mechaniczny włącznik wylądował na płycie dolnej, w pobliżu przedniej krawędzi.
Same, wykonane w formie monolitycznych frezów z bloków aluminium korpusy są równie oszczędne wzorniczo i dostępne zarówno w srebrnej, jak i czarnej satynie. Natomiast na zakrystii o jakichkolwiek oszczędnościach formy mowy nie ma. Network Dac oferuje bowiem regulowane (cyfrowo) wyjścia analogowe zarówno w formacie RCA, jak i XLR a wachlarz interfejsów cyfrowych obejmuje wejścia koaksjalne, BNC, optyczne, parę AES/EBU, USB typu B oraz, z racji umiejętności streamowania również port Ethernet i gniazdo USB typu A dla pamięci masowych. Wyliczankę zamykają interfejsy firmowej magistrali Power Link, para zegarowych BNC i zintegrowane z włącznikiem głównym i komorą bezpiecznika gniazdo zasilające IEC. Jak łatwo się domyślić zegar aż takim bogactwem nie kusi, gdyż akurat w jego przypadku wystarczy para gniazd BNC, magistrala Power Link i bliźniaczy do DAC-a moduł zasilający.
Pod względem anatomiczno funkcjonalnym jak sama nazwa wskazuje dCS LINA Network DAC jest hybrydą klasycznego przetwornika cyfrowo-analogowego i transportu plików, co w przypadku Brytyjczyków oznacza połączenie firmowej platformy Ring DAC™ z modułem Stream Unlimited S800 zapewniające obsługę sygnałów PCM do 384kHz/24Bit i DSDx2 (128). Nad agregacją wszelakiej maści serwisów streamingowych (Spotify, Deezer, Qobuz, TIDAL), internetowych rozgłośni radiowych i zasobów zgromadzonych na dyskach USB/NAS czuwa firmowa aplikacja Mosaic a i o pełnej zgodności z Roonem nie można zapominać. Zgodnie z tradycją nie mogło zabraknąć zarówno rozbudowanych opcji programowej filtracji, jak i upsamplingu do DSD128, oraz tzw. mappingu – algorytmu zarządzającego pracą sekcji przetwornika.
Z kolei Lina Master Clock bazuje na kontrolowanych w komorze termicznej dwóch oscylatorach kwarcowych – osobno dla 44,1 kHz i 48 kHz dostarczających sygnał z dokładnością przekraczającą +/-1 ppm.
Przechodząc do części poświęconej walorom sonicznym tytułowego duetu jedynie doprecyzuję, iż testy rozpocząłem od Network DAC-a solo, następnie dokooptowałem Master Clock-a, by na sam koniec wrócić do konfiguracji pierwotnej. Dzięki temu mogłem zaobserwować zarówno progres, jaki aplikacja zegara niosła, jak i regres wynikający z jego odłączenia. I nie ma co się czarować i zaklinać rzeczywistości – Master Clock-a doskonale słychać i śmiem twierdzić, że jednostki próbujące nieco nagiąć natywną neutralno-analityczną sygnaturę dCS-a do własnych, nieco bardziej ukierunkowanych na eufonię, preferencji poważnie powinny rozważyć odsłuch właśnie ww. duetu, gdyż przynajmniej w moim mniemaniu zegar wnosi do dźwięku dCS-a całkiem zauważalną dawkę plastyki i … organiczności. Co ciekawe nie odbywa się to na drodze zaokrąglania a wręcz przeciwnie – poprawie rozdzielczości, lecz zarazem dopełnienia body brył nie tylko pod względem masowym, co ich konsystencji.
Wracając do meritum i głównej fazy odsłuchów, czyli eksploatacji obu wytworów brytyjskiej myśli technicznej z niekłamaną satysfakcją odnotowałem fakt, iż pomimo niezaprzeczalnej redukcji gabarytów i nieco mniej drenującej portfel ceny reprezentanci serii LINA zaskakująco blisko trzymają się swojego pełnowymiarowego rodzeństwa i choć do plastyki najnowszych wersji APEX nieco im brakuje, wykazują z nimi sporą zgodność „genetyczną”. Zgodność oznaczającą niezwykle rzetelne i zarazem liniowe brzmienie, gdzie liczą się przede wszystkim fakty i prawda a nie luźna interpretacja i bazowanie jedynie na emocjach. Choć może niefortunnie to zabrzmiało, bo combo dCS-a trudno zarzucić beznamiętność, czy też zbytnie wycofanie. Wystarczy bowiem tylko sięgnąć po album „Diavola” Gabrielle Cavassy by owe emocje na własnej skórze poczuć. Podobnie na „The Wind” Warrena Zevona, choć tu emocje są dość minorowe, bo to de facto w pełni świadome pożegnanie Artysty z ziemskim łez padołem, ale dzięki temu odarte ze wszelkich zbędnych ozdobników brzmi niezwykle prawdziwie i szczere do bólu. I dCS-y to oddają w pełni, pokazując prawdę w jej nieupiększonej, nieumalowanej, nagiej odsłonie, z iście porażającym realizmem. Ale tak właśnie ten album brzmieć powinien i tak też brzmi.
Kolejnym aspektem, który dSC w serii LINA starał się utrzymać na godnym starszego rodzeństwa poziomie jest z pewnością napowietrzenie i trójwymiarowa holografia kreowania przestrzeni. Doskonale można tego doświadczyć na minimalistycznym, opartym w znacznej części na grze ciszą i czytanych przez Roberta Więckiewicza fragmentów „Solaris” albumie „Planet Lem” formacji RGG. Tutaj również jakakolwiek ingerencja w strukturę nagrania, bądź też majstrowanie przy barwie, równowadze tonalnej całkowicie zmieniłoby odbiór niezwykle intymnego i zarazem pełnego wszelakiej maści niuansów i audiofilskich smaczków rozgrywającego się w „kosmicznej otchłani” spektaklu. Proszę tylko zwrócić uwagę na partie majestatycznego kontrabasu Macieja Garbowskiego, czy też angażującą bezpośredniość fortepianu Łukasza Ojdany, pomiędzy którymi odzywają się perkusjonalia Krzysztofa Gradziuka. Te pozornie niezależne byty tworzą niezwykle koherentną całość i choć jej odbiór wymaga sporo uwagi, to im częściej po owe nagrania sięgamy, tym bardziej wsiąkamy w ich świat.
Warto też wspomnieć o odpowiednim dociążeniu prezentacji i braku tendencji do zbytniej „chrupkości” najniższych składowych serwowanych przez LINy, co znakomicie służy cięższym odmianom rocka w stylu „(Meta)morphosis” The Nocturnal Affair, który bez odpowiedniego fundamentu basowego brzmi nazbyt ofensywnie. Bas w brytyjskim wydaniu może nie jest przesadnie mięsisty, ale nie tylko nie brak mu energii, co mamy pełen wgląd w jego fakturę. Jest zejście, kontrola i świetny timing, więc jeśli dla kogoś będzie nazbyt technicznie zawsze może sięgnąć po nieco „gęstsze” wzmocnienie, bądź nawet samo okablowanie.
Pomimo nikczemnej postury oba wchodzące w skład tytułowego zestawu urządzenia, czyli dCS LINA Network DAC & Master Clock niezwykle udanie, przede wszystkim z racji reprezentowanych przez siebie walorów sonicznych, unikają zaszufladkowania w roli „budżetowej” alternatywy / przystawki dla pełnowymiarowych dCS-ów. Oferują bowiem brzmienie zaskakująco dojrzałe i zbliżone do tego, do czego zdążyło przyzwyczaić nas ich starsze rodzeństwo a nieco zredukowany wachlarz nastaw i pewne uproszczenia w stosunku do pokolenia APEX z powodzeniem rekompensują swą kompaktowością i świetną funkcjonalnością. Jeśli więc do tej pory nie mieliście Państwo śmiałości choćby niezobowiązująco przymierzyć się do portfolio dCS-a to reprezentanci serii LINA mają spore szanse ową nieśmiałość przełamać.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame; TIGLON TPL-3000L-WT (White Tiger)
– Akcesoria: Omicron X1 Top Harmonix Stabilizer
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Co do tytułowego dCS-a z racji kilkuletniego okresu użytkowania flagowego przetwornika Vivaldi mam wyrobione bardzo konkretne zdanie. To zawsze jest pełne ekspresji, dobrze zdefiniowane w kwestii ataku i ogólnej szybkości dźwięku granie, które nie ma się co oszukiwać, dla wielu osobników bywa dość mocno wymagające w konfiguracji. Na tyle, że nawet mały błąd może spowodować zmarnowanie drzemiącego w tej marce, pełnego życia, ale dalekiego od nachalności sposobu na muzykę. Wiem, bo sam tego doświadczyłem, czego skutkiem było jednoczesne nabycie wspomnianego DAC-a z zestawem zewnętrznych zegarów. Jaki cel ma aż tak drobiazgowe roztrząsanie moich doświadczeń z tym producentem? Oczywiście to wprowadzenie do dzisiejszego tematu, jakim będzie test nieco różniącego się od typowego dCS-a, bo nie w standardowej rozmiarówce, tylko wersji desktopowej – skrzynki są stosunkowo głębokie, jednak w rozmiarze niegdysiejszych urządzeń „midi” – przetwornika D/A Lina Network DAC, którego w tym starciu po krótkiej sesji sauté będzie wspierał firmowy zegar Master Clock Generator. Zaciekawieni, jak nasz odmienny wizualnie bohater ma się do typowej wizerunkowo rodziny? Jeśli tak, zatem zapraszam chętnych do lektury będącego skutkiem działań logistycznych łódzkiego Audiofastu poniższego tekstu.
Jak zdążyłem napomknąć, tematem są w sumie dwa komponenty. Oba w celach unifikacji wizerunkowej w bliźniaczych obudowach Osiągających mniej więcej połowę szerokości typowego komponentu, jednak już mogących pochwalić się pełnowymiarową głębokością oraz średnią wysokością. Naturalnie z uwagi na zakres działania nieco inaczej wyposażone, ze szczególnym uwzględnieniem awersu. W tej ostatniej kwestii chodzi oczywiście o fakt aplikacji na froncie streamera sporej wielkości wyświetlacza na tle czernionej reszty połaci z akrylu. Zegar w tym miejscu może pochwalić się jedynie diodą informującą o pracy urządzenia. Przechodząc z opisem do rewersów, streamer z funkcją przetwornika jak na specjalistę od źródeł cyfrowych przystało, poza gniazdem zasilania i głównym włącznikiem może pochwalić się baterią wejść cyfrowych – SPDiF, AES/EBU, USB. LAN i oczywiście stosownym zestawem wyjść analogowych w standardach RCA i XLR. Biorąc na tapet zegar oprócz bliźniaczego zestawu prądowego oraz dwóch znajdujących się także w przetworniku terminali nazwanych sekcją Power Link, widzimy jedynie dwa wyjścia sygnału z zegara wzorcowego do idealnej stabilizacji taktowania sygnału podłączonych do niego komponentów. Niczego więcej na rewersie nie ma. Jak wynika z powyższego opisu, dostarczone produkty nie oferują fajerwerków, tylko niezbędne do idealnej pracy w tandemie pakiety przyłączy. A jak się to przełożyło na dźwięk, standardowo postaram się Wam przybliżyć w kolejnym akapicie.
Na potrzeby wychwycenia różnic w brzmieniu samego streamera Network DAC i potem we współpracy z Master Clock-iem pierwsze dwa dni słuchałem samego źródła. Z jakimi wnioskami? Chyba nikogo nie zaskoczę, gdy powiem, iż to typowy sound tego brandu. Estetyka podania muzyki była daleka od zbędnego nasycania i dociążania dźwięku, tylko pokazywała świat muzyki raczej od strony szybkości i swobody kreowania wydarzeń scenicznych. Anglicy są znani z tego, że hołdują raczej neutralnej, aniżeli podkręconej emocjonalnie prezentacji i to było ewidentny przykład, że także w tym przypadku nie zmienili podejścia do tematu. Podejścia, które wielu obecnym użytkownikom jest bardzo bliskie, bo zapewnia pełną spontaniczność odtwarzania ulubionych płyt. Nic, tylko usiąść wygodnie w fotelu i wykorzystując aplikację w telefonie lub iPadzie zmieniać kolejne ciekawe pozycje muzyczne, aby będąc w pełni zaangażowanym w słuchany materiał odetchnąć po trudach pełnego problemów dnia pracy. I w takim, oczywiście pełnym wciągających mnie w wir muzyki duchu przemierzałem swoje zasoby muzyczne przez wspomniane dwa dni. Jednak świat zaawansowanego audio od dawna wie, iż niegdyś przez wielu audiofreaków uważany za niedorzeczność, a od wielu lat artykułowany przez poszukiwaczy jak najlepszej jakości muzyki jitter jako pewnego rodzaju składowa pracy źródeł cyfrowych to zło w najczystszej postaci, dlatego tak jak w całej w ofercie dCS-a, także w tej linii produktowej konstruktor zaproponował nam podjęcie testu streamera w komplecie z dedykowanym zegarem zewnętrznym. Co wydarzyło się w efekcie takiej fuzji? Pierwszą informacją jest fakt, że drive i podążanie drogą wyrazistości nadal były. nadrzędnymi aspektami prezentacji. Co zatem się wydarzyło? Otóż nieco drgnęła sprawa nasycenia, a przez to płynności przekazu. Naturalnie nie było to typowe wywrócenie stolika do góry nogami, jednak nie dało się nie zauważyć ewidentnego podciągnięcia estetyki prezentacji w domenie barwy i wysycenia. Dodatkowo wszystko brzmiało jakby z większym udziałem spokoju. Bez wcześniej czasem wdzierającej się w prezentację nerwowości, jednak na tyle nieinwazyjnie dla ogólnego sposobu na muzykę samego streamera, że tak jak w przypadku niegdysiejszej decyzji nabycia zegara do posiadanego dCS-a Vivaldi, tak i w tym stwierdzam jednoznaczne, iż była to bardzo dobra zmiana. I do tego bardzo uniwersalna, gdyż na takim postawieniu sprawy zyskiwała każdego rodzaju muzyka.
Weźmy na tapet choćby twórczość Gary’ego Burtona w postaci płyty „The New Quartet”. Teoretycznie oczyszczenie przekazu z pozornego bogactwa ekspresji i nadanie mu większego poziomu nasycenia oraz idącej za tym działaniem gładkości powinno ostudzić radość wybrzmiewania instrumentu frontmana. Jednak nic takiego nie miało miejsca. Powiem więcej, było znacznie lepiej. Owszem, czuć było minimalne uspokojenie krawędzi oraz pełniejsze brzmienie pojedynczych alikwot, ale było to działanie w służbie nadania mu idealnej czystości i soczystości. Nagle było go więcej tak w rozumieniu wago dźwięku, jak i lotności, bowiem eliminacja zniekształceń w tym przypadku jako wzorowe określenie jego bytu w eterze powodowało eliminację wcześniej zaburzających jego dźwięczność artefaktów.
W innym repertuarze, czyli tym razem spod znaku rockowej kapeli AC/DC i krążka „Power Up” temat zastosowania zegara wypadł równie ciekawie. Ma się rozumieć wyniki w wizualizowaniu wirtualnej sceny były podobne. W pierwszym rzędzie głos wokalisty i ważne dla tego zespołu gitary zyskały na wadze, co skutkowało wyczuwalnie lepszym poziomem zawartej w tych źródłach energii. Ta muzyka jest niespecjalnie dobrze zrealizowana, dlatego też po wspomnianych roszadach w systemie testowym szczypta masy zrobiła znakomitą robotę w postaci jej zróżnicowania. Zaś w drugim przypadku minimalizacja zniekształceń pozwoliła mi znacznie odważniej odkręcić gałkę wzmocnienia. Owa twórczość lubi, gdy w dobrym znaczeniu słowa system przestawia ściany. Niestety w przypadku miernej postprodukcji głośne słuchanie czasem boli. Ale jak się okazało, tylko do pewnego momentu. A jest nim zadbanie o jakość sygnału ze źródła, co ewidentnie udowodnił tytułowy tandem z Wielkiej Brytanii. Pojechałam na przysłowiowego maxa i cały czas z pełnym wglądem w nagranie, ale bez efektów zmęczenia nadinterpretacją prezentacji.
Gdzie widzę naszych bohaterów? Tak naprawdę na sto procent nie widzę ich tylko w jednym przypadku. Chodzi o piewców muzykalności ponad wszystko, czyli de facto wielbicieli muzyki mlekiem i miodem płynącej. dCS w takie klimaty się nie bawi. Jeśli jednak szukacie mocnego akcentowania ataku, zróżnicowania energii oraz dźwięczności górnych rejestrów, będące punktem zapalnym obecnego spotkania urządzenia moim zdaniem powinny znaleźć się na Waszej liście odsłuchowej. Oczywiście najlepiej w komplecie, bo ten we wspomnianej przed momentem estetyce fajnej ekspresji oferuje znacznie większy poziom dobrej jakości muzyki w muzyce. Jednak, jeśli w danym momencie nie dysponujecie wolnymi środkami płatniczymi na obie konstrukcje, można zacząć od samego streamera. Zagra z fajną werwą i zawsze będzie platformą do rozwoju systemu w kierunku lepszej jakości dźwięku. Nie wiem, jak widzicie to Wy, ale dla mnie właśnie z uwagi na możliwość rozwoju technicznego poprzez zastosowanie zewnętrznego zegara to bardzo ciekawa opcja na lata. Czegóż chcieć więcej?
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME, Dyrholm Audio Nexus
– kabel USB: ZenSati Silenzio, Dyrholm Audio Nexus
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: Audiofast
Producent: dCS
Ceny
dCS LINA Network DAC: 64 100 PLN
dCS LINA Master Clock: 37 200 PLN
Dane techniczne
dCS LINA Network DAC:
Pasmo przenoszenia (dla filtra 1)
– Fs = 44.1 & 48kHz +/-0.1dB, 10Hz-20kHz
– Fs = 88.2 & 96kHz +/-0.1dB, 10Hz-20kHz -3dB @ >38kHz
– Fs = 176.4 & 192kHz +/-0.1dB, 10Hz-20kHz -3dB @ >67kHz
– Fs = 352.8 & 384kHz +/-0.1dB, 10Hz-20kHz -3dB @ >100kHz
– DSD64 +/-0.1dB, 10Hz-20kHz -3dB @ >90kHz
– DSD128 +/-0.1dB, 10Hz-20kHz -3dB @ >100kHz
Szum resztkowy
– Dane 16-bitowe: Lepsze niż –96 dB0, 20 Hz–20 kHz nieważone
– Dane 24-bitowe: Lepsze niż –113 dB0, 20 Hz–20 kHz nieważone
Przesłuch L-P: <–115dB0, 20Hz-20kHz
Wejścia cyfrowe: 2 x AES/EBU (44,1-384kHz); S/PDIF BNC (44,1-192kHz); S/PDIF Coax (44,1-192kHz); Toslink (44,1-96kHz); USB typu B (44,1-384kHz), PCM i DSD, DSDx2 w trybie asynchronicznym
Komunikacja: USB typu A dla pamięci masowych; Ethernet RJ-45
Wyjścia analogowe: para XLR; para RCA
Wspierane platformy streamingowe: UPnP, Qobuz, Deezer, Tidal, Internet Radio, Spotify, Apple AirPlay 2 44.1 / 48kHz), RoonReady
Wspierane formaty: FLAC, WAV, AIFF, MQA
Upsampling: Wielostopniowy oversampling DXD z możliwością przełączania DSD; DSDx2 Upsampling (1-bit 5.644 or 6.14MS/s).
Główny zegar taktujący: 2 wejścia Word Clock na złączach BNC 75 Ω; taktowanie do 44,1-192 kHz
Pobór mocy: 10W
Wymiary (W x S x G): 12 x 22 x 34 cm
Waga: 7,4 kg
dCS LINA Master Clock
Typ zegara: zegar główny klasy 1 z oscylatorami kwarcowymi sterowanymi termicznie
Dokładność zegara: lepsza niż +/-1 ppm w zakresie temperatur otoczenia zakresie temperatur od +5°C do +45°C
Czas gotowości do pracy: około 10 minut
Wyjścia zegara:
– 2 x niezależnie buforowane wyjście zgodne z TTL na złączach 75Ω BNC
– Wyjście 1: stała częstotliwość 44,1 kHz
– Wyjście 2: stała częstotliwość 48 kHz
Pobór mocy: 10W
Wymiary (W x S x G): 12 x 22 x 36 cm
Waga: 7 kg