1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. Destination Audio Nika

Destination Audio Nika

Link do zapowiedzi: Destination Audio Nika

Opinia 1

Z tytułową i od wielu lat odnoszącą spore sukcesy rodzimą marką Destination Audio miałem już okazję zaliczyć udaną w odbiorze sesję testową. Zatwardziali analogowcy dobrze wiedzą, iż bohaterem tamtego sparingu był w moim odczuciu jeden z najlepszych dostępnych na rynku phonostage od początku do końca oparty o technologię lampową WE417A. Jak przystało na odpowiedzialnego przedstawiciela ekstremalnego High Endu konstrukcja jest bardzo rozbudowana, bo składająca się z bezkompromisowego zasilania i równie pieczołowicie skonstruowanej sekcji wzmacniającej delikatny sygnał z wkładki gramofonowej. A to nie wszystkie istotne informacje na jej temat, bowiem dla wielbicieli tego tupu rozwiązań technicznych dodatkowym smaczkiem jest fakt, że w trzewiach tego przedwzmacniacza gramofonowego producent stosuje wyselekcjonowane NOS-y. Jak radzi sobie z tym wyzwaniem, nie drążyłem tematu, ważne, że to pewnego rodzaju nadający konstrukcji wyjątkowości standard. W jakim celu tak mocno rozwijam kwestię wykorzystywanych półproduktów tego podmiotu gospodarczego już w akapicie rozbiegowym? Zapewniam, że w bardzo ważnym, gdyż ten podwarszawski byt bliźniacze założenia stosuje także w przypadku dzisiejszego tematu spotkania. Tematu, którego mottem będą wysokoskuteczne tubowe kolumny Destination Audio Nika. I to nie byle jakie kolumny, gdyż użyte w nich przetworniki także są NOS-ami, jednak w technologii znanej li tylko mocodawcy marki odpowiednio dopracowywane technicznie lub w celach uzyskania konkretnego brzmienia odpowiednio regenerowane. To oczywiście sprawia, że tak jak wspomniana elektronika, tak i kolumny powstają na indywidualne zamówienie, które rozpoczyna mozolne poszukiwanie odpowiednich podzespołów, po stosownym „odmłodzeniu” nadających się do aplikacji w zamówionym produkcie. A najlepsze jest to, że mimo takich obwarowań zamówień nie brakuje. Intrygujące? Spokojnie, to pytanie retoryczne, gdyż jestem pewien, że tak. A jeśli się nie mylę, nie pozostało mi nic innego, jak zaprosić Was na kilka akapitów o tym, co spotkało mnie podczas kilkunastodniowego obcowania ze wspomnianymi już Destination Audio Nika.

Nie oszukujmy się, Niki to wielkie kolumniszcza. Może na tle moich Niemek niewysokie, ale jednak będąc zmuszone zgrabnie zmieścić głośnik basowy o wielkiej średnicy i przy tym zabezpieczyć dla niego wymagające sporego litrażu skrzynki aby zaproponować dobry jakościowo dolny zakres, są nienaturalnie szerokie i głębokie. Na szczęście konstruktor nieco je gabarytowo ucywilizował i od ozdobionego pionowymi gumkami a la Sonus Faber szerokiego awersu ich obudowy stosunkowo szybko płynnym łukiem zbiegają się ku pojedynczej ostrej krawędzi rewersu. Dlatego muszę przyznać, że gdy na początku nawet na co dzień obcując z dużymi kolumnami Niki mnie lekko onieśmielały, to dzięki opisanemu działaniu wizerunkowemu dość szybko zaskarbiły moje uznanie. Zapewne bardzo dużą rolę w takiej metamorfozie miało wykończenie pięknym naturalnym fornirem nie tylko głównej skrzynki, ale także sporej wielkości usadowionej nad górną, podobnie do bocznych ścianek obłą częścią obudowy tuby dla sekcji średnio-tonowej. Dodatkową ciekawostką jest aplikacja przetwornika wysokotonowego pod gumkami nad basowcem. Jeśli chodzi kwestie przyłączeniową, każda kolumna została wyposażona w pojedyncze terminale od wewnętrznej strony skrzynki. Naturalnie idąc za ilością użytych, jak wspominałem we wstępniaku vintage’owych, ale poddanych firmowej reanimacji przetworników, mamy do czynienia z konstrukcją 3 drożną o skuteczności 99 dB przy obciążeniu 8 Ohm.

Czym uraczyły mnie nieco przysadziste wizerunkowo, ale dzięki temu wyposażone w pożądane przez większą część populacji melomanów wielkiej średnicy przetworniki basowe Polki? Oczywiście tym, czego się spodziewałem, czyli przyjemnym dla ucha i bardzo pożądanym przez sporą grupę instrumentów posmakiem celulozy w kreowaniu wirtualnych bytów. To było słychać od pierwszej nuty. Jednak co bardzo istotne, wszystko podane z wielkim smakiem i jak rzadko kiedy spójnie. Chodzi o to, że mimo sporych gabarytów tubowego falowodu dla sekcji średniotonowej znaczną część tego pasma odtwarzał także przetwornik dolnego zakresu, a będący w centrum tych dwóch generatorów dźwięku gwizdek aby nie psuć świetnego konsensusu pomiędzy nimi nie wyskakiwał przed szereg z nadmierną ekspresją. Nie powiem, czasem odnosiłem wrażenie, że być może jest zbyt zachowawczy, jednak podczas telefonicznej konsultacji z konstruktorem dowiedziałem się, że to działanie zamierzone. Wysokie tony mają być odpowiednio wkomponowaną przyprawą, a nie chadzającym samemu sobie, a przez to degradującym estetykę równego grania bytem. Po takim naświetleniu sprawy wszystko stało się jasne i po akomodacji z zaproponowanym spojrzeniem na muzykę w estetyce świetności tego typu konstrukcji z przyjemnością przystąpiłem do weryfikacji możliwości tytułowych Nik. A nie powiem, dzięki opisanej estetyce zaliczyłem wiele ciekawych odtworzeń z pozoru znanego mi od podszewki, ale jak się okazało, z jednym drobnym „ale” całkowicie obcego mi z tej strony materiału. O co chodzi z tym „ale”? Otóż kolumny są duże i do tego ze sporą tubą odtwarzającą centrum pasma, dlatego z powodu zbyt małej odległości miejsca odsłuchu od nich spowodowanej ograniczeniami posiadanego lokalu nieco cierpiało budowanie realiów wirtualnej sceny w domenie głębokości. Dźwięk zwyczajnie nie miał szans na pełną konsolidację źródeł. Owszem, fajną głębię oczywiście było słychać, ale miałem okazję spotkać się z tymi zespołami głośnikowymi w innych realiach i wiem, że zagospodarowanie za nimi przysłowiowych hektarów dla nich to tak zwana bułka z masłem. Ale zapewniam, to co zaprezentowały, dobitnie pokazywało, za co wielu z Was lubi takie konstrukcje. Duży basowiec oznaczał szybki impuls dolnego zakresu, co pozwalało muzyce utrzymać odpowiedni timing nawet w najbardziej wymagających pasażach kontrabasu oraz konturowość projekcji chadzających w tym paśmie instrumentów, a nalot celulozy nadawał muzyce sznytu od dawien dawna uznawanej za wzorzec odbieranej jako naturalnej szkoły grania testowo skonfigurowanego systemu. Oczywiście biorąc pod uwagę moją sekcję wzmocnienia w postaci mocnego tranzystora nie do końca opartego o idealny kanon konfigurowania skutecznych kolumn z delikatną lampą, ale i tak będąca wynikiem mariażu tego co mam u siebie ze zjawiskowymi kolumnami prezentacja była pierwszej próby.
Aby się o tym przekonać, nie musiałem długo szukać, gdyż w pierwszej kolejności na tapecie wylądował jeszcze nieodłożony po ostatnim teście na półkę krążek Michela Godarda z aranżacją muzyki barokowej C. Monteverdiego „A Trace of Grace”. Naturalnie piję w pierwszej kolejności do znakomitego występu wykorzystywanego przez frontmena serpentu (kilkuzwojowy róg) o specyficznej barwie i tembrze brzmienia z jego nosowością i zjawiskową głębią wybrzmiewania. Wiele razy się nim zachwycałem, ale w wykonaniu kolumn Nika to był majstersztyk. Jeśli chodzi zaś o inne aspekty, równie znakomicie wypadł pokazujący drewno stroika saksofon oraz w pełni kontrolowana, modulacją każdego dźwięku zjawiskowo snująca się po podłodze, ale bez jakichkolwiek oznak rozmycia gitara basowa. Słyszałem je w wielu adaptacjach sprzętowych, ale ta była jakby z innej bajki. Analizując tę płytę mógłbym tak pisać peany jeszcze przez kilkanaście zdań na dosłownie każdy temat tej produkcji, jednak wiedząc, że wspomniałem o najistotniejszych aspektach, przejdę do innego repertuaru z drugiej strony barykady, czyli mocnego uderzenia rockowym szaleństwem.
Co wylądowało w odtwarzaczu? A jakże, AC/DC z najbardziej lubianym przeze mnie krążkiem „Highway To Hell”. Efekt? Cóż, nalot papieru oraz pewnego rodzaju będąca feedbackiem wykorzystania go na membrany głośników twardość prezentacji dolnego i środkowego pasma oraz wyraźne stonowanie wysokich tonów nie pozwoliły na idealne nasycenie i oddanie soczystości energii czy to gitar, czy krzykliwej wokalizy. Szybkość narastania sygnału była bardzo dobra, jednak papier i rockowe tudzież elektroniczne tyrady muzyczne niestety nie idą w idealnej parze, bowiem te ostatnie wypadają nazbyt oszczędnie w domenie krągłości, soczystości, a także dźwięczności. A wszyscy wiemy, że bez mocnej głębi energii podpartej lekkim szaleństwem górnego zakresu taka muza zwyczajnie nas w dobrym znaczeniu słowa nie uderzy, a przecież to jeden z warunków dobrego jej odbioru. Czy zatem to problem dla naszych bohaterek? Moim zdaniem nic z tych rzeczy. Nie można winić danej konstrukcji za to, że nie wznosi się na wyżyny jakości prezentacji w materiale, do którego tak naprawdę nigdy nie była przewidywana. Ale żebyśmy się dobrze zrozumieli. To nie oznacza, że z papierowym sznytem grania nie da się obcować z rockowymi banitami, gdyż wszystko zależeć będzie od tego, co komu w duszy gra. Z tego co wiem, producent nie ma z tym najmniejszego problemu, zatem tak naprawdę problem jako taki nie istnieje, a jedyną zmienną wpływającą na ich odbiór jest nasz gust.

Komu poleciłbym tytułowe kolumny Destination Audio Nika? To chyba oczywiste? Naturalnie wszystkim wielbicielom swobodnego, ale też szybkiego i na dodatek z posmakiem fajnie zaaplikowanej celulozy grania posiadanego systemu. Polskie kolumny to co robią, robią na tyle zjawiskowo, że potencjalnym zainteresowanym daję dosłownie kilka taktów muzyki, aby się w nich dozgonnie zakochać. A jak z innymi freakami? Tutaj na dwoje babka wróżyła. Oczywiście spora grupa także ma wielkie szanse się przy nich „ugotować”. Jednak z pewnością znajdą się również tacy, którym z będącym zarzewiem dzisiejszej epistoły produktem będzie całkowicie nie po drodze. Ale jak wspominałem, nie będzie to wina kolumn, tylko finalnej estetyki brzmienia, będącej wynikiem z premedytacją dokonanych przez konstruktora wyborów. Na koniec dodam tylko, że moim zdaniem wyborów bardzo udanie wdrożonych w życie.

Jacek Pazio

Opinia 2

Choć dopiero co minął półmetek maja a my powoli wychodzimy na prostą po monachijskim maratonie, to dziwnym zbiegiem okoliczności w ramach dzisiejszego spotkania przyszło nam zmierzyć się z dość nieoczekiwaną migawką z … przeszłości. Pamiętają Państwo stołeczne Audio Video Show 2023? Zakładam, że podobnie jak my co najwyżej po „japońsku”, czyli jako-tako, a więc raczej na zasadzie ogólnego, zbiorczego wrażenia i przez lekką mgłę aniżeli z dokładną wirtualną marszrutą i precyzyjną listą odwiedzonych pokoi i usłyszanych systemów. Tymczasem ni stąd ni zowąd na wiosnę, niemalże razem z bocianami, zjawiły się u nas wyłuskane z wystawowych dóbr wszelakich majestatyczne kolumny Destination Audio Nika. Ów fakt niezwykle nas ucieszył, gdyż pomimo, iż w High-endzie, który stanowi nasz główny obszar zainteresowań, pojęcie produkcji masowej ma zdecydowanie inny wymiar aniżeli w ogólnodostępnym segmencie Hi-Fi, czyli zamiast o tysiącach rozmawiamy co najwyżej o dziesiątkach, bądź setkach egzemplarzy, to sprawca dzisiejszego zamieszania operuje na jeszcze mniejszych wolumenach. Warto bowiem mieć świadomość, iż Destination Audio to de facto mikro-byt o charakterze niemalże butikowym a tym samym z reguły wykonujący konkretne modele na indywidualne zamówienie. Dlatego też skoro na horyzoncie pojawiła się jeszcze pachnąca olejem parka a i wola dostarczenia jej przez producenta była czym prędzej skorzystaliśmy z okazji, stosowne miejsce w OPOS-ie wygospodarowaliśmy, by teraz wrażeniami się z Państwem podzielić.

Jak widać zarówno na powyższych zdjęciach, jak i na standardowej zanęcie w postaci sesji aplikacyjno-unboxingowej aparycja Destination Audio Nika dalece odbiega od współczesnych, ogólnie przyjętych wzorców lansujących smukłe, niemalże anorektyczne standardy piękna. Tu raczej można mówić o iście rubensowskich krągłościach, gdyż przysadziste bryły rodzimych kolumn są niezaprzeczalnie absorbujące tak stylistycznie, jak i gabarytowo. Mają jednak w swym DNA zaszyte natywne piękno tożsame z solidnymi, ponadczasowymi meblami, które wybiera się nie na sezon, bądź nawet lata, lecz dziesięciolecia. Spora w tym zasługa przepięknego naturalnego forniru i seksownych krągłości nieco łagodzących obszerność konstrukcji. Jak się jednak łatwo można domyślić gabaryty nie są pochodną kompleksów ich twórcy, lecz wynikają wprost z wymagań technicznych. Mamy bowiem do czynienia z konstrukcjami modułowymi, czyli wielkolitrażową skrzynią zdolną pomieścić 16” woofer ALNiCo i kompresyjny, ukryty wewnątrz niewielkiej tubki tweeter oraz montowanym na niej średniotonowym hornie. Całe szczęście zamiast standardowych, „szmacianych” maskownic zdecydowano się na znaną m.in. z Sonus faberów strunową wariację, więc choć ochronę drajwerów można śmiało uznać za czysto iluzoryczną, to już degradacja brzmienia poprzez ww. akcesorium jest niemalże pomijalna a zarazem znajdujące się na froncie „wielkokalibrowe” ujście kanału bas-refleks nie zionie nam prosto w twarz i nie korci małoletniej progenitury do weryfikacji możliwości nakarmienia jej jakąś zabawką, bądź nie daj Bóg np. kanapka czy tez bananem. Zarówno z racji obłości korpusów, jak i zapewne ze względów czysto praktycznych terminali głośnikowych nie znajdziemy „na plecach”, lecz wewnętrznych ścianach bocznych a tym samym śmiało możemy mówić o lewej i prawej kolumnie.
Od strony elektrycznej mamy do czynienia z konstrukcjami trójdrożnymi o skuteczności 99 dB i impedancji wynoszącej w zależności od oczekiwań odbiorcy 8 lub 16 Ω.

Przechodząc do części poświęconej brzmieniu naszych gościń po raz kolejny korci mnie, by nie tyle asekuracyjnie, co w ramach podprogowego ostrzeżenia sięgnąć po sławetne zdanie „Lasciate ogne speranza, voi ch’entrate” z „Boskiej komedii” Dantego Alighieriego. Nie da się bowiem w żaden sposób ukryć, iż Destination Audio Nika grają w estetyce na tyle różnej od współczesnych standardów, że trzeba dłuższej chwili, by z ową sygnaturą przede wszystkim się oswoić i dopiero później zacząć zastanawiać się, czy to, co dobiega naszych uszu nam się podoba, czy też niekoniecznie nasze oczekiwania spełnia. Mówiąc wprost otrzymujemy coś na kształt dźwięku, po który co rok udają się do Monachium „pielgrzymki”, by choć przez chwilę zasmakować specjałów serwowanych przez ekipę Silbatone z odrestaurowanych, zazwyczaj kinowych i mających około setki na karku tub, jak daleko nie szukając Western Electric 16A z 1928 r..
I od razu gwoli wyjaśnienia pragnę nadmienić, iż odsłuchy prowadziliśmy zarówno z naszym dyżurnym 200W, pracującym w klasie A Apex-em Gryphona, jak i czekającym na swoje przysłowiowe 5 minut firmowym wzmocnieniem GM70. Dzięki czemu udało nam się zweryfikować, iż choć zarówno z tranzystorem, jak i lampą tytułowe kolumny są w stanie się dogadać, to na dłuższą metę właśnie z próżniowymi bańkami bardziej im po drodze. Może traci się nieco kontroli i dynamiki, za to dołączany w zamian ekwiwalent w postaci namacalności i organiczności przekazu okazuje się zazwyczaj w pełni satysfakcjonujący. Żeby jednak była jasność – na wspomnianą organiczność należy patrzeć nie poprzez pryzmat karmelowej lepkości i połyskliwego lukru a faktury „papieru”, którego sygnatura ani przez moment nie podlega dyskusji. Dlatego też ortodoksyjni akolici zarówno wszelakiej maści twardych membran, jak i pochodnych polipropylenu proszeni są o nieco większą aniżeli zazwyczaj otwartość a pozostali, zdecydowanie mniej zmanierowani, odbiorcy mogą podejść do tematu bez większych uprzedzeń. Jest bowiem w brzmieniu Nik pewien niezaprzeczalny sznyt oldschoolu, czy wręcz vintage, lecz zarazem owej pozornej anachroniczności nie sposób odmówić uroku, jak i nostalgicznego piękna. To jest ewidentnie granie tożsame z estetyką nagrań Michaela Bublé, Melody Gardot, czy z nieco ostrzejszych klimatów, tego, dzięki czemu Greta Van Fleet wywróciła muzyczny stolik, gdzie niby mamy do czynienia z niezaprzeczalnie współczesnym wykonawcą, a jednocześnie ewidentnie obcujemy, dzięki magicznemu wehikułowi, z brzmieniami, żywcem przeniesionymi do naszych czasów z lat 50-ych lub 70-ych minionej epoki. Jest mocna, podana do przodu średnica, iście koncertowy, właściwy i poniekąd spodziewany z racji rozmiarów woofera bas oraz dopełniająca całości góra, która stawia głównie na komunikatywność a dopiero w dalszej kolejności audiofilskie wyrafinowanie. I nie chodzi tu bynajmniej o jej ofensywność a jedynie zachowanie zgodności estetycznej z resztą reprodukowanego przez tytułowe kolumny pasma. Dlatego przesterowane gitary Greta Van Fleet brzmią tak zadziornie i wbrew pozorom autentycznie. W dodatku na poziomie autentyczności i spontaniczności Led Zeppelin – z „chrupką” perkusją, gdzie mamy uderzenie i atak, lecz jednocześnie nikt nie spodziewa się podwójnej stopy zapuszczającej się w najgłębsze zakamarki Hadesu. Jest twardo, z lekkim osuszeniem ale zarazem niezwykłą swobodą i natychmiastowością. I tak właśnie powinno to brzmieć, więc nie ma co szukać dziury w całym. A jak ma być gęściej i „ładniej”, to wystarczy wrócić do Bublé i Gardot, gdzie tak orkiestracje, jak i warstwa wokalna przeniosą nas w czasy, gdy mleko docierało pod drzwi w szklanych butelkach i dało się z niego zrobić „kwaśne”, w (czarno-białej) TV początkowo był tylko jeden kanał (2-ka pojawiła się dopiero 2 października 1970 r.), a w radiu 3 (Trójka wystartowała 1 kwietnia 1962 r.). Czy mamy zatem do czynienia z konstrukcjami wzorem współczesnej konkurencji do przysłowiowego tańca i różańca? Cóż, aż takim optymistą bym nie był, bowiem z gatunków muzycznych, z którym Nikom niekoniecznie po drodze profilaktycznie wspomniałbym przede wszystkim o ciężkiej elektronice w stylu Murkury, SIERRA, czy Infected Muschroom, jak i ekstremalnych odmianach metalu reprezentowanych przez naszego rodzimego Behemotha, bądź Slayera. Niby na upartego da się powyższego repertuaru słuchać, ale nie ukrywam, że jest to męczarnia i dla samych kolumn i dla słuchacza a śmiem twierdzić, że niekoniecznie o to w tej zabawie chodzi.

Niemniej jednak wypada uznać Destination Audio Nika za kolumny kierowane nie do przypadkowego (przechodzącego akurat z tragarzami) odbiorcy a melomanów i audiofilów doskonale potrafiących zdefiniować własne oczekiwania i zarazem eksplorujących bardziej cywilizowane przejawy muzycznej kreatywności co bardziej uzdolnionych przedstawicieli homo sapiens aniżeli wskazane w poprzednim akapicie wyjątki. Jeśli zatem wykazujecie Państwo powyższe skłonności, z lampami Wam po drodze, a i niejako przy okazji dysponujecie przynajmniej 25 metrowym pomieszczeniem do odsłuchów przeznaczonym, to … choćby z czystej ciekawości rzućcie okiem i uchem na tytułowe kolumny.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,
Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80

Producent/Dystrybucja: Destination Audio
Cena: 55 500 €

Dane techniczne
Pasmo przenoszenia: 25 – 20.000 Hz
Moc: 20 W
Skuteczność (1 W / 1 m): 99 dB
Impedancja nominalna: 8 lub 16 Ω
Rekomendowana minimalna powierzchnia pomieszczenia: 20 m²
Wymiary (S x W x G): 64 x 125 x 64 cm
Waga: 115 kg

Pobierz jako PDF