Opinia 1
Od niepamiętnych czasów ludzkość trapiły nie tylko wojny, plagi i inne boże dopusty, lecz również czysto egzystencjalne pytania w stylu sławnego „być, albo nie być”, co było pierwsze jajko czy kura, pomidorowa z ryżem, czy makaronem, bądź chociażby z naszego, audiofilskiego podwórka czy wybrać lampę, czy tranzystor. O ile jednak większość z powyższych dylematów nadal pozostaje bez odpowiedzi, to jeśli chodzi o rozterki złotouchych, to śmiem twierdzić, że bohater dzisiejszego spotkania ma spore szanse stać się ich nader skutecznym i zarazem ostatecznym rozwiązaniem. Mówiąc bowiem wprost na pytanie lampa czy tranzystor nasz tytułowy kombajn, czyli topowy odtwarzacz/przetwornik cyfrowo-analogowy McIntosh MCD12000 udziela odpowiedzi … „Tak”. No, ale jak? A tak, jak dajmy na to w większości dobrych lodziarni, gdzie zamawiając jedną porcję, znaczy się kulkę można dostać dwa dowolne smaki. Czyli mówiąc wprost dostarczony dzięki uprzejmości stołecznego Hi-Fi Clubu amerykański flagowiec oferuje zarówno lampowe, jak i tranzystorowe wyjścia i tylko od naszego widzimisię zależeć będzie z których w danym momencie będziemy korzystali. Brzmi nie tyle intrygująco, co jak spełnienie marzeń cierpiących na rozdwojenie jaźni niezdecydowanych co do własnych upodobań audiofilów? Jeśli tak, to serdecznie zapraszam na ciąg dalszy.
O aparycji McIntoshy można napisać zarówno sążniste epopeje, jak i po prostu stwierdzić, że tak naprawdę od 1949 r. niewiele się zmieniło, więc wystarczy tylko w naszym audio-światku nazwę marki i wszyscy doskonale wiedzą czego się spodziewać. Jednak uczciwie trzeba przyznać, iż zarówno w przypadku niedawno u nas goszczącej superintegry MA 12000, jak i tytułowego źródła Amerykanie postanowili pojechać po przysłowiowej bandzie i dać swym nabywcom dosłownie wszystko, czego dusza zapragnie i co sprawia, że nie sposób pomylić McIntosh-a z jakąkolwiek inną firmą. Mamy zatem potężną bryłę z imponującą szklaną taflą frontu uzbrojonego w masywne aluminiowe uchwyty. Do tego jej, znaczy się tafli, górną część zajmują trzy łapiące za oko okna – centralne z „wystawką” podświetlonych podczas startu na pomarańczowo a w trakcie pracy na zielono lamp oraz parę bocznych z charakterystyczną niebieską iluminacją i obowiązkowymi „wycieraczkami” informującymi o poziomie sygnału wyjściowego. Schodząc poziom niżej napotkamy obowiązkowy, podświetlony na zielono firmowy logotyp a pod nim wąską szufladę napędu, na której wysokości po lewej ulokowano pokrętło odpowiedzialne za … zarządzanie iluminacją a po prawej bliźniacze – selektor wejść. Najniższe piętro zajmują centralny, zaskakująco skromny wyświetlacz oraz dwa zestawy po cztery przyciski funkcyjno / nawigacyjne. I tu od razu uwaga natury użytkowej. Otóż będący wszechstronnie utalentowanym multi-formatowcem MCD12000 zdolnym poradzić sobie nie tylko z klasycznymi płytami CD, lecz również CD-R/RW, SACD i DVD-R za każdym razem, gdy dostawał do otworzenia hybrydowy krążek startował od warstwy CD, więc lojalnie uprzedzam, że aby dostać się do „gęstego” trzeba manualnie przełączać go na warstwę SACD. Przełączenie to łatwo zauważyć, gdyż na ekranie pojawiają się m.in. informacje dot. tytułów utworów, które na warstwie CD są zazwyczaj niedostępne.
Płytę górną zdobi imponujący diagram przebiegu sygnału i gęsta perforacja w części tylnej. Z racji dostępnej powierzchni plecy prezentują się wybornie. Obie flanki górnej, czernionej części okupują zdublowane – oferujące „tranzystorowy” i „lampowy” sygnał wyjścia RCA i XLR a pomiędzy nimi wygospodarowano miejsce na sekcję serwisową (wejście USB i interfejsy komunikacyjne i triggera) oraz cyfrową z parą wejść optycznych, parą koaksjalnych, AES/EBU, USB i magistralą MCT do podłączenia firmowego transportu. Z kolei polerowany, srebrny dolny pas to już królestwo wyjść cyfrowych (optyczne i koaksjalne), oraz trójbolcowego gniazda zasilającego (wymiana bezpiecznika wymaga rozkręcenia urządzenia).
Ewidentnym przykładem dziwnej jak na słynący z dbania o najmniejsze detale High-End niefrasobliwości a zarazem przerostu formy nad treścią jest niestety pilot zdalnego sterowania, który nie dość, że jakością wykonania plastikowego korpusu przywodzi na myśl ergonomiczne koszmarki dołączane do hipermarketowych mini wież / budżetowych telewizorów, to jeszcze bezlik zupełnie zbędnych przycisków (np. do sterowania … projektorem) najdelikatniej rzecz ujmując nie ułatwia obsługi. Z resztą w podobny koszmarek wyposażona była topowa integra MA 12000, więc swoją drogą nie ma się czego czepiać, choć … dziwi fakt, iż nikt jeszcze nie wpadł na pomysł, by do akcesoryjnej, opcjonalnej oferty nie dodać jakiegoś adekwatnego posturze, designowi i jakości wykonania topowych modeli równie atrakcyjnego pilota, bądź wzorem np. Meridiana swoistego centrum zarządzania firmowym ekosystemem z czernionego szkła i satynowego aluminium, z wiadomym logotypem a może i błękitnym ekranem.
Wracając do meritum i zapuszczając żurawia do trzewi MCD12000 natrafimy na dość szczelnie wypełniającą całkiem pokaźną kubaturę obudowy wielopiętrową kombinację płytek drukowanych oraz nie mniej imponującą liczbę najróżniejszych połączeń taśmowo-kablowych. Ów pozorny galimatias jasno daje do zrozumienia, iż McIntosh postawił na topologię modułową, co z jednej strony ułatwia i przyspiesza działania serwisowe a z drugiej reprezentuje niejako „otwartą” na ewentualne przyszłe upgrade’y architekturę. Wystarczy bowiem w sytuacji, gdy sama aktualizacja oprogramowania nie da szans na dalszy rozwój wypiąć starą płytkę i zastąpić ją nową. W sekcji cyfrowej zdolnej obsłużyć, chyba wszelkie formaty srebrnych krążków (no dobrze, poza Laser Discami) i PCM/DXD 32 bity/384 kHz oraz DSD512 pracują dwie – po jednej na kanał, kości ESS Sabre ES9038PRO. Z kolei w zasilaniu znajdziemy solidny, acz nieprzesadzony, klasyczny transformator z rdzeniem R i odrębnymi odczepami dla sekcji cyfrowej i analogowej. I właśnie ona, znaczy się sekcja analogowa zwraca uwagę, gdyż jej stopień wyjściowy został zdublowany, bowiem użytkownicy otrzymują do wyboru nie tylko wyjścia w formacie RCA i XLR, lecz również możliwość skorzystania z sygnału tranzystorowego, jak i lampowego. W drugim przypadku sygnał przechodzi przez zestaw dwóch 12AT7 i dwóch 12AX7A (po jednej na kanał).
Teoretycznie, podobnie jak w akapicie poświęconym aparycji, przechodząc do części dotyczącej brzmienia mógłbym ograniczyć się do sugestii, że MCD12000 gra jak typowy McIntosh, bądź, że gra tak, jak wygląda i śmiem twierdzić, że znaczna część obeznanych w temacie czytelników doskonale wiedziałaby o co chodzi. Ba, śmiem twierdzić, że w swych przypuszczeniach i wyobrażeniach mogliby być zaskakująco blisko, jeśli nie całej, to przynajmniej … połowy prawdy. Warto bowiem pamiętać, że tym razem mamy do czynienia nie tylko z uniwersalnym odtwarzaczem/DAC-iem, gdyż niezależnie od tego, czy gramy ze źródeł zewnętrznych, czy pokładowego transportu brzmieniowa koherencja jest zachowana, co lampowymi i tranzystorowymi stopniami wyjściowymi, a te, choć wykazują w pełni zrozumiały, poniekąd firmowy, zestaw cech wspólnych również w wyraźny sposób się od siebie różnią. Zamiast jednak ortodoksyjnie rozgraniczać oba sposoby / technologie amplifikacji a tym samym niejako dublować wierszówkę w ramach dzisiejszego spotkania postaram się raczej skupić się na niuansach je wyróżniających w kontekście konkretnych przykładów muzycznych, gdyż dysponując dwiema parami takich samych łączówek z powodzeniem można było przełączać się „w locie” pomiędzy lampowymi i tranzystorowymi wyjściami (wybierając stosowne wejście w preampie/integrze) a tym samych dokonywać możliwie miarodajnych porównań nie podnosząc czterech liter z kanapy.
Pierwsze takty „Memory” Palomy Dineli Chesky z „tranów” i … niby czuć McIntoshową „ciepłą” sygnaturę, ale nie jako dominantę, lecz raczej smakową nutę, szczyptę aromatycznej curry sprawiającej, że całość smakuje intensywniej, bardziej wyraziście a nie jest po prostu jednowymiarowo słona czy ostra. Do tego dźwięk dobiegający z głośników jest obszerny i nieskrępowany w swym wolumenie. Z premedytacją nie użyłem określenia „duży”, gdyż mogłoby to sugerować powiększanie źródeł pozornych, a MCD12000 zachowując pełną zgodność z naturą tego nie robi. Paloma pozostaje zatem drobną posturą, acz dysponującą potężnym głosem wokalistką a nie sięgającą głową chmur Statuą Wolności. Na scenie panuje wzorowy porządek a dynamika jest po prostu wyborna, szczególnie, że jej ponadprzeciętne walory docenić można już od mikroskali, by płynnie przejść do doznań w skali makro, jakie są w stanie zapewnić wielkie składy symfoniczne w stylu „Holst: The Planets” w wykonaniu Berliner Philharmoniker pod batutą Herberta von Karajana. Natychmiastowość tutti jest błyskawiczna a jednocześnie nawet przy największych spiętrzeniach dźwięków zachowana jest wzorcowa rozdzielczość prezentacji wraz z niezwykłą stabilnością gradacji planów trzymającą w karbach aparat wykonawczy.
Skoro przy opisie sygnatury wyjść tranzystorowych posłużyłem się metaforą z curry, to idąc tym tropem lampowe porównałbym do dodatku mleczka kokosowego dyskretnie zagęszczającego konsystencję i nadającego jej wyrafinowanej słodyczy oraz rozkosznej jedwabistości. Nie oznacza to bynajmniej, iż korzystając z dobrodziejstw zalotnie roztaczających kryptonitową poświatę podwójnych triod skazani jesteśmy na lepką i na dłuższą metę mdlącą słodycz, gdyż jest to jedynie nieco inne spojrzenie – z innej perspektywy na dokładnie te same fakty, tę samą potrawę. Robi się po prostu nieco gęściej na przełomie wyższego basu i niższej średnicy, góra nawet nie tyle łagodnieje, co zaakcentowany zostaje w niej pierwiastek „magiczności” a całość finalnie zyskuje na atrakcyjności. I o ile na przed chwilą wylistowanej symfonice wspomniana magiczność jedynie intensyfikuje wyrafinowanie i maestrię „wykonu” (jakże siermiężnie brzmi to słowo), o tyle np. na zauważalnie brutalniejszym wsadzie muzycznym, jak chociażby „Parasomnia” Dream Theater, bądź „Ascension” Paradise Lost owa kokosowa mleczność ewidentnie robi robotę tonizując zazwyczaj szorstkie i poszarpane górne skraje pasma. W rezultacie ciężkie odmiany metalu brzmią jeszcze ciężej, intensywniej i z większym wygarem, co poniekąd potwierdza fakt, że lampy i ostre gitarowe łojenie lubią się z wzajemnością. Oczywiście, jeśli ktoś jest fanem klinicznego industrialu w stylu „Aggression Continuum” Fear Factory to owe ucywilizowanie może nie przypaść mu do gustu i czym prędzej wróci do tranzystorowej pikantności, jednak tutaj nie ma musu, lecz jedynie wybór a to na tle oferującej bilet li tylko w jedną stronę konkurencji robi kolosalną różnicę.
Nie zdziwiłbym się, gdyby za decyzją o zakupie McIntosha MCD12000 wcale nie stało jego „wszystkomanie”, rozbudowana sekcja przetwornika i czytający praktycznie wszystkie rodzaje srebrnych krążków napęd, bądź nawet możliwość żonglerki pomiędzy tranzystorowymi i lampowymi wyjściami, lecz jedyny w swoim rodzaju design. Jeśli jednak choć na chwilę zapomnimy o jego aparycji i skupimy się na brzmieniu, a dokładnie jego jakości, to pomijając ww., będące pochodną wykorzystanych lamp bądź tranzystorów, niuanse uczciwie trzeba przyznać, że tytułowy odtwarzacz oferuje niezwykle angażujący sposób prezentacji reprodukowanej przez siebie muzyki. Gra z rozmachem, swobodą i typowo amerykańską spontanicznością, która nie pozwala na chłodną obojętność. Dlatego podobnie jak w przypadku jego aparycji można go jedynie kochać bądź nienawidzić. I nie wiem jak Państwo, ale ja wpisuję się na pierwszą z wymienionych list.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; Furutech Nanoflux Power NCF; 2 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + WK Audio TheRed Power
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Znana wszystkim maksyma „kto stoi w miejscu, tak naprawdę się cofa” nie pozostawia złudzeń, że nawet w przypadku chwilowego przekonania o dobrnięciu do przysłowiowej mety ze swoją ofertą, nawet nie to, że nie można, ale wręcz nie wolno spocząć na laurach i zacząć odcinać kupony. To prędzej, czy później się zemści prześcignięciem przez konkurencję i finalnie plajtą, dlatego cały czas trzeba próbować rozwijać z pozoru skończone projekty. Z drugiej strony maksyma „lepsze jest wrogiem dobrego” nieco studzi niezbędny do działań zapał, ale nie oszukujmy się, świat i oczekiwania żyjących w nim osobników homo sapiens idą do przodu i w kwestii kreatywności nie wolno spuścić z tonu. Takim też tropem podąża będący zarzewiem dzisiejszego spotkania brand zza wielkiej wody. Naturalnie mowa o nierozerwalnie kojarzonym z High End-em, pochodzącym ze Stanów Zjednoczonych McIntosh-u. Co tym razem zmajstrował? Otóż miło jest mi oznajmić, iż dzięki uprzejmości warszawskiego Hi-Fi Club-u w nasze progi trafiło uzupełnienie niedawno testowanej superintegry MA-12000, czyli zadający kłam plotkom o śmierci odczytu muzyki ze srebrnego krążka odtwarzacz SACD/CD McIntosh MCD-12000.
Jak wygląda popularny Mac wiedzą wszyscy. Jego projekt wizualny od samego początku jest czymś na zasadzie „kochaj albo rzuć”, gdyż gołym okiem widać, iż w kwestii aplikacji zabiegów estetycznych jest na bogato. Zawsze mamy do czynienia z połączeniem wielu kolorów od czerni, przez srebro, błękit, zieleń, pomarańcz, po brąz. Mówiąc o mariażu czerni ze srebrem, mam na myśli zazwyczaj metalowe składowe głównej obudowy. Przywołując kolejną korelację czerni tym razem z błękitem, odcieniem pomarańczy oraz zielenią mówię o szklanym, ozdobionym wskaźnikami wychyłowymi, okienkiem ze szklanymi bańkami i wielozadaniowym wyświetlaczem froncie. Zaś spokojny odcień brązu znajdziemy w wykończeniu górnego panelu pokrywającego urządzenie. A to tylko główne atrakcje, gdyż wspomniany awers aby sprostać zadaniom obsługi rozbudowanego funkcyjnie źródła bez pilota zdalnego sterowania, wyposażono w serię oznaczonych zielonymi opisami przycisków oraz współpracującymi z nimi dwoma czarno-srebrnymi gałkami regulacyjnymi, w celach utrwalenia w naszej głowie z czym mamy do czynienia, ozdobiono podświetlanym logo marki z symbolem urządzenia oraz w ramach ułatwienia logistyki nielekkiego Amerykanina uzbrojono w wielkie pionowe srebrne rączki. Jak pisałem, u Mac-a sporo się dzieje. Jednak na tyle przyswajalnie dla zmysłu wzroku, że aby nie dać się tym oczarować, trzeba być naprawdę wizualnym purystą. Sam uważam się za umiarkowanego i bez najmniejszego problemu taki wygląd kupuję. Mając za sobą przywołanie ogólnego wyglądu czas na kilka zdań o jego możliwościach współpracy z zastanym środowiskiem sprzętowym, czyli przybliżenie wyposażenia tylnego panelu. Jak widać na zdjęciach, nasz bohater ma się czym pochwalić. A ma dlatego, że nie tylko potrafi oddać sygnał analogowy z protokołu SACD i CD, ale również wysłać na zewnątrz jego wersję cyfrową, a także przyjąć sygnał zerojedynkowy przetwornik D/A. A i to nie wszytko, gdyż w trosce o zapewnienie pełnego zadowolenia potencjalnego klienta MCD-12000 sygnał analogowy potrafi oddać w dwóch rodzajach. Jeden przez tranzystorowe, a drugi lampowe wyjście, co jak wiadomo daje bardzo duże pole do finalnego strojenia naszych systemów bez kombinowania z okablowaniem. Chcemy bardziej wyraziście, wykorzystujemy wyjścia oparte o krzem, pragniemy nieco bajkowo, wykorzystujemy lampy. Proste, ale jakże przydatne i ułatwiające życie w naszej zabawie. Jak powyższa wyliczanka jest zrealizowana? Oczywiście mamy do dyspozycji wejścia cyfrowe w standardach USB, AES/EBU, COAXIAL, OPTICAL, wyjścia cyfrowe SPDIF oraz OPTICAL, dedykowane dla wyjść tranzystorowych i lampowych wyjścia analogowe XLR i RCA. Naturalnie na plecach urządzenia znajdziemy jeszcze kilka wejść serwisowych i niezbędne do zaopatrzenia go w energię elektryczną gniazdo zasilania IEC. Jak to zawsze jest standardem, nasz McIntosh w komplecie startowym oferuje użytkownikowi systemowego pilota zdalnego sterowania.
Co zaproponował opisywany Jankes? Oczywiście z uwagi na dwa sposoby oddawania finalnego sygnału dwa wcielenia. Ale spokojnie, nie złe i dobre, tylko bardziej lub mniej w dobrym znaczeniu słowa agresywne. A najciekawsze w tym wszystkim było to, że w obu wersjach był to rasowy, a jedynie nieco inaczej akcentujący swój punkt widzenia na muzykę Mac. Z uwagi na moje optowanie za nieco bardziej wyrazistą prezentacją test rozpocząłem od wersji tranzystorowej. Ta zaproponowała dobrze wypadającą w kwestii równouprawnienia poszczególnych zakresów projekcję słuchanego materiału. Cechowało ją stosowne dla potrzeb zejście dolnego zakresu, znakomite nasycenie średnicy i swobodnie, a przez to dobrze podkreślające rozmach wizualizowania wirtualnej sceny wysokie tony. Jednak co w tym sposobie grania było nie tylko fajne, ale tak naprawdę tożsame z amerykańską szkołą grania, to konsekwentne unikanie zbytniej ostrości rysunku źródeł pozornych. Były odpowiednio czytelne i pokazujące niezbędne dla danego bytu aspekty wyrazistości, jednak cały czas czuć było dbałość urządzenia o przyjemność obcowania z nimi. Bez podążania za nadmiernym przerysowaniem o zbliżaniu się do tak zwanej krwi z uszu nie wspominając. Jednym słowem mimo nadawania jej przewidzianego przez muzyków prawdziwego „ja” – mam na myśli pakiet agresji – muzyka sprawiał przyjemność raczej serwowaniem fajnej, ale nienudnej płynności, aniżeli kaleczeniem uszu. I muszę przyznać, że mimo tradycyjnego brzmienia materiału SACD w estetyce mocniejszego udziału miękkości i soczystości od wersji CD, wspomniana estetyka podania obydwu wersji kodowania ani razu nie zbliżała się do poziomu ocierania się o zbytnie upiększanie świata muzyki. Z autopsji wiem, że ogólne przesłodzenie dla wielu melomanów czasem nawet może być fajne, jednak zapewniam na chwilę, gdyż po czasie staje się zwyczajnie nudne. W tym przypadku taki stan był mi obcy i ważne, że jak wspomniałem, w obu cyfrowych wersjach, mimo faktu znacznie pełniejszego już na starcie dźwięku z formatu SACD. Takie cechy, jak drive, szybkie zmiany tempa i dzięki temu fajny timing bez problemu okazywały się być na porządku dziennym. Oczywiście z nieco innymi akcentami muzykalności i rozbudowania wirtualnej sceny (większa głębia) w przypadku SACD, niż z formatu CD, ale tylko innymi, a nie gorzej wypadającymi. A co stało się po zmianie wyjścia na to wykorzystujące wolne elektrony? Otóż w rozumieniu pozytywnym kolejny raz byłem zaskoczony. Mimo ewidentnego przesunięcia punktu nasycenia i gładkości w stronę większego udziału owych aspektów w projekcji muzyki, co w zrozumiały sposób kreowało mocniejsze uczucie wyciągania na wierzch zawartego w niej piękna, najważniejszą słyszalną i będącą ewidentnym działaniem in plus tej wersji odtwarzacza cechą było zjawiskowe rozwibrowanie dźwięku. To efekt działania udanie zaaplikowanej lampy, która w tym przypadku moim zdaniem zwracając na siebie uwagę świetnie odciągała zmysł słuchu od zmiany poziomu ilości muzyki w muzyce. Gdyby producentowi nie udał się ten zabieg, przekaz mógłby wypaść jako zbyt „ulany”, a tak naturalną koleją rzeczy podryfował w stronę melomanów z duszą romantyka, ale nie stał się nudny, bo zbyt przewidywalny.
Co na tak różne podejście do tematu miała do powiedzenia słuchana podczas sesji testowych muzyka? Ta barokowa choćby spod znaku Jordi Savalla „Villancocos Danzas Criollas 1550-1570” błyszczała bez względu na użyte wyjście. Oczywiście do duszy bardziej trafiała lampowa wersja, gdyż szklane bańki zwiększały pewnego rodzaju uduchowienie podania, a przez to namacalność odbioru zawartego w muzyce sacrum o bogatszym w artefakty związane oddaniem kubatury kościelnej, w jakiej ją nagrywano nie wspominając. Takie aspekty jak barwa, dźwięczność i rozwibrowanie było niedostępne dla wersji tranzystorowej, co chciał nie chciał automatycznie zmusiło mnie do kolokwialnie mówiąc odszczekania w duchu przekonania, iż lampowa prezentacja nie jest dla twardzieli, za jakiego się uważam i odbębnienie całego krążka w takim wydaniu. To naturalnie nie oznacza, że wersja bez lamp nie była dobra. Zapewniam, wypadła z jak najlepszej strony, jednak różne gatunki muzyczne i sposób ich realizacji w czasie odtwarzania preferują odmienne rozwiązania techniczne, a gdy wspomniany Jordi Savall w każdym aspekcie lepiej brzmiał z lampą w torze, nie kruszyłem kopii próbując udowadniać moje dotychczasowe, lekko antylampowe przekonania, tylko zatopiłem się w tych nie tylko znakomicie zrealizowanych masteringowo, ale też zjawiskowo brzmiących barokowych frazach.
Z innej muzycznej beczki na tapet trafił zespół folk-metalowy The HU z płytą „The Gereg”. To jest jazda bez trzymanki. Nasiąknięta nutką wschodu, jednak w wydaniu dla osobników charakteryzujących się syndromem ADHD. Podobnie do poprzedniego materiału świetnie zrealizowana, jednakże tym razem potrzebująca wspierania innych akcentów sonicznych. Mowa o ataku, utrzymaniu tempa oraz sprostaniu szybkim zmianom energii o różnym poziomie esencjonalności impulsu. Jak pewnie się domyślacie, tutaj lampa nie miała szans z tranem. Ale nie żeby rzuciła tak ręcznik, bo użyte w tym nagraniu instrumentarium wypadało z nią wręcz zjawiskowo. Niestety nie ma się co oszukiwać, w starciu z będącymi znakami szczególnymi tej muzy w postaci nieprzewidywalności wydarzeń, siłą uderzenia dźwiękiem oraz zapewnienia środków sonicznych będących w stanie pokazać intencjonalnie wpisaną w nią przez muzyków drapieżność i pazur nie dawała czasem rady. Było fajnie, ale tylko fajnie, a powinien być ogień. Ten zaś dostałem w wersji z wyjścia tranzystorowego. Owszem, w estetyce zawsze płynnie brzmiącego McIntosha, ale natychmiast zapewniam, bez jakiegokolwiek naciągania faktów biorąc poprawkę na ów firmowy sznyt było to trafienie w przysłowiowy punkt „G” tego rodzaju twórczości. Ogólnie bardzo energetycznie i efektownie, gdyż mocno w dole, soczyście w środku i dźwięcznie w górze, dzięki czemu system bez problemu z pełną ekspresją przestawiało ściany. Na to wkładając do napędu ten krążek zawsze się czeka, i to finalnie dostałem.
Komu poleciłbym ożenek z tytułowym zródłem McIntosh MCD -12000? Jak wynika z powyższego opisu, mówimy o źródle raczej stawiającym na wszechobecną nutkę muzykalności. Nie oznacza to, że nie potrafi pokazać pazura, jednak znając oczekiwania ekstremistów w tej materii oczekujących rozdrabniania przysłowiowego włosa na czworo wiem, że Amerykanin na to nie pójdzie. Zapewni magię i dobrze rozumianą dosadność podania materiału, ale w swym działaniu nie przekroczy dobrego smaku. Za to jednak zdroworozsądkowo podchodzącemu do tematu prezentacji słuchaczowi zapewni dwa pomysły na wizualizowanie ulubionych płyt. Chodzi oczywiście o neutralną wersję tranzystorową i nieco podgrzewającą emocje lampową. Obie są mistrzyniami w swoim stylu, jednak to do słuchacza należeć będzie, którą wykorzysta. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że nabywca nie jest skazany na jedną z nich, tylko szybką zmianą konfiguracji podłączenia do systemu wybiera najlepszą dla rodzaju słuchanej muzyki. Mało? Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie to w pełni satysfakcjonująca nawet najbardziej wymagającego odbiorcę oferta, której w takim wydaniu jakościowym naprawdę próżno szukać u konkurencji.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: Hi-Fi Club
Producent: McIntosh Laboratory, Inc.
Cena: 69 500 PLN
Dane techniczne
Obsługiwane dyski: SACD, CD, CD-R/RW, DVD-R
Obsługiwane formaty plików: AAC, AIFF, ALAC, DSD (max DSD128); FLAC, MP3, WAV (max. 24-bit/192kHz), WMA
Napięcie wyjściowe: 2.0Vrms (RCA); 4.0Vrms (XLR)
Impedancja wyjściowa: 600 Ω
Pasmo przenoszenia: 4Hz to 40kHz, +0.5, -2dB (SACD); 4Hz to 20kHz, ±0.5dB (CD)
Odstęp sygnał/szum: 110dB
Dynamika: > 100dB
Zniekształcenia THD: 0.003% @ 1000Hz
Separacja kanałów: > 98dB (1,000Hz)
Zastosowane lampy: 2 x 12AT7; 2 x 12AX7A
Wyjścia analogowe: 2 pary RCA (tranzystorowe, lampowe); 2 pary XLR (tranzystorowe, lampowe)
Wejścia cyfrowe: 2 x Coax, AES/EBU, 2 x optyczne (24-bit/192kHz); USB (PCM/DXD 32-bit/384kHz, DSD512); MCT
Wyjścia cyfrowe: Coax, optyczne (24-bit/192kHz)
Pobór mocy: <0.5 W (standby)
Wymiary (S x W x G): 44.45 x 19.4 x 48.3 cm
Waga: 14.7 kg