1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. Métronome Le DAC

Métronome Le DAC

Link do zapowiedzi: Métronome Le DAC

Opinia 1

Dla większości współczesnych konsumentów oprócz kwestii finansowych, wiadomo – Cena Czyni Cuda, liczy się przede wszystkim integracja. Integracja, czyli mówiąc wprost upakowanie w jednym urządzeniu maksymalnie wielu funkcji i choć jeszcze do niedawna zwykło się mówić, że jak coś jest do wszystkiego, to albo jest to szwajcarski scyzoryk, albo jest do … tej części ciała, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę, najwidoczniej postrzeganie owego skomasowania wszelakich, oferowanych przez współczesne zdobycze techniki możliwości w tzw. międzyczasie ewoluowało. W rezultacie lwia część nabywców rozglądając się np. za nawet wysokiej klasy źródłem cyfrowym oczekuje od niego tzw. „wszystkomania”, czyli posługując się marketingową nomenklaturą klasycznego all’in’one. Ma obsługiwać wszystkie dostępne i najlepiej jeszcze niewprowadzone częstotliwości próbkowania i formaty, zapewniać pełną kompatybilność z popularnymi serwisami streamingowymi, grać bezprzewodowo, dać radę wysterować nawet „trudne” słuchawki i najlepiej jeszcze posiadać regulowany stopień wyjściowy, korekcję akustyki, o obsłudze przez smartfon nawet nie wspominając. Czy to źle? Niekoniecznie. Czy coś przez to tracimy? Cóż, odpowiedź na to pytanie jest jeszcze trudniejsza, gdyż przeklikując się przez wielopoziomowe menu i starając się cały ten gąszcz nastaw okiełznać powoli, po drodze, zapominamy o tym co wydawać by się mogło oczywiste – muzyce i jakości jej reprodukcji, która dla nas – audiofilów powinna stanowić swoiste credo. Dlatego też w ramach swoistego detoksu i powrotu do korzeni postanowiliśmy wziąć na redakcyjny tapet urządzenie, które jest li tylko tym, do czego zostało stworzone – przetwornikiem cyfrowo/analogowym i tyle. O czym mowa? O „samodefiniującym” pełnioną funkcję Métronome Le DAC.

Wystarczy nawet pobieżny rzut oka na dzisiejszego gościa, by poczuć, poniekąd wynikające z faktu powszechnej unifikacji, lekkie déjà vu. Dość kanciasta bryła z potężnym prostokątnym wyświetlaczem na masywnej płycie aluminiowego frontu dość jasno wskazuje bowiem na to, że Le DAC swojego rodzeństwa się wyprzeć nie zdoła, gdyż podobieństwo do testowanego przez nas w styczniu AQWO jest oczywiste. Co prawda ekran nie jest dotykowy a wyboru wejść i stosownych nastaw dokonujemy dwoma hebelkowymi przełącznikami usytuowanymi po jego prawej stronie, ale firmowy „klimat” bezsprzecznie został zachowany. Korpus wykonano ze stalowego profilu o grubości 2mm, więc pomimo wagi sięgającej 12 kg Métronome jest nad wyraz sztywną, wręcz pancerną konstrukcją.
Ściana tylna daleka jest od minimalizmu frontu. Nie dość bowiem, że do dyspozycji otrzymujemy wyjścia zarówno w standardzie RCA, jak i XLR, to interfejsy cyfrowe, z wyjątkiem USB, zostały zdublowane, dzięki czemu Le DAC oferuje dwa wejścia optyczne, parę Coaxiali i podobny zestaw AES-EBU. Powyższą wyliczankę zamyka integrowane z komorą bezpiecznika gniazdo zasilające IEC i masywny włącznik główny. Całość usadowiono na trzech solidnych nóżkach, które w tzw. okamgnieniu – przy użyciu wbudowanych magnesów można uzbroić w płaskie stożki dodatkowo izolując urządzenie od podłoża.
Sercem urządzenia jest kość Asahi Kasei AK4493 zdolna obsłużyć sygnał PCM do 384kHz i DSD do 512 (DSD x8), natomiast w zaskakująco bezkompromisowym zasilaniu znajdziemy aż trzy toroidy zasilające aż dziesięć (!!!) niezależnych linii.

Biorąc pod uwagę iż Le DAC w firmowej hierarchii zajmuje pozycję poniżej AQWO miałem pewne obawy związane z jego walorami sonicznymi. Nie chodzi bynajmniej o to, że mógłby zagrać źle, gdyż bądźmy szczerzy – w chwili obecnej nawet urządzeniom stricte budżetowym nader sporadycznie się to przytrafia, co po prostu wynikające z „niższego stanu” oczywiste kompromisy. Czemu mnie to niepokoiło? Cóż, skoro AQWO pod względem rozdzielczości i prawdomówności ewidentnie stawiał na bezkompromisowość, a Le DAC miałby podążać podobną drogą z nieco ograniczonymi możliwościami, to owa rozdzielczość miała całkiem sporą szansę przerodzić się w chłodną, sterylną wręcz analityczność, a za nią mówiąc wprost niespecjalnie przepadam. Oczywiście AQWO był w stanie pokazać swoje nawet nie tyle humanitarne, co wręcz dobroduszne oblicze, lecz aby taka transformacja się dokonała potrzeba było uaktywnić jego lampowy stopień wyjściowy, którego w Le DAC-u po prostu nie ma.
No to co? Ekipa znad Loary zafundowała nam w ramach odsłuchu golenie, zdejmowanie kamienia z zębów, świecowanie uszu i depilację okolic bikini? I w tym momencie Państwa zaskoczę, tak ja sam zaskoczony zostałem, gdyż nic z powyższych poza-odsłuchowych „atrakcji” miejsca nie miało. W zamian za to Le Dac już od pierwszych taktów oczarował niezwykłą intensywnością i namacalnością reprodukowanego spektaklu. Proszę mnie tylko źle nie zrozumieć, to nie było ordynarne podanie wszystkiego „na twarz”, lecz z wielkim smakiem i nie boję się tego słowa, wyrafinowaniem zaproszenie do uczestnictwa w rozgrywającym się na moich oczach (uszach?) spektaklu. I tu kolejna uwaga. Otóż zamiast otaczać, bądź wręcz osaczać słuchacza instrumentarium poprzez wrzucenie go w sam środek orkiestry Le Dac ma swój własny pomysł na granie, co konsekwentnie realizuje. Francuski przetwornik wskazuje miejsca w pierwszych rzędach swojego „wirtualnego teatru”, dzięki czemu nic a nic nie umyka naszej uwadze a jednocześnie mamy okazję docenić skalę i rozmach kreowanej sceny.
A właśnie, skoro o teatrze i scenie mowa to nie odmówiłem sobie przyjemności sięgnięcia po zrealizowany właśnie w takich okolicznościach przyrody „An Acoustic Night At The Theatre” Within Temptation, który dzięki obecności Métronome’a zabrzmiał wręcz zjawiskowo. Przekaz został nieco dociążony, dosaturowany na średnicy i delikatnie przyprószony złotem. Całe szczęście mięsistość basu nie oznaczała jego zmulenia i utraty konturów, dzięki czemu całość nie straciła nic z natywnej motoryki. W dodatku Sharon den Adel i pojawiająca się na „Somewhere” Anneke van Giersbergen zmysłowo czarowały bardziej niż zwykle. Granie pod publiczkę a raczej jej męską część? W żadnym wypadku. Odejście od obsesyjnej wierności i transparentności? Cóż, akurat na takie odstępstwa od bezwzględnej neutralności jestem się w stanie zgodzić i to bez jakiegokolwiek żalu, czy wyrzutów sumienia.
Co ciekawe, taka soczystość i kremowość broniła się również na co prawda nastrojowym, jednak bezapelacyjnie progresywnym, pełnym gęstych i mocnych melodii albumie „Beyond the Shrouded Horizon” Steve’a Hacketta. Gitarom nie brakowało oddechu i świeżości a ich solidne „zakorzenienie” na scenie tylko potęgowało uczucie niemożności podniesienia się z fotela przed wybrzmieniem ostatniej, zapisanej podczas sesji nuty. Jednak największe wrażenie zrobił na mnie odsłuch krążka „Manic Revelations” który sygnuje Pokey LaFarge. Ten wielce udany mariaż new country, bluesa, folku i western swingu nie tylko na pierwszy, lecz i każdy kolejny rzut ucha brzmi jak wykopane gdzieś na strychu zapomniane nagrania z lat 50-ych ubiegłego tysiąclecia. Serio, serio. Nawet wokal Pokey’a ma charakterystyczny „telefoniczny” (mowa o czasach telefonii analogowej i ebonitowych aparatach wyposażonych w „klawiaturę kołową”) nalot. I właśnie o ów nalot w tym momencie chodzi, gdyż nie wiem kompletnie jak, ale nader skutecznie Le DAC był w stanie go nawet nie tyle uanalogowić, co sprawić, że nie był już tak dominujący. Klimat nagrań pozostał nienaruszony, jednak ich pewna groteskowość ustąpiła miejsca artystycznej, w pełni przemyślanej i dawkowanej z umiarem, manierze. Mało? Zależy dla kogo. Ja w każdym razie byłem nie tylko w pełni usatysfakcjonowany, co bardzo miło zaskoczony, a nie muszę chyba dodawać, że lubię, bardzo lubię takie niespodzianki.

No i mamy niezwykle ciekawą sytuację, kiedy to zaledwie otwierający portfolio marki, w dodatku „budżetowy” … (taktyczny przypis) zanim wybuchną Państwo świętym oburzeniem, że Olszewskiemu słońce zaszkodziło, nieśmiało tylko przypomnę, że Métronome zawsze okupował górne półki i z tej perspektywy na Le DAC-a patrzeć należy, przetwornik nic a nic nie robiąc sobie ze starszego, znacznie bardziej utytułowanego rodzeństwa przysłowiowo rozbija bank. Nie dość bowiem, że jak na high-endowe realia jest nader rozsądnie wyceniony, odtwarza wszystko, co tylko cyfrowego na rynku znajdziemy, to jeszcze bez jakichkolwiek podprogowych trików w postaci lamp w torze, bądź bogactwa konfigurowalnych filtrów po prostu gra muzykę i robi to wybornie. I nie wiem, jak dla Państwa, ale dla mnie to wystarczający powód, by jeśli tylko ktoś rozgląda się za … wybitnym DAC-iem wpisać go na listę do odsłuchu.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence; Artoc Ultra Reference; Arago Excellence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Vive la France! Co mam na myśli? Oczywiście świetną wiadomość, bowiem po ciekawym występie francuskiego odtwarzacza CD/SACD z funkcją przetwornika cyfrowo/analogowego Métronome AQWO tym razem udało nam się pozyskać na testy, co prawda otwierający portfolio marki, jednak już samodzielny DAC tego producenta. Skąd ta radość, gdy w bezpośrednim zderzeniu obydwu konstrukcji dzisiaj zaproponowana do zaopiniowania została funkcyjnie okrojona? Zapewniam, że bardzo dobrze przemyślana, co idealnie udowadniają dzisiejsze, mocno kreujące granie ze źródeł plikowych czasy. Przecież w momencie podjęcia decyzji podążania za plikowymi trendami, dodatkowe, z założenia nieużywane, jednak w produkcji generujące spore koszty dodatki nie mają racji bytu. I to często nie tylko z uwagi na dodatkowe koszty, ale również ze względu na unikanie szkodliwego oddziaływania na siebie kilku urządzeń w jednej obudowie. Oczywiście dzisiejszym tematem nie jest dociekanie, czy tak było w przypadku AQWO. Dla nas ważną jest informacja dla potencjalnego słuchacza muzyki z twardego dysku lub platform streamingowych (oczywiście nie tylko) jak wygląda oferta brzmieniowa tytułowego przetwornika D/A, czyli pochodzącego znad Loary, francuskiego Métronome Le Dac, który w nasze progi zawitał dzięki staraniom stacjonującego w Poznaniu dystrybutora Koris.

Tytułowy DAC w kwestii szerokości, głębokości i wysokości oscyluje w rozmiarach typowych dla tej półki cenowej urządzeń audio. Jego wykonaną z aluminium i stali skrzynkę stanowią zintegrowane w jedną całość boki i górna płaszczyzna jako wykończona lekko zaoblonymi narożnikami, okalająca uzbrojone w układy elektroniczne trzewia kształtka i nieco wystający poza obrys głównego członu obudowy aluminiowy front. Ten ostatni pionowymi frezami podzielono na trzy połacie. Boczne, mniejsze wykończono poprzecznym szczotkowaniem płaszczyzny, zaś centralny, znacznie większy, o gładkiej powierzchni oferuje użytkownikowi czytelny nawet z oddalonego o 4 metry od fotela, mieniący się błękitem, wielofunkcyjny wyświetlacz i usytuowane na jego prawej flance dwa pozwalające poruszać się po menu urządzenia, srebrne przyciski. Jeśli chodzi o zestaw przyłączy, te nie burząc wizualnego spokoju awersu zlokalizowano zna tylnym panelu. Patrząc od lewej strony znajdziemy tam: analogowe wyjścia w standardach RCA/XLR, pojedyncze wejście cyfrowe USB, zdublowane gniazda Toslink, SPDIF, AES/EBU i całkiem na prawej stronie gniazdo zasilania IEC, oraz główny włącznik. Tak prezentujące się urządzenia posadowiono na trzech stopach przy pomocy magnesów uzbrajane w niezbyt ostre kolce. Wieńcząc dzieło informacji technicznych na temat tytułowego Francuza mniemam, iż bardzo istotnym tematem dla potencjalnych użytkowników są jego możliwości obróbki sygnału PCM do 384 kHz i DSD do 512 kHz, co umożliwia od lat stosowany w przetwornikach tej marki japoński chip AK 4493.

Rozpoczynając opis brzmienia bohatera dzisiejszego spotkania przypomnę, iż testowany niegdyś odtwarzacz CD/SACD AQWO swój niekwestionowany urok muzykalności zawdzięczał zastosowanym w stopniu wyjściowym lampom elektronowym. Tymczasem Le Dac w sobie tylko znany sposób może nie idzie identyczną drogą barwy doprawionej czarem szklanej bańki, ale z pewnością to nadal jest bardzo barwne, a przez to zachęcające słuchacza do wielogodzinnych odsłuchów, pełne oddechu granie. Jak to udało się zrealizować, wiedzą tylko powołujący do życia ów DAC inżynierowie, ja jednak wiem jedno, bohater podąża wybraną przeze mnie na co dzień drogą przez świat muzyki. Jaką? Zwyczajną, po prostu minimalnie przesuniętą tonalnie w stronę nasycenia. To zaś zaowocowało tym, że gdy podczas sesji odsłuchowych w napędzie CD-ka lądowały płyty z wokalizą damską spod znaku Cassandry Wilson w stylu „Glamoured” czy „Traveling Miles”, otrzymywałem niemożliwe do brutalnego przerwania, wręcz intymne, jednak podane ze smakiem wydarzenia muzyczne. Oczywiście równie ważne w tym wszystkim było to, że głos przywołanej divy nie dość, że tętnił pełnią magii, to nie gubił przy tym tak ważnych dla oddania prawdy o tych krążkach informacji o mimice jej twarzy. Oczywiście podobną drogą podążało wykorzystane podczas tych sesji nagraniowych instrumentarium, nieco pogrubiając struny gitary lub zwiększając udział pudła rezonansowego kontrabasu w jego prezentacji, jednakże nie przekraczając przy tym poziomu dobrego smaku w stylu rozlewania się niskich fal dźwiękowych po podłodze. Po takim obrocie sprawy nie było innej możliwości, jak zmierzyć nasz punkt zainteresowania z muzyką rockową, jako przedstawiciela której wybrałem często pojawiającą się u mnie grupę Metallica. W tym przypadku nie było znaczenia, z jakiego okresu jej twórczości krążek pojawił się na tapecie. Zawsze było to dobrze doprawione muzykalnością, do tego zagrane z odpowiednim wigorem przedsięwzięcie soniczne, a jedynym co po trosze odbiegało od słyszanego zazwyczaj wzorca, było przesunięcie barwy talerzy perkusisty ze srebra w stronę lekkiego złota, czyniąc je tym sposobem mniej przenikliwymi. Ale zaznaczam, to było bardzo wyważone pokazanie zapisanego w kodzie DNA przetwornika sposobu na muzykę, a nie siłowa dominacja. Sposobu w którym stopa okazała się być bardziej soczysta, gitary preferujące pokazanie strun jako odrobinę grubsze, a wokal frontmana, dzięki dodatkowej dawce masy, wyraźniej zaznaczał się na tle przecież typowej dla muzyki spod znaku rocka ścianie dźwięku. Ktoś ma z tym problem? Zapewniam, że niepotrzebnie, gdyż odbierałem to jako przyjemnie pokolorowany, aniżeli przysadzisty przekaz, co w przypadku starszych realizacji rockowych kapel z pewnością okaże się ofertą in plus.
Na koniec zmagań testowych nie mogłem zapomnieć o muzyce elektronicznej w wydaniu zespołu Yello z materiałem zatytułowanym „Toy”. Owa grupa swoją dźwiękową agresją z założenia ma niszczyć nam zmysły słuchu. I wiecie co? Owszem, w wydaniu Le Dac słuchana muzyka bez problemu robiła to według założeń artystów. Jednak idąc za wyłanianym w tym teście sznytem grania DAC-a czyniła to w estetyce przyjemnie odbieranego ciepła, a nie przenikliwej do granic wytrzymałości słuchu ostrości. Ale co istotne, mimo nasycania i lekkiego ugładzania wybrzmień poszczególnych źródeł pozornych obywało się to bez nadmiernych tendencji do szkodliwego pogrubiania ich krawędzi. Jak odbierze to ortodoksyjny słuchacz, tego nie wiem, ale sadzę, że nawet jeśli poczuje odejście od wzorca, to zauważy również, iż muza nie nosi oznak zgaszenia, tylko zmianę punktu ciężkości, a to w momencie otwarcia się nawet najbardziej purystycznego odbiorcy na nowe doznania, może okazać się ciekawą opcją choćby w przypadku przyszłych zmian w systemie. Tak więc na ocenę przywołanych przeze mnie elektronicznych zapisów nutowych podczas wyrabiania sobie zdania proszę przyłożyć odpowiedni filtr.

Próbując zachęcić Was do zapoznania się z tytułowym przetwornikiem w pierwszej kolejności przywołam jego umiejętne dozowanie nasycenia dobiegającej do naszych uszu muzyki. To nie jest walka o magię za wszelką cenę, co często kończy się szkodliwym zagęszczeniem dźwięku, tylko podanie go w nieco ocieplonej, nie boję się tego powiedzieć, bardzo przyjemnej odsłonie. Oczywiście francuscy inżynierowie nie zapomnieli przy tym zapewnić muzyce odpowiedniej lotności dobrze definiując jej prezentację w wektorach szerokości i głębokości. Owszem, to nie jest neutralne granie, jednak konia z rzędem temu, kto jasno określi stały dla całej populacji melomanów neutralny punkt ciężkości postrzegania muzyki. Czy to jest produkt dla każdego? W moim odczuciu z jednym wyjątkiem do co najmniej spróbowania, tak. Co to wyjątek? Chyba nie trzeba być Sherlockiem Holmesem, aby po analizie powyższego testu wywnioskować, iż mam na myśli piewców latającej w eterze oferty popularnych na naszym rynku brandów Wilkinsona i Gillette. Reszta miłośników muzyki ma zielone światło.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Dynaudio Consequence
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA, RCM Sensor 2 MK II

Dystrybucja: Koris
Cena: 25 900 PLN

Dane techniczne
DAC
Rozdzielczość :32 bit / 768 kHz dual mono
Zakres dynamiki : 175 dB
THD+N : -140 dB
Procesor:32 bit / 211 kHz
Wyjścia analogowe
– para RCA: 3 V RMS @0dB – 47 kΩ
– para XLR: 3 V RMS @0 dB – 600 Ω
Stopień wyjściowy: Klasa A
Pasmo przenoszenia : 10 Hz – 20 kHz +/- 0.1 dB
Zakres dynamiki: 123 dB
Wejścia cyfrowe :
– asynchroniczne USB typ B (PCM 32/384, DSD 512)
– 2 x Optyczne Toslink (do 192 kHz)
– 2 x S/P DIF 75 Ω (do 192 kHz)
– 2 x AES-EBU 110 Ω XLR (do 192 kHz)
Zasilanie: 3 toroidalne transformatory, 10 niezależnych linii
Pobór mocy : 35 VA
Wymiary (S x W x G): 425 x 130 x 415 mm
Waga: 12 kg

Pobierz jako PDF