Jak to mawiał klasyk „święta, święta i po świętach”, czyli monachijskie szaleństwo związane z coroczną, odbywającą się w przestronnych halach MOC, wystawą High End możemy uznać za zakończone. Wbrew wcześniejszym, mało optymistycznym prognozom, pogoda dopisała, niezliczone kilometry nadal czujemy w nogach a i bagaż nagromadzonych wrażeń pewnie będzie nam towarzyszył jeszcze przez ładnych parę tygodni. Mając jednak na uwadze, że nieuprzejmością z naszej strony byłoby trzymanie materiału do czasu opadnięcia emocji również i tym razem stawiamy na żywioł, zrealizowany na wystawie reportaż publikując niejako na gorąco. W końcu takie reguły narzuca sam internet, w którym to od ponad pięciu lat egzystujemy doskonale zdając sobie sprawę, iż to właśnie czas dla większości z Czytelników odgrywa kluczową rolę a zainteresowanie tematem danego wydarzenia utrzymuje się z reguły nie dłużej niż tydzień. Dlatego też serdecznie zapraszamy na pierwszą część naszej relacji z tego największego święta wszystkich audiofilów od razu zaznaczając, iż tak jak w poprzednich latach nawet nie mieliśmy ambicji być wszędzie i uwiecznić, opisać wszystkiego, co nieprzebrane rzesze wystawców zdołały na High End przygotować. Wyszliśmy bowiem z założenia, iż jeśli mamy do wyboru większą uwagę skupić na systemach, prezentacjach i ekspozycjach aniżeli latać po MOC-u jak przysłowiowy kot z pęcherzem z migawkami aparatów ustawionymi na tryb zdjęć seryjnych, to jednogłośnie opowiadamy się za opcją nr. jeden. Dlatego też do części z pokojów wracaliśmy kilkukrotnie, kilku wystawcom daliśmy drugą szansę, a całość potraktowaliśmy jako jedną z niewielu okazji do spotkania wielu znajomych rozsianych na co dzień po najdalszych zakątkach globu. I jeszcze jedno – kolejność w jakiej opisujemy poszczególne pokoje jest zgodna z chronologią i naszą marszrutą, więc proszę nie doszukiwać się w niej drugiego dna, czy też zawoalowanych sugestii. Po prostu tak właśnie wyglądało nasze wystawowe szwędactwo a jeśli ktoś nie wierzy to proponuję porównać poniższy opis z planem targów.
Tym razem, w związku z zamieszaniem jakie wywołuje zbliżające się wielkimi krokami RODO, dopchnięcie się do pressroomu graniczyło z cudem, co z resztą zapobiegliwie przewidzieli organizatorzy rozstawiając w ciągach komunikacyjnych kioski z aromatyczną kawą.
Niejako w ramach zasygnalizowania poczynionych podczas tegorocznej wystawy obserwacji i wprowadzenia do tematu, na początek pozwolę sobie zamieścić zbiorczą galerię o tematyce analogowej. Oczywiście gramofony i magnetofony przewijać się będą w większości dedykowanych, przypisanych poszczególnym wystawcom opisów słowno – obrazkowych jednak warto mieć świadomość, iż w chwili obecnej oprócz starych wyjadaczy, jak Dr.Feickert, Kuzma, S.M.E czy Transrotor za produkcję gramofonów biorą się również dopiero rozpoczynające swoją przygodę z audio marki. A czemu ten dość eklektyczny zbiór szpulowców i gramiaków znalazł się na starcie tegorocznej relacji? Cóż, powód jest, przynajmniej dla nas, oczywisty – wszędzie tam, gdzie w roli źródeł egzystowały obok siebie analog i cyfra reprezentowana w większości przypadków przez wszelakiej maści plikograje, to właśnie poczciwy winyl, bądź taśma spuszczały regularny łomot najnowszym, mniej bądź bardziej gęstym formatom cyfrowym.
W pierwszym przez nas odwiedzonym pokoju całe szczęście królowała czarna płyta a japońska elektronika Air Tighta współpracowała z mającymi sporą szanse na pojawienie się w Polsce nad wyraz oryginalnymi (konstrukcje open baffle wyposażone w przetworniki field-coil) kolumnami autorstwa Wolfa Von Langi. Tutaj nie było pośpiechu, szarpaniny i pędu do nikąd. Wchodziło się, siadało i nie wiadomo kiedy mijało kilkadziesiąt minut, czyli mniej więcej tyle ile trwa jedna strona LP. Może i warunki wystawowe nie były idealne a brak adaptacji akustycznej dorzucał swoje trzy grosze, ale w tym pomyśle na swobodę i homogeniczność grania był spory potencjał.
Tuż za ścianą też królował analog i to w naszym ojczystym wydaniu, czyli duet J.Sikora + Horns wspierany przez kanadyjskiego producenta okablowania GutWire. Precyzji temu zestawieniu odmówić było nie sposób, jednak po analogu oczekiwałbym nieco więcej eufonii i soczystości.
Kharma, czyli iście bizantyjskie bogactwo ornamentyki, ceny potrafiące zawstydzić niejednego szejka i … trudny do przewidzenia efekt soniczny. W zeszłym roku grało źle, jednak w tym, gdy tylko weszliśmy całość grała zaskakująco miło, gładko i wciągająco. Zamiast korzystać z okazji dość niewielkiego obłożenia zwiedzającymi i robić zdjęcia usiedliśmy i zaczęliśmy słuchać i to słuchać z przyjemnością. Sielanka nie trwała jednak długo, gdyż gramofon zastąpił streamer a system uznał za stosowne po prostu na nas nakrzyczeć. Cóż, najwidoczniej topowe Clrearaudio i dwie szpulowe Nagry nie znalazły uznania w oczach wystawcy przedkładającego komfort obsługi z poziomu tabletu od jakości dźwięku.
Audia Flight/Albedo – włoską elektronikę Audii zdążyliśmy już poznać a i z kolumnami Albedo też mieliśmy swojego czasu krótką przygodę, jednak set zaprezentowany w Monachium jakoś nie porywał. Dziwnym zbiegiem okoliczności z natywnej dynamiki i soczystości topowych modeli Strumento (Audia Flight) na uzbrojonych w przetworniki Accutona kolosach Albedo słychać było naprawdę niewiele i po kilku minutach zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem na wystawę nie trafiła jakaś nie do końca wygrzana para kolumn.
Elektronika CH Precission, gramofony TechDAS i kolumny Steinheim Reference Ultime, czyli precyzja jak w szwajcarskim, albo japońskim chronografie.
Wiener Lautsprecher Manufaktur, czyli w skrócie WLM, to marka, która jakiś czas temu wykonała dość poważną woltę jeśli chodzi o design produkowanych przez siebie kolumn. W Monachium postawiła w tym roku na konstrukcje aktywne a okablowanie zapewniła serbska manufaktura Way Cables bazująca na otulonych bawełnianym dielektrykiem przewodnikach ze srebra. Jej właściciel – Miroslav Nune Popovic okazał się przeuroczym i pozytywnie zakręconym pasjonatem, który z niesamowitym entuzjazmem opowiadał o tym, jak wyjątkowe i unikalne są jego przewody i ile energii i „body” są w stanie przekazać systemowi, w którym się znajdą. Ceny zaczynające się od 650€ za metrowy IC nie wydają się zaporowe nawet jak na polski rynek, więc … pożyjemy, posłuchamy i ocenimy.
Topowe Living Voice’y stały w dwóch pokojach, jednak na potrzeby niniejszej relacji pozwoliłem sobie na zamieszczenie ich zdjęć w jednej galerii. W dodatku przy pierwszym podejściu pełniły one rolę jedynie tła do popisów swojego zdecydowanie bardziej budżetowego rodzeństwa, które co prawda z mającą swą światową premierę integrą Engström Arne grało nad wyraz miło i dynamicznie, lecz nie po to tłukliśmy się przez pół Europy. A jak zagrały Vox Olympian? Po pierwsze lepiej niż dane nam było usłyszeć na rodzimym AVS a po drugie najlepiej z dotychczasowych prezentacji w MOC-u. Bardzo możliwe, że to zasługa repertuaru, gdyż zamiast katowania słuchaczy Wagnerem, bądź free jazzem ktoś wreszcie poszedł po rozum do głowy i nie bał się sięgnąć np. po dorobek Massive Attack, ale wreszcie nogi same rwały się do przytupywania.
System składający się z elektroniki Triangle Art i obeliskowych kolumn EgglestonWorks Viginti okazał się jedną z największych a w dodatku pozytywnych niespodzianek tegorocznej wystawy. To dość nieoczywiste połączenie ociekającej złotem i chromami estetyki Triangle’a i kanciastej surowości EgglestonWorks zaoferowało dźwięk niezwykle prawdziwy, krystalicznie czysty i bezpośredni. Różnicowanie jakości i sposobu realizacji nagrań było oczywiste, jednak choć całości nie brakowało muzykalności po kilkunastu minutach odsłuchu zacząłem się zastanawiać ilu ze słuchaczy byłoby w stanie się pogodzić z tak bezpardonowo podaną prawdą o posiadanej płytotece.
W szwedzkim Martenie wielkie święto – obchody dwudziestolecia działalności uświetnione światową premierą potężnych kolumn Coltrane Momento 2. W systemie nie zabrakło rasowego szpulowca Lyrec Frida MkII i monosów Vitus Audio MP – L 201 a walory tak akustyczne, jak i wizualne poprawiała imponujących rozmiarów instalacja dyfuzorów Golden Crystal produkcji SMT. A dźwięk? Pół żartem pół serio mogę stwierdzić, że jeszcze nikomu nie udało się z nowych driverów Accutona wycisnąć tyle muzykalności i dynamiki.
Odkąd pamiętam Ascendo chadzało własnymi ścieżkami, jednak tegoroczna prezentacja wskazywała na to, że nie zawsze prowadzą one we właściwym kierunku.
O ile przy jubileuszowych Martenach jeszcze można byłoby kombiować jakby tu je wcisnąć do standardowego M3, bądź M4, to błękitne kolumny Von Schweikert Ultra 11 wymagają zdecydowanie większych metraży. Nie wierzycie? No to zastanówcie się Państwo jak wkomponować w normalną przestrzeń nawet 30-40 metrowego salonu te mierzące 230 cm kolosy, z których każdy może poszczycić się dwoma zasilanymi 1000 W wzmacniaczami 15” subwooferami, czterema 9” ceramicznymi mid-wooferami, dwoma 7” również ceramicznymi średniotonowcami, dwoma berylowymi tweeterami i dwoma 5” super – tweeterami, z których jeden zdobi front a drugi ścianę tylną. Całe szczęście gigantomania ograniczała się li tylko do postury kolumn, bo już sam dźwięk nie próbował przytłoczyć słuchacza rozdmuchanymi poza granice rozsądku źródłami pozornymi.