Opinia 1
Jak z pewnością większość zainteresowanych zdążyła zauważyć praktycznie każda internetowa wzmianka o kablach audio, ze szczególnym uwzględnieniem ich cyfrowych odmian, u jednostek naiwnie wierzących, iż dosłownie przesyłają one „zera i jedynki” w ich przypominającej tytuł albumu Ayreona („01011001”) binarnej postaci wywołuje silne reakcje alergiczne. Widok takowego – dedykowanego zastosowaniom Hi-Fi/High-End przewodu, zgodnie z odruchem Pawłowa, uruchamia u nich nadprodukcję żółci i migotanie przedsionków a następnie przemożną chęć zaznaczenia własnej obecności i odrębnego zdania w wątku, do którego nikt ich przecież nie zapraszał. Zupełnie nieistotny pozostaje fakt, iż zazwyczaj z przedmiotem publikacji nie mają absolutnie żadnych doświadczeń empirycznych, z resztą o doświadczenia z podobnymi mu produktami również, wychodząc z założenia, że jeśli coś działa na przemysłowej skrętce, bądź przewodzie do drukarki to temat można uznać za zamknięty i nie ma co drążyć. Zauważacie Państwo krótkowzroczność i wynikający z jakże wąskich horyzontów poznawczych błogostan? To tak jakby w kwestii oświetlenia zatrzymać się na etapie edisonowskiej żarówki a w motoryzacji na silniku dwusuwowym. W końcu świeci i jeździ, nieprawdaż? No nie. Przynajmniej dla osób, dla których sam fakt zadziałania nie jest celem samym w sobie i zakończeniem wszelkich dalszych działań a jedynie początkiem mozolnej drogi ku perfekcji i doskonałości. Dlatego też nawet nie tyle z uporem maniaka, co z czystej i niczym niewymuszonej atawistycznej ciekawości, gdy tylko w zasięgu znajdzie się coś mogącego wzbogacić naszą prywatną bazę doświadczeń a czasem również sprawić, że nasze systemy zagrają nie tylko inaczej, co po prostu lepiej z niekłamanym zainteresowaniem nad owym czymś w ramach naszych audiofilskich eksploracji i wynurzeń się pochylamy. I tym oto sposobem na redakcyjny tapet trafił przewód … Ethernet, który swoą premierę miał 1 marca b.r. w Japonii a Polski debiut, dzięki uprzejmości rodzimego dystrybutora Lector Audio Poland ma miejsce, nie licząc sesji unboxingowej właśnie teraz. Panie i Panowie oto topowy model przewodu Ethernet japońskiej manufaktury TIGLON o wszystko mówiącym oznaczeniu TPL-3000L-WT oraz nieco łatwiej zapadającym w pamięć i poniekąd działającym na podświadomość opisie (White Tiger) Exclusive Lan Cable.
Jak już zdążyliśmy w ramach unboxingu unaocznić topowy Tiglon dociera do końcowego odbiorcy w skromnym, acz eleganckim kartonowym czarnym pudełku, na które naciągnięta jest zewnętrzna obwoluta ochronna z szarej tektury z pomysłowo wyciętym w centrum „okienkiem” przez co całość wygląda jak klasyczny „box” z winylami. Przed trudami podróży dodatkowe zabezpieczenie przewodu zapewniają płaty miękkiej gąbki, firmowy tekstylny woreczek i ochronne siatki nanizane na masywne wtyki Telegärtnera. Sam przewód odziano w elegancką, acz nienachalną syntetyczną plecionkę w odcieniach szarości swym umaszczeniem przywodzącą na myśl ogon białego tygrysa bądź irbisa śnieżnego. Z resztą sylwetka tygrysa wraz z firmowym logotypem, oznaczeniem modelu i kierunkowości zdobi jedną z termokurczek. Na drugiej mamy z kolei sygnaturę założyciela i głównego konstruktora marki – pana Kentaro Okino i numer seryjny posiadanego egzemplarza. Sam przewód z racji swej anatomii, o czym dosłownie za chwilę, jest dość sztywny i nieco sprężynujący, więc warto zapewnić mu nieco miejsca za spinaną nim elektroniką a przy lżejszych komponentach w stylu switchy zapobiec ich ewentualnej lewitacji (np. z pomocą „cegły” Thixar Eliminator, bądź w wersji budżetowej chociażby kilogramowych odbojników drzwiowych)
Zgodnie z informacjami dostępnymi na stronie producenta zastosowano zoptymalizowane pod kątem transmisji danych przewodniki solid core „UD-Core7A” (CAT7A), które łączą w sobie opatentowaną technologię „Photon Shield” – charakterystyczną dla serii White Tiger i zapewniającą stabilną transmisję energii – z najnowszym procesem wygrzewania „H.S.E Exclusive” oraz zaprojektowaną w celu tłumienia złożonych rezonansów powłoką „D-REN”. Ponadto zaimplementowano nowo opracowane podwójne ekranowanie dedykowane zastosowaniom sieciowym, „DNB-Shield (Dual Noise Band Shield)”, skutecznie redukujące niepożądane składowe szumu występujące w transmitowanym paśmie. Pozwoliło to osiągnąć doskonałą równowagę między stabilną transmisją danych a wyjątkową czystością sygnału muzycznego. W przypadku złączy wybrano specjalnie dostosowane, zaprojektowane specjalnie z myślą o TPL-3000L-WT wtyki Telegärtnera.
Nie będę ukrywał, że moje pierwsze kontakty z tytułową łączówką nosiły znamiona co najwyżej szorstkiej przyjaźni. Bo i takie, szorstkie brzemiennie oferowała wyciągnięta prosto z pudełka w stanie fabrycznej nowości. Niby średnica skutecznie zabiegała o atencję, ale góra wydawała się nazbyt ofensywna, więc podkreślone sybilanty i latające w powietrzu „żyletki” przy każdym uderzeniu w blachy, bądź przy partiach dęciaków nader skutecznie zniechęcały do dłuższych nasiadówek. Nie było innego wyjścia jak dać jej kilka dni na „wygrzanie” i ułożenie się w systemie, co jak się okazało było ze wszech miar słuszną decyzją, gdyż już po ok.72h od wpięcia w tor pasmo się wyrównało, zniknęła wcześniejsza jazgotliwość a wpływ obecności Tiglona w moim systemie zacząłem rozpatrywać w kategoriach ewidentnej ewolucji w stosunku do własnego stanu posiadania, czyli rodzimego Next Level Tech NxLT Lan Flame. Poprawie uległo bowiem dosłownie … wszystko – począwszy od iście organicznej gęstości, poprzez fenomenalną rozdzielczość na zaraźliwej motoryce i zapierającej dech w piersiach dynamice skończywszy. Całe szczęście ów przyrost bynajmniej nie oznaczał przerostu formy nad treścią, przesytu teledyskowym natłokiem bodźców i pomysłów w stylu multi oskarowego „Wszystko wszędzie naraz” („Everything Everywhere All at Once”) bądź „Jedna bitwa po drugiej” („One Battle After Another”). Tu raczej chodziło o udrożnienie kluczowej dla toru cyfrowego arterii, gdyż jeśli coś na tym etapie nie zostanie „dowiezione”, to jak łatwo się domyślić żaden, nawet najbardziej wymyślny transport tego nie zinterpoluje i nie „dopisze”. A z TPL-3000L-WT ów przepływ jest niczym niezmącony i szalenie wartki. Jednak od razu uprzedzę, iż japoński przewód nie powoduje wrażenie przyspieszenia dźwięku, podkręcenia tempa, czy wręcz pewnej nerwowości i zbytniej wyrywności tam, gdzie obecne jest skupienie i zaduma. Tu raczej chodzi o efekt „otwarcia” prezentacji, lecz nie jej wypchnięcie do przodu a bardziej sugestywne pokazanie dalszych planów i podkreślenie głębi, trójwymiarowości sceny. Doskonale słychać to na „Futharuna” Munknörr, gdzie złowrogie krakanie powoduje nerwowe spoglądanie jeśli nie w sufit, to z pewnością za okno a mroczne wokalizy brzmią jakby dobiegały z samych czeluści Helheim. Świetnie oddana została również szorstkość i natywna jazgotliwość wykorzystanego instrumentarium a japońska łączówka z wrodzonym wdziękiem zachowała idealną równowagę pomiędzy namacalnością a ostrością ich definiowania nie popadając przy tym w okołosamplerową przesadę i przejaskrawienie. Spora w tym zasługa wspomnianej przestrzenności, gdyż Tiglon nie wycina, szparuje źródeł pozornych z tła wklejając je w trójwymiarową czerń stworzonego na potrzeby nagrania mikroświata, lecz oprócz brył oddaje obecną wokół nich aurę i pozwala słuchaczom poczuć generowaną przez nie, owe źródła, energię.
A skoro o energii a tym samym zdolności jej transmisji mowa to gorąco polecam album „Bleed The Future” kanadyjskiej formacji Archspire, który brzmi jakby któryś z krażków Behemotha puścić zamiast na 33 z prędkością 45 albo i 78 RPM i to z zachowaniem, bądź wręcz obniżeniem tonacji a sam wokalista opanował karkołomną sztukę łączenia scatu z growlem w ramach warsztatów prowadzonych dla licytatorów koni w Teksasie. Tylko ostrzegam. To jest intensywność na poziomie jazdy rollercoasterem Falcon’s Flight w Six Flags Qiddiya City, w którym ktoś nie dość, że podłączył do prądu nasze siedzenie, znaczy się fotel a nie tę część ciała gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę, to jeszcze zaaplikował autorski koktajl z substancji psychoaktywnych potęgujących doznania. A z Tiglonem w torze słychać wszystko, w dodatku podane z iście matematyczną precyzją, lecz bez analitycznego osuszenia, gdyż cały czas mamy dostęp do informacji o strukturze i mięsistości każdej z żywych, pulsujących tkanek tworzących ten apokaliptyczny twór. To niezbity dowód na operowanie iście mistrzowską rozdzielczością a nie li tylko detalicznością, gdyż przy takim natłoku informacji, wystrzeliwanych z prędkością minigun-a blastów, ścianie gitarowych riffów i wspomnianym już piekielnie szybko wyrykiwanym frazom nie pogubić się w tym wszystkim i nie popaść w łatwą do zrozumienia i wytłumaczenia ofensywność jest prawdziwa sztuką. Sztuką, którą White Tiger ma nie tyle opanowaną do perfekcji, co zapisaną w genach, w DNA. To nie jest wyuczone i mechanicznie wykonywane odtwarzanie poszczególnych, pojedynczych, mniej bądź bardziej przypadkowych dźwięków, z których słuchacz musi na własne potrzeby coś na kształt muzyki, niczym z puzzli sobie złożyć, lecz naturalna, niewymuszana zdolność reprodukcji w pełni koherentnej, lecz zarazem szalenie złożonej, koherentnej całości właśnie muzyką zwaną i tak też przez nasze zmysły odbieraną. To poziom owej nienachalnej, gdyż w pełni oczywistej, adekwatnej i w pełni odzwierciedlającej rzeczywistość rozdzielczości jakiej do tej pory doświadczyłem bodajże jedynie z Synergistic Research Galileo SX Ethernet. A doprecyzowując mam na myśli opcją „sauté” amerykańskiego przewodu, bowiem japoński „biały tygrys” temperaturą barwową operował właśnie pomiędzy lekkim ociepleniem złotego i delikatną rześkością srebrnego modułu UEF jakimi można modelować „optykę” Galileo. W Tiglonie owa „optyka” jest stała, co przynajmniej z czysto subiektywnego punku widzenia i własnych potrzeb pozwolę sobie uznać za jego zaletę. Nie dość bowiem, że oszczędza nam powodowanej audiophilią nervosą żonglerki modelującej finalne brzmienie zgodnie z zasadą „osiołkowi w żłobie dano”, lecz raz wpięty pozwala po prostu skupić się na muzyce w takiej formie i postaci, w jakiej została ona zarejestrowana. Jest niczym „jasna stałka” (obiektyw stałoogniskowy o dużym maksymalnym otworze przysłony) założona na ulubione „body” (korpus aparatu) sprawiająca, że zamiast kombinowania z ogniskowymi po prostu skupiamy się na kadrze i kompozycji poniekąd wiedząc czego możemy się spodziewać, gdyż obszar przezeń widziany jest zgodny z tym co sami obserwujemy nieuzbrojonym okiem. I to właśnie robi tytułowy przewód – odwzorowuje znaną nam rzeczywistość.
Jeśli w tzw. międzyczasie zerknęliście Państwo do wieńczącej dzisiejszy wywód linijki z oczekiwaną przy kasie ceną, to z pewnością zdążyliście zauważyć, iż pomimo tak deklarowanej w swej nomenklaturze ekskluzywności, jak i opisanej przeze mnie powyżej bezdyskusyjnej referencyjności brzmienia TIGLON TPL-3000L-WT (White Tiger) Exclusive Lan Cable bynajmniej nie aspiruje do miana „niemoralnie” wycenionego High-Endu. Oczywiście trudno w jego przypadku mówić o budżetowości, jednak na tle znacznie intensywniej drenującej domowe budżety konkurencji śmiem uznać go za reprezentanta nieprzyzwoicie korzystnej korelacji jakości z ceną. Abstrahując jednak od aspektów czysto finansowych jest to po prostu cyfrowy odpowiednik wyrafinowanych japońskich wkładek gramofonowych , które operując ponadprzeciętną rozdzielczością zapewniają również iście zniewalającą jedwabistą gładkość i wyrafinowanie. Jeśli więc i dla Państwa podobne aspekty są kluczowe w Waszych audiofilskich poszukiwaniach, to odsłuch topowego Tiglona wydaje się nie tyle wskazany, co konieczny.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Nie ma się co oszukiwać, pozycja źródeł plikowych w naszym hobby od jakiegoś czasu nie jest już żadną fanaberią kochającego nowinki techniczne melomana. To bez dwóch zdań pełnoprawny element nawet najbardziej zaawansowanego jakościowo toru audio. Naturalnie ów efekt to pokłosie szybkiego rozwoju technicznego tego wycinka naszego hobby, co z automatu dało producentom okablowania cyfrowego szerokie pole do popisu w zapewnieniu jak najlepszej transmisji danych pomiędzy współpracującymi konstrukcjami. Dlatego też, gdy przejrzycie nasze ostatnie miesiące zmagań testowych, przekonacie się, iż ilość sparingów z okablowaniem typu LAN lub USB jest bardzo podobna do przewodów analogowych typu sieciowy, głośnikowy czy sygnałowy. A jeśli tak, chyba nikt z Was nie będzie zaskoczony, gdy oznajmię, iż dzisiaj przyjrzymy się kolejnej propozycji okablowania przesyłającego pakiety zer i jedynek. I to nie byle jakiej propozycji, bowiem będzie to przedstawiciel kraju kwitnącej wiśni w postaci dostarczonego prze warszawskiego dystrybutora Lector Audio Poland przewód ethernetowy Tiglon TPL-3000L-WT Exclusive Lan Cable.
Co wiemy na temat naszego bohatera? Naturalnie na stronie producenta znajdziemy skrótowy opis technikaliów, niestety dla tak zwanego zwykłego Kowalskiego jest to brutalny nazewniczy tor przeszkód. Jednak nie zawsze z premedytacją zamierzony, bowiem często za skomplikowanymi nazwami kryją się nowe i nierzadko opatentowane rozwiązania, co skutkuje zderzeniem się czytelnika z nieznanym wcześniej około-technicznym słowotokiem. Mimo wszystko próbując przybliżyć nieco jego budowę we wspomnianej, niełatwej w odbiorze estetyce, najważniejszą informacją jest wykorzystanie do przesyłu danych litego przewodnika „UD CORE-7A” (CAT7A). Co według producenta jest istotne, to fakt połączenia działań przygotowujących ów przewodnik do finalnej postaci z opatentowanymi procesami „Photon Shield” oraz „H.S.E. Exclusive” i finalne ubranie go w powłokę tłumiącą złożone rezonanse „D-REN Sheath”. Kolejnym krokiem jest zastosowanie osłony sieciowej „DNB Shield”. Jeśli chodzi o zastosowane wtyki, Tiglon postawił na dedykowane do tego modelu niemieckie Telegartnery. Przyznacie, że nawet płynne przeczytanie zastosowanych zabiegów technologicznych nie jest łatwe, a co dopiero zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi. Na szczęście nas interesuje co dzieje się po jego zastosowaniu, dlatego prosząc o potraktowanie mojego opisu z przymrużeniem oka nie rozwadniam tekstu próbami „rozkminiania”, co serwując nam serię skomplikowanych nazw producent miał na myśli, tylko wszystkich zainteresowanych skutkami wpięcia tytułowego kabla w tor zapraszam do lektury kolejnego akapitu.
Jak wspominałem, obecnie tego typu akcesoria audio są u nas na tak zwanym porządku dziennym. To zaś sprawia, że z dziecinną łatwością wychwytuję oferowane zmiany przez danego delikwenta do oceny. Dlatego też od pierwszego taktu z wpiętym w tor Japończykiem czułem, że jest bardzo dobrze, a po pełnej akomodacji z systemem powinno być – choć nie zawsze tak się dzieje – tylko lepiej. I muszę przyznać, że na szczęście tak właśnie było. Dlaczego na szczęście? Ano dlatego, że przy świetnym pokazaniu radości wizualizowanej muzyki ze stosownych dla danego materiału poziomach wagi i blasku, pierwsze minuty odsłuchu serwowały mi delikatną nutę niepokoju odczuwalną jako brak płynności muzyki, co nie zawsze nawet po długiej „rozgrzewce” zestawu udaje się całkowicie wyeliminować. A to w tym przypadku było bardzo ważne, gdyż estetyka prezentacji z Tiglonem w torze stawiała na fajne, bo nienachalne, ale jednak doświetlenie wyższej średnicy. Jeśli tak, zatem chyba zrozumiałym jest, że aby ta z założenia mająca dać większy, a przez to zbliżający nas do realiów słuchanego materiału wgląd w nagranie, szczypta otwarcia dźwięku nie okazała się problemem, musimy wyeliminować wszelką ostrość. Nasz bohater jak wspominałem, poradził sobie z tym tematem wręcz książkowo oferując mi z jednej strony gładki, przez to przyjemny w odbiorze przez długie godziny, a z drugiej pełen nienachalnych informacji sposób na muzykę. Co ciekawe, bez znamion przerysowania, Owszem, było wyraziście, szybko i z dobrym drive-m, jednak całkowicie w zgodzie z zamierzeniami artystów. Dzięki temu świetnie wypadał nie tylko jazz, ale także rock i wykorzystująca ekspresyjne pasaże nutowe elektronika.
Dobrym przykładem na fajny występ popisów klawiszowych była płyta „Blue Lines” formacji Massive Attack. Z jednej dostałem dobrze określone w domenie czytelności elektroniczne zejście w czeluści dolnego zakresu, zaś z drugiej pełnie blasku i zamierzenie przeszywające organy słuchu, ale nigdy nie męczące popisy wyższej średnicy i otwartych, ale nie „cykających” męcząco wysokich tonów. Było oczekiwanie ekspresyjnie, ale za sprawą utrzymania odpowiedniego konsensusu pomiędzy ostrością, a plastyką z pełnym zaangażowaniem mojej uwagi.
Przywołując drugą stronę barykady w rozumieniu kontemplacyjnego jazzu w momencie, gdy ostre granie wypadło bardzo dobrze, chyba nikt nie zwątpi w moje zapewnienie, iż to było nie tylko świetnie, ale także bardzo intrygująco. A tego drugiego określenia użyłem dlatego, że przywoływane symboliczne doświetlenie wyższego, ale nadal oferującego świetną plastykę środka pasma było tym, co najbardziej w obcowaniu z muzyką cenię. Chodzi mianowicie o dbałość systemu o pokazanie mi dosłownie i w przenośni wszystkiego, co zostało zarejestrowane na płycie. Często muzykalne zestawy audio swą nadgorliwością słodzenia przekazu sporo maskują, co jest ewidentnym uśrednieniem, co najnormalniej w wiecie po dłuższej chwili mnie nudzi. Tymczasem działanie Tiglona z ilością i jakością podania informacji w muzyce trafiało w punkt. Z wyczuwalnym podkręceniem otwartości prezentacji, ale jak wynika z powyższego opisu w słusznej, bo bardzo przypadającej mi do gustu sprawie.
Komu poleciłbym japoński kabel ethernetowy Tiglon TPL3000L-WT? Mam nadzieję, że sprawa jest jasna jak słońce. Wszystkim poszukującym w muzyce nienachalnie, ale jednak podkręconego życia. Japończyk otworzy wyższy środek, ale zapisana w jego kodzie źródłowym plastyka sprawi, że dostaniemy otwarcie, jednak zawsze z przyjemną nutą gładkości. Jeśli zatem tego typu zastrzyku Wasz zestaw potrzebuje, nie ma na co czekać, tylko zalecam skontaktować się z dystrybutorem. Nawet jak między Wami nie zaiskrzy, jedno jest pewne, czas spędzony z żywo podaną muzyką będzie daleki od nudy. A przecież o zabawę w naszym hobby chodzi. Nieprawdaż?
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: Lector Audio Poland
Producent: TIGLON
Cena: 5850 PLN / 1,5m