Opinia 1
Jak zapewne wiecie, stosunkowo niedawno modelem Ascent po latach przerwy i zmianie dystrybutora wznowiliśmy proces przyglądania się amerykańskim konstrukcjom spod znaku YG Acoustics. Proces, który biorąc pod uwagę naturalne roszady w cenniku oraz powołanie do życia nowych modeli bez jakiegokolwiek naciągania faktów można nazwać całkowicie nowym otwarciem naszych przygód. Bez dwóch zdań ciekawych, bowiem wspomniany brand po latach doświadczeń w kilku modelach kolumn odszedł od standardowego wykorzystywania aluminium jako stuprocentowego materiału na obudowy, na rzecz w znakomitej większości zastąpienia go firmową wariacją kompozytu. Po odpowiedź na pytanie – co w kwestii brzmienia z tego wynikło. Oczywiście potencjalnych zainteresowanych kieruję do portalowej wyszukiwarki. Teraz natomiast chciałbym zaprosić Was na kilka akapitów o starszych siostrach niedawno opisywanych Ascentów, czyli dostarczonych przez katowicki RCM kolumnach YG Acoustics Summit. Na pierwszy rzut oka prawie takich samych jak poprzedniczki, jednak jak wiemy, fraza „prawie” robi wielką różnicę, co w tym przypadku oznacza nieco inne spojrzenie na muzykę.
Gdy dotarliśmy do akapitu o budowie naszych bohaterek, faktem jest, iż są łudząco podobne do mniejszych Ascentów. Powiem nawet więcej. W odniesieniu do bryły obudowy są wręcz ich kopiami tylko w nieco większej skali. Powodem oczywiście jest chęć zaproponowania melomanom zespołów głośnikowych z większym driverem basowym, a przez to z innym sposobem propagacji tego zakresu, co chcąc uzyskać jego dobrą jakość automatycznie wiązało się ze zwiększeniem litrażu skrzynki. Skrzynki, która walcząc ze szkodliwymi falami stojącymi w jej wnętrzu może pochwalić się skośnie zorientowanymi względem siebie pionowymi ściankami, zaś mając wprowadzić lekką zmianę firmowego brzmienia zamiast w 100 procentach z aluminium, oprócz frontu z niego została wykonana z opracowanego własnym sumptem od strony składu kompozytu. Tak, tak, w YG powiało zmianami. Jednak owe zmiany na chwilę obecną nie dotknęły jeszcze kwestii przetworników, gdyż w Summitach mamy często wykorzystywaną przez nich jedwabną wysokotonówkę oraz typowe dla nich aluminiowy średniak i nieco większy basowiec, które nie są typowymi wytłoczkami z blachy, tylko bardzo kosztownymi konstrukcjami powstałymi podczas procesu toczenia cienkiego płatka z grubego puca materiału. Jaki jest sens stwarzania sobie aż takich problemów? Zapewniam, bardzo duży, gdyż to oznacza większą sztywność membrany, a przez to lepszą w kwestii jakości i oczywiście szybszą jej reakcję na obsługiwany w danym momencie impuls energii. Ostatnimi w moim mniemaniu ciekawymi informacjami na temat rzeczonych zespołów głośnikowych, co oczywiście odbieram jako znak szczególny prezentacji przez nie muzyki, jest zagłębienie tweetera w lekkim falowodzie oraz rezygnacja inżynierów ze strojenia basu portem bass-reflex na rzecz pracy przetworników w obudowie zamkniętej. Jeśli chodzi o garść najważniejszych technikaliów, w przypadku Summit-ów mamy do czynienia z konstrukcją 3-drożną o skuteczności 90 dB, które według producenta potrafią pokryć pasmo w zakresie 24-4- kHz. Wieńcząc opis budowy warto również wspomnieć, iż każda z kolumn może pochwalić się niebagatelną wagą na poziomie 72 Kg.
Co zaproponowały mi panny zza wielkiej wody? Otóż pierwsze co wychwyciłem, to inne podejście do estetyki prezentacji w stosunku do pierwszego po latach starcia z marką YG z mniejszym modelem. Nie wiem, czy to tylko efekt strojenia zwrotnicy, gdyż jestem przekonany, że także pokłosie postawienia na większy potencjał zakresu basu, ale Summity zagrały lepszym wypełnieniem średnicy. Jednak to nie jedyny ciekawy feedback wykorzystania wspomnianego zabiegu z sekcją basu, gdyż dzięki temu muzyka brzmiała z większą swobodą. Na tle mniejszych Ascentów początkowo wyglądało to na jakby lekkie zmniejszenie pazura prezentacji, jednak to jedynie złudzenie powstałe w pierwszych minutach odsłuchu, gdyż po zrozumieniu ich sposobu na muzykę finalnie był to ruch w bardzo dobrą stronę. Muzyka nadal oferowała pełen zestaw informacji i stosowną szybkość prezentacji, ale ewidentnie nabrała dostojności i przez to rozmachu w rozumieniu rozbudowania wirtualnej sceny. Wcześniej z Ascentami odnosiłem wrażenie skupienia na szybkości kreowania wydarzeń scenicznych, co teraz na tle większych sióstr określiłbym jako ściśnięcie dźwięku. Oczywiście to był wynik rozmiarów kolumn oraz wyborów sekcji inżynierskiej co do ich strojenia, a nie ich jakikolwiek problem, z tego też powodu myślę, że testowane dzisiaj Summity są od początku do końca zaplanowaną odpowiedzią na tamte w pełni przemyślane decyzje. Odpowiedzią oferującą bardziej dostojny, że znacznie większym potencjałem jakości bas, idealnie skrojoną, bo nasyconą i pełną informacji średnicę oraz za sprawą umieszczenia wysokotonówki w śladowej tubie dźwięczne, jednak okraszone estetyką brzmienia jedwabiu wysokie tony. Gdybym miał określić w jednym zdaniu co potrafią nasze bohaterki, bez owijania w bawełnę powiedziałbym, iż proponują potencjalnemu nabywcy znakomite, bo dobrze kontrolowane pokłady energii, namacalność transparentnego środka i swobodę wybrzmiewania bogatych w alikwoty, jednak bez efektu nachalności wysokie tony. Po prostu mają do zaoferowania daleki od nudy, bo żywy i ciekawie skrojony w każdym aspekcie dźwięk.
Pierwszym z brzegu dowodem na taki stan rzeczy była choćby muzyka jazzowa RGG „Unfished Story”. To jak wiadomo od strony ekspresji twórczość raczej spokojna, bo nastawiona na kontemplację pojedynczej nuty. Jednak nuty raz wymownej w rozumieniu zwartego impulsu, innym razem plastyki i pełnej informacyjności, ale także skrzenia się w nieskończoność, pełnych blasku akcesoriów perkusyjnych wysokich tonów. Jak można się domyślić, wychwycony pakiet ciekawych aspektów brzmienia kolumn nie miał z pokazaniem tego repertuaru najmniejszych problemów. Dostałem dostojny fortepian, dobrze osadzony w masie i drapieżny kontrabas oraz blask wykorzystywanych przez „bębniarza” talerzy, co trafiając idealnie w moje oczekiwania od pierwszego akordu wywołało na mojej twarzy efekt banana. Lubię, gdy system fajnie, ale bez nachalności cyzeluje najdrobniejszą składową danego utworu i taki efekt zapewniły ni Amerykanki. A jeśli tak, nie było innej opcji, jak przypomnienie sobie nie jednej, ale co najmniej dwóch pozycji tego świetnego polskiego trio.
A co z solidnym łupnięciem? Do tego także użyłem ciekawego materiału w postaci dla wielu najlepiej wydanego krążka formacji Black Sabbath „13”. Otóż sprawa wypadła podobnie do poprzedniego materiału. Dobre operowanie kontrolowaną energią, zachowanie odpowiedniej dla zastanej sytuacji w generowanym materiale szybkości narastanie sygnału i swoboda oddania nawet najbardziej skomplikowanych pasaży sonicznych generowanych przez wściekłych artystów pozwoliły kolumnom pokazać prawdziwe „ja” tej muzy. I kopnięcie pełnym składem i popisy soczystymi gitarowymi riffami i zamierzone cięcie eteru mocnymi uderzeniami perkusisty w talerze bez problemu pozwalały mi nie tylko bez problemu wejść emocjonalnie w tę estetykę muzyczną, ale także wręcz się w niej zatracić. Wychowałem się na ciężkiej muzie i gdy tak jak w przypadku tej sesji testowej system potrafi ją dobrze zaprezentować, pełnym zaangażowaniem emocjonalnym umiem to docenić.
Jak spuentuję dzisiejszą epistołę? Otóż spieszę donieść, iż brzmienie Summitów na tle Ascentów jest zdecydowanie bardziej dojrzałe. Dzięki podkręceniu emocji w środku pasma oraz zwiększeniu ilości dobrej jakości dolnego zakresu oferujące znacznie lepszą spójność prezentacji. Spójność, która nie tylko umiejętnie godzi dobre wyniki soniczne wszystkich nurtów muzycznych, ale także pozwala słuchać ich na zarezerwowanym dla każdego z nich poziomie głośności. Osobiście lubię ostre granie i po to mam wielkie kolumny, aby czasem przestawić meble w pokoju. Jednak, aby takim wolumenem decybeli być ukontentowanym, ostatnie ogniwo w postaci kolumn musi prezentować wysoki poziom jakości oferowanego dźwięku. Poziom, który tytułowe zespoły głośnikowe po opisanym okresie weryfikacji w moim mniemaniu w 100 procentach spełniają.
Jacek Pazio
Opinia 2
Tym razem, niejako na rozgrzewkę, pozwolę sobie nieco przybliżyć niezorientowanym w temacie kłębiące się w głowach audiofilów mity, dylematy, lęki i nadzieje z jakimi muszą się mierzyć w ramach swojego hobby. Ot chociażby zwykło się żartobliwie twierdzić jakoby w całej tej naszej zabawie bynajmniej nie chodzi o złapanie a li tylko gonienie upragnionego „króliczka”, co choć w przypadku ciężkiego stadium audiophilii nervosy potrafi mieć miejsce, to z reguły bezrefleksyjne „przewalanie sprzętu” uskuteczniają jednostki tak naprawdę niewiedzące czego od dźwięku oczekują, jakie brzmienie lubią i w którym kierunku chciałyby podążać. Do tego grona z pewnością można zaliczyć tych, dla których głównym motorem zmian jest klasyczne CCC, czyli cena czyni cuda a progres liczony jest kwotą uzyskanych rabatów. Pomijając jednak powyższe przypadki kliniczne większość audiofilsko zorientowanych melomanów jednak ceni sobie stabilizację i potrafi czerpać radość z własnego stanu posiadania każdą zmianę po wielokroć rozbijając na atomy i przypatrując się jej pod wszelkimi możliwymi kątami. W końcu nie od dziś wiadomo, że lepsze jest wrogiem dobrego a chwilowe zauroczenie potrafi zburzyć wieloletni spokój ducha. Z drugiej strony brak zmian oznacza stagnację, brak impulsów do dalszych poszukiwań a w ekstremalnych przypadkach utratę zainteresowania, czy wręcz obumarcie pasji. Dlatego też rozsądek podpowiada, by planować zmiany o charakterze ewolucyjnym a nie rewolucyjnym, gdzie kroki w górę może są i mniejsze, liczniejsze, lecz utrzymują nas na wcześniej obranej ścieżce a w przypadku zejścia z trasy powrót do poprzedniego stadium jest jak najbardziej możliwy i niezbyt bolesny. Dlatego też nie będę ukrywał, iż skoro filigranowe Ascenty pozostawiły po sobie wyłącznie miłe wspomnienia a tym samym rozbudziły nasze apetyty, to gdy tylko plasujące się oczko wyżej a zarazem wieńczące „budżetową” serię Peaks Summity znalazły się w naszym zasięgu czym prędzej je do siebie przygarnęliśmy wychodząc z założenia, że właśnie tak może wyglądać ewolucja systemu u kogoś, kto zasmakowawszy w amerykańsko/angielskich specjałach będzie miał ochotę na więcej a jednocześnie czuje lekką tremę przed przesiadką na któryś z bardziej pokaźnych (Sonja?) modeli z serii Reference.
Nie da się ukryć, iż seria Peaks wyraźnie ociepla dotychczasowy, nieco industrialny wizerunek YG Acoustisc. Co prawda okazjonalnie przemycane „customowe” malowania w stylu demonstracyjnych Hailey 3 wprowadzały odrobinę radosnego szaleństwa do monochromatycznego portfolio, to zarówno znany z Ascentów heban, jak i pyszniący się na Summitach miodowy palisander (Rosewood) ewidentnie łapią za oko a jednostki oczekujące nieco większej surowości z pewnością polubią się z piaskowym dębem. W sukurs naturalnym okleinom idą również bardziej obłe, zwężające się zarówno ku tyłowi, jak i górze bryły kompozytowych obudów z aluminiowymi frontami na których zaaplikowano zestaw trzech firmowych przetworników. Zgodnie z tradycją maskownice nie są przewidziane a na otarcie łez producent w standardzie dostarcza masywne regulowane kolce (uwiecznione podczas unboxingu).
Wystarczy tylko zerknąć na zdjęcia oraz do zamykającej dzisiejsze wynurzenia metryki Summitów, by utwierdzić się w przekonaniu, iż tak pod względem aparycyjnym, jak i konstrukcyjnym mamy do czynienia z oczywistym, acz niezwykle dyskretnym, przeskalowaniem tego, co zdążyliśmy poznać w ramach testu Ascentów. Nie dość bowiem, że 12 cm różnicę wzrostu widać dopiero przy bezpośrednim porównaniu a 18 kg wagi przy przenoszeniu, co raczej „cywilni” nabywcy raczej nawet nie odnotują, gdyż śmiało można założyć, iż ich, kolumn, nie nabywców, ustawieniem zajmie się ekipa dystrybutora/dealera, to tak naprawdę główny progres dotyczy umieszczonego tuż przy pełniącym rolę komory dla zwrotnicy cokole głośnika basowego, którego średnica ewoluowała z 22 do 26 cm. Pozostałe, okupujące górną część frontu drajwery – 26mm jedwabny tweeter z układem ForgeCore™ i 18,5 cm średniotonowiec są dla obu modeli tożsame. Pomijając jednak dywagacje nad rozmiarówką warto wspomnieć iż właśnie średnica i bas reprodukowana jest przez autorskie aluminiowe przetworniki wykonane techniką BilletCore, czyli ich membrany powstają nie poprzez tłoczenie a zdecydowanie bardziej praco-, czaso- i materiałochłonny proces precyzyjnego wykrawania ich z aluminiowych bloków do postaci stożków o grubości ścianek wynoszącej zaledwie 0,2mm i masie poniżej 30 g.
Inspekcja ściany tylnej nie przynosi żadnych niespodzianek. Znajdziemy tam bowiem jedynie solidne pojedyncze terminale WBT i dyskretną tabliczka znamionową. W końcu worem ww. rodzeństwa Summity to konstrukcje zamknięte i oczywiście trójdrożne, które przynajmniej na papierze nie wydają się nazbyt mordercze dla mającej z nimi współpracować elektroniki. Ot całkiem wysoka 90 db skuteczność przy 4 Ω (min.2,4 Ω) impedancji dają cień szansy, że i z lampą YG powinny się dogadać.
Przechodząc do sekcji poświęconej odsłuchom zastanawiałem się, czy nie zacząć od zachowawczych, niezobowiązujących aluzji, by sukcesywnie budować napięcie aż do wielkiego finału, jednak ów dość spontaniczny konspekt przy pierwszych taktach „Herja” Danheim rozsypał się jak przysłowiowy domek z kart jasno dając do zrozumienia, że duży może więcej i to znacznie więcej aniżeli sugerowałoby zaledwie 2Hz niżej w paśmie przenoszenia względem młodszego rodzeństwa (24 vs. 26Hz). Niby już Ascenty komplementowałem z racji obszerności i wolumenu generowanych dźwięków, czy też zaraźliwej motoryki i energicznie kopiącego basu, jednak fizyki nijak oszukać się nie da i większa komora obudowy plus przyrost średnicy woofera sprawiają, że nie tylko najniższe składowe są lepiej definiowane co i niższa średnica oferuje zauważalnie więcej „body”. A na wikińgsko-transowym materiale serwowanym przez Reidara Schæfera Olsena owe dociążenie i wypełnienie przekazu było zdecydowanie krokiem w dobrą i zgodną z moimi preferencjami stronę. Zaowocowało to mniejszą wyczynowością w porównaniu z Ascentami, gdyż po pierwsze nie trzeba było ich aż tak z pomocą gałki głośności „wkręcać na obroty” żeby uzyskać odpowiedni ładunek energetyczno-emocjonalny. Szukając motoryzacyjnych analogii przesiadka pomiędzy przedmiotowymi modelami YG z serii Peaks jest niczym zamiana Nissana GTR na Porsche GT4 RS, gdzie na niższych obrotach / rejestrach Summity przyjemniej masują trzewia. Wystarczy jednak wcisnąć pedał przyspieszenia i zmienić repertuar na obłąkańczy, acz całkiem niewinnie rozpoczynający się „Too Fast to Die” Archspire a YG potraktują Was niczym tarczę w zawodach strzeleckich z M134 Minigun. Znaczy się z całkiem sporym prawdopodobieństwem jeśli nie rozerwą Was na strzępy to wprawią w długotrwałe stany lękowe i ciężką nerwicę. A tak na serio, to bas Sumitów zachowując natychmiastowość i zróżnicowanie Ascentów dysponuje zauważalnie większym potencjałem energetycznym i zdolnością jego utrzymania do imponująco, szczególnie biorąc pod uwagę gabaryty kolumn, niskich częstotliwości. Co ciekawe pomimo niezwykle wysokiej próby rozdzielczości a tym samym zróżnicowania wszelakiej maści niuansów nie sposób określić basu tytułowych YG mianem nazbyt chrupkiego, czy też utwardzonego. Jednak z drugiej strony nie jest on również pluszowo miękki, czy też zaokrąglony. Najbardziej odpowiednim określeniem byłoby z pewnością „naturalny”, bądź wręcz „neutralny”, jednak doskonale zdaję sobie sprawę, iż dla części odbiorców są to nazbyt właśnie „neutralne” i niewystarczająco, szczególnie jak na stricte high-endowe oczekiwania, ekspresyjne definicje. Cóż jednak poradzić na fakt, iż właśnie taki on jest – naturalny a więc zgodny, tożsamy z rzeczywistością, którą możliwie wiernie odwzorowuje a nie z racji własnych ograniczeń i ułomności jest w stanie li tylko nieudolnie naśladować i interpretować.
Z resztą ową wierność słychać nie tylko w dole, co w całym reprodukowanym przez tytułowe kolumny paśmie. Proszę tylko sięgnąć po świetnie zrealizowany album „Bomba Flamenca” La Tempête, gdzie karkołomne pod względem złożoności orkiestracje mieszają się z równie misterną chóralną polifonią a całość „oblana” jest intensyfikującą doznania bogatą aurą pogłosową paryskiego protestanckiego kościoła Saint-Esprit. Dla melomanów istne spełnienie marzeń a dla większości kolumn prawdziwy koszmar i poprzeczka trudności zawieszona na iście olimpijskim pułapie. A tymczasem Summity w całym tym XVI w. sefardyjskim, obfitującym w jazgotliwe dęciaki i orientalne akcenty rozgardiaszu odnajdują wielowymiarowe piękno, nieoczywiste harmonie i przede wszystkim kojący spokój. Jednak nie poprzez uspokojenie, spowolnienie prezentacji a dotarcie do emocjonalnego źródła i podniosłości reprodukowanego materiału. Reprodukowana przez firmową, miękką kopułkę góra jest nadal krystalicznie czysta i nomen omen jedwabiście gładka, lecz z racji większej intensywności pozostałych podzakresów nie skupia już na sobie tak atencji, jak w mniejszym modelu. Ponadto zarówno naturalne, niezelektryfikowane instrumentarium, jak i głosy chórzystów brzmią na tyle realistycznie, że śmiało można uznać, iż wzorem swojego młodszego rodzeństwa Summity nie tyle znikają ze sceny, co przenoszą słuchaczy do wnętrza XIX w. świątyni oferując pełną siłę artykulacji i namacalność poszczególnych źródeł pozornych. Oczywiście spora w tym zasługa zdolności kreowania w pełni trójwymiarowej i zarazem holograficznej sceny, przez co wspomniana aura pogłosowa nie kończy się na wysokości „naszego” – domowego sufitu a sięga wykorzystanego w nagraniu sakralnego sklepienia. Co poniekąd jest cechą przypisywaną zdecydowanie bardziej strzelistym, wieloprzetwornikowym konstrukcjom głośnikowym w stylu redakcyjnych Gauderów i im podobnych audiofilskich obelisków.
Choć YG Acoustics Summit reprezentują zaskakująco zbieżny z tym co pokazały mniejsze Ascenty pakiet zalet, to z racji swych nieco większych gabarytów a zatem i możliwości wprowadzają słuchaczy na zauważalnie wyższy poziom audiofilskich uniesień. Grają większą skalą i nie wymagają do złapania wiatru w żagle aż takich poziomów głośności co młodsze rodzeństwo, więc jeśli tylko dysponujecie Państwo odpowiednim metrażem i nazwijmy to dyplomatycznie chęcią ich posłuchania, o domniemanej woli ich pozostawienia na dłużej nawet nie wspominając, to gorąco zachęcam do ich wypożyczenia i przekonania się na własne uszy jak udanie łączą firmową rozdzielczość z uzależniającą muzykalnością i wizualnym seksapilem.
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: RCM
Producent: YG Acoustics
Cena: 34 900 €
Dane techniczne
Konstrukcja: 3-drożne, podłogowe
Zastosowane przetworniki:
– wysokotonowy: 26 mm (1”) jedwabny tweeter YG z układem ForgeCore™
– średniotonowy: 18.5 cm (7.25”) YG aluminiowy
– niskotonowy: 26 cm (10.25”) YG aluminiowy
Skuteczność: 90 dB
Impedancja: 4Ω nominalna (2.4Ω minimum)
Pasmo przenoszenia: 24 Hz – 40 kHz
Wymiary (W × S × G): 113.5 × 31 × 50 cm
Waga: 72 kg / szt.
Wykończenie: Heban (Ebony), Palisander (Rosewood), Dąb (Oak)