Opinia 1
Jak zapewne wierni czytelnicy naszych zmagań z materią audio wiedzą, jakiś czas temu z marką YG Acoustic mieliśmy już przyjemność skrzyżować przysłowiowe szpady. Co prawda było to dość dawno, jednak doskonale pamiętam, iż ówczesne modele oferowały szybki i transparentny dźwięk. Pełen informacji, co bardzo lubi spora grupa osobników parających się naszym hobby, jednak podczas docelowej konfiguracji wymuszający na potencjalnym właścicielu parowanie ich raczej z nasyconą, aniżeli stawiającą na atak elektroniką. Naturalnie tak było kiedyś i to w przypadku całkowicie innych konstrukcyjnie od obecnie produkowanych kolumn. Jak zatem ewentualny powiew zmian konstrukcyjnych wpłynął na finalne brzmienie będących tematem spotkania YG Acoustics Ascent? To postaram się przybliżyć Wam w poniższym tekście.
Nasze bohaterki to w przeciwieństwie do większości modeli tej marki kolumny, w których aluminiowy jest jedynie front. Gro obudowy wykonano ze specjalnego kompozytu, który finalnie pokryto zjawiskowym naturalnym fornirem. Co ciekawe w tytułowym modelu pomysłodawca postawił na pionowo zorientowany awers i aby przełamać szkodliwe fale stojące pochylił ku górze lekkim skosem boczne i tylną ściankę. Dlaczego tak? Nie wiem, gdybam, ale jeżeli miałbym poszukać odpowiedzi, poszedłbym tropem zapewnienia odpowiedniej propagacji fal z jedwabnego głośnika wysokotonowego, który w celach poprawy jego skuteczności docierania do słuchacza, co oczywiście znakomicie słychać, usadowiono w lekkim falowodzie. Jeśli chodzi o resztę przetworników, te co prawda wykonano z aluminium, jednak w całkowicie innej od mainstreamu tego rodzaju konstrukcji technologii. Mianowicie chodzi o to, że membrany nie są zwyczajowymi wytłoczkami z aluminiowej blachy, tylko cienkimi połaciami glinu wytoczonymi z jednego puca. To oczywiście bardzo mocno zwiększa koszty produkcji, gdyż dramatycznie wzrasta ilość produkcyjnych odpadów z procesu toczenia, ale zapewniam, podobnie do pomysłu na ulokowanie w tubce wysokotonówki, zastosowanie toczonych, a nie tłoczonych membran znakomicie słychać. Oczywiście mogąc pochwalić się 3 głośnikami kolumny pracują w układzie trójdrożnym. Co do reszty danych technicznych ważną informacją jest zastosowanie obudowy zamkniętej i zaprojektowanie zwrotnicy, aby zapewniła skuteczność na poziomie 90dB przy obciążeniu 4 Ohmów. Na koniec dodam, iż jak na tak niepozorne kolumny Ascenty mogą pochwalić się niebagatelną wagą 54 kg sztuka. Jak widać, niby będziemy rozprawiać o dolnych rejonach cennika, ale skomplikowania technicznego naszym bohaterkom może pozazdrościć wielu światowych producentów.
Czy zapewnienia producenta i wtórowanie mu przez dystrybutora co do odmienności brzmienia obecnych kolumn w stosunku do dawnych wersji miały swoje potwierdzenie podczas sesji testowej? Przyznam, że trochę w to powątpiewałem. A jeśli już nawet dopuszczałem myśl zmian estetyki grania na bardziej uniwersalną, bo zawsze można tak przeprojektować zwrotnicę, aby kolumny brzmiały soczyście, to obawiałem się zabicia zapisanej w ich kodzie DNA radości w projekcji muzyki. Owszem, granie lekko przesycone i nadmiernie uplastycznione jest przyjemne, jednak na dłuższą metę zwyczajnie nudne, co tak naprawdę byłoby ich największą bolączką pomijając fakt nawet odebrania takiego stanu przez rynek jako wielką wpadkę. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca. Zgadzam się z mocodawcami marki oraz jej polskim opiekunem, że opisywane Ascenty na tle dawnych modeli oferowały większy pakiet nasycenia i ilości energii w środku oraz dolnej części pasma, jednakże nie zatraciły bardzo znamiennej dla tego producenta, czyli fajnej ostrości rysunku wirtualnych bytów oraz bezpośredniości podania świata muzyki. Cały czas przekaz cechował nie tylko znakomity atak wraz wyrazistością – oczywiście daleką od natarczywości – wizualizowania materiału w rozumieniu braku przysłowiowej mgiełki, ale także rozmach budowania wirtualnej sceny. To naturalnie efekt lekkiego „utubienia” najwyższych rejestrów i wykonanie głośników aluminiowych w technologii toczenia. Muzyka brzmiała odważnie w kwestii dokładności podania, jednak oferowała także dobrą wagę oraz w pełni kontrolowaną, a także szybką w domenie prezentacji impulsu energię, co dla mnie było ich największą wartością dodaną. Tak wartością, gdyż w sobie tylko znany sposób tak żywo i barwnie zaprezentowana muzyka w najmniejszym stopniu nie nosiła znamion nachalności. A, że osobiście lubię obcować z w ten sposób podanym ulubionym materiałem, stosunkowo długi czas testu był dla mnie wielką frajdą.
Pierwszym z brzegu materiałem udowadniającym moją pełną aprobatę opisanego brzmienia amerykańskich kolumn była niedawno wydana płyta Thomasa Strønena „Time Is A Blind Guide”. To spokojny, ale wymagający nienachalnej wyrazistości projekcji jazz. Raz kontemplacyjny, czasem nieco szybszy w rozumieniu. tempa brania, jednak za każdym razem bardzo czuły na jakiekolwiek uśrednianie wybrzmień pojedynczych nut, lub czytelności odtwarzania szybszych pasaży czy to instrumentu solo, czy pełnego składu. Na szczęście takie wymagania to woda na młyn opisywanych zespołów głośnikowych, dlatego gdy dostałem mocne uderzenie stopą perkusji, płynną grę dostojnego fortepianu i dyskretnie podrasowane dźwięki instrumentów strunowych, zatopiłem się w tej muzie do zatracenia. Zawsze mówię znajomym, że bez problemu mogę zadowolić się samym wsadem muzycznym, jednak, gdy do tego dojdzie znakomita projekcja, natychmiast odrywam się od rzeczywistości, co naturalnie miało miejsce w tym przypadku.
Jeśli chodzi o pulę mocnego grania podczas sesji odsłuchowej, znając możliwości kolumn postawiłem na mongolski folk-metal formacji The Hu i ich płytę „Gereg”. To od początku do końca przysłowiowa jazda bez trzymanki. Jednak warunkiem do fajnego oddania zamierzeń artystów tym razem jest zapewnienie systemowi oddania nie dość, że natychmiast, to jeszcze sporej dawki energii. Energii, którą faktycznie na tle poprzednich modeli goszczące u mnie Ascenty bez problemu potrafiły w dobrej jakości wygenerować. Mówiąc o jakości miałem na myśli ilość, zwarcie i natychmiastowość wygenerowania przez przetworniki, co podczas słuchania tego krążka blisko poziomów koncertowych nie tylko dawało wiele radości, ale jakimś cudem było wolne od zniekształceń. Naturalnie z moich wielkich Gauderów osiągam wyższy poziom szaleństwa, ale jak na tak nieduże podłogówki wypełniająca mój pokój muzyka brzmiała zjawiskowo, czyli tak, jak zapewne planowali artyści. Oj był ogień.
Czy będące punktem zapalnym naszego spotkania kolumny są ofertą dla pełnego spektrum osobników kochających muzykę? Zapewniam, że dla znakomitej większości tak. A swoją opinię opieram oczywiście o przeżyte z nimi świetne chwile patrząc przez pryzmat tak duszy melomana, jak i audiofila. Ascenty potrafią i zaczarować i w dobrym znaczeniu słowa sponiewierać, co czyni je bardzo uniwersalnymi. Kto natomiast może nie mieć z nimi po drodze? Otóż jedyną grupą, jaka podczas doboru kolumn powinna mierzyć ich siły na zamiary, są melomani zakochani w estetyce brzmienia kolumn rodem z kultowego radia BBC. Niestety YG nie pójdą drogą rozpływania się w muzyce mlekiem i miodem płynącej. I nie dlatego, że są źle zaprojektowane. One są po prostu kierowane do ludzi kochających przestrzenność, szybkość i wyrazistość podania dobrze osadzonej w masie muzyki. To jest ich nadrzędny, od samego początku zniewalający moje zmysły cel. Lubię ogień w muzyce i one to bez problemu zapewniały. To bez dwóch zdań świetne granie.
Jacek Pazio
Opinia 2
Zastanawiając się nad użyciem aluminium podczas konstruowania kolumn większość wytwórców ogranicza się do jego aplikacji w formie wewnętrznych wzmocnień, kratownic, cokołów, maskujących pierścieni bądź frontowych płyt nośnych dla zestawu przetworników. Są jednak śmiałkowie, którzy właśnie ów nieżelazny metal upodobali sobie jako główny budulec swoich głośnikowych konstrukcji. Wystarczy przecież wspomnieć Piegę, Magico, Stenheima czy nawet mające „futurystyczną chwilę słabości” Vienna Acoustics w postaci linii Schönberg. Do powyższego grona z powodzeniem można zaliczyć również YG Acoustics, które od lat udowadnia swymi kolejnymi wypustami że w biegłości opanowania procesów frezarsko-wykończeniowych śmiało może stawać w szranki z najlepszymi. Jednak jakiś czas, czyli mniej więcej cztery lata temu, światło dzienne ujrzała seria Peaks, w której co prawda nie zrezygnowano całkowicie z ww. metalurgicznych wytworów, lecz znacząco zredukowano ich udział – do postaci frontów całą resztę wykonując z innych materiałów. To w założeniu miała być łatwiejsza do przełknięcia, przynajmniej pod względem finansowym, alternatywa dla w pełni aluminiowego rodzeństwa a nasze pierwsze, całkowicie niezobowiązujące rzuty okiem i uchem, przeprowadzone w trakcie monachijskiego High Endu 2021 (Summit) i 2023 (wspomagane firmowym subem TOR-y) jasno dały do zrozumienia, że „jest potencjał” warty bardziej krytycznego drążenia tematu. A że w tzw. międzyczasie amerykańsko-brytyjska, rezydująca zarówno w Denver w Kolorado, jak i Cambridge w UK, ekipa zmieniła polskiego opiekuna na katowicki RCM, więc niejako z automatu postanowiliśmy wykorzystać nadarzającą się okazję i gdy tylko pierwsza dostawa dotarła na Czarnieckiego wrzuciliśmy „na pakę” mocno rekomendowany po wstępnych odsłuchach przez rodzimego dystrybutora model Ascent.
Jak na powyższych zdjęciach widać YG Acoustics to nad wyraz kompaktowe, mierzące nieco ponad metr, a przy tym i zgrabne i atrakcyjne wzorniczo podłogówki. Zwężające się ku górze i tyłowi, zaoblone bryły kuszą dyskretną czernią aluminiowych frontów i ciepłem pokrytych hebanowym fornirem korpusów. Do wyboru są jeszcze opcje wykończenia palisandrem, oraz dębem. Wspomniane korpusy wykonano z calowych płatów wzmacnianej włóknami żywicy polimerowej, które precyzyjnie wygięto na specjalnych prasach i uzbrojono w 1.25″ aluminiowe fronty stanowiące konstrukcję nośną dla zestawu autorskich przetworników. Nie zapomniano również o wewnętrznych wzmocnieniach i elementach absorbujących pasożytnicze rezonanse i odbicia wewnątrz obudów. Warto w tym momencie wspomnieć również o fakcie, iż w poniekąd „budżetowej” serii Peaks producent wykorzystał takie same przetworniki co w topowej Reference. I tak, górę obsługuje umieszczony w tubce wykładniczej 1” jedwabny tweeter YG z układem ForgeCore™, za średnicę odpowiada 7.25” przetwornik o aluminiowej membranie a za bas jego 8.75”, również aluminiowy brat zlokalizowany w pobliżu dolnego cokołu. I tu warto nadmienić, iż membrany średniotonowca i basowca nie są tłoczone a wycinane-frezowane z pojedynczych bloków aluminium. Mamy zatem do czynienia z konstrukcją trójdrożną i to w dodatku pracującą w obudowie zamkniętej. Potwierdza to szczegółowa inspekcja zarówno podstawy, jak i ściany tylnej, na której umieszczono jedynie niewielką tabliczkę znamionowa i pojedyncze terminale głośnikowe. Całość uzbrojono w cztery masywne kolce a co do kwestii estetyczno-użytkowych, to wypada nadmienić, iż producent nie przewidział maskownic. Jeśli zaś chodzi o podstawowe dane techniczne, to zgodnie z zapewnieniami wytwórcy Ascenty oferują 90 dB skuteczność przy 4Ω impedancji nominalnej (2.5Ω minimum), więc na upartego można spróbować je napędzić jakąś solidną lampą, aczkolwiek nasze wcześniejsze doświadczenia wskazują, iż zdecydowanie łatwiej będzie im dobrać jakąś tranzystorową „spawarkę”.
Dlatego też podczas redakcyjnych „nasiadówek” nie kombinowaliśmy i przez cały czas graliśmy z dyżurnego Apexa. Rezultat? Jednoznacznie pozytywny, acz zarazem zaskakujący, bowiem choć nikczemna postura tytułowych YG mogła sugerować ich zdolność do „znikania” ze sceny, to prawdę powiedziawszy aż tak „monitorowej” holografii się po nich nie spodziewałem. A Ascenty nie tylko się automatycznie dematerializowały, co kreowały niezwykle obszerną tak pod względem szerokości, głębokości, jak i wysokości scenę z iście laserową precyzją definiując na niej źródła pozorne. Co ciekawe owe działania bynajmniej nie były obarczone prosektoryjną sterylnością i beznamiętną analitycznością, lecz opierały się na iście oszałamiającej rozdzielczości i onieśmielającej natychmiastowości oddawania najdrobniejszych niuansów. I tu znowu mamy małą niespodziankę, bowiem o ile po aluminiowych drajwerach obsługujących średnice i bas takowej „punktualności” można oczekiwać, to już miękka kopułka zazwyczaj kojarzy się z miękkością i słodyczą a tymczasem w YG udowadniają, że i z jedwabiu da się wycisnąć jeśli nie diamentową, to przynajmniej berylową rozdzielczość – bez asekuracyjnego zaokrąglenia, czy wręcz wycofania. Uczciwie bowiem trzeba przyznać, że góry Ascenty nie żałują, lecz zarazem nie sposób również nie zauważyć, iż jest ona najwyższych lotów, więc ani nie popada w męczącą na dłuższa metę ofensywność, ani nie niesie ze sobą irytującej ziarnistości, czy też szklistości. Oczywiście nikt nie obiecywał cudów, więc blachy na „Pump” Aerosmith nadal niemiłosiernie cykały, ale taki też jest urok tegoż wydawnictwa i nic na to poradzić się nie da. Całe szczęście wszędzie tam, gdzie do procesu realizacji i masteringu ekipa podeszła z należytą atencją efekty są wręcz zniewalające a odsłuch np. „if music …” Jakuba Józefa Orlińskiego i Michała Biela śmiało można zaliczyć do zjawisk metafizycznych. Otrzymujemy bowiem minimalistyczny spektakl niezwykle bliski uczestnictwu „na żywo”, gdzie w kreowanym przez kolumny, otoczonym nieprzeniknioną czernią mikrokosmosie jesteśmy tylko my i para wykonawców. Równie „żywa” co góra średnica zapewnia odpowiednią wartkość narracji a gładkość i wierność realiom rekompensują brak oczekiwanej przez niektórych odbiorców pluszowej miękkości i przesaturowanego ciepła. Nie można jednak mówić o jakimkolwiek osuszeniu, czy też emocjonalnym wycofaniu, lecz właśnie trzymaniu się faktów i temperaturowej transparentności. Proszę tylko zwrócić uwagę, iż zarówno zgłoski gardłowe, jak i wszelakiej maści sybilanty są niezwykle czytelne a jednocześnie jakże dalekie od przesady i nadmiernej egzaltacji a to przecież wcale nie takie oczywiste. A z racji otwartości tak wokalistę, jak i pianistę otacza stosowna aura przez co nie są oni sztucznie „wyszparowani” i wklejeni/umieszczeni w kompozycyjnej przestrzeni, lecz w pełni się z nią integrują wzajemnie uzupełniając.
Z kolei nieco bardziej „komercyjne” wydawnictwa w stylu EP-ki Anneke van Giersbergen „La Mort” unauszniły, że Ascentom nawet przez myśl nie przychodzi grymaszenie, więc grają z równym zaangażowaniem wykwintna klasykę i niezobowiązującego pop-rocka starając się dawać słuchaczom jak najwięcej frajdy. I choć nie da się ukryć, że bez większych zahamowań informują np. o kompresji, czy też zastosowanych w trakcie procesu realizacji uproszczeniach, to ograniczają się do roli czysto informacyjnej – bez ambicji do piętnowania takowych działań, więc bez większych obaw można z ich udziałem do woli eksplorować dalekie od audiofilskich referencji zakamarki posiadanej plikoteki. Z kolei na koniec nie mogłem odmówić sobie nieco łomotu, więc na playliście wylądował „Engines of Demolition” Black Label Society, gdzie trącający struny wrażliwości blues miesza się ciężkimi metalowymi riffami i zadziornym hard-rockiem. Jest ciężko, gęsto i brudno a przez to do bólu prawdziwie. Żeby jednak tę prawdę poczuć całym sobą nie da się tego krążka słuchać cicho, czyli przynajmniej w teorii zaczynają się schody, bo patrząc na nikczemną posturę Ascentów trudno oczekiwać iście koncertowej ściany dźwięku. Tymczasem tytułowe podłogówki bezpardonowo pokazują, iż ich trójdrożność nie jest li tylko na pokaz, bądź dziełem przypadku, lecz po to, gdy reprodukowany materiał tego wymaga dać ognia i może nie wbrew prawom fizyki, co docierając do ich granic, wycisnąć ze swych trzewi wszystko co najlepsze. Mówiąc wprost Ascenty są w stanie rozpętać prawdziwe piekło a jednocześnie zachować pełną kontrolę nad rozgrywająca się na scenie apokalipsą i choć najniższe składowe nie mają takiej niszczycielskiej potęgi i energii, jak redakcyjne Gaudery, to wystarczy popatrzeć na dzielące je różnice gabarytowe, o finansowych nawet nie wspominając, i przestać zawracać sobie głowę takimi irracjonalnymi porównaniami. Grunt, że YG potrafią zarówno wściekle ukąsić ognistą górą, jak i solidnie kopnąć basem stawiając na jego zwrotność, zróżnicowanie i definicję bez siłowego „pompowania” czy też prób zapuszczania się w rejony dla nich niedostępne. Jak jednak wiadomo, czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal, więc najpierw trzeba by dysponować konkurencja zdecydowanie skuteczniej eksplorująca infradźwiękowe zakamarki, by jakiegokolwiek niedosytu z Ascentami doświadczyć. Pytanie tylko ile za owe kilka Hz więcej, znaczy się mniej, na dole przyjdzie chętnym dopłacić. Pytanie, na które postaramy się odpowiedzieć, bowiem nieco uprzedzając fakty zdradzę, iż za czas jakiś pojawić się u nas ma oczko wyżej usytuowany w firmowym rankingu model Summit …
Jak mam nadzieję z powyższego tekstu jasno wynika najmniejsze trójdrożne podłogówki YG Acoustics z serii Peaks łączą w sobie większość cech znanych ze starszego, w pełni aluminiowego rodzeństwa z nieco mniej industrialnym designem i iście monitorową holografią. Jeśli do powyższej listy dodamy nad wyraz kompaktowe gabaryty, zdolność grania zarówno na w pełni cywilizowanych poziomach głośności właściwych późnowieczornym, nieuprzykrzającym życia pozostałym domownikom odsłuchom, jak i generowania iście koncertowych dawek decybeli oraz brak jakichkolwiek uprzedzeń repertuarowych, to śmiało można uznać Ascenty za godną uwagi propozycję dla najbardziej wymagających audiofilów i melomanów.
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: RCM
Producent: YG Acoustics
Cena: 26 900 €
Dane techniczne
Konstrukcja: 3-drożne, podłogowe
Zastosowane przetworniki:
– wysokotonowy: 26 mm (1”) jedwabny tweeter YG z układem ForgeCore™
– średniotonowy: 18.5 cm (7.25”) YG aluminiowy
– niskotonowy: 22 cm (8.75”) YG aluminiowy
Skuteczność: 90 dB
Impedancja: 4Ω nominalna (2.5Ω minimum)
Pasmo przenoszenia: 26 Hz – 40 kHz
Wymiary (W × S × G): 101.5 × 27 × 45 cm
Waga: 54 kg / szt.
Wykończenie: Heban (Ebony), Palisander (Rosewood), Dąb (Oak)