1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. ZenSati Seraphim full set

ZenSati Seraphim full set

Link do zapowiedzi: ZenSati Seraphim Full set

Opinia 1

Wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują na to, że z dość spontanicznej i czysto losowej eksploracji portfolio sprawcy dzisiejszego zamieszania przeszliśmy na wyższy poziom wtajemniczenia i zaczęliśmy … zbierać #kwadraty. Zakładam, iż użytkownikom Stravy raczej nie musze tłumaczyć o co chodzi, jednak jednostkom za przeproszeniem „niespedalonym” (od razu spieszę z wyjaśnieniem, iż mam na myśli osoby niejeżdżące rowerami) należy się małe wprowadzenie. Otóż chodzi o to, że mapa świata została podzielona na małe (ok.1,5 x 1,5 km) kwadraty w które wystarczy wdepnąć, wpłynąć (np. kajakiem), wjechać (rowerem, na nartach), by takowy „zaliczyć”. Kwadraty oczywiście się sumuje a cała zabawa nabiera rumieńców, gdy z małych kwadracików zaczynamy „budować” jak największe. I tak też wygląda nasza przygoda z duńskimi przewodami ZenSati, które zaczęliśmy testować „detalicznie” – po sztuce/dwie a od pewnego czasu na redakcyjny tapet bierzemy kompletne sety. Jak z pewnością nasi wierni czytelnicy pamiętają wystartowaliśmy z wysokiego C – od topowych #X-ów, by potem przeskoczyć na przeciwległy skraj katalogu i zweryfikować możliwości otwierających go Razzmatazzów a ostatnio nacieszyć tak oczy, jak i uszy Angelami. Z kolei tym razem, poniekąd korzystając z nadarzającej się okazji, czyli 3-kowej prezentacji i uprzejmości dystrybutora, oraz samego wytwórcy, na testy trafił do nas komplet ZenSati Seraphim w skład którego weszły przewód USB, trzy interkonekty analogowe XLR, pojedynczy RCA, przewody głośnikowe wraz ze zworami i siedem (!!) przewodów zasilających – w tym dwa zakończone 20A wtykami IEC C19.

Jeśli chodzi o walory natury estetycznej, to nie da się ukryć, że Seraphimy są złote. Bardzo, bardzo złote, nawet bardziej od flagowych #X-ów. Dlatego też od razu lojalnie uprzedzam, że jeśli ktoś niespecjalnie czuje potrzebę epatowania posiadanym w systemie okablowaniem a co za tym idzie mniej, bądź bardziej ukradkowych spojrzeń i nie mniej kłopotliwych pytań z nim związanych, to umaszczenie tytułowych przewodów może odebrać jako nazbyt ostentacyjne. Czego by jednak nie mówić wrażenie jakie robi kompletny zestaw duńskich kabli śmiało można uznać za piorunujące. Oprócz złotych zewnętrznych oplotów również i korpusy wtyków utrzymano w wiadomym, nieskromnym kolorze a i przewodzące elementy „wsadów” konfekcji są złocone. Od strony użytkowej ZenSati nie sprawiają praktycznie żadnych problemów – pomimo wyczuwalnej sprężystości dają się wdzięcznie układać i jedyne do czego mógłbym się przyczepić, to brak oznaczenia kierunkowości i kanałów / „+” i „-”. Od razu jednak zaznaczę, iż dla większości „cywilnych” odbiorców nie powinno to stanowić większego problemu, gdyż w ich przypadku zazwyczaj raz wpięte przewody będą egzystować w systemie latami. Czyli zadziała zasada wpiąć i zapomnieć. Nieco inaczej sytuacja wygląda u nas, gdzie częstotliwość zmian, roszad i żonglowania okablowaniem i innymi akcesoriami charakteryzuje się zdecydowanie bardziej dynamiczną fluktuacją i po prostu docenia się drobiazgi ułatwiające życie podczas nurkowania i jogo-podobnych wygibasów w ciasnych przestrzeniach zaszafkowych. Nie da się jednak ukryć, iż Mark Johansen w swej informacyjnej lakoniczności jest od lat konsekwentny, więc poniekąd decydując się na sygnowane przez Niego „druty” powinniśmy wiedzieć czego się spodziewać.
Z resztą owa lakoniczność dotyczy nie tylko widocznych gołym okiem oznaczeń (wyjątkiem są dyskretne banderolki z numerami seryjnymi), lecz również i kwestii anatomicznych. Mówiąc wprost jedyne, o czym wspomina producent to wykorzystanie przewodników ze złoconej miedzi a zarówno geometria, ich średnice, czy rozkład i rodzaj ekranów i izolatorów pozostaje jego słodką tajemnicą. Podobnie jest z parametrami elektrycznymi, więc jeśli jednak ktoś zamiast słuchać woli sobie mierzyć, to raczej zdany jest na siebie.

Skoro na testy otrzymaliśmy pełen zestaw okablowania, to właśnie od obserwacji dotyczących „gry zespołowej” zacznę wynurzenia o wpływie tytułowej złotej zgrai na mój system. Zgodnie z solennymi zapewnieniami skandynawskiego wytwórcy „ZenSati Seraphim zapewnia niesamowitą dynamikę i wspaniałą przejrzystość, połączoną z niemal uzależniającą głębią i klarownością basów”, więc na dobrą sprawę, przynajmniej jeśli każdą marketingową deklarację byśmy brali jako najprawdziwszą prawdę, to na tym moglibyśmy poprzestać i skończyć temat. Jak jednak życie i nasze osobiste doświadczenia dowodzą nie zawsze takowe deklaracje znajdują pokrycie w praktyce a co za tym idzie niejednokrotnie potrafiliśmy wyrażać swe nieco odmienne zdanie. A jak będzie tym razem? Cóż, wygląda na to, że Mark niespecjalnie czuje potrzebę zaklinania rzeczywistości i po prostu, cytując klasyka „mówi jak jest”. Jak się bowiem okazuje zarówno dół, jak i średnica transmitowane przez „duńskie złotka” niosą ze sobą niezwykle imponującą energię i żywiołowość. Wystarczy bowiem raptem kilka taktów odświeżonego przez Lamb of God i Dave’a Mustaine’a „Wake Up Dead”, by na własnych trzewiach poczuć, że nikt tu nie zamierza w tańcu się …, mniejsza z tym co. Dostajemy potężną dawkę świetnie prowadzonych szarpnięć basu, uderzeń perkusji i niezwykle udany duet wokalny Randy’ego Blythe’a z Mustainem podane z takim powerem, że oryginalne nagranie z krążka „Peace Sells… but Who’s Buying?” wypada przy nim boleśnie anemicznie. Całe szczęście reszta albumu, zapewne z racji braku możliwości bezpośredniego porównania z radosną „owczą” twórczością, już doskonale się broni i wciąga skuteczniej aniżeli chodzenie po bagnach. Niemniej jednak obie wersje pokazują, że Seraphimy jeńców nie biorą a im cięższy, gęstszy, bardziej brutalny materiał im zaserwujemy, tym z większą satysfakcją będą nim nas smagały. Gitarowe riffy łączą ognistą zajadłość z wypalającym zmysły blaskiem ciekłej surówki płynącej wartkim strumieniem z hutniczego pieca a perkusyjne galopady trafiają słuchaczy niczym serie z zamontowanego na Black Hawku obrotowego GAU-19. Zero spowolnienia, asekuracyjnych podchodów i ciągnącego się ogona. Natychmiastowość jest porażająca, bezdyskusyjna i o ile tylko okablowany Seraphimami system posiada ku temu predyspozycje to przesiadce na inne druty zazwyczaj będzie towarzyszyło bolesne poluzowanie i rozmiękczenie dźwięku z wyraźnym spadkiem motoryki i timingu. Co jednak najważniejsze owa konkretyzacja i witalność duńskich drutów wcale nie idzie w parze z osuszeniem i zbytnią żylastością prezentacji, gdyż zarówno pod względem konsystencji, jak i saturacji wypełniającej precyzyjnie kreślone kontury brył nie sposób mieć jakiekolwiek krytycznych uwag. Ba, śmiem wręcz twierdzić, że ZenSati nawet nieco podkreślają soczystość barw i dopalają aspekt emocjonalny, wiec to nie jest „zgniły kompromis” a zdecydowanie bardziej korzystna sytuacja z gatunku „win-win”.
Doskonale to słychać na nieco jazgotliwym i intensywnie eksplorującym górną część pasma albumie „Paper Doll” Samanthy Fish, która lubi tu i ówdzie zadziornie zaskrzeczeć. A z ZenSati jest energetycznie, wręcz wybuchowo a jednocześnie zaskakująco eufonicznie i żeby nie powiedzieć, nie iść na metaforyczną łatwiznę, „złoto na górze”. Nie chodzi jednak o asekuracyjne zgaszenie, bądź wycofanie najwyższych składowych a właśnie ich ozłocenie, przez co zachowując pełen pakiet obecnych w ww. podzakresie informacji sam sposób prezentacji staje się bardziej atrakcyjny, mniej zajadle ofensywny i na dłuższą metę mniej męczący.
A jak „anielskie złotka” wypadają nie tylko solo, co również na tle swojego rodzeństwa? Cóż, nie wypada mi nic innego napisać, jak tylko stwierdzić, że świetnie się bronią i niejako w gratisie dają całkiem satysfakcjonującą namiastkę, przedsmak tego, co czeka nas na „duńskim Olimpie”. Ba, zdaję sobie sprawę, że to, co teraz napisze może wyglądać na mało poprawne politycznie zagranie, ale właśnie w porównaniu z #X-ami Seraphimy mają szansę szybciej i skuteczniej złapać potencjalnych nabywców za ucho. Grają bowiem może mniej wyrafinowanie i finezyjnie, ale właśnie w tym upatruję jest ich największy atut. Mogą bowiem nieco poluzować krawat, rozpiąć guzik przy kołnierzyku i huknąć, kopnąć a czasem i siarczyście zakląć, czego flagowcom przecież nie wypada. Ponadto np. zasilające sieciówki oferują bardziej zwarty przekaz od Cheruba, głośnikowce, zwory i interkonekty mogą pochwalić się wyższej próby organicznością i wysyceniem od Angeli a co do łączówki USB, to nader boleśnie przekonałem się, że deklasuje mojego dyżurnego Zorro pod każdym względem, gdyż zachowując żywiołowość swojego niżej urodzonego pociotka wszystko gra lepiej, z jeszcze większą żywiołowością, swobodą i rozdzielczością dorzucając wspomniane wypełnienie i soczystość przekazu. Nie ukrywam, że spodziewałem się takiego obrotu sprawy, gdyż już Angel grał lepiej, jednak tutaj różnica jest jeszcze większa i jak już zdążyłem wspomnieć … bolesna. A czy warta dopłaty drobnych … 38 kPLN, cóż akurat odpowiedź na to pytanie każdy zainteresowany powinien przemyśleć i „przepracować” sam – we własnym systemie. Na pocieszenie powiem, że jeszcze bardziej „boli” sparring z sILENzIO, więc jeśli ktoś lubi takie samoumartwianie, to gorąco polecam.

No to najwyższa pora na podsumowanie, które tym razem pozwoliłem sobie ubrać w postać serii pytań kontrolnych. Czy zatem ZenSati Seraphim możemy uznać za wybitnie high-endowe okablowanie? Bezdyskusyjnie tak. Czy przynależą do ekstremalnego High-Endu na którym mogą poprzestać nawet najbardziej wytrawni smakosze? Oczywiście. A czy można jeszcze lepiej? Cóż, pomijając ofertę konkurencji, którą w tym momencie dyplomatycznie/litościwie (niepotrzebne skreślić) przemilczę już samo portfolio ZenSati pokazuje, że jak najbardziej. Werdykt brzmi zatem 3 x TAK i wyłącznie od Państwa zależeć będzie jego interpretacja.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Jestem święcie przekonany, że gdybym wziąwszy pod uwagę punkt zapalny dzisiejszego spotkania prosto z mostu napisał frazę – „no to kolejny raz jedziemy z tym koksem”, znakomita większość z Was bez jakiegokolwiek zająknięcia wiedziałby o co chodzi. Niestety owa znakomita większość nie oznacza pełnego składu czytelników, dlatego pokrótce nakreślę co mam na myśli. Mowa o kolejnym testowym spotkaniu z kompletnym zestawem dla całego systemu od zasilania, przez sygnał analogowy oraz cyfrowy, po głośnikowy. Wiadomym jest, że czym innym jest wpływ na system pojedynczej konstrukcji, a czym innym pełny garnitur, dlatego obecnie coraz częściej bierzemy na tapet full set. Spod jakiego znaku towarowego tym razem? Myślę, że już kolor tytułowych konstrukcji jasno sugeruje dostarczoną przez warszawskiego dystrybutora Audiotite ofertę pochodzącej z Danii marki ZenSati. Jednak nie byle jaką, bowiem aby nadać wydarzeniu odpowiedniej rangi i przy okazji pokazać, co dzieje się w temacie dźwięku na tak zwanych „szczytach kablowej władzy” zajmującą wysoką pozycję w cenniku serię Seraphim. Co z tego wynikło, oczywiście postaram się w miarę strawnie wyłożyć w dalszej części tekstu.

W temacie budowy i dogłębnych technikaliów nie mam zbyt wiele do powiedzenia, gdyż marka obawiając się nielegalnego zawłaszczenia swojego know how zapobiegawczo zdradza niewiele. Czy to dobrze, czy źle nie mnie rozstrzygać, dlatego powiem co wiem. A wiem, że materiałem na przewodnik jest wysokiej jakości miedź, którą w celach uzyskania niezakłóconego przepływu sygnału oferującego naturalny dźwięk systemu pokryto warstwą czystego złota. Jaki jest skład procentowy każdego kruszcu, jaki jest splot oraz średnica przewodników pozostaje tajemnicą. Wiem natomiast, że marka w celach idealnego sonicznie konfekcjonowania okablowania według niej skutecznie eliminując szkodliwe zniekształcenia stosuje firmową procedurę szczelnego zaciskania końcówek. W jaki sposób też niestety nie zdradza. Tajemnicą za to nie jest finalne pakowanie każdego produktu w opatrzone certyfikatem oryginalności, estetyczne czarne pudełko.

Jak zareagował mój system na ubranie go w złote kable z Danii? Nieco mnie zaskoczył, gdyż podczas solowych występów każdy ruch oceniałem inaczej, aniżeli pełnego zestawu. Gdy po zakończeniu procesu przepinania całość się ustabilizowała, w pierwszej kolejności odczułem większy udział energii w projekcji dźwięku. Ale nie jako przysłowiową „bułę”, tylko wzmocnienie soczystości dobrze kontrolowanego impulsu. Żadnego szkodliwego uśredniania, a jedynie ciekawe przesunięcie poziomu wagi, a przez to nasycenia przekazu w kierunku większego jej udziału w wizualizowaniu wydarzeń scenicznych. Pojedyncze kable aż takiej fajnej sytuacji mi nie oferowały, co tylko udowadnia, że oprócz starć z przysłowiowymi singlami, warto użyć kompletu. Ale to nie koniec ciekawych obserwacji, gdyż wzmocnienie nasycenia, przy jednoczesnym utrzymaniu transparentności przekazu dało efekt minimalnego przybliżenia sceny w moim kierunku. Tylko znowu, nie jako sztuczne siadanie mi na kolanach pięknych artystek z jednoczesną utratą rozpiętości budowania realiów w tył, a przesunięcie nadal oferującej bardzo dobrą głębokość sceny o pół kroku w przód. W efekcie bardzo interesująco wypadała tak lubiana przeze mnie muzyka jazzowa stawiająca na artyzm operowania pojedynczymi, rozrzuconymi w eterze jako długowieczne byty dźwiękami. Na koniec słowo o najwyższych rejestrach. Te, aby nie odrywać się szkodliwie od rzeczywistości były dźwięczne, lotne i pełne informacji, ale w estetyce ciepła. Przyjemnego w odbiorze, jednakże w żadnym wypadku nielimitującego ich otwarcia i fajnego napowietrzania dalekiej od rozjaśnienia średnicy. Nie wiem, w którym momencie przepinania moich drutów na dostarczone do testu nastąpiła wspomniana zmiana, ale rad jestem, że jak nigdy wcześniej, tym razem śledziłem początek aplikacji tak licznie goszczących w moich progach bohaterów, który pokazał, w jakim kierunku krok po kroku ewaluowało brzmienie systemu po pełnozakresowym zabezpieczeniu jego potrzeb w kable ZenSati. Co na to muzyka?
Zacznę od najbardziej lubianej i wspominanej przed momentem muzyki spod znaku jazzu z portfolio Torda Gustavsena Trio „The Other Side”. To spokojny, pełen improwizacji materiał, który dzięki przywołanej estetyce minimalnego przybliżania niektórych scenicznych bytów zabrzmiał jakby bardziej intymnie. A dlatego, że w okablowaniu tylko znany sposób delikatnie zawieszał bliżej mnie przyjemne dla ucha wybrzmiewanie czasem pojedynczych nut, a czasem ich dłuższych pasaży. Ale nie w sensie burzącego spójność podania muzyki odrywania ich od rzeczywistości danej sesji nagraniowej. Chodziło raczej mające nienachalnie, acz skutecznie zwrócić moją uwagę umiejętnie podkreślenie fajnie podkręcających poziom emocji podczas słuchania tej muzyki muzycznych zabiegów artystów. I muszę przyznać, że mimo nieco innego podania tej twórczości przez mój set okablowania kolokwialnie mówiąc bez problemu to kupiłem. Czy tylko dlatego? Bynajmniej, gdyż reszta aspektów brzmienia systemu mimo innej wagi w sensie świetnego nic a nic nie ucierpiała. Ot muzyka mogła pochwalić się większą esencjonalnością, która za sprawą pełnej kontroli dolnego zakresu i utrzymaniu świetnego drive’u prezentacji ani razu nie przerodziła się w nieprzyjemne przegrzanie materiału.
Do sprawdzenia sytuacji z drugiej strony muzycznej barykady posłużyłem się muzyką filmową „Helikopter w Ogniu” Hansa Zimmera. To typowa przeplatanka mocnych i melodyjnych fraz. Jednak na tle większości produkcji filmowych mamy do czynienia z bardzo wysoko zawieszającym poprzeczkę sonicznym miszmaszem. Piję do serwowania nam na przemian raz spokojnych, często zaczerpniętych z bliskiego wschodu muzycznych partii na bazie lokalnych pieśni, zaś innym razem mających podkreślić tragizm sytuacji w ścieżce filmowej sejsmicznych pomruków. Nie powiem, bardzo lubię tę płytę, ale gdy system nie potrafi różnicować tak dramatycznie odległych od siebie muzycznych zapisów, całość pomysłu kompozytora wciągnięcia nas w wir wydarzeń będącą podprogowym działaniem muzyką pali się na przysłowiowej panewce. Jak było w tym przypadku? Podobnie do jazzu. Z tą tylko różnicą, że gdy tam większa, nawet kontrolowana, ale jednak podnosząca poziom esencjonalności waga dźwięku po prostu nie przeszkadzała, tak tutaj wręcz była wodą na młyn tej pozycji płytowej. Dostałem atak, energię i romantyzm, ale tylko wówczas, gdy wymagała tego materiał. Bez jakiegokolwiek krzyku, za to z pełną ekspresją wdrażania w życie zaprezentowania przez system umiejętności kontrolowanego masowania moich trzewi dźwiękami z Hadesu. To była rzadko spotykana podczas testów przygoda.

Gdzie widziałbym tytułowy zestaw okablowania? Mam nadzieję, że odpowiedź na to pytanie jasno wynika z powyższego opisu. Otóż wszędzie tam, gdzie istnieje potrzeba zapewnienia systemowi soczystego, ale też dobrze określonego w kwestii krawędzi, oferującego odpowiedni atak oraz uderzenie zwartą energią zestawu przewodów. Owszem, nakarmiony duńskimi konstrukcjami zestaw zaoferuje nieco większy poziom wagi muzyki, jednak udanie przekuje go w kontrolowany energetyczny impuls, co suma summarum w żadnej mierze nie zaszkodzi nawet lekko ocieplonym układankom. Zatem jeśli swoimi dotychczasowymi wyborami nie przekroczyliście poziomu dobrego smaku w domenie płynności i soczystości prezentacji, aplikacja pełnego kompletu ZenSati Seraphim z dużą dozą pewności zakończy się poprawiającym namacalność odbioru muzyki, bo głębszym wejściem w jej wir wydarzeń. A jeśli tak, moim zdaniem gra warta jest przysłowiowej świeczki.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Dystrybucja: Audiotite
Producent: ZenSati
Ceny
Seraphim XLR/RCA: 45 900 PLN / 2 x 0,5m; 53 900 PLN / 2 x 1 m; 67 900 PLN / 2 x 1,5 m
Seraphim USB: 36 890 PLN / 0,5m; 44 290 PLN / 1m; 51 690 PLN / 1,5m
Seraphim Speaker: 137 000 PLN / 2 x 2 m; 152 000 PLN / 2 x 2,5 m; 167 000 PLN / 2 x 3 m
Seraphim Jumpers (Zwory): 15 900 PLN / 4 x 0,1m; 16 900 PLN / 4 x 0,2 m; 18 900 PLN / 4 x 0,3 m
Seraphim Power: 55 900 PLN / 1m; 62 900 PLN / 1,5m; 69 900 PLN / 2m

Pobierz jako PDF