1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. Furutech Project V1-S

Furutech Project V1-S

Link do zapowiedzi: Furutech Project V1-S

Opinia 1

Wydawać by się mogło, że półmetek wakacji to niezbyt oczywista pora na dokonywanie jakichkolwiek retrospekcji. Tymczasem o ile jednostki nieskażone audiophilią nervosą skupiają się na tak ważkich czynnościach jak obserwacje długoterminowych prognoz pogody pozwalających na optymalizację destynacji kolejnej wycieczki, bądź dywagacjach dotyczących wyboru ulubionej smażalni w jednym z nadmorskich kurortów, to my nadal nie tyle tkwimy jedną nogą w około-monachijskich wspominkach, co sukcesywnie rozładowujemy kolejkę wypatrzonych tamże nowości, które w tzw. międzyczasie udało nam się na testy pozyskać. A wbrew pozorom nie zawsze ów proces przebiega z prędkością niemieckich ICE, gdyż demonstracyjne egzemplarze są, jak sama ich nazwa wskazuje, … demonstracyjne i chciał, nie chciał zazwyczaj wracają po wystawach do siedzib producentów, bądź jedynie okazjonalnie pojawiają się „stacjonarnie” w ramach ewentualnych „przymiarek”, jak to miało miejsce w przypadku uroczo zielonych YG Acoustics Hailey 3 w katowickim RCM-ie. Niemniej jednak, choć na brak zajęć i tematów do mniej bądź bardziej kwiecistych opisów nie narzekamy i mamy cichą nadzieję, że na naszym portalu nie widać przejawów pełni sezonu ogórkowego, to z radością pragniemy wreszcie wyspowiadać się z bodajże ostatniego „upolowanego” podczas przemierzania bezliku korytarzy MOC-a artefaktu, czyli na chwilę obecną domykających topową serię Furutech-a przewodów głośnikowych Project V1-S.

Jeśli chodzi o aparycję naszego gościa, to śmiało można stwierdzić, że wszystko jest zgodne z firmowym DNA począwszy od dostarczania przewodu w eleganckiej drewnianej skrzyni (unboxing) po samo czarno-miedziane umaszczenie i topową konfekcję samych przewodów. Warto jednak mieć świadomość, iż zachowane w obrębie rodzeństwa podobieństwo wizualne bynajmniej nie oznacza bliźniaczej identyczności anatomicznej, albowiem każdy z przewodów, choć bazuje na podobnych surowcach ma zoptymalizowaną pod względem swego przeznaczenia zindywidualizowaną budowę. I tak też jest z S-kami, których arterie o przekroju 6.1mm² co prawda, zgodnie z rodzimą tradycją, wykonano ze srebrzonych żył miedzianych α(Alpha) OCC i czystej (7N) miedzi α(Alpha) DUCC poddanych unikalnym procesom kriogenizacji i rozmagnesowania, to jednak już sam ich zaplot, przekroje i poszczególne warstwy tłumiąco – ekranujące dobrano pod kątem jego umiejscowienia w systemie i transmitowanych sygnałów. Zacznijmy jednak od tego, co widać gołym okiem, czyli charakterystycznej czarno-miedzianej koszulki zewnętrznej i masywnych antywibracyjnych muf nieco redukujących średnicę przebiegów, które w równie eleganckich splitterach rozdzielane są na przewody „+” i „-” zakończone firmowymi bananami (CF-202-N1(R)) i/lub widłami (CF-201-N1(R)). A jak to wygląda w środku? Patrząc zatem właśnie od samego środka każda z żył składa się z wewnętrznego rdzenia o 109 prawoskrętnie ułożonych przewodnikach Ø0.18 ze srebrzonej miedzi α (Alpha) OCC, wokół których, tym razem lewoskętnie ułożono 38 żył Ø0.18 ze srebrzonej miedzi α (Alpha) OCC, następnie 69 prawoskrętnie i 93 lewoskrętnie przewodników z miedzi α (Alpha) DUCC (Dia Ultra Crystallized Copper) o Ø0.18. Izolację każdej z żył wykonano z Polietylenu do zastosowań audio. I dopiero taka parka trafia do wspólnego, wypełnionego poliestrową przędzą tunelu z papierowej owijki. Kolejne dwie warstwy stanowią ekran – wewnętrzny z folii miedzianej α (Alpha) i zewnętrzny z plecionki miedzianej α (Alpha) OFC. Następnie na całość trafia wzbogaconego nano-ceramicznymi cząsteczkami związku węgla elastycznego PVC i równie wiotkich rurek z takiego samego materiału. Powoli zbliżając się do widocznej gołym okiem czarnej plecionki polipropylenowej nie sposób pominąć kolejnej papierowej owijki i finalnego, trzeciego ekranu z folii miedzianej α (Alpha) odpowiedzialnej za ww. „złote” prześwity.

Zakładam, że abstrahując od zawiłości natury metalurgicznej oraz elegancji aparycji większość czytelników przede wszystkim interesuje jak Furutech Project V1-S gra. Nie ukrywam, iż również nam owa kwestia może nie tyle spędzała sen z powiek, co po prostu mocno intrygowała. Jak się jednak okazało japońskie przewody dotarły do nas w niemalże dziewiczym – pachnącym fabryką stanie a jednocześnie docierające naszych uszu informacje o nadspodziewanie długim okresie ich akomodacji (wygrzewania) skłoniły nas do zaniechania jakichkolwiek gwałtownych działań na rzecz, jak się okazało ze wszech miar zasadnego, uzbrojenia się w cierpliwość. Dlatego też dopiero po paru tygodniach, gdy dynamika obserwowanych zmian wahań nastrojów spadła do zera zabraliśmy się za krytyczne odsłuchy. A te, nie ma co ukrywać, wprawiły nas w doskonałe nastroje, bowiem V1-S w pełni wynagrodziły czas poświęcony zarówno na ich wygrzewanie, jak i oczekiwanie na samo pojawienie. Nie dość bowiem, że świetnie korespondowały z sygnaturą dotychczas przewijającego się przez nasze systemy rodzeństwa, co niejako dopinały kompletność całej serii. Łączyły bowiem w sobie znaną z wcześniejszych spotkań dojrzałość brzmienia z zupełnie oczywistą a zarazem niewymuszoną rozdzielczością a nieskrępowaną dynamikę z brakiem jakiejkolwiek nerwowości, czy też sztucznego pompowania rozmiarów źródeł pozornych, czy też irytującego na dłuższą metę podkręcania tempa. Generalnie wszystko było akuratne – takie, jakim być powinno i na swoim miejscu, jednak im dłużej się ich słuchało, tym częściej łapaliśmy się na tym, że tak po prawdzie słyszymy nie tylko reprodukowaną muzykę, co swoisty zbiór natywnych sygnatur elementów będących przed i za tytułowymi przewodami w naszych systemach. Co ciekawe owo ubogacenie przekazu nie odbywało się na zasadzie „skażania” sygnału źródłowego a jedynie dodania wątku pobocznego, swoistych didaskaliów sygnalizujących, że pełną kontrolę nad eksplorującym najgłębsze zakamarki Hadesu basu na „Sprouted” Ganja White Night zawdzięczmy odpowiednio wydajnemu wzmocnieniu, zaś za zmysłowością wokali Palomy Dineli Chesky na „Memory” stoi takie a nie inne strojenie naszych kolumn. Jakby tego było mało V1-ka ani razu nie dała mi do zrozumienia, że serwowany jej repertuar jest w jakikolwiek sposób nieodpowiedni, bądź wręcz uwłaczający jej szlachetnemu urodzeniu, więc po kilku nieśmiałych próbach przestałem się krępować i jeśli tylko naszła mnie ochota połomotać, to już bez żadnych oporów sięgałem czy to po japoński („Nonnegative” Coldrain) , czy też angielski („The Sky, The Earth & All Between” Architects) metalcore wystawiając swe zmysły na bestialskie smagnięcia gitarowych riffów, wwiercające się w synapsy elektroniczne sprzęgnięcia i iście zwierzęce ryki i wrzaski. I proszę sobie wyobrazić, że nawet z tak kakofoniczną strawą japońskie przewody radziły sobie równie wybornie co z … daleko nie szukając wielką symfoniką („Stokowski: Gran Galà, vol. II” Leopold Stokowski / The Philadelphia Orchestra) oferując pełną precyzję obrazowania i rozdzielczość najdalszych planów nie tylko w bardziej lirycznych fragmentach, lecz również podczas wgniatających w fotel tutti całego aparatu wykonawczego / wyciskania z rockowego instrumentarium ostatnich soków. Kluczowy w owej zdolności był jednak fakt, iż ani razu nie udało mi się przyłapać Furutechów na próbach wybierania drogi na skróty, upraszczania prezentacji, czy też pozorowania swej natywnej rozdzielczości sztucznym wyostrzaniem najwyższych składowych. Ba, chociażby na tle Nanoflux-ów NCF V1-ka mogła wydawać się wręcz nieco przyciemniona i bardziej gęsta, lecz to tylko pozory wynikające z lepszego, dokładniejszego zaczernienia tła oraz głębszej sceny o bardziej płynnej gradacji planów. Mamy zatem z bardziej dojrzałym i wyrafinowanym sposobem narracji, w którym „podmiot” ją prowadzący nikomu niczego udowadniać nie musi.

Czy to zatem koniec naszych przygód z japońskimi flagowcami? Na chwilę obecną wszystko na to wskazuje, jednak absolutnie niczego nie sugerując, a tym bardziej nie uprzedzając faktów, pozwalam sobie zwrócić uwagę na dość zaskakującą lukę na szczycie portfolio Furutecha, gdzie ze świecą szukać adekwatnych klasą analogowemu rodzeństwu cyfrowych modeli. Wracając jednak do meritum i tytułowych głośnikowych Project V1-S wyraźnie trzeba zaznaczyć, że są klasą same dla siebie a jednocześnie wykazując zaskakująca łaskawość dla portfeli potencjalnych nabywców pozwalają wspiąć się okablowanym nimi systemom na wyżyny swoich możliwości.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Pewnie wielu z Was znakomicie się orientuje, ale jeśli ktoś w śledzeniu naszych ocen dokonań tytułowego brandu kolokwialnie mówiąc zaspał, oficjalnie oświadczam, iż sprawy mają się tak. Jeśli będąca tematem obecnej rozprawy japońska marka Furutech nie podejmie rękawicy w dziedzinie sygnału cyfrowego typu USB oraz LAN – jak pewnie pamiętacie cyfrówkę AES/EBU zdążyliśmy już opisać, śmiało można oznajmić, że poniższym testem obecnie flagowej linii Project V1 dobijamy do przysłowiowej mety. Ową metą oczywiście jest powołanie do życia i w tym odcinku przyjrzenie się przez nas ostatniej dostępnej pozycji spod wspomnianego znaku V1, jaką jest okablowanie kolumnowe. Co ciekawe i z pewnością bliskie prawdy, po znakomitym odbiorze przez rynek wcześniejszych konstrukcji – sam użytkuję sygnałowe XLR oraz sieciowy – okablowanie bardzo przezeń oczekiwane. Na szczęście panowie z kraju kwitnącej wiśni nie zasypiali gruszek w popiele i będąca tematem obecnego spotkania na monachijskiej wystawie w maju konstrukcja miała swoją oficjalną premierę. A jeśli tak, natychmiast poprosiliśmy katowicki RCM o testowy egzemplarz, w wyniku czego w tym odcinku z wielką przyjemnością przyjrzymy się flagowemu modelowi kabli głośnikowych Furutech Project V1-S.

Być może fotografie produktowe tego nie oddają, ale na sesji po wpięciu w system widać, że rzeczone kable są słusznej grubości. Na szczęście owa średnica nie wynika ze zwykłego włożenia przewodów sygnałowych do ogrodowego węża, aby nabrały oczekiwanej przez wielu melomanów dostojnej aparycji, tylko nałożenia na siebie wielu warstw przewodnika przedzielonego izolatorami, ekranami oraz przekładkami tłumiącymi szkodliwe drgania, co finalnie skutkuje pokaźną średnicą, jednak pozwala dość łatwo uformować przebieg kabla w docelowym systemie. Co konkretnie składa się na wspomnianą średnicę? Z uwagi na pokaźną mnogość zastosowanych półproduktów wspomnę tylko o najważniejszych kwestiach i do tego bardzo skrótowo. Co w moim odczuciu jest najciekawsze? Chodzi o materiał na przewodniki. Otóż konglomerat niosący ze sobą sygnał to połączenie dwóch rodzajów oczywiście jak w każdym przypadku tego producenta kriogenizowanej miedzi. Mam na myśli wielodrucikowy rdzeń wykonany ze srebrzonej miedzi OCC Alpha, na który nałożono dwie krzyżujące się, także złożone z wielu cieniutkich drucików warstwy z wysokiej czystości miedzi DUCC. Temat bardzo ciekawy, gdyż zazwyczaj producenci decydują się na jeden rodzaj glinu, gdy tymczasem u Furutecha mamy ewidentną, mającą dać konkretne wyniki siniczne kanapkę. Co z tego wyszło, zobaczymy w opisie brzmienia. Wracając jednak do innych kwestii budowy, jeśli chodzi o zabezpieczenie sygnału przed szkodliwym wpływem elektrycznym środowiska w jakim kabel się pojawi, w modelu V1 zastosowano dwukrotną izolację i podwójne ekranowanie, natomiast działania od strony minimalizacji wpływu wibracji na sygnał zrealizowano na bazie podłużnie ułożonych pręcików z nano-ceramiki oraz wypełnienia wolnych stref proszkiem węglowym zgodnie z normami RoHS. Poruszając temat konfekcji opisywanego okablowania, mamy do czynienia z najnowszą, jeszcze niedostępną jako konfekcja do samodzielnego montażu odsłoną widełek i bananów wykonaną w technologii NCF. Wieńcząc akapit dotyczący technikaliów przypomnę jeszcze, iż zgodnie z ideą pakowania produktów tej serii głośnikówka V1-S w drogę do klienta pakowana jest w estetycznie wyściełaną błękitnym materiałem, wykonaną z drewna bambusowego elegancką skrzynkę. Jak widać, nabywając produkt spod znaku Furutecha dostajemy udane połączenie zaawansowanej technologii z wyrafinowanym designem tak samego produktu, jak i kwestii jego ekspozycji podczas rozpakowywania przez klienta.

Jakie soniczne karty odkrył przede mną nasz bohater? Oczywiście jak zwykle obcując z topową serią Japończyków dostałem erupcję wulkanu energii w całym pasmie. Począwszy od samego dołu, przez kipiącą radością średnicę, po delikatnie posłodzone, jednak jedynie zdejmujące z nich pewnego rodzaju nerwowość, ale nadal dźwięczne wysokie tony ewidentnie było słychać, że muzyka nabrała oczekiwanej dostojności. Jednak co nie tylko dla tego modelu, ale całej serii okablowania jest znamienne, największym beneficjentem takiego działania to centrum pasma. Jednakże nie chodzi o typowe podkręcenie masy wypychające ją przed szereg sprawiając efekt robienia kroku wprzód w stosunku do linii kolumn. W tym przypadku dostajemy coś całkowicie innego. Na tyle mało inwazyjnego, za to bardzo znamiennego skutkach, że w pierwszych chwilach po przepięciu się z innych drutów można tego nie zauważyć, a co dopiero znakomicie dochodzi do głosu po powrocie do stanu zero. Mianowicie mowa o serwowaniu przez V1-S i resztę rodziny zastrzyku witalności w średnicy. Jakby czarującego rozwibrowania podnoszącego efekt życiowej radości brylujących w tym pasmie instrumentów. Gdy się je wypnie i w ich miejsce wstawi nawet najlepsze konstrukcje konkurencji, tej radosnej iskry zawsze będzie brakować. I nie pomoże doświetlanie tego zakresu, które zazwyczaj kończy się podniesieniem jego tonalności i odchudzeniem tudzież nasycaniem czasem sprawiającym wielką frajdę, ale jednak ich brzmieniową ociężałość. Flagowa linia Furutecha akurat w tym aspekcie ma to coś, co sprawia, że po wyeliminowaniu jej z toru audio muzyka nie tętni już tak ekspresyjnym życiem. Soczystym i krągłym, jednakże dzięki pewnego rodzaju prawdopodobnie wprowadzanej przez główny rdzeń przewodników z posrebrzanej miedzi świeżości, tryskającym pełnym krągłości brzmieniem oraz znakomitym drive-m. I piszę to bez jakiegokolwiek naciągania faktów, gdyż właśnie z tych powodów kilka konstrukcji z tej serii po testach u mnie zostało. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że opisany przed momentem zastrzyk energii nie burzy swobody brzmienia już przed próbą wpięcia Furutech-a w tor mocno osadzonego w nasyceniu systemu. Takim operuję na co dzień i mimo wprowadzenia do jego prezentacji wyartykułowanych powyżej aspektów w domenie podkręcania emocji w centrum pasma, nie zanotowałem żadnych złych efektów ubocznych. Owszem, dolny zakres minimalnie pogrubił rysującą go kreskę, a wysokie tony nabrały ogłady, jednak w pierwszym przypadku dzięki pełnej kontroli systemu nad kolumnami nie było mowy o utracie zwarcia w sobie i tym sposobem uśrednienia ich projekcji w kwestii wielobarwności, a w drugim za sprawą znakomitej rozdzielczości systemu po wyeliminowaniu drzemiących jeszcze w przekazie pozostałości zniekształceń, ten nadal cechowała znakomita paleta teraz podanych z większym efektem koherencji informacji. Reasumując ów stan w kilku żołnierskich słowach ogólnie było soczyściej, ale z efektem większej witalności środka pasma oraz niezaburzoną szybkością podania materiału muzycznego. I to dosłownie każdego materiału bez względu na jego rodowód.
Na pierwszy ogień weźmy choćby ostatni album w pełnym składzie zespołu Black Sabbath „13”. Na tle tego typu twórczości to znakomicie zrealizowana płyta, a mimo to po aplikacji w tor tytułowych kabli głośnikowych pokazała się z jeszcze bardziej angażującej mnie strony. I nie chodzi o zawartość merytoryczną, gdyż ta pochłania mnie nawet podczas słuchania tej płyty na przysłowiowym radyjku kuchennym, ale za ewidentną poprawę jakości prezentacji. Jak wspominałem, już na starcie bardzo dobrej, jednak po ingerencji w przekaz syndromów niesionych przez tytułowy kabel wzbogaconej o poprawiającą odbiór pełniejszej, lecz nadal drapieżnej wokalizy gładkość oraz soczystość skutkującą wzmocnieniem uderzenia popisami sekcji gitarowej i perkusyjnej. W teorii po dodatkowym zastrzyku oczyszczania i zwiększania masy dźwięku powinienem stracić na agresywności odbioru, tymczasem wynik był zgoła inny. Owszem, skutki w postaci większej gładkości i wagi były ewidentnie słyszalne, jednak odbierałem je jako wzmocnienie namacalności wizualizowania muzyki, a nie tonizowanie jej nieprzewidywalności.
Identyczne zmiany, naturalnie w rozumieniu pozytywnym – zanotowałem podczas przeczesywania zasobów z innej beczki muzycznej w postaci wszelkich odmian jazzu. Wszelkich dlatego, że idąc tropem poprzedniego nurtu także bardzo różnorodne sposoby wizualizowania tej nie zawsze spokojniejszej muzy kończyły się identycznym samym feedbackiem, czyli wzmożeniem radości i energii w centrum pasma, przy utrzymaniu stosownego dla danej produkcji, raz szybkiego, zaś innym razem powolnego timingu na dole wraz z odpowiednim doświetleniem zachowującego niezbędną długość wybrzmiewania najdrobniejszych nut górnego zakresu. Czy to free spod znaku Kena Vandermarka „Resonance”, gdzie często rytm nie istnieje, a jak się czasem pojawi, tryska szaleństwem następujących po sobie fraz, czy powolne zabawy instrumentami w produkcji naszego jazzowego teamu braci Oleś wespół z Christopherem Dellem „Komeda Ahaed”, gdzie pojawienie się i trwanie w nieskończoność pojedynczej nuty jest głównym mottem tej płyty, za każdym razem muzyka oprócz pokazywania swoich najlepszych cech, dawała poczucie bliższego obcowania z nią. Oczywiście wszystko za sprawą umiejętnego podgrzania emocji w średnicy, ale bez efektu spowolnienia czy ociężałości. To był festiwal nieco inaczej osadzonych w masie i barwie, ale przez to jakby z większą iskrą życia, całkowicie odmiennych w estetyce grania, ale fajnie wypadających brzmieniowo jazzowych popisów. Dla mnie bomba.

Gdzie widziałbym tytułowe kable głośnikowe Furutech Project V1-S? Jak można się domyślić, wszędzie tam, gdzie oczekujecie lekkiego natchnienia swojego brzmienia szczyptą rozwibrowanej energii. System nie straci na zadziorności, za to dzięki umiejętnemu ożywieniu środka pasma zyska w kwestii zwiększenia namacalności odbioru muzyki. Bardziej dźwięcznej, ale także bardziej soczystej, bez czego czasem nie da się w pełni zatopić w słuchanym materiale muzycznym. W tym temacie nasz bohater kolokwialnie mówiąc pozytywnie zamknie temat. A czy są jakieś przeciwwskazania? Nie jakoś dramatycznie ograniczające potencjalną grupę docelową, ale naturalnie tak. A chodzi oczywiście o osobników przedkładających ostrość oraz nienaturalną szybkość narastania dźwięku nad pełną życia, bo homogeniczną muzykalność. Popularny Furu zwyczajnie na to nie pójdzie, bo został zaprojektowany do pokazania muzyki przez duże „M”’. Jak widać, wybór za lub przeciw omawianym kablom głośnikowym jest banalnie prosty i opiera się jedynie o poprawne zdefiniowane swojego punktu widzenia na muzykę. Niestety ja tego za Was nie zrobię. Jednak bez względu na wszystko jestem zdania, iż każda, nawet ta nieudana próba z Japończykiem w swoich warunkach systemowych będzie dla Was bardzo cenna, dlatego zachęcam do podjęcia wyzwania. A nuż widelec coś między Wami „pyknie”.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,
Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80

Dystrybucja: RCM
Producent: Furutech
Cena: 15 000 € / 2 x 2,5m

Pobierz jako PDF