1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. Wzmacniacze
  8. >
  9. Electrocompaniet AW 800 M

Electrocompaniet AW 800 M

Link do zapowiedzi: Electrocompaniet AW 800 M

Opinia 1

Norweskiego Electrocompanieta zna w Polsce każdy adept zabawy w poszukiwanie jak najlepszego dźwięku. To zawsze jest ostoja muzyki przez duże „M”, a jedyną różnicą pomiędzy poszczególnymi komponentami jest poziom płynności prezentacji. Temat jest na tyle znamienny dla tego podmiotu, że gdy kochamy spędzać przy muzyce wiele godzin, rzeczony ECI jest zazwyczaj pierwszym i zazwyczaj ostatecznym wyborem. I gdy wydawałoby się, że mamy tak zwanego Świętego Grala w procesie obcowania z uwielbianymi wykonawcami, czasem wspomniane dobro w postaci plastyki i płynności w zderzeniu z oczekiwaniami niektórych melomanów lub ich konfiguracji sprzętowej w pewnych aspektach okazuje się być niewystarczającym. Do czego piję? Otóż chodzi o to, że przecież samym miodem i mlekiem w obcowaniu z muzyką meloman żyje. Przecież nierzadko posiadany system jest już piewcą takiego stanu i kolokwialnie mówiąc trzeba poszukać dla niego kopniaka nie tylko skomasowaną, ale także dobrze kontrolowaną energią. To oczywiście tytułowy ECI także potrafi, ale przez wielu jego wieloletnich użytkowników ten temat był zbyt łagodnie traktowany. Na szczęście do czasu. Co mam na myśli? O nie, wstępniak nie jest miejscem do odkrywanie kart i jedyne co mogę w tym akapicie zrobić, to zaprosić zainteresowanych rozwikłaniem zagadki z poprzedniego zdania do lektury kolejnych akapitów, bowiem dzięki wymagającym sporo siły działaniom logistycznym warszawskiego Hi-Fi Clube w naszej redakcji wylądowały monumentalne, jeszcze pachnące nowością monobloki Electrocompaniet AW 800 M.

Jak wyglądają wszelkiego rodzaju konstrukcje spod znaku Electrocompanieta wiemy wszyscy. To zawsze jest czarna, na bocznych ściankach i górnych połaciach wentylowana blokami prostokątnych otworów, wykonana z aluminium obudowa, której awers także zawsze jest ozdobionym złotymi opisami oraz przymocowanym w narożnikach do metalowej części skrzynki złotymi śrubami grubym płatem czernionego szkła. Wszystkie wymienione zabiegi są standardem, od którego jedynym odejściem jest jedynie rozmiar i wyposażenie tak frontu, jak i tylnego panelu przyłączeniowego w zależności od spełnianych przez dany komponent zadań. Naturalnie tytułowe końcówki mocy z racji bycia flagowymi konstrukcjami z najwyższą oddawaną mocą są największe i najcięższe całej rodziny, dlatego mogą pochwalić się 41 cm szerokości, 30 cm wysokości oraz 49 cm głębokości, co wespół z wykorzystanymi wewnątrz ciężkimi transformatorami daje wynik 55 kg każdej z nich. Przyznacie, jest co dźwignąć, czego z dbałości o kręgosłup samemu robić nie polecam. Jak 800-ki prezentują się od strony manualnej, czyli wyposażenia obsługowo-przyłączeniowego? Naturalnie na przednim panelu z racji bycia końcówką mocy, a tak naprawdę za pomocą stosownych przełączników „zbrydżowaną” w monoblok końcówką stereofoniczną oprócz wspomnianych złotych akcentów w postaci śrub i nazwy marki opisanej złotą farbą, w dolnej części znajdziemy okalany również złotą obrączką okrągły włącznik inicjujący pracę urządzenia, a w samym centrum frontu będące kolorystyczną kontrą, mieniące się błękitem logo marki. Jeśli chodzi o tylny panel przyłączeniowy, znajdziemy na nim zestaw wejść pozwalających spełniać dwie funkcje – możliwość zastosowania ich jako końcówki stereo lub monoblok, których uniwersalność użytkową podnosi dodatkowe wypuszczenie z nich sygnału do kolejnego wzmacniacza. To sprawia, że mamy do dyspozycji wejścia i wyjścia sygnału w wersji XLR dla opcji stereo i jeden zestaw dla mono, podwojone zaciski kolumnowe w zależności od wyboru pracy wzmacniacza dla jednego lub dla dwóch kanałów, zacisk uziemienia, gniazdo zasilania IEC i tuż obok niego główny włącznik. Tak monstrualnie zbudowane piece według producenta są w stanie oddać 300W przy obciążeniu 8 Ohm oraz 600W przy 4 Ohmach w trybie stereo lub 800W/8Ohm i 1500W/4Ohm w trybie mono. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie to szaleństwo. Oczywiście sugerowały to wcześniej podawane wymiary i waga, ale co by nie mówić, jak na dotychczasowe działania marki ewidentnie widać, że tytułowymi produktami postanowiła zawalczyć o najbardziej wymagającego klienta. A jak to wyszło, postaram się opisać w kolejnej części testu.

Co ciekawego zaproponowały największe i najmocniejsze w historii marki końcówki mocy AW 800 M? Powiem bez ogródek, na tle dotychczasowych osiągnięć to w dobrym znaczeniu tego słowa czyste szaleństwo. Nadal mamy do czynienia z rasowym Electrocompanientem, jednak jego moc pozwala mu na nieosiągalne wcześniej zabawy z dźwiękiem i to bez względu na napędzane kolumny. Naturalnie ta ostatnia informacja jest pokłosiem zderzenia ich z moimi wielkimi Niemkami, które były prowadzone na smyczy bez względu na poziom głośności. Ogólnie przekaz nadal cechowała magia lekko posłodzonego brzmienia muzyki, ale po pierwsze nie było często wytkanego przez przeciwników tej marki „lukru”, a po drugie bas schodził nie tylko do czeluści Hadesu, ale był w pełni kontrolowany i dobrze definiowany w domenie impulsu. Co prawda końcówki jego krawędzi nie były jakoś przesadnie cięte skalpelem, tylko delikatnie zaokrąglone, ale nie było mowy o utracie zawartych w tym pasmie informacji. Takie postawienie sprawy pokazało, że Norwegowie znaleźli sposób, aby nie utracić od lat rozpoznawalnej cechy swoich produktów, jaką jest wzmagająca namacalność rozgrywanych na wirtualnej scenie wydarzeń esencjonalność i plastyka dźwięku, ale jednak zaproponować dotychczas niezdecydowanym na ożenek z tym brandem osobnikom kochającym muzykę wulkan kontrolowanej i jeśli włożymy do źródła odpowiedni materiał muzyczny przestawiającej ściany pokoju energii. Moim zdaniem cale przedsięwzięcie wyszło im znakomicie.
A weryfikowałem to nie byle jakim materiałem, bowiem do sprawdzenia pełnej kontroli oddawanej mocy posłużyłem się dobrze znaną mi i często prezentowaną znajomym podczas wizyt ścieżką dźwiękową filmu „Blade Runner 2049” . Użyłem jej z premedytacją, gdyż uderzenia mocnym i soczystym impulsem oraz modulowane, nisko-schodzące przebiegi masowych pomruków niejeden pyszniący się wielką mocą wzmacniacz w najlepszym wypadku przywołały do pionu, jeśli kolokwialnie mówiąc nie rozłożyły na łopatki. Norweskie piecyki zaś, nie dość, że utrzymały wszystko w odpowiednim timingu, to jeszcze, gdy w materiale pojawiały się sejsmiczne modulacje basu, czuć było ich inicjację i pełną kontrolę skomasowanej, a nie rozlazłej w czasie energii. Nic, tylko przesłuchać cały album od dechy do dechy, co naturalnie z przyjemnością uczyniłem napawając się co prawda nieco płynniej zaprezentowanym niż mam na co dzień, ale tak jak sam film pełnym ekspresji wydarzeniem artystycznym.
Oczywiście zdając sobie sprawę, że wielu z nas lubi muzykę z innej strony barykady, czyli raczej stonowaną czy to jazzową, czy barokową, nie omieszkałem posłuchać również takiej. W tej roli wystąpiła najnowsza produkcja naszego trio Marcina Wasilewskiego z Joe Lovano „Homage” oraz nie raz wykorzystywana przeze mnie interpretacja twórczości Claudio Monteverdiego „A Trace Of Grace” Michela Godarda. Z uwagi na fakt wręcz idealnego wpisania się brzmienia testowanego wzmocnienia w oczekiwania tego rodzaju muzyki nie będę ich rozbijał na osobne epizody. A to dlatego, że operowanie barwą, do tego stosownie do potrzeb ocieplanie przekazu oraz dzięki dobrej mikro-dynamice czarujące rozwibrowanie dźwięku pozwalały każdej płycie wznieść się na wyżyny prezentacji. Jazz brylował w oddaniu energii i kontroli pracy fortepianu oraz kontrabasu w niskich zakresach swojego brzmienia, co świetnie dopinał czarujący posmakiem drewna saksofon zagranicznego artysty, a muzyka barokowa epatowała bajeczną kolorystyką nietypowego instrumentarium – pierwszym z brzegu przykładem niech będzie choćby obsługiwany przez frontmena serpent – wspieranego w docieraniu do najgłębszych zakamarków duszy przez bardzo naturalnie prezentowane, bo będące wynikiem pełnej kontroli kolumn przez wzmocnienie i brak rozmycia szkodliwego ostrości przekazu, a przez to czytelnie prezentowane wszechobecne echo. W obydwu przypadkach Norweski pomysł na zbudowanie mocnych wzmacniaczy dobitnie pokazywał, że podjęte przez markę działania konstrukcyjno-produkcyjne były po stokroć słuszne.

To chyba jasne, jak zakończę ten test. Nie mogę bowiem nie zachęcić wszystkich zainteresowanych zmianą warty w sekcji wzmocnienia do porób z tytułowymi Skandynawami. Tak jak wspominałem, szkoła Electrocompanieta jest jakże pożądanym przez wielu melomanów wilkiem w owczej skórze. To oznacza, że nie tracąc najważniejszych cech kojarzonych z tym podmiotem w postaci zjawiskowej muzykalności dostajemy moc pozwalająca wysterować każde kolumny z niezbędnym dla danej muzyki pazurem i pakietem kontrolowanej energii. Do niedawna taka sytuacja jawiła się jedynie jako pobożne życzenia, tymczasem dzięki monoblokom AW 800 M okazało się, że jest dostępna od ręki. Nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki niemożliwe stało się możliwe. I to w jakim wydaniu.

Jacek Pazio

Opinia 2

Skoro o fakcie, że apatyt rośnie w miarę jedzenia raczej nie trzeba komukolwiek przypominać, to jedynie z czysto kronikarskiego obowiązku wspomnę, iż przygodę z „norweskimi spawarkami” rozpoczęliśmy dość skromnie, bowiem od niepozornych monobloków AW180. Jednak zauroczeni zarówno ponadprzeciętną urodą, jak i walorami sonicznymi kruczoczarnych maluchów postanowiliśmy kuć żelazo póki gorące, w rezultacie czego po kilku miesiącach mogliśmy delektować się brzmieniem ich zdecydowanie poważniejszego rodzeństwa, czyli legendarnych AW 600 NEMO. Minęło jednak kilka lat, podczas których ekipa z Tau (nieopodal biegnie Ryfylketunnelen) nie próżnowała, a tym samym postanowiła dokonać dość poważnych przetasowań ma szczycie swego portfolio wspomniane 600-ki zastępując jeszcze potężniejszymi końcówkami mocy. Tym oto sposobem, zarówno dzięki ww. roszadom, jak i uprzejmości ekipy stołecznego Hi-Fi Clubu udało się nam pozyskać na testy parkę majestatycznych Electrocompanietów AW 800 M, na których test serdecznie zapraszamy.

Jak już sesja unboxingowa zdążyła unaocznić, nieco odmiennie aniżeli dotychczas, tym razem zamiast mniej bądź bardziej rozbudowanego zestawu otrzymaliśmy same końcówki mocy. I od razu spieszę z wyjaśnieniami, iż bynajmniej nie odczuwaliśmy z tego powodu nawet śladowego niedosytu, gdyż jak widać posturę 800-ki mają nader absorbującą, więc i aspekt natury logistycznej związany z ich dołożeniem do naszej redakcyjnej układanki dość boleśnie przypomniał nam, że nie mamy po 20-30 (40-ci z resztą też) lat. Mówiąc wprost AW 800 M są duże, ciężkie i … czarne, przy czym czerń aluminiowych korpusów i potężnych radiatorów jest satynowa a przykrytych akrylowymi płatami frontów jedwabiście połyskliwa. To z resztą znak rozpoznawczy Norwegów, podobnie jak złote napisy z nazwą marki i centralnie umieszczony błękitny, podświetlony logotyp, który co prawda można wyłączyć, choć jeśli mnie pamięć nie myli nie znam nikogo, kto by się do takowego zubożenia designu przyznał. Tuż przy dolnej krawędzi, w niewielkiej mosiężnej tubce przycupnął włącznik, który również w trakcie pracy łapie za oko błękitem a w spoczynku (standby) czerwienią iluminacji. O pokrytych gęstym użebrowaniem radiatorów bokach wspominałem, więc od razu przejdę na plecy naszych gości, na których, jak na przypisaną urządzeniom rolę, dzieje się zaskakująco dużo. Albowiem z racji możliwości wykorzystywania 800-ek zarówno w trybie mono, jak i stereofonicznym wyposażono, je w osobne wejścia, oraz … wyjścia. W dodatku owe we/wyjścia są wyłącznie w postaci XLR-ów, więc jeśli kogoś naszłaby trudna do zrozumienia chęć spięcia 800-ek ze źródłem/preampem po RCA, to z pomocą przychodzą stosowne przejściówki (ECP5XLR). Jak jednak wspomniałem, nie jest to zbyt sensowne rozwiązanie, bowiem tytułowe monosy są konstrukcjami w pełni zbalansowanymi. Wystarczy bowiem choćby pobieżny rzut oka do trzewi, by zorientować się, iż tak po prawdzie każdy monoblok składa się z pary praktycznie niezależnych końcówek mocy, które de facto łączy ze sobą, oprócz wspólnej obudowy i we/wyjść monofonicznych jedynie … pojedyncze gniazdo zasilania. Zanim jednak zaczniemy bardziej dogłębną wiwisekcję pozwolę sobie jeszcze przez chwilę na zewnątrz pozostać. Chodzi bowiem o to, iż do dyspozycji mamy po parze we/wyjść dla obu kanałów w trybie stereo oraz osobną parę we/wyjść dla mono wraz z zarządzającym całą konfiguracją trzy-pozycyjnym (mono, stereo, bi-amp) hebelkowym przełącznikiem. A właśnie, ów niewielki dynks niejako wyjaśnia powód ww. wyjść sygnałowych, czyli możliwość grania z dwóch 800-ek nie tylko w trybie monobloków, lecz również dwóch pracujących w trybie bi-amp stereofonicznych końcówek. Terminale głośnikowe są podwójne i na tyle czytelnie opisane, że nie powinno być problemu z kabelkologią w żadnej z możliwych konfiguracji. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, by jednostki niepewnie czujące się na tym gruncie posiłkowały się niezwykle szczegółową instrukcją obsługi, gdzie każda z możliwych konfiguracji jest precyzyjnie rozrysowana. A co do anatomii każdy z monobloków może pochwalić się imponującą baterią osiemnastu kondensatorów o łącznej pojemności 210 000 μF zasilanych przez dwa … 800VA magnetycznie i elektrostatycznie ekranowane toroidy. Z kolei w stopniu wyjściowym znajdziemy 32 tranzystorów zdolnych oddać 2 x 300 W przy 8Ω a po przełączeniu w tryb mono 800 W przy takim samym obciążeniu. Jak łatwo się domyślić moc wraz ze spadkiem impedancji wzrasta, by przy 2Ω osiągnąć imponujące 1 000W w trybie stereo i 2 200W w mono. Niezależnie jednak od powyższych osiągów pierwszych 10W oddawanych jest klasie A.

Przechodząc do części poświęconej brzmieniu tytułowego duetu profilaktycznie tylko wspomnę, iż nie znając faktycznego przebiegu dostarczonych egzemplarzy daliśmy im kilka dni na akomodację i rozprostowanie kości i dopiero po takiej rozgrzewce przystąpiliśmy do krytycznych odsłuchów. Ponadto bazując na poczynionych w trakcie ww. działań przygotowawczych obserwacji przyjęliśmy zasadę każdorazowej, przynajmniej 1,5h „rozbiegówki”, bowiem od uruchomienia monosy potrzebowały mniej więcej tyle czasu na pełną stabilizację brzmieniową. Nie oznacza to bynajmniej, że po wybudzeniu ze standby grać nie chciały, bo robiły to bez najmniejszego grymasu, lecz grały aż za bardzo … „electrocompanietowo”. Już wyjaśniam o co chodzi. Otóż wbrew stereotypowej skandynawskiej oszczędności formy, zachowawczości i pewnego braku wylewności (legendarny wręcz social distancing) większość powstającej tamże elektroniki (daleko nie szukając rezydujące u mnie Vitusy, czy też Gryphony Jacka) charakteryzuje niejednokrotnie deklasująca włoską, a więc również stereotypowo romantycznie muzykalną konkurencję autorska mieszanka organicznego wysycenia i zniewalającej naturalności. I takiż też obóz reprezentują AW 800 M, z tą tylko klauzulą, iż od razu po włączeniu w swej gęstości i przymilności są na swój sposób wręcz onieśmielająco wylewne. Mówiąc wprost, niezależnie od tego, czy zdecydujemy się na czarującego Franka Sinatrę („My Way”), czy drącą się wniebogłosy Alissę White-Gluz („Blood Dynasty” Arch Enemy) podczas pierwszych 90 min serwowany przez 800-ki dźwięk będzie się ze wszystkich sił chciał swą kremowością i aksamitnością nas otulić, ukołysać i dopieścić niczym wata cukrowa rodzinę Muminków. Zero kanciastości, ostrych kątów i nawet najmniejszych oznak szorstkości. Istny pokój bez klamek w równie bezpiecznych pastelowych barwach. Całe szczęście wraz z upływem czasu wszystko wraca do normy i oprócz tego, że reprodukowany materiał brzmiał nie dość, że „ładnie” to przede wszystkim prawdziwie. Wszechobecne wcześniej czekoladowa gładkość, zgaszona pastelowość i obłość brył ewoluują w perfekcyjnie precyzyjny obraz zachwycający tak głębią, jak nasyceniem barw niczym widok na Alpy we wczesne letnie popołudnie. Mamy bowiem pełne spektrum soczystości idealnie zespolone z wieloplanową gradacją rozgrywających się na bezkresnej scenie wydarzeń, lecz zarazem rozdzielczość jest naturalna a nie sztucznie podbita, przez co główne skrzypce gra koherencja całości a dopiero od zaangażowania słuchacza zależeć będzie jak głęboko w strukturę nagrania wniknie i jak blisko radośnie brzęczących pszczółek oraz szczebioczącego ptactwa podejdzie. Kluczową kwestią jest jednak adekwatny do ww. alpejskiej metafory wolumen i skala generowanego dźwięku, które są niejako adekwatne trudnej do ominięcia posturze samej amplifikacji. Electrocompaniety grają bowiem kiedy tylko mogą dźwiękiem dużym i obszernym, z fascynującym rozmachem i trudną do zlekceważenia potęgą jakże pożądaną we wszelkich odmianach ciężkiego rocka, czy wielkiej symfonice, dzięki czemu zarówno kipiący energią „Seeing Red” STATE OF MINE, jak i iście epicki „Beethoven: Symphonies Nos. 5 & 7” w wykonaniu Wiener Philharmoniker pod batutą Carlosa Kleibera po prostu nie tylko wgniatają w fotel, co kruszą mury. Niby nic nie stoi na przeszkodzie, by słuchać ich na czysto niezobowiązujących poziomach głośności, jednak brak jakichkolwiek ograniczeń tak mocowych, jak i wydajnościowych przy fenomenalnie zaczernionym tle i braku jakichkolwiek słyszalnych szumów czy zniekształceń sprawia, że do typowo koncertowych poziomów głośności przyzwyczajają się nie tylko domownicy, ale i … sąsiedzi.
Myliłby się jednak ten, co po przeczytaniu powyższych peanów na temat spektakularności i rozmachu oferowanych przez tytułowy duet wyszedłby z założenia, że i mniejsze formy norweskie piece będą traktowały z podobną, iście hollywoodzką pompą. Nic z tych rzeczy. Wystarczy bowiem sięgnąć po niezwykle eteryczny album „1000 Years” Allmana Browna, czy uroczą EP-kę „California Airport Love” formacji Amason, by na własne uszy przekonać się, że AW 800 M nie mają najmniejszych problemów ze stworzeniem kameralnego spektaklu w stylu przedstawienia/koncertu dla jednego widza z blisko podanym pierwszym planem, jasno zdefiniowanym rozmiarem sceny i precyzyjnie zlokalizowanymi źródłami pozornymi o zgodnej z realiami rozmiarówce. Jakby tego było mało do głosu dochodzi jeszcze natywne, zaszyte w DNA norweskich pieców uzależniające wysycenie średnicy i delikatne obniżenie jaskrawości przekazu przez co wszystko zaczyna brzmieć bardziej zmysłowo i znów posługując się słowem-kluczem „analogowo”. Co ciekawe, choć całkiem logiczny i zrozumiały byłby związany powyższym zredukowaniem doświetlenia spadek rozdzielczości, to ta, dziwnym zrządzeniem losu i ze znanych chyba tylko konstruktorom 800-ek przyczyn uparcie pozostaje na stricte high-endowym pułapie dając pełen wgląd w nagranie i dostęp do najdrobniejszych pyłków audiofilskiego planktonu unoszącego się pomiędzy wykonawcami. O zdolności oddania właściwej aury pogłosowej na naszym dyżurnym „Monteverdi – A Trace of Grace” Michela Godarda nawet nie wspominam, bo to oczywista oczywistość, aczkolwiek nie będę ściemniał, tylko uczciwie się przyznam, iż pomimo ogrania ww. albumu nie odmówiłem sobie przyjemności kilkukrotnego jego przesłuchania w towarzystwie tytułowego duetu. I to nie dlatego, by usilnie starać się na jakimś, nawet najmniejszym potknięciu, go przyłapać, lecz właśnie dla czysto hedonistycznej przyjemności. Bo Electrocompaniety były w stanie nie tylko dotrzeć, lecz i pokazać pełne spektrum drzemiącego w tych starych zapisach ponadczasowego nutowych piękna.

W ramach podsumowania napiszę tylko tyle, że jeśli tylko miałbym miejsce na wstawienie pary Electrocompanietów AW 800 M do swojego pokoju odsłuchowego, to pewnie stanąłbym na głowie i je po niniejszym teście zostawił. Dlatego też, jeśli szukacie Państwo końcówek mocy zdolnych rozruszać przysłowiowy stół bilardowy a jednocześnie dalekich od epatowania swoją praktycznie nieograniczoną mocą, dla których muzykalność i piękno w muzyce zaklęte są priorytetem, to gorąco zachęcam do zaproszenia tytułowych „norweskich bestii” do siebie na najlepiej długi weekend i przekonanie się, co oznacza audiofilski bilet w jedną stronę.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,
Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Kuzma XL DC
– wkładka My Sonic Lab Eminent EX
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80

Dystrybucja: Hi-Fi Club
Producent: Electrocompaniet
Cena: 99 900 PLN / szt.

Dane techniczne
Moc wyjściowa
– stereo: 2 x 300 W / 8Ω; 2 x 600 W / 4Ω; 2 x 1000 W / 2Ω
– mono: 800 W / 8Ω; 1500 W / 4Ω; 2200 W / 2Ω
Impedancja wejściowa: 330 kΩ
Pasmo przenoszenia: 0.5 – 220 kHz (z załączonym filtrem wejściowym); 0.5 – 1.1 MHz (bez filtra na wejściu)
Wzmocnienie: 35 dB (mono, XLR), 29 dB (stereo, XLR)
Szum wejściowy (20-20kHz): < 2 μV
Odstęp sygnał szum (przy pełnej mocy, 20-20 kHz): 122 dB
Zniekształcenia THD+N: 0.0006 %
Zniekształcenia intermodulacyjne: 0.001 %
Współczynnik tłumienia (przy obciążeniu 8Ω): > 1000
Pobór mocy: < 0.5W (standby)
Wymiary (S x G x H): 406 x 488 x 292 mm
Waga: 55 kg

Pobierz jako PDF