Opinia 1
Choć Kabaret Moralnego Niepokoju przekonuje, że „najgorszy jest wiatr” a z kolei rodzice małoletnich pociech doskonale wiedzę, że najgorsza jest cisza (a dokładnie to, co ona zwiastuje) w pokoju ich „bąbelków”, to większość audiofilsko zorientowanych jednostek żyje ze świadomością, że jednak najgorsze są … kable. W końcu, o ile tylko nie stawiamy na bezprzewodowość, takowe do „grania” są konieczne a jednocześnie jakiekolwiek pytanie o nie na forum publicum kończy się krwawą jatką i kolejną święta wojną, podczas której żadna ze stron jeńców nie bierze. I bynajmniej nie są to starcia miedzianych i srebrnych frakcji, czy też piewców wyższości łączówek RCA nad XLR (bądź na odwrót), lecz tych którzy już swoje w życiu słyszeli i organoleptycznie sprawdzili z tymi, dla których sam „książkowy” fakt przewodzenia jest wystarczający i kończący jakiekolwiek dalsze poszukiwania. Skoro bowiem coś działa to na …(tutaj należy umieścić powszechnie używaną partykułę wzmacniającą) drążyć. Jak jednak wielokrotnie wspominałem sam fakt działania, przynajmniej dla nas, nie jest końcem lecz dopiero początkiem poszukiwań pozwalających przekonać się, że jednak można lepiej. Dlatego też jeśli należycie Państwo do tych, którzy nie tylko czują mniej bądź bardziej regularny niedosyt a jednocześnie macie świadomość możliwości wyciśnięcia z Waszego systemu jeszcze lepszego dźwięku nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zaprosić Was na spotkanie z … przewodem ZenSati Authentica RCA.
Pod względem aparycji już gołym okiem widać, że Authentica reprezentuje wyższy, bardziej poważny stopień wtajemniczenia aniżeli otwierające duńskie portfolio radośnie umaszczone Razzmatazz, czy Zorro. Tu miękkie pokrowce uznają wyższość klasycznych prostopadłościennych, obszytych (eco?)skórą pudełek a odważna kolorystyka ustępuje miejsca dyskretnemu srebru. I właśnie w tej tonacji utrzymane są zarówno korpusy wtyków, jak i srebrzysta plecionka ekranu widoczna pod zewnętrzną, transparentną koszulką ochronną. Samą średnicę tytułowego interkonektu śmiało możemy uznać za w pełni standardową, podobnie z reszta jak i jego wiotkość, więc nie przewiduję żadnych komplikacji podczas jego aplikacji nawet w ciasnych zaszafkowych warunkach.
Jak już zdążyliśmy się przyzwyczaić, bądź poniekąd zrobił to za nas Mark Johansen, informacje o budowie wewnętrznej tytułowej łączówki są nad wyraz lakoniczne. Ot, zdawkowa wzmianka, iż w roli firmowo skręconych przewodników wykorzystano srebrzoną miedź a całość „bardzo dobrze zaizolowano”, przynajmniej zdaniem jej (wy)twórcy zamyka temat. I trudno się takiemu podejściu dziwić, gdyż na dobrą sprawę większość odbiorców interesuje jeden, acz kluczowy i zarazem krytyczny parametr. Jaki? Oczywiście … długość. W końcu nawet dziecko wie, że lepiej mieć przewód pół metra za długi aniżeli 2cm za krótki. Niby niektórzy z pewną nieśmiałością dodaliby do powyższej listy również cenę, lecz jak wiadomo „dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach”, więc przynajmniej na tę chwilę pozwolę sobie ją pominąć. Dlatego też spokojnie możemy przejść do sedna, czyli brzmienia a dokładnie wpływu duńskich łączówek na nie.
I tu robi się niezwykle ciekawie, bowiem pozycjonowana pomiędzy żywiołowymi Zorro a fenomenalnie wysyconymi Angelami Authentica przynajmniej moim skromnym i na wskroś subiektywnym zdaniem bynajmniej nie stanowi ich logicznego łącznika / stanu pośredniego, lecz pewien krok w bok i alternatywny punkt widzenia. Stawia bowiem na możliwie daleko posuniętą neutralność, lekkie może nie tyle przygaszenie, co przyciemnienie dźwięku i na tle ww. zdecydowanie bardziej wyrazistego rodzeństwa może wydawać się wręcz nieco wycofana. Jak jednak się okazuje kluczem do jej zrozumienia nie jest bynajmniej „wydawanie się”, lecz zrozumienie skąd owe początkowe odczucia się biorą. Okazuje się bowiem, że Authentica nie tylko nie intensyfikuje zazwyczaj łapiących za ucho składowych muzycznego spektaklu, co dyskretnie usuwając się w cień praktycznie eliminuje swój „słyszalny” udział w procesie reprodukcji. Ponadto wspomniane wycofanie jest jedynie oczywistym następstwem dwóch, jak się okazuje natywnych, cech tytułowych łączówek – budowania pierwszego planu na, bądź nawet za linią kolumn i niezwykle sugestywnej głębi sceny dźwiękowej. W rezultacie słuchacze przyzwyczajeni do bliższego, bardziej namacalnego sposobu prezentacji mogą początkowo poczuć się poproszeni o przesiadkę do dalszych rzędów. Krótko mówiąc nici ze zmysłowego szeptania na ucho „Quelqu’un m’a dit” przez Carlę Bruni, choć proszę się na zapas nie martwić, że nagle zmuszeni zostaniemy o śledzenie jej scenicznych poczynań z jakiegoś odległego balkonu, bądź nie daj Bóg stadionowych trybun. Po prostu materiał z buduarowej intymności przechodzi do trybu zdecydowanie bardziej publicznego „wykonu”, gdzie dystans dzielący artystkę od widowni liczony jest w metrach a nie centymetrach. Jeśli dodamy do tego wzorcową, niemalże (w umownym znaczeniu) studyjną liniowość to chciał, nie chciał pogodzić się trzeba również będzie z pożegnaniem ponadnormatywnej zmysłowości średnicy, która akurat ww. wydawnictwu nad wyraz służy. Robi się zatem „mniej pięknie” lecz za to prawdziwiej. A co do prawdy i to tej nie najpiękniejszej, to wystarczy sięgnąć po „Divided We Fall” Biohazard, by na własne uszy przekonać się, że wspomniana wcześniej zachowawczość i zdystansowanie były jedynie akomodacyjną fazą przejściowa, gdyż Authentica ani myśli limitować czy to wgniatającej w fotel dynamiki, czy też brutalności wygrywanych gitarowo / perkusyjnych połamańców i wyrykiwanych partii wokalnych. Duńskie łączówki świetnie pokazują przy tym właściwą fakturę brudnych, garażowych riffów Nowojorczyków a jednocześnie nie zapominają o „bujającej” rapcore’owej melodyce, która sprawia, że dobiegająca naszych uszu kakofonia okazuje się zaskakująco przyswajalna i w owe uszy wpadająca. W tym momencie należy również skomplementować Authenticę za wysokiej próby rozdzielczość pozwalająca nie tylko wniknąć w strukturę, tkankę nagrań, lecz również doświadczenie pełnego pakietu informacji np. o mięsistości basu Seinfelda, czy uderzeniu stopy Schulera. Ma być bezpardonowo i brutalnie? I tak właśnie jest, więc jeśli coś przy tej młócce „nie pykło” w Waszych systemach, to z pewnością nie była to wina duńskiej łączówki, której akurat z hardcore’ową surowością zdecydowanie jest po drodze. Jeśli więc ktoś obawia się zbytniej gładkości, czy też usilnych prób ucywilizowania reprodukowanych dźwięków, to tym razem może spać spokojnie – Authentica takowych zapędów nie ma.
Może i ZenSati Authentica RCA nie jest najbardziej wyrazistym, czy też wyrafinowanym przewodem w portfolio ekipy z Helsinge, jednak nie taka jest jego rola, bowiem od łapania za ucho dopiero wchodzących w świat duńskiej metalurgii są ww. dwie tańsze linie a gładkość i wyrafinowanie rosną z każdym kolejnym krokiem w górę cennika. Jeśli jednak zależy Wam na możliwie rzetelnej neutralności i nausznej weryfikacji, czy złożony przez Was system rzeczywiście jest tak dobry, by zgodnie z maksymą „Primum non nocere” mu nie szkodzić, to nawet z czystej ciekawości sięgnijcie po tytułową łączówkę i sami się przekonajcie.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; Furutech Nanoflux Power NCF; 2 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + WK Audio TheRed Power
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Choć wydawać by się mogło, że portfolio ZenSati niespecjalnie ma przed nami jakieś tajemnice, to przyglądając mu się z większą uwagą bez większych problemów widać, że przynajmniej, jeśli chodzi o serię Authentica mamy pewne zaległości. Okazuje się bowiem, że zamiast wzorem niżej urodzonych Zorro, bądź mogących pochwalić się wyższym statusem Angeli po przewodzie zasilającym kontynuować eksplorację ww. linii produktowej naszą uwagę skierowaliśmy ku innym dowodom kreatywności Marka Johansena. Jak jednak wiadomo, co się odwlecze…, więc dzięki operatywności lokalnego opiekuna marki – Audiotite w ramach dzisiejszej sesji testowej przyszło nam zmierzyć się z analogową łączówką ZenSati Authentica RCA.
Zgodnie z tradycją o rzeczonym kablu wiemy naprawdę niewiele. Ale myślę, że wbrew pozorom to niewiele, wielu nam powie naprawdę wiele. Co mam na myśli stosując ten pokrętny tok wyrazowy? Otóż prawie każdy z nas otrzymując zaczerpniętą ze strony producenta informację, iż przewodniki w tym kablu wykorzystują posrebrzaną miedź, na bazie swoich doświadczeń jest w stanie wysnuć jakieś wstępne wnioski, że będzie brzmiał tak i tak. I być może tak się zdarzy, jednak zalecam odrobinę cierpliwości, bowiem owe wnioski mogą być jedynie właśnie wstępnymi, gdyż jak to zwykle bywa, diabeł tkwi w szczegółach. A tymi szczegółami są: grubość srebra pokrywającego miedziany rdzeń, ilość i splot drucików w każdej z żył oraz ich indywidualna izolacja. Całości wpływu na końcowe brzmienie dopełnia zaś skrywany przez producenta, kontrolowany od strony jakości przez precyzyjne maszyny o bardzo ścisłej tolerancji montaż przewodów i ich izolatorów. Co dokładnie oznacza w praktyce wspomniany sposób montażu poza działem produkcyjnym nie wie nikt, za to ja już wiem i za moment postaram się Wam to opisać, jak brzmi tytułowy kabel RCA wpięty w dyżurny system.
Czym odwdzięczyła się Authentica po wpięciu w mój tor? Powiem tak. Wszystkie modele tego producenta w mniejszym lub większym stopniu coś od siebie wnoszą. Raz oferują więcej nasycenia, innym razem działają w domenie poprawienia szybkości pojawiania się w eterze następujących po sobie ataków dźwiękiem, a jeszcze innym fundują nam dawkę gładkości. I dobrze, gdyż po to tworzy się szeroką gamę nieco inaczej brzmiących konstrukcji, aby spełnić oczekiwania konkretnego, pragnącego wspiąć się na wyżyny swoich możliwości, jednak oczekującego pewnych korekt zestawu. I gdy wydawałoby się, że nasz bohater zajmie jedno ze wspomnianych stanowisk, stało się zgoła inaczej. Po prostu w pierwszej chwili wydawało się, że nie zrobił … nic. Ale to tylko pozory, gdyż suma summarum lekko skorygował moje usilne działania innymi drutami w lekkim ociepleniu przekazu. Jak skorygował? Otóż zaproponował dobre osadzenie muzyki w dolnym zakresie częstotliwości, co dzięki jego zwarciu w sobie przełożyło się na fajny impuls dostarczanej, co ważne nieco szybciej podanej w domenie czasu energii. Zarzucił zbędne – w rozsądnych ramach – podgrzewanie emocji średnicy. I jako ostateczne wykończenie, aby uniknąć krzykliwości przekazu minimalnie uplastycznił najwyższe rejestry. Jednak nie gasząc ich blasku, tylko eliminując z nich estetykę zbytniej ostrości. Nadal były zwiewne i lotne, ale już bez niebezpiecznej twardości. Gdybym miał określić jego brzmienie, powiedziałbym, ż na tle reszty rodzeństwa gra równo, czyli nie podkręca zbędnie żadnych emocji.
Ową pracę fajnie widać było podczas słuchania trio jazzowych wyjadaczy Keitha Jarretta, Gary Peacocka, Paula Motiana na płycie „The Old Country”. Nasz bohater oczywiście nieco ostudził zawsze podkręcaną przeze mnie emocjonalność średnicy, ale zrobił to w taki sposób, że przekaz konsekwentnie emanował odpowiednią dawka emocji. Naturalnie nie świecił w miejscach, które celowo podkręcałem, jednak muzyka nadal bez najmniejszego problemu wciągała mnie swoimi walorami. Czym? Po pierwsze w pełni kontrolowana energia pozwalała pokazać zjawiskowość pracy kontrabasisty oraz mocne akordy niskich nut generowanych przez fortepian. Po drugie w pierwszym odczuciu spokojniejszy środek mimo bardziej stonowanego podania niż mam na co dzień, po akomodacji z zastaną sytuacją soniczną w sobie tylko znany sposób nie gubił ważnych dla tego pasma informacji – mowa o współpracy placów ze strunami nadmuchanych skrzypiec finalnie wspieranych dobrze usadowionym w masie pudłem rezonansowym. A po trzecie także z pozoru mniej aktywne w domenie iskrzenia wysokie tony, konsekwentnie pokazały nawet najdelikatniejsze muśnięcia talerzy perkusji, które nie nosiły znamion nazbyt szybkiego ich wygaszania. Patrząc na tę prezentację z odpowiedniej perspektywy, było jakby spokojniej, bowiem nie ukrywam, iż lubię gdzieniegdzie ponieść temperaturę brzmienia mojego systemu, a wpięty weń tytułowy przewód z premedytacja udanie ostudził. Udanie, bo przekaz, jaki muzycy mieli mi do zaoferowania, nadal był najważniejszym aspektem prezentacji, choć w nieco innej estetyce podania.
I gdy początkowo wydawało mi się, że przy ciekawym występie jazzowych formacji łączówki ZenSati, gdy w napędzie CD wyląduje coś, co w głównej mierze stawia na wyrazistość, nasz bohater polegnie, okazało się, że także było angażująco. W roli weryfikacji pokazania muzyki pełnej ekspresji wystąpiła formacja Massive Attack z materiałem „Blue Lines”. Naturalnie nie uzyskałem identycznego szaleństwa, jakie zapewnia mój konfigurowany przez lata system, ale operowanie przez Duńczyka solidną dawką energii, która mimo lekkiego uplastycznienia nadal oferowała bogaty pakiet informacji w górnym zakresie. I choć nie cięła już tak powietrza, jak z wypiętym japońskim kablem, ale także nie zdradzała oznak zażycia Pavulonu. Czy brak ostrej jazdy bez trzymanki to problem? Moim zdaniem nie, gdyż muzyka oferowała jedynie nieco inną temperaturę prezentacji. Authentica w założeniu stawia na umiarkowane dozowanie emocji, więc i w takim właśnie zabrzmiał ww. album. Ewidentnie mniej spektakularnie, ale bez dwóch zdań z podobnym wydźwiękiem walorów typu wielobarwności i solidności serwowanej przez muzykę, w pełni kontrolowanej energii oraz rozmachu budowania realiów tego rodzaju twórczości w moim pokoju. A, że nieco bardziej plastycznych, to już efekt realizacji celów, jakie były powodem do powstania tego modelu.
Gdzie widziałbym naszego bohatera? Oczywiście wszędzie tam, gdzie istotne są kwestie w postaci mocnego grania, ale bez zakusów do poszukiwania na pierwszy rzut ucha fajnych w odbiorze, jednak na dłuższą metę męczących fajerwerków. Authentica jak sama nazwa wskazuje, pokazała mój system takim, jak brzmiał przed finalnym dopieszczaniem. Ja akurat stawiałem na lekkie podkręcenie emocji, dlatego zastosowałem inne okablowanie. Ale to ja, a z rozmów ze znajomymi wiem, że wielu z Was stawia raczej na spokój w muzyce. Naturalnie dobrze rozumiany spokój, czyli fajnie osadzony w masie i pełen kontrolowanej energii, co jest główną cechą tytułowej analogowej sygnałówki. Jeśli zatem nie posiadacie syndromu ADHD, z jakim osobiście się utożsamiam, to gdy jesteście na skraju dróg zwanych poszukiwaniem zdystansowanego do nadmiaru emocji okablowania, RCA ZenSati jest bardzo dobrym kandydatem do prób.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Furutech Evolution II Power, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: Audiotite
Producent: ZenSati
Cena: 15 900 PLN/0,5m; 19 900 PLN / 1m; 22 900 PLN / 1,5m