1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. Raidho TD3.10

Raidho TD3.10

Link do zapowiedzi: Raidho TD3.10

Opinia 1

Nie wiem, jak widzicie to Wy, ale w moim mniemaniu tytułowa marka Raidho swą rozpoznawalność w głównej mierze opiera na trzech filarach. Pierwszym jest dla wielu bardzo istotne pochodzenie z kolebki światowego mainstreamu produkującego kolumny, czyli ikony tego typu konstrukcji – Danii. Drugi to będące feedbackiem powołania jej do życia, czyli z założenia brylowanie ze swoją ofertą li tylko w segmencie High End-u. Zaś trzecim opieranie produktów – choć nie zawsze, czego dowodem jest dzisiejsza epistoła testowa – o dużą liczbę, za to stosunkowo niewielkich przetworników, co daje rozpoznawalny od pierwszego kontaktu sznyt brzmieniowy. Naturalnie są to jedynie moje, dlatego nikogo nie wiążące przemyślenia, ale gdy w rozmowie w jakimś szerszym gronie padnie nazwa dzisiaj opiniowanej marki, w pierwszym odruchu na myśl przychodzą mi 3 wspomniane cechy. Jednak jak zdążyłem napomknąć, ostatni znak rozpoznawczy nie jest wiążący dla całej populacji kolumn spod tego znaku towarowego, gdyż tym razem przyjrzymy się nieco innym do typowych zespołom głośnikowym, które do przetwarzania niskich rejestrów wykorzystują na tle swojego rodzeństwa spore rozmiarowo przetworniki. A będą nimi dostarczone przez Warszawskiego dystrybutora Hifi System, sporej wielkości w domenie wysokości oraz na tle typowych produktów, aby można było zastosować duże membrany, o szerokich frontach Raidho TD3.10.

Dzisiejszy model kolumn marki Raidho to dość wysokie, osiągające lekko ponad 150 cm, głębokie na 70 cm i jak wspominałem szerokie na prawie 50 cm, przez to na tle rodziny bardzo okazałe konstrukcje. Aby to jakoś zgubić i przy okazji powalczyć ze szkodliwymi rezonansami wewnętrznymi ich bryłę udanie wizualnie uformowano. Chodzi mianowicie o zbieganie się płynną linią bocznych ścianek od strony szerokiego awersu w kierunku znacznie węższych pleców, zastosowanie lekkiego zagłębienia połaci frontu pomiędzy górnym głośnikiem basowym a dolnym średniotonowym i lekkie pochylenie górnej części obudowy w kierunku frontu. Takie wybory sprawiają, że skrzynka nie ma równoległych do siebie ścianek, a w przekroju poprzecznym wykorzystuje bardzo często stosowany przez inne marki kształt lutni, co znakomicie realizuje zadania antyrezonansowe i walkę z falami stojącymi wewnątrz niej. Jeśli chodzi o uzbrojenie w przetworniki, każdy z nich zamontowano na osobnym module wykonanym z grubego płata aluminium. I tak patrząc od dołu widzimy dwa basowce, a nad nimi ustawione w układzie d’Appolito także dwa średniotonowce i pomiędzy nimi wysokotonowy przetwornik wstęgowy. Jeśli chodzi o wyposażenie tylnego panelu, w celu odpowiedniego strojenia dolnego zakresu konstruktorzy zastosowali 4 porty bass-refleks, zaś w funkcji spięcia kolumn z resztą systemu jako ukłon dla purystów w tym temacie podwoili zestaw zacisków przyłączeniowych. Naturalnie, aby tak wysoka i mimo wszystko dość wąska konstrukcja była stabilna, do podstawy TD3.10 przykręcono poprzeczne, wyposażone w regulowane stopy, zwiększające szerokość punktów jej podparcia aluminiowe poprzeczki. Z ciekawostek technicznych warto jest wspomnieć, iż w układzie zwrotnicy zastosowano komponenty Mundorfa, cewki powietrzne i kondensatory polipropylenowe, a całość wewnątrz okablowano Nordostami z serii Norse. Tak pokrótce opisany model Raidho w temacie osiągów technicznych może pochwalić się skutecznością na poziomie 89 dB przy obciążeniu 4 Ohm, pasmem przenoszenia pod 20 Hz do 50 kHz oraz niebagatelną wagą 105 kg sztuka.

Co sądzę o naszych bohaterkach? Pierwsze co chcę powiedzieć, to oznajmić, iż to całkowicie inne granie od rodziny tej marki wykorzystującej małe przetworniki w dużej liczbie. Swobodniejsze, z większym udziałem przyjemnego nasycenia i dobrze rozumianej krągłości średnicy, a także oferujące więcej i do tego znacznie bardziej zróżnicowanej energii – w szczególności odnosi się do dolnego zakresu. Efekt jest taki, że gdy typowa bateria maluchów stawia raczej na szybkość ataku, zwarcie przekazu i przez to proponowanie słuchaczowi bardzo zwartego, niestety czasem nazbyt twardego dźwięku, tytułowe panny zmieniają front działań i dostajemy pakiet luzu, szczyptę zawsze mającego swój udział w przekazie „mięsa”, dzięki czemu muzyka staje się łatwiej przyswajalna (unika efektu zbytniej techniczności podania) i z automatu bardziej namacalna. Nagle zamiast wyścigów w domenie wyrazistości prezentacji, główne role grają rozmach i swoboda budowania realiów scenicznych, większa naturalność barwy, odpowiednia soczystość i wielobarwność przekazu. Dosłownie i w przenośni dostajemy inny świat. Świat, który bez dwóch zdań przemawia do mnie bardziej po ludzku. Owszem, lubię mocny kontur i odpowiednią szybkość narastania sygnału, ale gdy robi się z tego cel nadrzędny, na dłuższą metę mam z tym problem. W tym przypadku konstruktorzy odpuścili ściganie się na parametry i postawili na dobrze rozumianą muzykalność. Co ciekawe, na tyle uniwersalną, że testowo skonfigurowany zestaw znakomicie radził sobie z każdego rodzaju twórczością. Tą stawiającą na intymne spotkanie ze słuchaczem i tą mającą nim potrząsnąć.
Przywołując stonowaną muzykę chciałbym wspomnieć o świetnym występie podczas testu stosunkowo nowej produkcji Benjamina Lacknera z czterema kolegami „Spindrift”. To w większości spokojna muzyka, jednak występujące instrumentarium powoduje, że bez odpowiedniego nasycenia i dobrze rozumianej miękkości dających szansę na wytworzenie odpowiedniej homogeniczności prezentacji zabrzmi nudno, bo zbyt kanciasto i szybko. To zaś sprawi, że nie da szans na pokazanie imponujących wybrzmień każdego instrumentu i nierzadko nie pozwoli na długotrwałe zawieszenie wygenerowanej przezeń pojedynczej nuty, co jest znakiem szczególnym takich projektów. Na szczęście dla tytułowych Dunek takie klimaty są wodą na młyn i dzięki rezygnacji z wielu małych przetworników na rzecz mniejszej ilości dużych ten spokojny jazz zabrzmiał soczyście, ze świetnym zejściem, oddechem i dźwięcznością. A gdy dodam, że mimo sporych gabarytów kolumny potrafiły zniknąć z pokoju i pozostawić mnie z wielką wirtualną sceną, po prostu się w nich zakochałem. Dotychczas produktami tergo brandu byłem jedynie w pewien sposób zauroczony, gdyż oferowały fają wyczynowość prezentacji, tymczasem model TD3.10 pokazał, że szaleńczą pogoń za wyczynowością z niedużym uszczerbkiem dla tego rodzaju prezentacji da się przekuć w nadal pełną werwy, bo jednak kontur w pracy kontrabasu, czy zaznaczenie mocnego akordu przez fortepian są istotnymi elementami ich wizualizacji w eterze, ale już pokazującą w typowym dla danego rodzaju materiału estetykę opartą o odpowiedni konsensus pomiędzy drapieżnością, a płynnością i dźwięcznością. Naprawdę nie sadziłem, że kolumny Raidho to potrafią, a tu taki pozytywny Zonk.
A co z mocnym graniem? W tej roli wystąpiła ścieżka dźwiękowa Hansa Zimmera z filmu „Incepcja”. Jak wiadomo jest to muzyka pełna zaskoczeń. Raz masuje nas melodyjnymi – o różnych poziomach soczystości i energii – motywami tworzącymi napięcie dla danej sceny w filmie, by za moment zaskoczyć feerią mocnych i nieprzewidywalnych kopnięć basem, jego niskimi pomrukami, zmianą tempa oraz natychmiastowym atakiem następujących po sobie motywów. A, że opisywane kolumny miały kolokwialnie mówiąc „czym dmuchnąć”, także ten rodzaj muzyki dosłownie i w przenośni dosłownie połknęły. Pokazały, że nie tylko potrafią wygenerować mikro-trzęsienia ziemi, ale także utrzymać kontrolę tak nisko chadzającego zakresu basu. Oczywiście niebagatelną rolę spełniło także umiejętne dozowanie nasycenia i krągłości dźwięku, co dodatkowo podkreśliło kunszt kompozytora w umiejętnym łączeniu melodyjności i agresji w następujących po sobie frazach dźwiękowych bez jakiegokolwiek uczucia zgrzytu pomiędzy nimi podczas odbioru przez słuchacza. Gdyby tytułowe panny nie umiały odpowiednio różnicować mocnych i delikatnych przebiegów muzycznych, wyszłaby z tego jedna nudna papka, a tak na przemian byłem przyjemnie utulany i zamierzenie zaatakowany stosownymi do klatki filmowej motywami sonicznymi. I co najciekawsze, w bardzo dobrej jakości prezentacji bez względu na poziom głośności, co pokazało umiejętność panowania kolumn nad wygenerowanym przez siebie światem dźwięków. To zaś dobitnie pokazało, że duże przetworniki oferują całkowicie inne podejście do tematu prezentacji muzyki i żadne zaklinanie rzeczywistości, że kilka małych sumarycznie daje taką samą powierzchnię membrany i praktycznie to jest to samo. Nie jest to samo, co w tym teście udowodnił model Raidho TD3.10.

Komu poleciłbym tytułowe, nie ma się co oszukiwać urodziwe od strony wizualnej i świetne od strony brzmieniowej kolumny z Danii? Praktycznie wszystkim. No może bez wielbicieli estetyki stawiającej na szybkość narastania sygnału oraz mocny kontur rysowanych w eterze źródeł pozornych, gdyż one od tego celowo stronią. Do takich fajerwerków są inne modele z tej stajni. Dzisiaj opisywana konstrukcja jest orędownikiem poszukiwania muzyki w muzyce, ale przy zachowaniu świetnego drive’u i swobody prezentacji. Jeśli zatem w swym dążeniu do dotarcia do sedna muzyki czegoś takiego poszukujecie, bez dwóch zadań Raidho TD3.10 powinny znaleźć się na jednym z pierwszych miejsc na liście odsłuchowej. Zapewniam, będzie się działo i to w najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu.

Jacek Pazio

Opinia 2

Prawdę powiedziawszy nie sądziłem, że na samym finiszu 2025 r. przyjdzie nam nawiązywać do ostatniego (i to dosłownie) monachijskiego High Endu, gdzie właśnie miała miejsce premiera naszych dzisiejszych gościń. Nie da się jednak ukryć, że to jednak zdecydowanie bliższe tak lokalizacyjnie, jak i kalendarzowo nasze stołeczne Audio Video Show było swoistym triggerem do tego, by finalnie prezentowane tam potężne, pozornie wręcz o wiele za duże do hotelowej klitki, Raidho TD3.10 (bo to o nich cały czas mowa), zagościły w naszych skromnych progach. Skoro bowiem tam się „dźwiękowo” nie tylko zmieściły, co bardzo skutecznie obroniły nie mogliśmy przepuścić okazji weryfikacji tego fenomenu w znanych sobie warunkach sprzętowo – lokalowych. Tym oto sposobem nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zaprosić Państwa na ciąg dalszy naszych dywagacji nt. dostarczonych z niemałym trudem (wystarczy zerknąć na relację z unboxingu) przez ekipę warszawskiego Hi-Fi Systemu tych ponad 100-kilogramowych piękności.

Jak widać na załączonych zdjęciach Raidho TD3.10 prezentują się na tyle atrakcyjnie, żeby nie powiedzieć obłędnie, że nawet jakby tylko stały i nie grały, to z pewnością znaleźliby się chętni do ustawienia ich w salonie jedynie w celu cieszenia nimi oczu. I powiem szczerze, że doskonale bym ich rozumiał, bowiem duńskie kolumny, szczególnie w dostarczonej na testy wersji pokrytej orzechowym fornirem pod względem designu i jakości wykonania nie biorą jeńców. Lekko wygięte, frezowane na obrabiarkach CNC, zbiegające się ku śladowej ścianie tylnej panele boczne pokryto bowiem ręcznie selekcjonowanym i parowanym fornirem z orzecha włoskiego o niezwykle bogatym rysunku, który poddawany jest aż ośmiu etapom precyzyjnego szlifowania oraz zabezpieczany jest szesnastoma (!) warstwami lakieru o wysokim połysku. Słowem cud, miód i orzeszki.
Nie mniej atrakcyjnie Raidho prezentują się en face, gdyż zestaw customowych drajwerów nie wylądował na „prostej desce”, lecz umieszczono go na modułowym, lekko wygiętym – zapewniającym koherencję czasową aluminiowym panelu. Patrząc od góry mamy sekcję wysoko-średniotonową z wstęgą i parą średniotonowców w układzie D’Appolito, którą od dołu uzupełnia para budzących zaufanie basowców. I tak, jak w przypadku stolarki, również nie sposób obojętnie przejść również obok zastosowanych przez Duńczyków przetworników, gdyż nie są to ogólnodostępne, nawet modyfikowane „półkowce”, lecz w pełni autorskie konstrukcje. I tak, pracujący do 50kHz, zamontowany w aluminiowym falowodzie planarno-wstęgowy wysokotonowiec wyposażono w membranę z folii aluminiowej o grubości 10 µm i zaledwie 18 mg masie ruchomej. Jeszcze bardziej zaawansowaną technologię reprezentuje duet 5,25″ średniotonowców, które mogą pochwalić się membranami w formie sześciowarstwowych (m.in. aluminium, ceramika, tantal, DLC, 10 µm warstwa 1,5-karatowego diamentu) sandwichy za których napęd odpowiadaukład oparty na magnesach neodymowych N52 z pierścieniem stabilizującym strumień magnetyczny i tytanową cewką nawiniętą kwadratowym drutem. Reprodukcję najniższych składowych powierzono parze 10” wooferów, które są rozwinięciem znanych z modelu TD3.8 wersji 8”. Ich membrany również mają budowę kanapkową pokryte diamentową powłoką węglową (DLC) i charakteryzują się większą sztywnością od tytanu przy jednocześnie niższej masie. Tytanowe są za to ich kosze a cewki nawinięto bardzo cienkim drutem litz. Całość okablowano przewodami Nordost Norse a opartą głównie na komponentach Mundorfa wykonano w technice montażu punkt-punkt. Zredukowane do niezbędnego minimum plecy 3.10 prezentują się nie mniej elegancko. Zlokalizowane tuż przy podstawie podwójne terminale głośnikowe śmiało zasługują na miano biżuteryjnych a cztery (!) porty bas-refleks jasno dają do zrozumienia, że duńskie kolumny mają czym i lubią  „łupnąć”. Raidho usadowiono na poprawiających ich stabilność poprzecznych belkach, które z kolei uzbrojono w masywne, regulowane stopy antywibracyjne.
Od strony elektrycznej mamy do czynienia z konstrukcjami trójdrożnymi (częstotliwości podziału wyznaczono przy 240Hz i 2,7kHz) o skuteczności 89dB i 4Ω impedancji, do których prawidłowego wysterowania, przynajmniej wg. wytwórcy wystarczy wzmacniacz dysponujący przynajmniej 50W.

O ile do tej pory zazwyczaj mieliśmy do czynienia z modelami Raidho opartymi na stosunkowo niewielkich przetwornikach basowych a co za tym idzie o niezwykle smukłych i wiotkich kształtach korpusów, to TD3.10 od owej slim-fitowej estetyki wyraźnie odchodzą wykorzystując nie dość, że przynależną do klasycznej rozmiarówki 10” woofery, to z racji ich umieszczenia na swych frontach również przybierając zdecydowanie bardziej masywną i absorbującą gabarytowo formę. I, przynajmniej z mojego, czysto subiektywnego punktu widzenia, bardzo dobrze, bo tym sposobem udało się Duńczykom połączyć przysłowiowy ogień z wodą. Chodzi bowiem o to, iż tym razem otrzymujemy spodziewany pakiet firmowy – szybkość, holografię i rozdzielczość, lecz dodatkowo, niejako … chciałem napisać w bonusie, lecz przy oscylującej wokół 600kPLN cenie wyglądałoby to dość kontrowersyjnie, więc uznajmy, że … wraz z całym dobrodziejstwem inwentarza również świetnie rozciągniętą i zróżnicowaną podstawę basową. Co ciekawe, początkowo można było odnieść wrażenie, że basu z TD3.10 jest wręcz mniej aniżeli z niedawno u nas goszczących filigranowych jubileuszowych X2t 25th Anniversary Edition Emerald Green. To jednak tylko pozory, gdyż nasze dzisiejsze gościnie operują nie dość, że w zdecydowanie szerszej skali, co dramatycznie wyższej ilości, która idzie w parze z jakością a nie jest nią w mniejszym, bądź większym stopniu kompensowana. Mamy zatem do czynienia z onieśmielającą mikrodynamiką na niemalże molekularnym poziomie, gdzie każde, nawet najdelikatniejsze trącenie struny, muśnięcie talerza, bądź nawet zazwyczaj pomijalna mechanika pracy dęciaków nie dość, że są oczywiste, to jeszcze potrafią wokół siebie zbudować konkretną opowieść dowodząc słuszności swego zaistnienia w danym miejscu i czasie. Wystarczy tylko sięgnąć po kontemplacyjny „Officium Novum” Jana Garbarka z The Hilliard Ensemble, czy baśniowy „Kristin Lavransdatter” Arilda Andersena, by nie wiedzieć kiedy dać się wchłonąć przez stworzony przez kolumny mikrokosmos. Każdy, nawet najmniejszy dźwięk, niuans są na wyciągniecie ręki, podane na srebrnej tacy, lecz nie wyrwane z kontekstu a cały czas z nim związane i w nim egzystujące. Odsłuch z Raidho w systemie przypomina nieco możliwość pilotowania wyposażonego w kamery 4/8k drona mając na głowie zestaw VR i podążanie za interesującymi nas w danym momencie dźwiękami i melodiami, wnikanie w strukturę nagrania, przemykanie pomiędzy uczestnikami sesji nagraniowej i chłoniecie muzyki maksymalnie wyczulonymi zmysłami. Zero zawoalowania, „naciągania pończoch na mikrofony”, czy też asekuracyjnego wycofania, gdy potężna dawka informacji niebezpiecznie zbliża się do granic naszej percepcji. Zbytnie utwardzenie, czy wręcz szklistość? Brak. Przesadna analityczność i tendencja do ofensywności? Nie stwierdzono. Po prostu dostajemy to, co na płycie, w pliku się znalazło, dokładnie w takiej jakości w jakiej zostało zrealizowane/zarejestrowane. Mówiąc wprost TD3.10 nie są od korygowania, bądź interpretowania a jedynie reprodukcji w możliwie najbliższej oryginałowi postaci. Przesadzam? Bynajmniej, jedynie staram się ubrać w słowa niezwykłą natychmiastowość i holograficzną rozdzielczość jaką są w stanie zaoferować tytułowe kolumny.
A jak Raidho radzą sobie na przeciwległym krańcu skali dynamiki? Cóż, bazując m.in. na odsłuchach wielkiej symfoniki („Rhapsodies”) oraz techniczno-symfonicznego deathcore’u w wydaniu Lorna Shore („I Feel the Everblack Festering Within Me”) śmiem twierdzić, że jedyny problem jaki ich nabywca może napotkać, to brak zrozumienia dla jego upodobań muzycznych u pozostałych domowników a jeśli wstawi je do mieszkania/apartamentu w budynku wielorodzinnym, to również … sąsiadów. Nie da się bowiem ukryć, iż jeśli tylko odpowiednio niskie częstotliwości, bądź apokaliptyczne spiętrzenie dźwięków w materiale źródłowym się znajdą a amplifikacja podoła je do kolumn z pełnym pakietem informacji co do potęgi i ładunku energetycznego dostarczyć, to … klękajcie narody. Oferowany przez TD3.10 bas jest niezwykle zwarty, momentami wręcz żylasty, lecz zarazem daleki od osuszenia i zbytniej chrupkości, dzięki czemu nie tylko nic się nie snuje i nie dudni, co nie sposób uznać, że niskich częstotliwości jest za mało, czy to z racji reglamentacji ich wolumenu, czy też zejścia. W dodatku w całości reprodukowanego pasma mamy do czynienia z wyśmienitą kontrolą, której oczywistą beneficjentką jest zaraźliwa motoryka, oraz trudnym do przecenienia zróżnicowaniem i gradacją intensywności poszczególnych składowych. Raidho z łatwością pokazują różnice pomiędzy siłą uderzenia w werbel a podwójną stopą, bądź siłą rażenia sekcji smyczków i dęciaków z liczną obsadą waltorni.

Kluczowym jednak pozostaje fakt, iż niezależnie od swej natywnej rozdzielczości i natychmiastowości Raidho TD3.10 cały czas operują niezwykle wyrafinowanym i jedwabiście gładkim dźwiękiem, przez co nie sposób określić je mianem nazbyt analitycznych, czy też zachowawczych pod względem emocjonalnym. Ba, śmiem wręcz twierdzić, że dla większości odbiorców będą one ucieleśnieniem zdroworozsądkowej, wynikającej również z ich koherencji, muzykalności. Dlatego też, jeśli tylko rozglądacie się Państwo za bezkompromisowymi zarówno pod względem wykonania, jak i brzmienia stricte high-endowymi kolumnami, to wpisanie na listę do odsłuchów TD3.10 wydaje się czystą formalnością.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Dystrybucja: Hi-Fi System
Producent: Raidho Acoustics
Cena: 580 000 PLN (Orzech włoski); 516 000 PLN (piano black)

Dane techniczne
Konstrukcja: 3-drożne, podłogowe
Zastosowane przetworniki:
– 1 × ręcznie wykonany tweeter w technologii planarnej (wstęgowy)
– 2 × 5,25″ głośniki średniotonowe z membraną tantalowo-diamentową
– 2 × 10″ głośniki niskotonowe z powłoką diamentową (DLC)
Pasmo przenoszenia: 20 Hz – 50 kHz (±3 dB)
Skuteczność: 89dB (2,83 V / 1 m)
Impedancja nominalna: 4 Ω
Zalecana moc wzmacniacza: 50 – 500 W
Częstotliwości podziału: 240 Hz i 2,7 kHz
Wymiary (S × W × G): 485 × 1520 × 700 mm (wraz z nóżkami)
Waga: 105 kg / szt.

Pobierz jako PDF