Opinia 1
Mówcie co chcecie, ale bez jakiegokolwiek naciągania faktów Raidho jest pełnoprawnym przedstawicielem kolumowego mainstreamu z najwyższej światowej półki. Co prawda na naszym rynku z uwagi na częste zmiany dystrybutora mimo pełnej rozpoznawalności ma nieco pod górkę, jednak gdy idziemy na jakąkolwiek prezentację z jej udziałem, z automatu nastawiamy się na fajne wydarzenie. I nie ma znaczenia, czy ze szczytów, czy początku oferty, gdyż to zawsze jest żywe i dzięki temu ciekawe brzmienie. Po co naskrobałem powyższy wywód? Naturalnie jako zapowiedź testu, bohaterem którego po 11 latach przerwy od ostatniego spotkania na naszych łamach z modelem Raidho S-2.0 będzie coś wyjątkowego. Co konkretnie? Otóż tym razem dzięki staraniom stacjonującego w Warszawie dystrybutora Hifi System bohaterem spotkania będzie nieduży aparycyjnie, za to wielki duchem, rocznicowy zestaw kolumn podłogowych Raidho X2t Anniversary Edition Emerald Green. Jeśli jesteście zainteresowani co przez ten szmat czasu wydarzyło się w kwestii brzmienia u tytułowego producenta? Jeśli tak, to nie pozostało nic innego, jak lektura poniższego testu.
Co czeka nas w momencie wypakowania kolumn z transportowego keys-a? To średniej wysokości, bo osiągające nieco ponad 100 cm wysokości, dość wąskie – front oscyluje wokół 30 cm szerokości, ale przy takich gabarytach stosunkowo głębokie, zbiegające się płynnym łukiem ku tyłowi do rozmiaru ponad 49 cm głębokości skrzynki. Jak widać na fotografiach, są pięknie wykończone i w tym samych duchu, czyli z pietyzmem potraktowane od strony technicznej. A powodem powołania do życia ich w takiej wersji jest ważna dla marki rocznica 25 lat działalności, która poskutkowała wykończeniem boków modyfikowanym i w wersji testowej mieniącej się przyjemną dla oka zielenią naturalnym fornirem w eleganckim połysku – w ofercie jest kilka wersji kolorystycznych, zastosowaniem aluminiowych paneli jako ostoja zorientowanych na awersie wysokiej jakości przetworników oraz wykorzystaniem najlepszych podzespołów do wykonania współpracujących z głośnikami zwrotnic. Jeśli chodzi o zastosowane przetworniki, na front-panelu znajdziemy wstęgę obsługującą wysokie tony i tuż pod nią dwa średnio-niskotonowce. Jednak aby z niedużej pojemnościowo obudowy uzyskać bardzo dobrej jakości i w pełni kontrolowany poziom niskich rejestrów, naturalną koleją rzeczy w dolnej części bocznych ścianek ulokowano świetnie prezentujące się, bo będące wariacją nt. skrzeli, wyloty bas-refleks. Kwestię przyłączenia kolumn do docelowego systemu rozwiązują umieszczone tuż nad podstawą w tylnej części kolumn, zorientowane w pionie pojedyncze zaciski. Wiadomym jest, iż w przypadku tak wąskich konstrukcji istotna jest ich odpowiednia stabilizacja, dlatego do podstaw tych żartobliwie mówiąc słupków dokręcone zostały wyposażone w eleganckie stopy antywibracyjne poprzeczne poprzeczki z aluminium. Tak prezentujące się kolumny według informacji producenta są układami 2.5 drożnymi o impedancji ustalonej na poziomie 4 Ohm. W komplecie startowym jako ewentualne panaceum na nazbyt ochoczą pracę dolnych rejestrów znajdziemy także zestaw gąbkowych zatyczek. Jak wspominałem na samym początku, w drogę do klienta tytułowe jubileuszówki pakowane są w odporne na uszkodzenia, znane z zapleczy wszelkiej maści realiów koncertowych aluminiowe keys-y na kółkach.
Jak zagrały rocznicowe Dunki? Już we wstępniaku wspominałem, że mimo niewielkich rozmiarów są wielkie duchem. I zapewniam, nie było to sztuczne gloryfikowanie modelu z racji ich wyjątkowości spowodowanej ćwierćwieczem działalności firmy, tylko stwierdzenie faktu, z jakim miałem przyjemność się zderzyć podczas sesji testowych. O co chodzi? Powiem bez ogródek, one nie udają dużego dźwięku, one od najniższych poziomów głośności grają dużym dźwiękiem. Jaka to różnica? Dla mnie dramatyczna i rozbija się o serwowanie słuchaczowi poczucia siłowej lub niewymuszonej prezentacji. Owszem, nieduże kolumny w stylu naszych bohaterek nie zagrają z taką swobodą jak przykładowo moje wielkie wieże oblężnicze, ale gdy na co dzień obcuje się z dużymi zestawami, od pierwszego strzału słychać, czy estetyka brzmienia małych jest męcząco nadmuchana, czy duża jak na takie konstrukcje, ale w miarę naturalna. I gdy weźmiemy pod uwagę powyższe kryteria, z przyjemnością stwierdzam, iż tytułowe Raidho grają w dobrym znaczeniu słowa mimo swoich gabarytów dużym, ale nie nachalnym dźwiękiem. Co to oznacza? Pierwszą i najważniejszą informacją jest projekcja zaskakującego, co dużego i w domenie ilości i serwowanej przez to energii, jednak w pełni kontrolowanego basu. To jest energia serwowana od najcichszych poziomów wolumenu dźwięku, co znając sporą grupę znajomych oczekujących solidnego kopnięcia muzyką od początku skali głośności może być ich największą zaletą. Tym bardziej, że w takim duchu pracuje reszta pasma akustycznego, które ciekawie potęguje efekt zjawiskowej żywotności słuchanej muzyki. Z tego powodu bez względu na rodzaj twórczości otrzymujemy zawartą w niej nawet najbardziej skrytą radość. Po prostu życie z opisywanymi Dunkami to bezkresne pławienie się w przekazie emanującym dobrym drivem i otwartością wizualizowania wydarzeń scenicznych. W tym momencie jestem zobligowany dodać, iż to jest także efekt unikania zbytniego kolorowania świata muzyki, a rzekłbym nawet, że pokazywanie go w estetyce nigdy nieprzekraczającej punktu zero na osi neutralności. Czy to problem? Według mnie nie, gdyż mocodawcy marki najzwyczajniej na wiecie stawiają na konkretnego słuchacza, a nie w teorii sztuczną uniwersalnością z różnym skutkiem próbują zadowolić szeroką grupę zazwyczaj pozbawionych konkretnych oczekiwań osobników homo sapiens. Raidho wygląda i gra wyraziście i albo się je kocha albo omija z daleka. Na co możemy liczyć, gdy się w nich zakochamy?
Myślę, że nikogo nie zaskoczy fakt znakomitego występu płyty ze ścieżką dźwiękową Hansa Zimmera z filmu „Helikopter w ogniu” Ridley’a Scott-a. To jest istna, przez to zamierzenie robiąca wielkie wrażenie na słuchaczu seria zaskakujących ataków dźwiękiem. Na przemian maestro Hans przeplata melodyjne, nasączone zadumą frazy bliskowschodnie, uderzenia basowymi pomrukami podkreślającymi tragizm danej filmowej sceny oraz śpiewane przez Lisę Gerrard, łapiące za duszę ballady, co teoretycznie nie pozwala nawet na moment wypaść z transu słuchania tego materiału. Ale aby tak się stało, musi być spełniony warunek oddania tego zamierzenia przez system odsłuchowy. A jak wynika z wypisanych cech skandynawskich konstrukcji, spełnianie takiego założenia jest wręcz wodą na ich młyn, dlatego też na poziomie zaangażowania emocjonalnego z moimi kolumnami wszedłem w tę epicką przygodę bez efektów niedosytu. Owszem, nie było takich zejść dolnego zakresu jak z Gauderami, ale jak na takie maluchy efekt masowania mnie efektami sonicznymi był spektakularny. I piszę to bez naciągania faktów. Jak z taką kontrolą basu to zrobili z tak skromnych paczek, nie mam pojęcia. Ważne, że się działo.
Nieco inaczej, ale nie żeby źle, a jedynie mniej w kwestii oczekiwanej emocjonalności odebrałem muzyką jazzową spod znaku tak zwanego dream-teamu, czyli trio Możdżęr, Danielson, Fresco z płyty „The Time”. Chodzi mianowicie o czasem występowanie uczucia zbyt małej esencjonalności brzmienia fortepianu i kontrabasu. Perkusista był w siódmym niebie, bo system częstotliwości pracy jego atrybutów wręcz hołubił, ale już fortepian Możdżęra oraz nadmuchane skrzypce Danielsona momentami wybrzmiewały zbyt krótko – przekaz stawiał na solidny atak i lekko chłodno – feedback brylowania po lżejszej stronie neutralności, niż osobiście by tego oczekiwał. To oczywiście można było nieco skorygować odpowiednim okablowaniem, jednak chciałem pokazać prawdziwe „ja” zielonych panien. A zrobiłem to dlatego, że wiem, iż mam do czynienia z czytelnikami znającymi meandry konfiguracyjne systemów na najwyższym poziomie jakościowym i takie kluczowe informacje są dla Was niezwykle ważne. Mogłem ulepić finalne brzmienie na swoją modłę, tylko w czym by to komuś pomogło, a tak już na starcie przemyśleń odnośnie zmian w systemie wiecie, że kolumny wymagają odpowiedniego podejścia, aby utrzymać ich radość i żywiołowość, należy jedynie nieco posłodzić. Ale jak powiedziałem nieco, aby nie zatracić tego co dla tego rodzaju muzyki jest ważne, czyli utrzymania dobrej kontroli i odpowiednio ostrego wizualizowania bytów na wirtualnej scenie, co jest pozytywnym znakiem szczególnym tego modelu kolumn.
Co sądzę na temat przybyłych ze Skandynawii kolumn Raidho X2t Anniversary Edition Emerald Green? W moim odczuciu to połączenie kilku ciekawych aspektów. Są stosunkowo nieduże, a potrafią stworzyć pełno-skalowy spektakl muzyczny. Dodatkowo bardzo istotne w tym jest to, że nie męczą słuchacza nachalnością podania materiału. Naturalnie w wartościach bezwzględnych to spory jak na rozmiar kolumn dźwięk, jednak jego zaletą jest znakomita wyrazistość prezentacji już od niskich poziomów głośności w małych pomieszczeniach i po odpowiednim podkręceniu gałki wzmocnienia swoboda wypełnienia muzyką dużych kubatur. Jak można się spodziewać w ich finalnym występie sporo będzie zależeć od reszty systemu, gdyż ich specyfika podania muzyki oscyluje w zakresie neutralności bez oznak podgrzewania atmosfery słuchanej muzyki. Jednakże jedno jest pewne, szkoły BBC rodem z kolumn Harbetha z nich nie uzyskacie. Ale nie z powodów jakichkolwiek braków, tylko realizacji złożeń konstrukcyjnych, które w przypadku sekcji inżynierskiej miały pokazać muzykę z jej żywej i radosnej strony. A jeśli tak, moja estymacja potencjalnych zainteresowanych będzie prosta, bo stawiająca na słuchaczy szukających emocji związanych raczej z żywiołowością, a nie romantycznością kreowania ulubionej muzyki w swoim pokoju. Jak wspominałem, nieco można to naciągnąć na swoje tory, ale trochę. I myślę, że dobrze, bo dzięki temu X2t zawsze będą jakieś, a nie nudnymi ciepłymi kluchami. Tych ostatnich w ogóle trudno szukać w portfolio Raidho, co tytułowe rocznicowe podłogówki nie tylko dobitnie, ale też udanie to potwierdzają.
Jacek Pazio
Opinia 2
Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że o ile z katalogów innych producentów obiekty naszego zainteresowania możemy wybierać niemalże na chybił-trafił, to z Duńczykami tak łatwo nie będzie. Znaczy się może i kiedyś przebijemy symboliczny szklany sufit i koniec końców zagoszczą u nas jakieś strzeliste wieże, jednak na razie nie ma co ostrzyć zębów na będące mokrym snem wielu audiofilów flagowe TD6-ki, tylko trzeba zakasać rękawy i przerobić niżej urodzone modele. I bynajmniej nie chodzi o to, że takie mozolne wspinanie się po drabince rodowej hierarchii nam nie pasuje, gdyż to praktycznie jedyny sposób na dogłębną analizę progresu zachodzącego wraz ze wzrostem rangi danego modelu, tylko właśnie o ów wspomniany szklany sufit, gdyż od testu „budżetowych” S-2.0 upłynęło ponad jedenaście lat, opiekę nad marką sprawuje kolejny (trzeci?) dystrybutor a jeśli pamięć mnie nie zawodzi w tzw. międzyczasie ilekroć w trakcie ustalania planów recenzenckich wypływał temat Raidho, bo to właśnie ów byt jest sprawcą dzisiejszego zamieszania, to za każdym razem na stole lądowała propozycja wzięcia na redakcyjny tapet bądź to podstawkowych monitorów, bądź możliwie niskich rangą podłogówek. I taką też powtórkę z rozrywki zaliczyliśmy podczas rozmów z ekipą stołecznego Hi-Fi Systemu, która zaproponowała będące przedmiotem niniejszej recenzji filigranowe … X2t. Tu jednak pojawił dodatkowy argument przetargowy, gdyż nie dość, że niejako na pozaanteniu zostaliśmy poinformowani, że nie należy zbytnio sugerować się nikczemną posturą Dunek, bo podobno dają radę nawet w 100 m², to dla połechtania naszej recenzenckiej próżności zamiast zwykłych „seryjniaków” możemy liczyć na jedną ze 100 wyprodukowanych, numerowanych i certyfikowanych par … Raidho X2t 25th Anniversary Edition w zjawiskowym wykończeniu Emerald Green. Skoro zatem czytają Państwo te słowa, to znak, że jednak daliśmy się przekonać i wstawiliśmy „zielone żabki” do OPOS-a.
Już podczas unboxingu jasnym stało się, że powiedzenie „małe jest piękne” po raz kolejny znalazło potwierdzenie w naturze, bo czego by o X2t nie powiedzieć, to urody trudno im odmówić. Są uroczo filigranowe, fenomenalnie wykonane a po rozstawieniu w pokoju po prostu w nim znikają, więc już na tym etapie jeśli tylko „Strażniczka domowego ogniska” wierci Wam dziurę w brzuchu o jakieś „małe kolumienki” zamiast zajmujących drogocenną przestrzeń życiową obelisków, to … To dopóki nie zapoznacie się z naszymi czysto subiektywnymi wrażeniami, lepiej zapobiegawczo ustawcie ekran monitora/smartfonu/tabletu tak, by przypadkiem jej czujne i wszystkowidzące oko powyższej galerii nie uchwyciło. A jest na czym oko zawiesić, gdyż X2t poza zjawiskowym „malachitowym umaszczeniem” uzbrojono w parę niewielkich 5,25” srebrzystych mid-wooferów i ulokowaną nad nimi prostokątną, również utrzymaną w srebrnej tonacji wstęgę. Korpusy, które ze względu na swą smukłość dodatkowo „pocieniono” zabiegiem zbiegania się ścianek bocznych ku będących niemalże w całkowitym zaniku pleców, otrzymały dodatkową stabilizację w postaci przykręcanych do ich aluminiowych cokołów poprzecznych belek z estetycznymi antywibracyjnymi (odsprzęganymi za pomocą systemu kulek) stopami. I właśnie z racji owego zaniku rewersu terminale głośnikowe umieszczono pionowo a ujścia kanału bas refleks przyjęły postać estetycznych skrzeli umieszczonych po obu stronach obudów.
Warto zwrócić uwagę, iż przetworniki basowe mogą pochwalić się kanapkowymi membranami, które wykonano w postaci aluminiowo-ceramicznych sandwichy, które dodatkowo pokryto tantalem. Z kolei w tweeterze chroniona metalową siatka pracuje folia o grubości 11 mikronów i masie 20 mg zdolna przetwarzać pasmo do 82 kHz. W porównaniu z „cywilną” wersją X2-ek jubileuszowe wypusty otrzymały przeprojektowane zwrotnice, wewnętrzne okablowanie Nordosta z technologią Norse, lepsze terminale głośnikowe (Furutecha) i trudną do przeoczenia szatę wzorniczą w postaci łapiących za oko wykończonych na wysoki połysk fornirów Walnut Burl, Midnight Blue i widocznego na powyższych zdjęciach Emerald Green.
Od strony elektrycznej mamy do czynienia z układem dwuipółdrożnym z podziałem pasma ustalonym na 130 Hz i 3,4 kHz. Zgodnie z deklaracją producenta X2t mają skuteczność 87dB przy 4 Ω a do ich prawidłowego wysterowania przyda się wzmacniacz dysponujący mocą 50-150 W.
A jak jubileuszowe X2t grają? Przewrotnie powiem, że zaskakująco, bowiem już od pierwszych taktów „Black Market Enlightenment” Antimatter duńskie maluchy oferowały skalę i rozmach dźwięku zupełnie nieadekwatny do ich mikrej postury. Co ciekawe, ponadnormatywny – z perspektywy gabarytów tytułowych kolumienek, wolumen generowanych dźwięków nie opierał się bynajmniej na sztucznym rozdmuchaniu, napompowaniu tak sceny, jak i rezydujących na niej źródeł pozornych, lecz dążeniu do oddania realizmu poszczególnych kompozycji i oparciu całości na potężnym basowym fundamencie. Pobożne życzenia i bujdy na resorach? Cóż, tym razem usłyszeć znaczy uwierzyć, tym bardziej, że wszystko wskazywało na to, jakby nasze gościnie właśnie pod względem obfitości i energetyczności najniższych składowych chciały zrekompensować pewne niedobory w tym temacie, jakie udało nam się zaobserwować w przypadku „budżetowych” S-2.0. Tutaj basu na pewno nie brakowało i proszę mieć na uwadze, że mówimy o odsłuchu w blisko 40-metrowym, swobodnie mieszczącym redakcyjne Berliny OPOS-ie, więc decydując się na ich aplikację w dajmy na to 20-25 metrowym lokum bez znajdujących się na wyposażeniu zatyczek do bas-refleksowych skrzeli raczej się nie obędzie. I w tym momencie pozwolę sobie na małą wskazówkę odnośnie ewentualnych dylematów natury konfiguracyjnej. Otóż rozglądając się za zdolną okiełznać żywiołowość i szczodrość Raidho w domenie basowej a jednocześnie nie chcąc zbyt mocno drenować domowego budżetu sugerowałbym zainteresowanie się konstrukcjami w stylu Brystona 4B³ a jeśli można nieco głębiej sięgnąć do kieszeni, to i 101-ka Vitus Audio powinna się nadać. Chodzi po prostu o to, by amplifikacja sama z siebie również nie miała tendencji do faworyzowania basowych pasaży, bo wtedy rzeczywiście sugerowane przez wytwórcę 100 m² może okazać się właściwym metrażem. Oczywiście z Apexem nie mieliśmy najmniejszych powodów do narzekań, niemniej jednak taki mariaż raczej w większości przypadków wydaje raczej mało prawdopodobny. Suto okraszone elektroniką „Machine Called Life” Let See Thin zabrzmiało z rozmachem, swobodą i niezwykle angażującą holografią z blisko podanym pierwszym planem i hektarami przestrzeni za linią kolumn. Z premedytacją napisałem „linią kolumn” a nie „kolumnami”, gdyż te de facto po włączeniu muzyki ulegają permanentnej i natychmiastowej dematerializacji. Ale to niejako cecha natywna i wrodzona wszystkich Raidho, więc wspominam o tym jedynie z recenzenckiego obowiązku. Owa dematerializacja jest oczywiście pochodną fenomenalnej otwartości i rozdzielczości wysokich tonów, które pomimo braku jakichkolwiek tendencji do łagodzenia, czy wręcz asekuracyjnego zaokrąglania są jedwabiście gładkie i na swój sposób (nie mylić z ociepleniem) słodkie. Sopran Roberty Mameli na „’Round M: Monteverdi Meets Jazz” był mocny, rozwibrowany i choć zbliżał się do granicy komfortu nigdy jej nie przekraczał. Z kolei operująca zdecydowanie bliżej średnicy Paloma Dineli Chesky na „Memory” zabrzmiała niemalże „studyjnie” – namacalnie i z rewelacyjną precyzją, lecz bez jakiegoś specjalnego emocjonalnego „dopalenia” i ponadnormatywnej organiczności, jaką z reguły oferują papierowe drajwery. Tutaj było transparentnie i prawdziwie, bez bonusowej dawki „magii”. W końcu za reprodukcję tego podzakresu odpowiadają w X2t twarde drajwery i decydując się na tytułowe Raidho warto również i ten szczegół mieć na uwadze.
Jak oceniam Raidho X2t 25th Anniversary Edition Emerald Green? Bez chwili zastanowienia pozytywnie, gdyż są one na swój sposób idealnie zestrojone pod kątem wszystkich tych, którzy nie tyle zastanawiają się i poszukują, co wiedzą, czego od dźwięku oczekują. Raidho są bowiem idealną propozycją dla tych, którzy wstawiając nawet do obszernych salonów niewielkie i ekskluzywnie wykończone podłogówki bynajmniej nie chcą rezygnować z „dużego” dźwięku i solidnego, potężnego wręcz basu. Z grupy docelowej nie wykluczam również wyrafinowanych kinomanów, którym w towarzystwie X2t obecność subwoofera może okazać się zupełnie zbędna.
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: Hi-Fi System
Producent: Raidho Acoustics
Cena: 98 900 PLN
Dane techniczne
Konstrukcja: 2,5-drożna; wentylowana; podłogowa
Zastosowane przetworniki:
– wysokotonowy: wstęgowy Raidho
– nisko-średniotonowy: 2 x 5,25″ Raidho Ceramix z powłoką tantalową
Punkt podziału zwrotnicy: 130 Hz i 3,4 kHz
Pasmo przenoszenia: 40 Hz – 50 kHz +/-3 dB
Skuteczność: 87dB 2,83 V/m
Impedancja nominalna: 4 Ω
Rekomendowana moc wzmacniacza: 50-150 W
Wykończenie: Piano Black, White Piano lub dowolny kolor na zamówienie
Wymiary (S x W x G): 300 x 1065 x 490 mm (z cokołem)
Waga: 23 kg