Opinia 1
Kiedy pod ostatnią relacją z Hi-Fi Systemu pojawiły się pytania, czy rzeczywiście spodobały mi się JBL-e Summit Makalu Ebony Veneer HGL zgodnie z prawdą odpowiedziałem twierdząco. Nie zamierzałem bowiem ukrywać, iż ww. podłogówki nie dość, że na żywo prezentowały się jeszcze atrakcyjniej aniżeli na zdjęciach, to brzmieniowo oferowały zaskakująco udane połączenie żywiołowości, dynamiki, rozdzielczości i co wcale nie takie oczywiste … wyrafinowania. Nie da się jednak ukryć, iż nasza styczniowa wizyta była jedynie niewinnym rekonesansem i dość niezobowiązującą formą zapowiedzianego dosłownie chwilę wcześniej niemalże spontanicznego nalotu mającym na celu zorientowanie się nie tylko w dostępnej na miejscu ofercie, co przede wszystkim warunkach w jakich potencjalni nabywcy mogą doświadczyć jakże kluczowego w naszym hobby pierwszego wrażenia, które jak wiadomo można zrobić tylko raz. A skoro czytacie Państwo te słowa, to znak, iż owe odczucia mieliśmy na tyle pozytywne, by poniekąd zafundować sobie, tym razem wiosenną powtórkę z rozrywki. I to dosłownie, bowiem odnajdując resztki litości w naszych skorodowanych sercach i doskonale znając z autopsji ból logistyki audiofilskich katafalków uznaliśmy, iż w przypływie empatii oszczędzimy ekipie ww. przybytku noszenia po wąskich i krętych schodach wspomnianych przed chwilą amerykańskich podłogówek. Krótko mówiąc, mając już jako-takie rozeznanie czego po Hi-Fi Systemowej salce odsłuchowej „na pięterku” można się spodziewać postanowiliśmy już nieco bardziej krytycznie przyjrzeć się i przede wszystkim przysłuchać JBL-om Summit Makalu Ebony Veneer HGL.
Jak mam cichą nadzieję na powyższych zdjęciach widać tytułowe JBL Summit Makalu w jedynym na ten moment w Polsce wykończeniu Ebony Veneer HGL prezentują się wprost obłędnie. Perfekcyjnie położony fornir pokrywa nadająca mu głębi wielowarstwowa powłoka lakiernicza a całości dopełniają złote akcenty. W alternatywnej, „fortepianowej” czerni dodatki są w kolorze platyny. Górę frontów zajmuje charakterystyczny duży falowód o wysokiej rozdzielczości Sonoglass® High-Definition Imaging (HDI™) w którego centrum zaaplikowano opatentowany przez JBL 3-calowy (75 mm) podwójny przetwornik kompresyjny D2830K. Za reprodukcję średnicy i basu odpowiada duet 8″ (200 mm) i 12″ (300 mm) o membranach z trójwarstwowego hybrydowego kompozytu węglowo-celulozowego (HC4), wykonanych według zastrzeżonej receptury z włókna węglowego stanowiącego rdzeń w formie pianki o zamkniętych komórkach i czystej pulpy na przedniej i tylnej powierzchni. Sekcję średnio-niskotonową umieszczono na płacie carbonu, który nader udanie kontrastuje z rustykalnym rysunkiem hebanu więc znajdujące się na wyposażeniu maskownice można śmiało trzymać fabrycznie zapakowane, bądź używać wybitnie okazjonalnie. Na plecach znajdziemy jedynie umieszczone tuż przy podstawie z zdublowane ujścia kanałów bas-refleks oraz podwójne terminale głośnikowe. Kolumny uzbrojono w antywibracyjne nóżki IsoAcoustic®. Niepożądanym wibracjom zapobiega również nieregularny kształt obudów oraz ich dodatkowe wewnętrzne wzmocnienia, oraz wytłumienie.
Od strony elektrycznej mamy do czynienia z konstrukcją trójdrożną z częstotliwościami podziału ustalonymi na 285 i 1100 Hz o 4 Ω impedancji i 88 dB skuteczności. W zwrotnicy MultiCap™ standardowo stosowane pojedyncze większe pojemności zastąpiono większą liczbą mniejszych kondensatorów, dzięki czemu uzyskano niższy ESR (opór elektrostatyczny) i mniejsze straty energii.
Mając już na koncie styczniowy wieczorek zapoznawczy i dysponując dokładnie taką samą jak poprzednio konfiguracją bez zbędnych ceregieli wzięliśmy się za odsłuchy. Na fenomenalnym coverze „Dream On” z albumu „Burn the Ships” Blacktop Mojo uwagę zwracała grająca pierwsze skrzypce przyjemnie dosaturowana i nieco wypchnięta przed szereg średnica, której towarzyszyły słodkie wysokie tony i delikatnie zmiękczony dół pasma sprawiając, że całość brzmiała nad wyraz gładko i kremowo kojąc skołatane po całotygodniowej orce nerwy. Podobne obserwacje poczyniłem przy cięższym i ostrzejszym „For Those That Wish To Exist At Abbey Road” Architects, gdzie zaskakująco, jak na reprezentowany nurt muzyczny, wysokich lotów realizacja nie tylko pozwalała amerykańskim podłogówkom rozwinąć skrzydła pod względem dynamicznym, co również pokazać jak koherentnie i punktowo potrafią zagrać bądź co bądź całkiem pokaźne podłogówki. Kiedy jednak mój wybór padł na bezpardonową młóckę zarejestrowaną na „Bleed the Tuture” Archspire a tytułowe JBL-e z wiadomych chyba tylko sobie powodów nadal starały się zaprezentować iście piekielne, wściekle wyrykiwane frazy suto oblane obłąkańczą kakofonią blastów i riffów w gładki i wręcz słodki sposób zaczęliśmy z Jackiem poważnie się zastanawiać, czy to ich natywna natura, czy też pochodna egzystujących w torze komponentów. Zamiast jednak prowadzić czysto akademickie – teoretyczne dysputy zgłosiliśmy ekipie Hi-Fi Systemu chęć drobnych roszad a tym samym zastąpienie dzielonej amplifikacji Accuphase (C-2300 + 2 x P-4600) stojącą cierpliwie na pierwszym planie integrą Gryphon Audio Diablo 333. Downgrade? Przynajmniej na papierze, gdyż warto mieć na uwadze, iż pracujące w trybie zmostkowanym P-4600 dysponowały przy 4 Ω imponującymi 900W a Diablo miał pod maską „zaledwie” 666 W. Jak się jednak miało okazać oprócz samej „katalogowej” mocy liczy się również dopasowanie natury charakterologicznej a w przypadku Summit Makalu i powyższego repertuaru, który po przesiadce na „duńską spawarkę” pozwoliłem sobie przesłuchać ponownie pojawiło się zdecydowanie więcej życia i zadziorności. Wyraźne utwardzenie najniższych składowych pozwoliło uzyskać lepsze różnicowanie nawet najbardziej karkołomnych tutti bądź spiętrzeń potężnych uderzeń podwójnej stopy podczas metalowych galopad. Co ciekawe średnica straciła nieco z lepkiej soczystości, lecz jednocześnie, z racji lepszej – wyraźniejszej artykulacji zyskała na komunikatywności. Podobnie uszczuplona o złotą posypkę góra zamiast jedynie zalotnie smyrać zmysły potrafiła zadziornie ukłuć i ukąsić ognistym riffem, bądź ekstatycznie smaganymi blachami, co przynajmniej na moje ucho bliższe było jakże hołubionemu przez akolitów marki DNA JBL-i.
Zmiana repertuaru na elegancki i dystyngowany „Charlie Watts Meets The Danish Radio Big Band” Charliego Wattsa, zmysłowy „Memory” Palomy Dineli Chesky i niepokojącą Brodkę („Wszystko czego dziś pragnę”, „Ostatni”) pozwoliła docenić rozdzielczość i swobodę w kreowaniu dalszych planów i głębi sceny tytułowych kolumn, które może nie znikały tak skutecznie jak klasyczne monitory, bądź większość Raidho, jednak nie sposób było im zarzucić jakąś ewidentną manierę „przyklejania” się do nich dźwięków. O nie, nic z tego. Bowiem niezależnie od głośności JBL-e dyskretnie usuwały się w cień ustępując miejsca reprodukowanym muzykom i wokalistom. Nie dało się również nie zauważyć faktu, iż o ile Summit Makalu czuły się jak ryba w wodzie praktycznie na każdym gatunku muzycznym, to równocześnie nie omieszkiwały na bieżąco informować słuchaczy o mizerii, bądź też wybitności serwowanych im realizacji i to bez zbytnich konwenansów, więc jeśli nagle w nagraniu pojawiała się kompresja, to mogliśmy mieć niemalże 100% pewność, że stosowna notatka trafi na nasze biurko a reprodukowany materiał boleśnie straci na namacalności i rozdzielczości. Doskonale to słychać na wszelakiej maści retrospekcyjnych składankach, „debeściakach” i wszelakiej maści „muzycznych bajaderkach”, gdzie pośród naprawdę sensownie nagranych i zagranych kawałków trafiają się zwykłe buble i zapychacze, po które po jednokrotnym przesłuchaniu raczej już nie wrócimy a z Summit Makalu w torze owo „raczej” śmiało możemy zamienić na „nigdy”, choć wieść gminna niesie, żeby akurat definitywności tego zwrotu nigdy nie być pewnym …
Z JBL Summit Makalu sprawa jest jasna jak słońce i prosta jak przysłowiowy drut. Mówiąc wprost, jak sobie i im pościelicie, tak się wyśpicie, czyli przekładając z polskiego na nasze finalny efekt soniczny w głównej mierze zależny będzie od tego co znajdzie się przed JBL-ami w torze. Chcecie karmelowej gładkości i bezwstydnej średnicy? Nie ma problemu – wybierzcie elektronikę Accuphase, dzielone Luxmany lub innych reprezentantów „gabinetowej elegancji”. Chcecie poczuć rockowy pazur i hektary przestrzeni open-plenerowych festiwali zwróćcie uwagę na „spawarki” Gryphona, Bouldera, bądź nawet nieco tańszego Brystona a na brak emocji raczej nie będziecie narzekać. A jeśli nie wiecie jak mieć ciastko i zjeść ciastko, to coś czuję w kościach, że i z mocną lampą (monoblokami na 211-kach?) Summit Makalu mogą bardzo się polubić.
Marcin Olszewski
Opinia 2
Jeśli czytając ten tekst ktoś z Was odniesie wrażenie przeżycia ewidentnego déjà vu, wszystkich przerażonych takim stanem ducha spieszę uspokoić, to nie są potocznie zwane zwidy, tylko konsekwencja fajnego odbioru niezobowiązująco słuchanego jakiś czas temu najnowszego modelu kolumn JBL. Niezobowiązująco dlatego, gdyż ówczesnym celem wyjazdu była chęć fotograficznego przybliżenia Wam prężnie działającego w północno-wschodniej części stolicy salonu z high end-ową elektroniką Hi-Fi System, a nie próba oceny sonicznych możliwości zastanego tego wieczora zestawu. A, że wówczas te zaoceaniczne panny pokazały się z bardzo fajnej strony, wspólnie z rzeczonym salonem postanowiliśmy przyjrzeć się bliżej ich możliwościom. Czemu konkretnie? Naturalnie pochodzącym ze Stanów kolumnom JBL o wdzięcznej nazwie Summit Makalu Ebony Veneer HGL.
Tytułowe Jankeski to co prawda średniej wysokości, jednak o solidnej pojemności 3 drożne konstrukcje. Naturalnie w służbie każdej z „dróg” zastosowano opatentowane, skonstruowane własnym sumptem głośniki. I tak zakres góry obsługuje umieszczony w typowej dla JBL-a, licującej prawie z bocznymi ściankami wielkiej tubie podwójny, 3 calowy głośnik kompresyjny. Średnie i część niskich tonów ogarnia 8 calowy hybrydowy przetwornik z kompozytu celulozowego. Zaś dół także mogący pochwalić się hybrydową membraną z kompozytu celulozowego głośnik w uwielbianym przez wielu audiofreaków rozmiarze 12 cali. Jeśli chodzi o system strojenia dolnego zakresu, Summity wykorzystują podwójny bass-reflex skierowany do tyłu. W temacie wykończenia naszych bohaterek, powiem bez ogródek, wyglądają zajefajnie, bowiem zastane w salonie w swym umaszczeniu wykorzystują piękny kolorystycznie, wykończony w high glosie naturalny fornir dla boków, góry i tylnej części obudowy oraz pięknie prezentujące się włókno węglowe dla połaci wokół głośników zakresu środka i basu. A żeby ich aparycja nabrała dodatkowego wizualnego smaku, projektant dodał nieco mocno zbliżonego do koloru pomarańczy złota jako wykończenie belek nad i pod sekcją średnio-niskotonową oraz krawędzi ringów osłaniających strefę montażu tychże głośników. Jak widać, jest na bogato. A co bardzo ciekawe, odbiór werbalny jest świetny, gdyż ilość designerskich dodatków jest daleka od przekroczenia cienkiej linii dobrego smaku, a powiedziałbym nawet, że w moim odczuciu połączenie piękna mocno usłojonego, połyskującego high gloss- em forniru ze złotem rafia w tak zwany punkt.
Jak zabrzmiały Amerykanki? Pierwszą ważną informacją jest ich znakomita akomodacja z zastosowanym zestawem wzmacniającym. Chodzi mianowicie o to, że nie forsują finalnego brzmienia na swoją modłę, tylko reagują na podłączoną do nich elektronikę, o czym wspomnę za moment. Najpierw jednak dodam, iż mimo zastosowania tuby mocno ukierunkowującej promieniowanie wysokotonówki efekt jej wykorzystania nie był przerysowany w rozumieniu atakowania mnie peronowym megafonem. Ot, przekaz był wyraźny, jednak bez efektu przysłowiowego wkładania głowy do „wiadra”, co jest częstą pochodną stosowania falowodów. W tym przypadku nic takiego nie miało miejsca, a to skutkowało dobrym rozbudowaniem sceny w głąb, wszerz z w górę. I gdy do tego dodamy dobre osadzenie dźwięku w masie oraz umiejętne unikanie zbytniej ofensywności górnego zakresu, mam nadzieję, że nikogo nie zdziwi fakt mojej oceny ich prezentacji jako bardzo uniwersalnej. Tym bardziej, że jak wspomniałem nieco wcześniej, kolumny świetnie reagowały na podłączoną sekcję wzmacniającą, co pokazały dwie odsłony testu.
Pierwszą było początkowe zasilanie JBL-i tak dzielonką Accuphase. Wynikiem takiej konfiguracji było przyjemne, bo płynne, ale konsekwentnie uzbrojone w stosowny pakiet informacji granie. Bez pogoni za źle rozumianą wyczynowością, jednak cały czas z dobrym akcentowaniem ataku, stosownej dla danego nurtu muzycznego wagi odtwarzanej muzyki i jej dźwięczności. Nic, tylko usiąść i godzinami słuchać ulubionego materiału z pełnym zaangażowaniem się w zawartych w niej emocjach. Jednak w tej konfiguracji emocjach bazujących na płynności i unikaniu niepotrzebnej agresji, ale co ważne, nadal z istotną dla oddania intencji muzyków dawką drapieżności. I gdy wydawało nam się, że to wszystko, co potrafią tytułowe kolumny, poprosiliśmy o zmianę konfiguracji i w roli wzmocnienia wystąpiła najnowsza integra Gryphon Diablo 333.
W efekcie tego konfiguracyjnego ruchu wszystko diametralnie się zmieniło. Nagle muzyka przyspieszyła, stała się bardziej transparentna, dzięki czemu przekaz nabrał oddechu, szybciej reagował na zmiany tempa oraz akcentowanie ostrości grania muzyków. W efekcie roszady bardzo przyjemna, nastawiona na romantyczne kontemplowanie muzyki inkarnacja przekazu zmieniała się w prawdziwego sonicznego drapieżcę. Ale drapieżcę w rozumieniu pozytywnym, gdyż w takiej konfiguracji jakby prawdziwiej od występów z Accuphase zabrzmiała twórczość spod znaku rocka i elektroniki. Owszem, w pierwszym starciu także dało się takich produkcji fajnie słuchać, jednak w drugim pokazały swoje prawdziwe ja. Po prostu zaczęły stosownie do potrzeb materiału kopać słuchacza, bezlitośnie przecinać okalający eter i nadal w ramach świetnej prezentacji błyszczeć, czego wcześniej nieco brakowało. Ale nie piszę tego ostatniego, aby deprecjonować pierwsze zestawienie, tylko jako pokazanie, iż będące naszym punktem zapalnym spotkania kolumny świetnie pokazywały estetykę brzmienia tego, co akurat się do nich podłączy. Dla mnie to ewidentna zaleta, dlatego od samego początku tekstu staram się to unaocznić, a tym samym zachęcić do ich posłuchania przez szerokie grono audio-maniaków. I żeby nie było, z pełną świadomością czynu oświadczam, że z hołubiącymi legendarną szkołę radia BBC włącznie. Tak tak, tytułowe zabawki od JBL-a w odpowiedniej konfiguracji mogą sprawić im wielką radość. Naciągam fakty? Nic z tych rzeczy, zwyczajnie słyszałem ich możliwości na własne uszy.
Gdzie widzę nasze bohaterki? To chyba wynika z końca opisu ich brzmienia, czyli moim zdaniem wszędzie. Naturalnie wszystko zależeć będzie z czym je sparujemy. Jednak, jeśli zrobimy to dobrze, bez problemu spełnią nawet najbardziej wysublimowane oczekiwania. A jeśli tak, myślę, że jeżeli jesteście na etapie poszukiwania zestawów głośnikowych, grzechem byłoby nie wziąć ich tytułowych JBL-i na próbny odsłuch. Najzwyczajniej w świecie strzelilibyście sobie w stopę.
Jacek Pazio
System wykorzystany podczas testu
Odtwarzacz plików: EverSolo DMP-A6 Master Edition Gen 2
DAC: Chord Electronics Dave
Przedwzmacniacz liniowy: Accuphase C-2300
Wzmacniacze mocy:2 x Accuphase P-4600
Wzmacniacz zintegrowany: Gryphon Audio Diablo 333
Kondycjoner zasilania: Shunyata Research Eiger 6/T
Dystrybucja: SUPORT sp. z o.o. s.k.
Cena: 189 980 PLN (para)
Dane techniczne
Konstrukcja: 3-drożna, podłogowa, wentylowana
Zastosowane przetworniki
– Wysokotonowy: 3″ (75 mm) pierścieniowy D2830K
– Średniotonowy: 8″ (200 mm) hybrydowy węglowo-celulozowy JMW200SC
– Basowy: 12″ (300 mm) hybrydowy węglowo-celulozowy JW300SC
Skuteczność (2,83 V @ 1 m): 88 dB
Zalecana moc wzmacniacza: 25–300 W RMS
Maksymalny poziom ciśnienia akustycznego (SPL): 113 dB
Pasmo przenoszenia: 20 Hz–34 kHz (-10 dB na osi) 23 Hz–33 kHz (-6 dB na osi)
Impedancja: 4 Ω (nominalnie); 3,5 Ω (minimum przy 79 Hz)
Częstotliwość podziału zwrotnicy: 285 Hz/1100 Hz
Opcje wykończenia: Czarny wysoki połysk (BG); Fornir hebanowy z wysokim połyskiem (EG)
Wymiary z maskownicą (W x S x G): 1102,3 x 464,3 x 393,0 mm
Waga: 69,2 kg/szt.