1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. Wilson Audio Sabrina V

Wilson Audio Sabrina V

Link do zapowiedzi: Wilson Audio Sabrina V

Opinia 1

Tego amerykańskiego specjalisty od zespołów głośniowych chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Naturalnie powodem takiego stanu rzeczy jest jego niezachwiana pozycja na samym szczycie osiągnięć tego działu audio od wielu, wielu lat. A najlepsze jest to, że jego status od samego wejścia na rynek jest do bólu stabilny, a jedynymi zmiennymi są będące wynikiem wprowadzania ważnych zmian konstrukcyjnych w kolumnach, stawiane zaraz po nazwie modelu prefix-y. I gdy w celach poznawczych spojrzymy na najnowsze portfolio tego zaoceanicznego podmiotu, okaże się, że mocodawcy w nazewnictwie doszli do oznaczenia V. Konkretnie chodzi o zakomunikowanie, iż dzisiaj zmierzymy się z kolejnym przedstawicielem oferty omawianego brandu, a będzie nim dostarczony przez łódzki Audiofast najmniejszy model kolumn podłogowych Wilson Audio Sabrina V.

Próba opisania wyglądu brył tytułowych kolumn nie będzie najłatwiejsza. Mianowicie chodzi o to, że obudowa od swojego prostopadłościennego początku przy podłodze pnąc się ku górze zbiega się wszystkimi płaszczyznami. Front nieco odchylając osadzenie pełnego kompletu przetworników ku tyłowi i boki a także tył. Ba, mamy nawet skośnie ułożoną w stosunku do podstawy górną połać skrzynki. Jak widać czyste szaleństwo. Celem w pierwszej kolejności jest naturalnie walka z falami stojącymi, ale też niebagatelne znaczenie ma efekt wizualny, gdyż konstruktor uciekł od nudnego graniastosłupa. Ciekawym zabiegiem strojącym brzmienie kolumn jest osadzenie głośników na platformie w całości wyłożonej materiałową matą tłumiącą. Kolejną ciekawostką jest możliwość regulacji pracy zakresu środka i góry za pomocą wyeksponowanych na tylnej ściance, wymiennych rezystorów. Sama obudowa wykonana została z połączenia opracowanych własnym sumptem kompozytów – X, H i V. Finalnie rzeczone podłogówki stawiamy na docelowym miejscu na współpracujących z podkładkami regulowanych kolcach. Jeśli chodzi o ustalenie jakości propagacji basu, to zagadnienie zrealizowano za pomocą zlokalizowanego z tyłu portu bass-refleks. Całości pomysłu na Sabriny dopełnia typowy dla tego producenta pojedynczy zestaw zacisków kolumnowych dla pełnego zakresu częstotliwościowego, czyli sekcji basu, środka i góry. Co do kolorystyki, ta oferuje kilka odcieni, jednak myślę, że dostarczona do testu fortepianowa czerń pasuje do nich wręcz idealnie.

Co sądzę o najnowszym wcieleniu podstawowych podłogówek Wilson Audio? Przyznam szczerze, że z poprzednimi wersjami Sabrin miałem do czynienia jedynie podczas przypadkowych spotkań i nie za bardzo mogłem coś wiążącego z tego wywnioskować. Dlatego też miały pewnego rodzaju czystą kartę. No może lekko przełamaną wnioskami z testu wyższego modelu Alexia Series 2, ale znając życie, tak naprawdę nic to nie znaczyło, gdyż inne nakłady finansowe, to zazwyczaj inne brzmienie i bądź tu człowieku mądry. Z tego też powodu podszedłem do odsłuchu na spokojnie. I wiecie co? Bardzo dobrze. A powodem takiego twierdzenia był fakt bardzo innego, mocno w moim guście brzmienia bohaterek testu na tle starszych sióstr. Pierwszym aspektem jaki mnie bardzo pozytywnie zaskoczył, było uniknięcie mocnego sznytu posmaku papieru w środku pasma. Owszem, lubię nutę celulozy, ale nutę, a nie przede wszystkim celulozę, a tutaj było jej idealnie, czyli symbolicznie. Drugim fajnym tematem była oferta energii. I nie tylko w zakresie basu, ale także środka, co w efekcie dawało poczucie świetnego drive’u muzyki. Natomiast trzecią bardzo dobrze odbieraną kwestią okazała się być dźwięczność górnego zakresu, ale bez efektu rozjaśniania, tylko w służbie swobody prezentacji i dobrego napowietrzenia wirtualnej sceny. Jednym słowem na tle moich mastodontów maleńkie Sabriny pokazały kawał dźwięku. Uderzały solidnym impulsem, oferowały dobrą namacalność średnicy i czarowały ciekawym, bo nienachalny, ale pełnym lotności górnym zakresem.
W efekcie powyższych zalet fortepianowe wariacje Leszka Możdżera na temat twórczości Jana Kaczmarka „Kaczmarek by Możdżer” zabrzmiały nader dobrze. Dzięki dobremu osadzeniu przekazu w masie i odpowiedniej jej kontroli, co skutkowało fajnym akcentowaniem niskich akordów, atrybut artysty brzmiał nie tylko dostojnie, ale także podczas mocnych pasaży w dolnych partiach bardzo zadziornie. A gdy do tego dodam, że góra fajnie wspomagała dźwięczność i wielobarwność pracy klawiszy brylujących w wyższej średnicy zachęcając tym sposobem do pełnego wejścia w nagranie, chyba nie muszę się tłumaczyć, że nie tylko z tego z przyjemnością skorzystałem, ale przy okazji w pewien sposób w tym modelu kolumn się rozkochałem. Na tle moich obecnych wymagań naprawdę skromnych rozmiarowo, a co za tym idzie nie do końca oferujących stosowną dawkę poruszających moje trzewia mocnych impulsów, ale jakże udanie potrafiących kogoś z moimi oczekiwaniami do siebie przekonać.
Bardzo udanie tytułowe kolumny radziły sobie także z mocniejszym graniem. W tym rozdaniu testowym w ruch poszła twórczość kolejnego rodzimego podmiotu w postaci formacji Riverside i jej płyty „Love, Fear And The Time Machine” . To może nie jest jakieś szaleństwo, ale panowie potrafią przyłożyć. A jeśli tak, wiadomym jest, że bez masy i jej kontroli rockowe popisy wypadną blado. Bez dobrego timingu oraz dobrze akcentowanych solidnych kopnięć, nawet najwścieklejsza w założeniach muza szybko spowoduje znudzenie przecież mających w kodzie DNA uderzenie słuchacza mocnym dźwiękiem. Na szczęście przywołane aspekty były podstawowymi składowymi prezentacji Wilsonów, co dało podbudowę pod świetny odbiór tego krążka. No no.

Jak zachęcę Was do choćby próby zmierzenia się z ofertą brzmieniową Sabrin V? Możliwe, że się zdziwicie, ale nie będę kolejny raz przytaczał opisanych powyżej ich walorów. Powiem tylko, że nawet w najbardziej optymistycznych snach nie spodziewałem się, że te nieduże panny w dobrym znaczeniu słowa tak mną potrząsną. To kolumny pełne dobrej energii i do tego grające z wielką charyzmą, co słychać od pierwszych akordów. I robią to na tyle sugestywnie, że gdybym był w trakcie poszukiwania zespołów głośnikowych do swojego wymarzonego systemu i dysponował kwotą zbliżoną do Wilsonów, opisane Sabriny V nie to, że były by na liście odsłuchowej, one po prostu byłyby na pierwszym miejscu.

Jacek Pazio

Opinia 2

W związku ze zbliżającym się wielkimi krokami stołecznym Audio Video Show i planowaną prezentacją monstrualnych flagowców Autobiography wspomaganych parą Subsoniców uznaliśmy, że nie wypada pojawić się na PGE Narodowym bez odpowiedniego „podkładu”. Nie da się bowiem ukryć, iż pomijając wszelakiej maści około wystawowe „migawki” od nieco bardziej krytycznych odsłuchów w siedzibie dystrybutora Alexx V i goszczących w naszym OPOS-ie Alexii Series 2 upłynęło pięć lat. Jak widać czas biegnie nieubłaganie a i my nie młodniejemy, co niestety wiąże się z nie zawsze dostępnymi w pamięci wspomnieniami. Dlatego też z autentycznym entuzjazmem przystaliśmy na złożoną przez łódzki Audiofast propozycję, by w ramach zaostrzającej apetyt przystawki wziąć na redakcyjny tapet najmniejsze z podłogowego asortymentu Wilson Audio kolumny, czyli najnowszą inkarnację „jednobryłowych” Sabrin V, na których test serdecznie zapraszamy.

Jak na zaoceaniczną rozmiarówkę Sabriny są zaskakująco kompaktowe, żeby nie napisać filigranowe, co w tym, znaczy się amerykańskim wydaniu oznacza zaledwie metr (bez kolców brakuje centymetra) wysokości i blisko 56 kg. Nie da się jednak ukryć, iż pomimo pozornie niezobowiązujących gabarytów same kompozytowe bryły tytułowych kolumn sprawiają wrażenie lekko zwalistych i nieco topornych. Taki jednak ich urok, gdyż walory wizualne musiały w tym momencie ustąpić względom techniczno-akustycznym, czyli kultywowanym od lat założeniom producenta dotyczącym czy to wyrównania odległości centrów akustycznych poszczególnych przetworników względem słuchacza – pochylona część frontu je, znaczy się przetworniki, goszczącego, czy eliminacja fal stojących na bazie wielopłaszczyznowości i braku równoległości przeciwległych ścian. Do tego wypada dodać brak klasycznego fornirowania na rzecz szerokiej gamy (do wyboru jest kilkadziesiąt opcji) standardowych, satynowych, czy też metalizowanych i perłowych wybarwień. Słowem projekt tyleż ciekawy, co chociażby z racji charakterystycznego, okalającego przetworniki filcu … nie dla każdego, gdyż jeśli ktoś zafiksuje się na klasyczne prostopadłości i olejowane, rustykalne fornirowanie, to tak z Sabrinami, jak i z ich rodzeństwem, nawet po założeniu maskownic, raczej nie będzie mu po drodze.
Zamiast jednak dywagować o gustach, o których de facto dyskutować nie wypada przejdźmy do konkretów. A te są nad wyraz smakowite, bowiem Sabriny są poniekąd beneficjentkami ewolucji stojących wyżej w rodowej hierarchii przedstawicieli gatunku, czyli bazują na rozwiązaniach znanych i sprawdzonych w bardziej zaawansowanych modelach. I tak, patrząc od góry, zarówno reprodukowanego pasma, jak i samych kolumn, mamy początkowo opracowaną z myślą o wspominanych we wstępniaku Alexx V 25 mm wysokotonową powlekaną kopułkę (z racji dużej fałdy zawieszenia da się ją również zakwalifikować do grona „pierścieniowców”) Convergent Synergy Carbon (CSC) z magnesem neodymowym i carbonową komorą wytłumiającą,. Z kolei za reprodukcję średnicy odpowiada 7” QuadraMag z napędem AlNiCo (Aluminum – Nickel – Cobalt) i papierowo-celulozową membraną , który zarówno Sabriny, jak i zaskakująco liczna gromadka ich rodzeństwa (Alexx V, Alexia V, Sasha V, WATT/Puppy) odziedziczyły po … Chronosonicach XVX. Nie inaczej jest w przypadku najniższych składowych, które trafiły pod opiekę znanego z modeli Sasha V i The WATT/Puppy 8” woofera z jednowarstwową membraną celulozową i klasycznym, ferrytowym napędzie. I tu od razu wypada wspomnieć i zarazem dokonać przeprowadzki na ścianę tylną, iż o ile ww. tweeter pracuje w komorze zamkniętej, to już kubatura przewidziana dla średniotonowca jest wentylowana, lecz nie klasycznym bas refleksem, który przypisano pracującemu osobnej komorze basowcowi, lecz zbliżoną do owalu szczeliną zasłoniętą materiałem tłumiącym w postaci sprężystej pianki. A skoro o plecach mowa nie sposób pominąć umieszczonych w aluminiowym, zabezpieczonym transparentną płytką z pleksi, „wykuszu” odpowiedzialnych za parametry sekcji średnio-wysokotonowej pary rezystorów Caddock, których wartości możemy dobierać według własnych warunków lokalowych/akustycznych , czy też upodobań „sonicznych”. Zgodnie z tradycją terminale głośnikowe są pojedyncze, solidne i przy korzystaniu z widełek wskazane jest dokręcanie ich firmowym kluczem.
Sporo „dzieje się” również w temacie samych obudów, które wbrew pozorom nie są jednolitymi odlewami/formami, jak to miało miejsce w generacji X lecz swoistym „Frankensteinem” gdyż o ile autorski X-Material nadal przeważa, to już front jest z najnowszego H-Material-u a z kolei podstawę wykonano z V-Material-u.
Jeśli zaś chodzi o podstawowe parametry elektryczne, to producent zdefiniował trójdrożne Sabriny, jako konstrukcje o 87 dB skuteczności i 4 Ω impedancji a tym samym rekomenduje im towarzystwo wzmacniaczy dysponujących co najmniej 50 W na kanał.

A jak Sabriny w swej najnowszej odsłonie grają? Powiem tylko tyle, że próbując skorelować dobiegające mych uszu dźwięki soundtracku „Little Fires Everywhere” z tym, co dane mi było widzieć, tzn. chodzi o kolumny a nie serial, byłem mocno zdezorientowany. Najmniejsze z Wilsonów zagrały bowiem dźwiękiem zaskakująco organicznym – soczystym, dojrzałym i w pierwszej chwili odbieranym jako wręcz lekko może nie tyle przyciemniony, co dociążony na średnicy, która grała w przekazie pierwsze skrzypce. Wokale Judith Hill, BELLSAINT, Ruby Amanfu, Lauren Ruth Ward i Ingrid Michaelson zostały podane blisko, niezwykle namacalnie i z tak potężnym ładunkiem emocjonalnym, że chwilami intensywność doznań jednostki o introwertycznej naturze mogła wprawiać w zakłopotanie. Jednak na komplementy zasługiwał nie tylko pierwszy plan, lecz również obszerność i swoboda orkiestracji ze świetnie prowadzoną, sprężystą i witalną linią basu oraz precyzyjną gradacją planów. Z jednej strony otrzymaliśmy iście monitorową holografię, znikanie z pola widzenia plus precyzję ogniskowania źródeł pozornych a z drugiej właściwe amerykańskim podłogówkom solidne basowe fundamenty łączące wspomnianą sprężystość ze zróżnicowaniem a jednocześnie zachowanie przyjemnej uszom seksowną krągłością. Nawet na „Ceiba” TEMIC nie były to chrupkie niczym karnawałowe faworki „suche trzaski”, lecz solidne basowe łupnięcia niosące ze sobą odpowiedni ciężar i ładunek emocjonalny właściwy prog-metalowym połamańcom. Z równą atencją potraktowana została góra pasma, gdzie otwartość i rozdzielczość szły w parze z niezwykłym wyrafinowaniem oraz gładkością. Jest to o tyle ciekawe, że góry de facto było może nie tyle dużo, co dokładnie tyle, ile być powinno, co przy cięższym, gitarowym graniu i niekoniecznie referencyjnej realizacji, jak daleko nie szukając „Live at The Symphonic Synergy” Epici może dla niektórych oznaczać nazbyt dużo, lecz z racji swej jedwabistości oraz kojącego delikatnego ocieplenia średnicy naprawdę trudno było mówić o jakiejkolwiek ofensywności, a o chociażby śladowej granulacji można było zapomnieć.
Sabriny potrafią pokazać również bardziej liryczne, cywilizowane oblicze „szarpania strun”. Wystarczy bowiem sięgnąć po takie wydawnictwa jak „Unspoken” Mahana Miraraba, czy niemalże kultowe w pewnych kręgach „Live ad Alcatraz” Fausto Mesolelli, by móc delektować się zarówno wyborną mikrodynamiką, jak i onieśmielająca holografią powodująca, iż obaj panowie materializowali się niemalże na wyciągnięcie ręki w ramach redakcyjnych mini-recitali. Praca ręki na gryfie, siła i precyzja trącania poszczególnych strun, czy też aura otaczająca każdego z muzyków to istna feeria barw, bogactwo audiofilskich smaczków i pozornie drobnych gestów, które finalnie budują klimat zabierając słuchaczy w muzyczną podróż.

W ramach podsumowania pozwolę sobie stwierdzić, iż o ile moje dotychczasowe spotkania z Wilsonami pozostawiły po sobie wiele miłych wspomnień, lecz ani razu nie zakiełkowała w mej głowie myśl o chęci pozostawienia sobie któregoś z modeli na dłużej / stałe (?), to śmiało mogę uznać ów stan za przeszły i nieaktualny. Bowiem pomimo swej czysto „przystawkowej” roli w portfolio Wilsona Sabriny V zachwycają zarówno stojącą nieco w kontrze do ich hi-techowego designu organiczną muzykalnością, jak i zdolnością osiągania iście hollywoodzkiego rozmachu do tej pory utożsamianego jedynie z ich szlachetniej urodzonym, w domyśle bardziej postawnym, rodzeństwem i to przy właściwej marce onieśmielającej rozdzielczości. Jeśli zatem rozglądacie się Państwo za kolumnami, które po prostu świetnie sprawdzają się praktycznie w każdym repertuarze, do ich przenoszenia/ustawiania nie potrzeba czterech chłopa a jednocześnie oferują zdolność zagrania „dużym” dźwiękiem, przy niemalże kompaktowej posturze, to Sabriny V z pewnością powinny znaleźć się na Waszej liście.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME, Dyrholm Audio Nexus
– kabel USB: ZenSati Silenzio, Dyrholm Audio Nexus
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Dystrybucja: Audiofast
Producent: Wilson Audio
Cena: 152 600 PLN

Dane techniczne
Impedancja nominalna: 4 Ω (min. 2,23 Ω przy 121 Hz)
Skuteczność: 87 dB (1 W, 1 m, 1 kHz)
Pasmo przenoszenia: 27 Hz – 24 kHz (±3 dB, RAR)
Zalecana moc wzmacniacza: min. 50 W na kanał
Zastosowane przetworniki
– Wysokotonowy: 1” (2,54 cm), kopułka z impregnowanej tkaniny jedwabnej, komora zamknięta
– Średniotonowy: 7” (17,78 cm), kompozyt papierowy, komora wentylowana do tyłu
– Niskotonowy: 8” (20,32 cm), pulpa papierowa, obudowa bas-refleks (port tylny)
Wymiary (W × S × G): 99 × 30 × 39 cm (bez kolców)
Waga: 55,8 kg

Pobierz jako PDF