1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. Wzmacniacze
  8. >
  9. Accuphase E-700

Accuphase E-700

Link do zapowiedzi: Accuphase E-700

Opinia 1

Choć zwykło się uważać, że szczęśliwi czasu nie liczą to jednocześnie trudno nie zauważyć, iż ów czas, pomimo naszych najszczerszych chęci, nie tylko nie stoi w miejscu, co uparcie gna do przodu. A im bardziej imponujący wynik pokazuje licznik odmierzający liczbę lat spędzonych na ziemskim łez padole, tym wrażenie ciągłego przyspieszania staje się bardziej odczuwalne. Całe szczęście są obszary, gdzie upływ czasu odbywa się jakby wolniej, ewidentnie bardziej niespiesznie aniżeli reszty otaczającej nas rzeczywistości. I wbrew pozorom, utartym opiniom i zakorzenionym w zbiorowej mentalności jednym z takich obszarów jest … piekarnictwo. Jednak nie takie „przemysłowe – z proszku” a to prawdziwe, oparte na zakwasie, który jak to mawia prowadzący wypiek „chleba naszego powszedniego” Rafał „Nie da się go przyspieszyć, nie da się go oszukać, nie da się go wygenerować „na szybko””. Podobnie jest w High-Endzie, ale tym wielopokoleniowym, z bogatą historią i tradycjami, gdzie zmiany mają charakter ewolucyjny i podyktowane są rzeczywistą poprawą kluczowych parametrów i brzmienia a nie „ssaniem rynku”, czy ambicjami konkurowania z przysłowiową zupą pomidorową, którą jak wiadomo lubią wszyscy. Tam też wszystko, włącznie z fluktuacją generacji poszczególnych modeli, odbywa się w stosownym, dalekim od sezonowości tempie. Do owego wielce elitarnego grona bezsprzecznie należy japoński Accuphase, który od ponad półwiecza nieprzerwanie rozpieszcza złotouchą brać swoimi szampańsko-złotymi urządzeniami. Jednak robi to w swoim stylu i według własnych zasad, więc pomimo ewidentnego analogowego boomu i dominujących plików próżno w jego przepastnym portfolio szukać gramofonu, bądź streamera/transportu plików. Jest jedynie samotna jak palec wkładka AC-6 a plikograjów nie było, nie ma i z tego co wielokrotnie dane mi było usłyszeć podczas rozmów z przedstawicielami marki … nie będzie. Są za to wszelakiej maści odtwarzacze i transporty CD a przede wszystkim zarówno dzielone, jak i zintegrowane wzmocnienie, w którym można przebierać niczym w ulęgałkach i wbrew bazującym na unifikacji designu pozorom trudno mówić o jakiejkolwiek stagnacji czy osiadaniu na laurach. Dlatego też, skoro od testu wówczas flagowej 800-ki (obecna inkarnacja ma oznaczenie E-800 z sufiksem S) minęło blisko sześć lat a będącego bezpośrednim protoplastą naszego gościa E-650 … osiem (!!!), to ewidentny znak, że najwyższa pora zakasać rękawy i brać się za nadrabianie zaległości. Krótko mówiąc, dzięki uprzejmości ekipy Nautilusa możemy wreszcie rzucić tak okiem, jak i uchem na drugą od góry japońską A-klasową super-integrę – Accuphase E-700, na której recenzję serdecznie zapraszamy.

Co do aparycji naszego dzisiejszego gościa, to jak już zdążyłem zasygnalizować we wstępniaku kluczowa jest firmowa unifikacja designu, czyli de facto mając kontakt z dowolnym Accu bez trudu rozpoznamy jego, nawet najbardziej odległego pociotka, którego od reszty rodziny odróżniać będzie co najwyżej kilka funkcjonalnych niuansów. I od razu pragnąłbym zaznaczyć, że nie jest to mniej bądź bardziej udanie zakamuflowany zarzut a jedynie stwierdzenie faktu, w dodatku faktu potwierdzającego ponadprzeciętną rozpoznawalność japońskich urządzeń. I tak też jest w przypadku E-700, który po prostu wygląda jak rasowy Accuphase. Mamy zatem masywny szampański front z centralnie osadzoną taflą szkła chroniącego, jak to w przypadku A-klasowych wzmacniaczy tego producenta jest w zwyczaju, diodowe bargraphy VU-metrów. Pomiędzy nimi nie mogło zabraknąć zielono podświetlonego firmowego logotypu, czerwonego wyświetlacza informującego o sile wzmocnienia a w przypadku aplikacji opcjonalnych modułów przetwornika cyfrowo-analogowego (DAC-60) i przedwzmacniacza gramofonowego (AD-60) również o parametrach wejściowych sygnałów cyfrowych i wybranej impedancji wkładki. Tuż poniżej ww. bulaja rozmieszczono rządek niewielkich diod wskazujących na aktywne karty rozszerzeń, czy też podstawowe tryby pracy. Zanim przejdziemy do eksploracji istnego bezliku manipulatorów ukrytych pod dostojnie uchylającą się klapą nie sposób przeoczyć okupującą lewą flankę wraz z włącznikiem głównym gałkę selektora wejść oraz jej rezydującą po prawej stronie bliźniaczkę pełniącą rolę regulatora głośności. Listę zamyka „otwieracz” klapki, wyciszacz, oraz 6,3mm gniazdo słuchawkowe. A co kryje wspomniana klapka? Cóż, to już królestwo bądź, jak kto woli plac zabaw, wszystkich jednostek cierpiących na nerwicę natręctw. Do wyboru mamy obrotowy selektor wyjść i regulatory niskich i wysokich częstotliwości, balansu, trybu pracy wejść, czy też obsługi pętli magnetofonowej a pomiędzy nimi dziewięć przycisków umożliwiających aktywację sekcji equalizację, iluminacji, odwrócenia fazy, dokonania nastaw phonostage’a, czy też filtra subsonicznego i loudnessu.
Ściany boczne są lite i jedynie delikatnie pofałdowane, co biorąc pod uwagę A-klasowość E-700 może budzić pewne zdziwienie. Dla Accuphase’a to jednak nic nowego, bowiem odpowiednio „policzone” radiatory ukryto wewnątrz obudowy a ich wentylację zapewnia gęsta perforacja płyty górnej.
Jak można się było domyślić dostępne z poziomu płyty frontowej bogactwo opcji ma swoją kontynuację na plecach 700-ki, gdzie oprócz okupujących prawą parcelę akceptujących zarówno dowolną konfekcję, jak i gołe przewody podwójnych masywnych terminali głośnikowych pyszni się godny zaawansowanego procesora kina domowego istna bateria wszelakiej maści przyłączy. I tak, patrząc od lewej mamy dwa sloty na ww. karty rozszerzeń, sekcję pięciu par wejść liniowych RCA, pętlę magnetofonową, we/wyjścia na końcówkę i z sekcji przedwzmacniacza a piętro niżej dwie pary wejść XLR i oraz tym razem już w postaci XLRów zdublowane we/wyjścia z/na pre/końcówkę. Listę zamyka klasyczne gniazdo zasilające IEC. Wzmacniacz wyposażono w firmowe antywibracyjne nóżki wykonane ze stali wysokowęglowej. W zestawie nie zabrakło eleganckiego, oczywiście szampańsko złotego pilota utrzymanego w dopasowanym do jednostki głównej stylu vintage.

Na osobny akapit zasługują trzewia E-700, gdyż również i tam można zauważyć sporo dobrego. Zgodnie z tradycją uwagę przykuwa potężne, zamknięte w szczelnym ekranującym katafalku trafo zasilające, któremu towarzyszy para kondensatorów o pojemności 56 000 μF każdy. Z kolei w stopniu wyjściowym pracują w trybie push-pull przykręcone bezpośrednio do masywnych radiatorów po cztery pary MOSFET-ów (Vishay RFP9140 / IRFP240) na kanał zdolne oddać 35 W przy 8 Ω i aż 160 W przy 1 Ω obciążeniu w klasie A. Cała konstrukcja, pomijając wspólny transformator ma budowę zbalansowaną, więc również i z wejść RCA sygnał podlega symetryzacji. Dlatego też za regulację głośności odpowiada AAVA – Accuphase Analog Vari-gain Amplifier, w którym układ każdego z kanałów składa się z 16 linii napięciowych i pracuje pod kontrolą ANCC – Accuphase Noise and Distortion Canceling Circuit. Warto również podkreślić, iż zgodnie z obecną polityką firmy E-700 może pochwalić się wysokim, wynoszącym okrągły 1000 współczynnikiem tłumienia, czyli tyle samo co we flagowym E-800 / E-800S. Dla przypomnienia w 650-ce wynosił on 800.

Dość już jednak ochów i achów nad aparycją i anatomią, skoro wzmacniacz nie jest od wyglądania a grania i to przede wszystkim powinno nas interesować. A więc najwyższa pora przejść do meritum, które dla nieobeznanych z tematem może być zaskakujące, lecz nie od razu po wyjęciu z kartonu, co po pewnym czasie i to też nie zawsze. O co chodzi? Poniekąd o stereotypową, opartą na lekkim przyciemnieniu, zagęszczeniu i spowolnieniu – „gabinetową” sygnaturę przypisywaną Accuphase’om i de facto definicję najniższych składowych. I gdzie tu jakieś zaskoczenie? Przecież wypakowany prosto z kartonu i dopiero co włączony E-700 dokładnie tak zagra – przegrzaną średnicą, słodkimi wysokimi i z wyraźnie kreślonym, choć pogrubionym dołem. I w tym momencie wypada uzbroić się w cierpliwość, dać wzmacniaczowi pograć, pobyć pod prądem i to nie godzinę, bądź dwie, lecz przynajmniej kilka dni, bądź nawet tydzień, gdyż jak doświadczenia empiryczne dowodzą A-klasowe Accuphase’y wyłączania nie lubią i na tego typu praktyki reagują silną alergią objawiającą się powyższą „gabinetową” krągłością. Nie przeczę, takie pseudo-lampowe dosłodzenie może się podobać, podobnie z resztą jak ponadnormatywny i poniekąd żyjący własnym życiem najniższy bas, jednak warto mieć świadomość, że to jedynie stan przejściowy. W dodatku niespecjalnie zgodny z prawdziwym DNA i naturą naszego gościa. Jeśli jednak damy 700-ce się zaakomodować i rozwinąć skrzydła (ustabilizować tak termicznie, jak i prądowo) to zarówno na „Elgar” Sheku Kanneh-Masona usłyszymy lekkość i otwartość wiolonczeli, jak i na „Solo” Wojtka Mazolewskiego kontrabas nie będzie pracował samym pudłem a imponujący wolumen instrumentu będzie szedł w parze z wyśmienitą motoryką i rozdzielczością. Oczywiście całość prezentacji odbywa się w iście organicznej palecie barw, więc nie ma mowy o nawet najmniejszych oznakach osuszenia, czy też prosektoryjnej antyseptyczności. A gdy przed mikrofonem stanie Diana Krall, Michael Bublé bądź z grona nieco mniej mainstreamowych artystów Youn Sun Nah to robi się po prostu magicznie a szanse na terminowe skończenie odsłuchu topnieją równie szybko jak śnieg podczas ostatniej odwilży. Dostajemy bowiem niezwykle namacalny, nieco przybliżony pierwszy plan, sugestywnie rozciągniętą na boki i w głąb scenę, oraz świetnie zorganizowane, uporządkowane dalsze plany. Jedyne, co Accuphase robi „tylko dobrze” to operowanie wymiarem wysokości, co może bez odpowiednio wysokiej klasy punktu odniesienia może zupełnie umknąć uwadze obserwatora, jednak z racji iż nad wyraz regularnie umieszczam na testowych playlistach znany niemalże na pamięć album „Monteverdi – A trace of Grace” Michela Godarda na każdą, nawet najbardziej kosmetyczną, limitację jego ponadprzeciętnej przestrzenności jestem wyczulony. A 700-ka nieco obniża sklepienie Opactwa Noirlac i szybciej wygasza kłębiące się pod nim pogłosy. Co ciekawe owa maniera nie występowała na niezwykle bogatym we wszelakiej maści audiofilski plankton wydawnictwie „Sadza” Brodki a lekka krągłość najniższych składowych dodatkowo nadawała całości przyjemnej analogowości.
Czyżbyśmy byli zatem świadkami narodzin integry niemalże idealnej? Cóż, jeśli operowalibyśmy jedynie w tzw. cywilizowanych gatunkach muzycznych, to jak najbardziej. Jeśli jednak mamy słabość do post-apokaliptycznego łomotu i poziomów głośności potocznie określanych mianem stadionowych, to śmiem twierdzić, że warto w tym momencie mieć świadomość oczywistych ograniczeń mocowych Japończyka a tym samym szanować i jego i siebie. Dlatego też o ile „The End, So Far” Slipknot jeszcze dawało radę o ile tylko nie przesadziło się z dawkami decybeli, o tyle fani Behemotha mogliby „The Shit Ov God” odebrać jako nazbyt ugrzeczniony i pozbawiony niszczycielskiej potęgi. Tylko żeby była jasność – dla lwiej części potencjalnych nabywców Accuphase’a oferowana przez niego narracja będzie ze wszech miar tą oczekiwaną i pożądaną a jedynie kilka promil uzależnionych od siarkowych wyziewów i palącego jadu może uznać interpretację E-700 za nazbyt „ładną” na tle np. tej serwowanej przez kilkusetwatowe spawarki. Ale jak wiadomo, de gustibus …, więc każdy wybiera i kompletuje system pod swoje preferencje i najczęściej eksploatowany repertuar.

W ramach podsumowania nie pozostaje mi nic innego jak tylko formalne potwierdzenie, że Accuphase E-700 wyszedł Japończykom lepiej aniżeli Telly Savalasowi włosy. Nie dość bowiem, że jest wyraźnie lepszy od swojego poprzednika, to wygląda znacznie zgrabniej od flagowej 800-ki, więc jeśli tylko nie wstawicie go Państwo do 80-metrowego salonu i nie podepniecie pod słupy telegraficzne w stylu naszych redakcyjnych Gauderów przy okazji serwując mu playlistę złożoną z symfonicznego post-apokaliptycznego, kruszącego renifery, obrażającego Chrystusa, ekstremalnego wojenno-pogańskiego fennoskandzkiego metalu, to deklarowane przez producenta 35W na kanał w zupełności powinno wam do osiągnięcia audiofilskiej nirwany wystarczyć.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Pochylając się nad sprzętem japońskiego Accuphase’a jedno jest pewne, będzie to ciekawie spędzony przy muzyce czas. Oczywiście ciekawy z racji zwyczajowego oferowania bardzo dobrej jakości dźwięku. Czy zatem oznacza to, że tak naprawdę z racji powtarzalności fajnych wyników spokojnie możemy zarzucić opisywanie kolejnych konstrukcji? Otóż choćby z uwagi na drobne zmiany w zależności od panującej na rynku „mody” brzmienia elektroniki nie. I z takim zacięciem osobiście podszedłem do sprawdzenia możliwości będącego głównym tematem, stosunkowo niedawno wprowadzonego do oferty wzmacniacza zintegrowanego tego producenta. Czym tym razem będziemy się zajmować? Dla mnie bardzo ciekawą konstrukcją, gdyż krakowski Nautilus dostarczył pochodzącą z kraju kwitnącej wiśni, pracującą podobnie do mojego piecyka w czystej klasie A, bajecznie prezentującą się wizualnie, bogatą od strony wyposażenia, integrę Accuphase E-700. Przyznacie, temat zapowiada się ciekawie. Jeśli potwierdzacie moje stanowisko, nie pozostaje nic innego, jak zapoznać się z wykreowaną podczas kilkunastodniowej zabawy z nią serią poniżej skreślonych na klawiaturze wniosków.

Co wizualnie i w kwestii wyposażenia oferuje popularnie zwany Accu E-700? Być może zabrzmi to banalnie, ale pewnego rodzaju standard. Czyli jest pięknie ubranym w złotą szatę frontu oraz korelującym z nim ciepłym brązem reszty obudowy dziełem sztuki użytkowej. A dziełem, gdyż po oswojeniu się z ciekawą kolorystyką, pierwsze skrzypce na awersie grają tak lubiane przez użytkowników, w tym przypadku zamiast wskazówek wychyłowych, poprzecznie zorientowane na czarnym tle piktogramowe wskaźniki oddawanej mocy. Drugie usadowione na zewnętrznych flankach duże gałki wyboru wejścia i poziomu wzmocnienia. A trzecie skryta pod elegancką klapką bateria różnego rodzaju manipulatorów. Ta ostatnia jest naprawdę bogata, a przez to zapewniająca urządzeniu pełną uniwersalność konfiguracyjną z potencjalnym systemem. Jeśli chodzi o tylny panel przyłączeniowy, jest równie imponujący w domenie uniwersalności. Oczywiście za sprawą różnego rodzaju wejść, wyjść i przelotek sygnału w obydwu standardach – RCA oraz XLR. Nie będę wymieniał wszystkiego, bo to naprawdę jest w dobrym znaczeniu przysłowiowa „choinka”. Naturalnie oprócz tej ferii przyłączy znajdziemy na nim jeszcze niezbędne do pracy gniazdo zasilania, podwojony zestaw terminali kolumnowych oraz zaślepione dwa sloty na opcjonalne karty przetwornika D/A i phonostage’a. Jak w każdym tego typu urządzeniu standardowo dostajemy pilota zdalnego sterowania. Kreśląc kilka zdań na temat najważniejszych osiągów opiniowanego wzmacniacza, najważniejszymi są wspominana wcześniej przeze mnie praca w czystej klasie A oraz oddawanie ciągłej mocy na poziomie 35 przy 8, 70 przy 4 i 160W przy 2 Ohmach. Dużo? Mało? Powiem tak. Być może dla niektórych może to się wydawać stosunkowo skromnym zapleczem mocowym, jednak wielu z Was pewnie zaskoczę, gdyż codzienne życie z muzyką przy użyciu tej konstrukcji pokazało całkowicie coś innego. Co? Naturalnie o tym w kolejnej części tekstu.

Czym uraczył mnie japoński wzmacniacz? Po pierwsze typową dla dobrze zaaplikowanej klasy A esencjonalnością przekazu. Po drugie przy mocnym hołubieniu nasycenia zapewnieniem muzyce stosownej ilości informacji. Po trzecie dzięki fajnemu oddechowi i otwartym w brzmieniu wysokim tonom swobodą prezentacji. A po czwarte jako suma wszystkich poprzednich aspektów połączonych z dobrym budowaniem wirtualnej sceny w każdym z 3 wymiarów, namacalnością odbioru muzyki. Owszem, z wyczuwalną nutą plastyki i gładkości, jednak bez efektu nadmiernego zaokrąglania dźwięku powodującego uśrednianie wybrzmiewania tak ważnych dla niektórych nurtów muzycznych pojedynczych nut. A czy nie brakowało mu mocy, bo jednak zasilał wielkie kolumniszcza? Może Was zaskoczę, ale jakiejś niepokojącej zadyszki nie zauważyłem. Muzyka w zależności od estetyki jaka ją definiowała raz brzmiała miło i przyjemnie, a innym razem agresywnie. Ta druga oczywiście z delikatnym nalotem ciepła, jednak konsekwentnie z werwą w kwestii dynamiki i agresji. I nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał, iż uniwersalność radzenia z dosłownie każdym materiałem była na tyle dobra, że bez kozery uważam ją za piąty z pozytywnych aspektów brzmienia naszego bohatera.
Jako dowód na dobry wynik w starciu z materiałem spod znaku mocnej ekspresji wspomnę grupę Radiohead płytą „Hail To The Thief”. Co prawda nie jest to szaleństwo typu Iron Maiden, ale na płycie zarejestrowano kilka reprezentacyjnych dla fajnego rockowego grania, czyli na przemian bardziej balladowych z mocniejszymi w kwestii wyrazistości oferowanej energii. W efekcie wykorzystania w systemie tytułowego Japończyka melodyjne kawałki zabrzmiały płynnie i intymnie, przez to trafiały w bardziej emocjonalną w rozumieniu intymności otchłań mojej duszy. Jeśli chodzi o ostrzejsze, także mocno angażując zmysły w dobrej, jedynie minimalnie bardziej płynnej jakości tym razem pomagały zaspokoić drugą stronę mojej pokręconej duszy, czyli dać się jej w pełni wykrzyczeć. I co bardzo ważne, bez najmniejszych szkód dla jakości podania materiału w pełnym spektrum poziomu głośności, co udowodniło, że co jak co, ale mocy E-700-ce nie brakowało.
Biorąc na tapet coś z przeciwległego muzycznego bieguna padło na ostatnią płytę Wojtka Mazolewskiego „Solo”. To bardzo udany popis wirtuozerii wspomnianego artysty. I co ciekawe, nie jako występ od początku do końca jednego instrumentu – mowa o jego podstawowym atrybucie w postaci kontrabasu, tylko podobnie do rocka raz szybki, a innym razem spokojniejszy muzyczny zapis multiinstrumentalny. Jednak w przeciwieństwie do poprzedniego krążka tym razem wszystkie, nawet te naładowane ekspresją popisy artysty były wodą na młyn pozytywnego występu wzmacniacza. Powodem oczywiście było idealne trafianie estetyki brzmienia Accuphase w potrzeby płynności, barwy i ciepłej transparentności tego typu twórczości. Naturalnie, aby przekaz cechowała odpowiednia dawka realizmu bardzo dobrze zostały oddane także niuanse typu ostrość rysunku scenicznych bytów i wiarygodne zagospodarowanie wirtualnej sceny. Efekt był na tyle udany, że bez naciągania faktów zaliczam go do tych najlepszych, jakie udało się wykreować w swoim pokoju. Lubię brzmienie klasy A i nasz bohater w zakresie zajmowanej półki cenowej pokazał jej najlepszą odsłonę.

Komu dedykowałbym opiniowanego Accuphase E-700? Z jednym małym wyjątkiem wszystkim miłośnikom muzyki w dobrej jakości. Swoimi walorami soniczmymi w mgnieniu oka potrafi wręcz zaczarować słuchacza. Na tyle skutecznie, że niejednokrotnie będziecie zaskoczeni dziwnie szybkim zakończeniem pochłaniającej Wasze zmysły płyty. Przynajmniej ja takich sytuacji z moim ulubionym repertuarem zaliczyłem co najmniej 3. A kogo miałem na myśli wystosowując drobne ostrzeżenie? Naturalnie chodziło o piewców radykalnego w każdym aspekcie, czyli agresywnego oraz szybkiego grania. Niestety będąca zaczynem do powstania tego wzmacniacza klasa A służy do słuchania muzyki w jej bardziej ludzkiej odsłonie i z racji innych złożeń konstrukcyjnych celowo unika wyścigów na parametry typu wyrazistość i szybkość ataku. Obie cechy poda w sposób stosowny dla swojej klasy pracy, czyli zawsze w służbie muzykalności, a nie wyrazistości ponad wszystko. I tym optymistycznym akcentem kończę tę sesję testową. Sesję, w której mam nadzieję, wszystko wyłożyłem w miarę jasno i zrozumiale.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Dystrybucja: Nautilus
Producent: Accuphase
Cena: 53 900 PLN

Dane techniczne
• Moc wyjściowa (RMS): 2 × 160 W/1 Ω, 2 × 140 W/2 Ω, 2 × 70 W/4 Ω, 2 × 35 W/8 Ω
• Pasmo przenoszenia:
Wejście liniowe: 20-20 000 Hz (+0/–0,5 dB),
Power IN: 20-20 000 Hz (+0/–0,2 dB) dla pełnej mocy,
Power IN: 3-150 000 Hz (+0/–3.0 dB) dla mocy 1 W
• Stosunek sygnał / szum (ważony A): high level 103 dB, balanced 103 dB, main in 117 dB
• Całkowite zniekształcenia harmoniczne (THD): 0.03%
• Zniekształcenia intermodulacyjne: 0,01%
• Współczynnik tłumienia (Damping factor): 1000 (8 Ω/50 Hz)
• Tłumienie: -20 dB
• Regulacja barwy dźwięku:
BASS: 300 Hz/± 10 dB (50 Hz),
TREBLE: 3 kHz/± 10 dB (20 kHz)
• Regulacja sygnału wyjściowego: +6 dB (100 Hz)
• Wyjście słuchawkowe: 8 Ω lub więcej
• Napięcie wyjściowe: 0.666 V/50 Ω
• Zasilanie: AC 230 V, 50 Hz
• Pobór mocy: 178 W (standby), 290 W (IEC 62368-1)
• Wymiary (S × W × G): 465 × 191 × 428 mm
• Waga: 24.9 kg

Pobierz jako PDF