1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. Ayon S-10 II

Ayon S-10 II

Opinia 1

Od zarania dziejów, czyli od samego początku istnienia SoundRebels, wielokrotnie w naszych relacjach i recenzjach podkreślaliśmy fakt, iż wychodziliśmy, wychodzimy i mam cichą nadzieję, jeszcze przez długie lata wychodzić będziemy z założenia, że tak naprawdę dany produkt najlepiej i najłatwiej zrozumieć znając punkt widzenia osoby, która za nim stoi. Zupełnie inaczej bowiem podchodzi się do dyskusji o podstawowych aspektach dźwięku, czy też nawet samej jego estetyce, dysponując takową wiedzą i przedstawiając własne (kontr)argumenty konstruktorowi prosto w oczy, a nie pisząc na przysłowiowy Berdyczów, czy też mając świadomość, że tak naprawdę decydujący wpływ na efekt finalny, czyli brzmienie konkretnej konstrukcji, miał nie konkretny „Ktoś”, lecz grupa zupełnie nam obcych i anonimowych księgowych. To zupełnie inny poziom wzajemnych relacji, gdzie dyskusja z twórcą dotyczy naszych własnych – osobistych obserwacji, interpretacji tego, co tak naprawdę „poeta chciał wyrazić”. Na taki komfort możemy pozwolić sobie m.in. z Anssim Hyvönenem (Amphion), Madsem Klifothem (Audiovector), Rumenem Artarskim (Thrax), Timo Engströmem (Engström), Chrisem Feickertem (Dr.Feickert), Dr.Rolandem Gauderem (Gauder Akustik), Oliverem Göbelem (Göbel), Louisem Desjardins (Kronos), Francem Kuzmą (Kuzma), Hans Ole Vitusem (Vitus), i oczywiście Gerhardem Hirtem (Ayon).
I właśnie nad nowością, która wyszła spod rąk Gerharda, przyszło nam dzisiaj się pochylić, gdyż choć od Jego ostatniej wizyty w Warszawskim salonie Nautilusa nie minęły nawet dwa miesiące to my, od kilkunastu dni możemy cieszyć nie tylko oczy, co przede wszystkim uszy, już w pełni komercyjnym, czyli produkcyjnym egzemplarzem najnowszej odsłony austriackiego streamera Ayon S-10 II. Co prawda zarówno w Monachium, jak i na Kolejowej dane nam było rzucić tak okiem, jak i uchem na najnowsze, dedykowane plikom dziecko Gerharda, ale jak to zwykle bywa nie dość, że była to „obwoźna” sztuka wystawowa i to w najwyższej specyfikacji, to jak to przy tego typu wystawowo – salonowych odsłuchach bywa, warstwa dźwiękowa jest jedynie dodatkiem do celu nadrzędnego, za jaki uznajemy kontakty interpersonalne, czyli mówiąc prosto z mostu przyjacielskie pogaduchy.

Zarówno na pierwszy, jak i każdy kolejny, rzut oka Ayon S-10 II pozornie niczym nie różni się od swojego poprzednika. Podkreślam jednak, że jedynie „pozornie”, gdyż diabeł tkwi w szczegółach. Nie da się jednak ukryć, iż sama bryła odtwarzacza pozostała bez zmian, co nie powinno dziwić, gdyż trudno byłoby logicznie wytłumaczyć, gdyby po osiągnięciu obecnego poziomu rozpoznawalności i unifikacji portfolio, Ayon nagle postanowił zerwać z dotychczasowym designem. Mamy zatem masywny, pancerny wręcz, korpus ze szczotkowanych aluminiowych płyt, którego front zdobi jedynie centralnie umieszczony czytelny i oczywiście dający się przyciemnić 5” ekran QVGA TFT z wydzielonym przy jego lewej krawędzi wąskim polem mieszczącym czujnik IR, gniazdo USB i przycisk stand-by. Firmowe logo skromnie przycupnęło przy lewej, a symbol modelu przy prawej flance. Zgodnie z wieloletnią tradycją włącznik główny umiejscowiono na spodzie urządzenia w okolicach lewej przedniej nóżki a za jedyny akcent dekoracyjny można uznać dwie chromowane kratki wentylacyjne na płycie górnej. Zdecydowanie więcej dzieje się na ścianie tylnej, która do zaoferowania ma praktycznie wszystko, czego dusza zapragnie, o ile tylko zdecydujemy się na wersję full-wypas, czyli zawierającą wszystkie dostępne opcjonalnie, a co za tym idzie wymagające dodatkowych nakładów finansowych, udoskonalenia i funkcjonalności. W przeciwnym wypadku część iście biżuteryjnych terminali pełnić będzie rolę li tylko ozdobną, co wcale nie jest takie złe, gdyż prezentuje się zdecydowanie lepiej niż wszelakiej maści mniej, bądź bardziej prowizoryczne zaślepki, bądź co gorsza zionące pustką „oczodoły”. Lećmy jednak po kolei. Patrząc od lewej mamy wyjścia analogowe i to zarówno RCA, jak i XLR, dwie pary wejść liniowych (RCA) i nad wyraz rozbudowaną sekcję cyfrową obejmującą wyjście coaxialne i blok wejść w składzie – coaxial, optyczne, USB – dwa typu B (dedykowane bezpośrednio podpiętym dyskom i interfejs USB DACa dla komputerów) i typu A dla pozostałych pamięci masowych (m.in. pendrivy), Ethernet i dwa gniazda antenowe.
Zgodnie z tym, o czym podczas naszego ostatniego spotkania mówił sam Gerhard, jak i dostępnych na stronie producenta materiałów jasno wynika, iż obecna, druga inkarnacja austriackiego plikograja przeszła nader gruntowną metamorfozę trzewi obejmującą m.in. nową sekcję dual-mono DAC-a (kości AKM 4490), oraz konwertera PCM-DSD a także kompletnie nową platformę streamingową pochodzącą oczywiście od StreamUnlimited. Warto podkreślić, że Ayon S-10 II jest pierwszym streamerem na rynku ją wykorzystującą. Ponadto dzięki sprawdzonej w poprzedniej wersji, modułowej topologii S-10 mkII można niejako „uszyć na miarę” a co najważniejsze, przynajmniej dla posiadaczy poprzedniej inkarnacji, starsze wersje S-10 bezproblemowo upgrade’ować do aktualnej specyfikacji (z wyłączeniem wersji server). A właśnie, już od jesieni powinna być dostępna opcja rozbudowy 10-ki o wewnętrzny moduł serwera opracowany we współpracy z JRiverem. Zanim jednak to nastąpi bez najmniejszych problemów możemy już teraz pławić się w nieprzebranych zasobach HRA (HIGHRESAUDIO), Tidala, czy szczęśliwcy, którym udało się zarejestrować poza granicami Polski również z Qobuz-a, a implementacja popularnego głównie dzięki przystępnym planom cenowym Spotify planowana jest na wczesną zimą, podobnie zresztą jak cieszącego się dużym szacunkiem wyrafinowanych melomanów serwisu Primephonic . Szalenie miłą niespodzianką jest nad wyraz obszerna (31 stron!) instrukcja, obejmująca pełną – krok po kroku – instalację i optymalną konfigurację dwóch najlepszych wg. ekipy Ayona (naszej redakcji również) programów do obsługi i odtwarzania plików na zapowiadanej wersji BlackBox-Server, jak i własnych komputerach użytkowników, czyli wspomnianego przed dosłownie chwilą JRiver Media Server i Audirvany. Wracając do technikaliów dodam tylko, że w stopniu wyjściowym pracuje para triod 6H30 a zasilanie oparto na niskoszumowym transformatorze R-Core.

No i jeszcze dwa słowa o firmowej – dostępnej już zarówno na iOS-a, jak i Androida appce, którą spokojnie można uznać za jedną z najbardziej intuicyjnych a zarazem estetycznych na rynku. Działa przy ty stabilnie i szybko zapewniając całkowicie bezproblemowy dostęp nawet w przypadku bardziej rozbudowanych zasobów lokalnych i serwisów streamingowych.
Pół żartem, pół serio czy to w opcji serwer, czy to z zewnętrznym dyskiem (niezależnie czy sieciowym, czy USB) S-10-ka wydaje się zatem idealnym rozwiązaniem dla wszystkich tych, którzy zarówno z dobrodziejstw ww. serwisów muzycznych, jak i nawet internetu korzystają nad wyraz okazjonalnie, bądź poza miejscem zamieszkania, gdyż Ayona da się obsłużyć całkiem bezboleśnie nawet z dedykowanego pilota a „stawiając” nawet odrębną – lokalną sieć spokojnie można czerpać pełnymi garściami z dobrodziejstw dedykowanej appki i długimi godzinami odsłuchiwać zapisane na dyskach pliki. Wystarczy bowiem albo zakupić interesujące nas albumy, albo nawet zripować i otagować posiadaną płytotekę i potem korzystać z jej wersji zdigitalizowanej bez konieczności podnoszenia się z fotela.

A jak wspomniane upgrade’y wpłynęły na brzmienie tytułowego austriackiego plikograja w porównaniu do jego protoplasty? Siląc się na maksymalną zachowawczość i wręcz wymuszoną nieufność, mógłbym asekuracyjnie stwierdzić, że odświeżająco, co byłoby teoretycznie zgodne z prawdą, a zarazem krzywdzące i to nie tylko dla samego urządzenia, co przede wszystkim dla posiadaczy jego wcześniejszej wersji. Poprawie uległo bowiem kompletnie wszystko! W dodatku proszę mieć na uwadze, iż do naszej redakcji trafiła wersja bazowa – podstawowa, którą można przecież dodatkowo uszlachetnić m.in. do poziomu Signature, co również przyniesie kolejną poprawę. Skupiając się jednak na konkretach uczciwie trzeba przyznać, że do znanej z pierwszej wersji gęstości i nasycenia doszła obecnie nieporównywalnie lepsza rozdzielczość i precyzja w ogniskowaniu, definiowaniu źródeł pozornych. Krawędzie są zauważalnie cieńsze i prowadzone pewniejszą kreską, choć nadal akcent postawiony jest na ich bliskość i namacalność. To takie charakterystycznie dosaturowane i intymne kreowanie spektaklu dla jednego słuchacza. Nie oznacza to bynajmniej, że dźwiękowi brakuje rozmachu, czy dynamiki, bo nic takiego nie zaobserwowałem, a jedynie zwracam uwagę na jego skupianiu się na odbiorcy. Z reguły bowiem przyjęło się uważać, że mechanizm ten działa jedynie w drugą stronę, czyli, że to widz/słuchacz chcąc się zaangażować w reprodukowany spektakl musi wykonać przysłowiowy pierwszy krok i skupić na nim swoją uwagę. Tymczasem w niniejszym przypadku to Ayon jest inicjatorem wzajemnych interakcji, jednak nie poprzez ordynarne zaczepianie, czy też rozpaczliwe próby zwrócenia naszej uwagi (pamiętacie Państwo scenkę ze „Shreka” z Osłem i jego „wybierz mnie, mnie wybierz”?) a jedynie właśnie przez tą swoją lampową eufonię. Nie da się bowiem ukryć, iż obecne w trzewiach S-10-ki lampy słychać i słychać w dodatku bardzo dobrze. I dobrze, że je słychać, bo dzięki temu otrzymujemy dźwięk dojrzały, wysycony, niezwykle gładki z zarazem rozdzielczy, co z kolei pozwala na wielogodzinne sesje z nie zawsze referencyjnym materiałem źródłowym. Proszę tylko mnie źle nie zrozumieć, 10-ka niczego nie uśrednia co udowadnia np. porównanie „Distance Over Time” Dream Theater, czy równie wirtuozerskiego „Psychotic Symphony” Sons of Apollo z „Keeper of the Seven Keys” Helloween, gdzie pierwsze dwa albumy zachwycają zarówno potęgą, jak i trójwymiarowością, a z kolei Helloween wypada na ich tle dwuwymiarowo i płasko jak kiepska fototapeta, więc lepiej pewnej cienkiej granicy nie przekraczać, bo tego typu realizatorskim koszmarkom nawet Ayon nie pomoże. Za to rozmach i iście hollywoodzka spektakularność jasno dają do zrozumienia, że nowa odsłona 10ki nie ma najmniejszych oporów by, gdy tylko wymaga tego sytuacja nie bać się przyłoić i iść na całość niemalże burząc przysłowiowe mury. Atak potrafi być iście apokaliptyczny i pomimo delikatnego zaokrąglenia skrajów nic się nie zlewa w bezkształtną masę.
Zamiast jednak szukać dziury w całym i wertować posiadaną plikotekę w poszukiwaniu podobnych wypadków przy pracy, zdecydowanie bardziej rozsądnym zajęciem wydaje się delektowanie dźwiękami niekoniecznie już na starcie upośledzonymi, dlatego też z niekłamaną przyjemnością sięgałem np. po muzykę dawną w stylu klimatycznego „Sacrum Mysterium” Apollo’s Fire gdzie widać, znaczy się słychać, nawet kurz unoszący się nad posadzką, na której od czasu do czasu żwawo przytupują soliści. Dodatkowo właśnie na takim materiale Ayon ma szansę rozwinąć skrzydła i czarować firmową szkołą dźwięku z dopaloną średnicą i mieniącą się ciepłym złotem zachodzącego słońca górą. Robi się dystyngowanie i wykwintnie, jednak nawet bez śladu sztucznego usztywnienia, czy osłabienia ładunku emocjonalnego. O nie. Śmiem wręcz twierdzić, iż w większości przypadków Ayon stara się właśnie ów aspekt emocjonalny intensyfikować i podkreślać, by nawet w takich jak powyższe, sięgających zamierzchłych – XIII i XIV w. czasów pieśniach wyciągnąć na światło dzienne, nie zawsze mile widziane przez kościelnych patriarchów, uczucia.
Nie mniej intrygująco wypadł nasz dyżurny „Khmer” Nilsa Pettera Molværa, gdzie naturalne instrumentarium przeplata się z iście infradźwiękowymi komputerowymi samplami, które dzięki lampowej sygnaturze streamera zyskały zaskakująco analogowe i wręcz organiczne oblicze. Warto bowiem zaznaczyć, iż najnowsza odsłona 10-ki nie próbuje zniknąć w torze i udawać, że jej nie ma. Zamiast jednak ostentacyjnie oznajmiać wszem i wobec swą obecność, tytułowy plikograj pełni rolę swoistego antydepresanta sprawiającego, że nawet znane niemalże na pamięć nagrania stają się bardziej atrakcyjne i angażujące.

Ayon S-10 II, czyli druga odsłona obecnego już niemalże trzy lata na rynku austriackiego streamera jest niezaprzeczalnie dojrzalsza, czyli de facto lepsza od swojego protoplasty. Korzystając z najnowszych osiągnięć współczesnych technologii ma w sobie wszystko to, co mogło się podobać i podobało nabywcom w poprzedniku, lecz nie dość, że winduje owe cechy, czyli muzykalność i soczystość okraszone lampowym ciepłem, na zdecydowanie wyższy pułap wyrafinowania, to dodatkowo okrasza je niezaprzeczalnie lepszą rozdzielczością. Nie oznacza to bynajmniej, że starsze wersje nagle miałyby przestać grać, jednak ich posiadaczom gorąco polecam porównanie obu wersji 1:1 we własnych systemach a jeśli zauważone różnice okażą się dalekie od kosmetycznych, to przecież nic nie stoi na przeszkodzie, by upgrade’ować posiadane egzemplarze do obowiązującej specyfikacji.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3

Opinia 2

Pewnie mi nie uwierzycie, ale bywające w otaczającym mój dom zagajniku wszelkiego rodzaju ptactwo od dłuższego już czasu przeraźliwie kracze, skrzeczy i ćwierka, iż pliki audio może jeszcze nie doszły do ściany zwanej najwyższą jakością dźwięku, ale z pewnością są na tyle dobre, że stały się nieodzownym źródłem uciech nausznych niemal każdego współczesnego melomana. To zaś sprawia, że mimo mojego ambiwalentnego stosunku do korzystania w swoich okowach z tego typu sposobu słuchania muzyki, nie mogę przejść nad owym zagadnieniem do porządku dziennego, udając, że nic się nie dzieje. Dlatego też chcąc być na bieżąco, gdy nadarza się taka, jak w dzisiejszym odcinku okazja zmierzenia się z jakąś plikową konstrukcją, bez namysłu mówiąc kolokwialnie, biorę ją na recenzencki warsztat. Zainteresowani, co ostatnio trafiło do mej samotni? Zapewniam, że znacie, bowiem krakowsko-warszawski dystrybutor Nautilus tym razem dostarczył do redakcji drugą wersję występującego jakiś czas temu jako uzupełnienie pełnego systemu marzeń austriackiego odtwarzacza sieciowego Ayon S-10 II. Zaskoczeni takim stosunkowo szybkim rozwojem sprawy? Ja nie, gdyż urządzenia dążąc do poprawy jakości dźwięku z rozdzielnika ewaluują, a na podstawie rozmów z producentem wnioskuję, iż wprowadzone zmiany mocno podnoszą poprzeczkę finalnego soundu. Jak to się skończyło? Po odpowiedź zapraszam do lektury poniższego tekstu. A jako dodatkowy smaczek zdradzę, iż pamiętając niezobowiązującą odsłonę odsłuchową poprzednika było mi bardzo łatwo zorientować się, w którą stronę – jeśli takowe nastąpiły – poszły ewentualne zmiany.

Elektronika spod znaku austriackiego Ayona jak jeden mąż korzysta z bardzo podobnego w kwestii designu pomysłu na obudowę urządzeń. To mimo zwyczajowego wykorzystania lamp elektronowych w układach elektrycznych zawsze jest prostopadłościenna, raz niższa, a raz wyższa, posiadająca zaokrąglone narożniki, czarna skrzynka ze szczotkowanego aluminium. Co ciekawe, wspomniana obudowa nie jest zarezerwowana li tylko dla elektroniki z przymusową ekspozycją szklanych baniek na zewnątrz, gdyż w zależności od projektu owe pojemniki próżniowe znajdziemy również wewnątrz korpusu. To naturalnie wymusza na producencie zastosowanie tuż nad nimi odpowiedniej wentylacji, jednak po kilkuletnich recenzenckich bojach zapewniam potencjalnych malkontentów, iż Gerhard Hirt robi to na tyle estetycznie, że te zazwyczaj prostokątne ażurowe kratownice śmiało można traktować jako bardzo ważny wizualny smaczek jego produktów. Kreśląc kilka słów o bohaterze tego mitingu w temacie frontu nie ma specjalnego pola do popisu, bowiem jest ostoją jedynie umieszczonego centralnie bardzo dużego, znacznie lepszego od strony jakości wyświetlanych danych, a przez to czytelnego, kolorowego wyświetlacza, tuż obok niego z lewej strony ułatwiającego granie z pendrive’a wejścia USB i zaraz pod nim guzika inicjującego stan spoczynku lub pracy urządzenia. Patrząc na S-10 -kę z lotu ptaka w tylnej części górnej płaszczyzny obudowy znajdziemy mieniące się połyskującym srebrem wspomniane sekcje chłodzenia wnętrza urządzenia. Zaś kierując wzrok na plecy omawianego strumieniowca bardzo kontentującym potencjalnego użytkownika jest widok wejść i wyjść analogowych RCA/XLR, jednego wyjścia i całej baterii wejść wszelkiego rodzaju protokołów przesyłu danych cyfrowych od LAN, przez USB, OPTICAL i SPDIF, a także wieńczącym pakiet gniazd terminalem sieciowym IEC. Ostatnią ważną informacją tego akapitu jest usadowienie głównego włącznika pod spodem bryły S-dziesiątki z przodu, tuż przy lewej stopie stabilizującej całość konstrukcji na docelowym stoliku.

Nawiązując do wspominanego pierwszego występu S-10-ki nowa odsłona jest znacznie lepsza. Dlaczego? Choćby dlatego, że sporej zmianie uległa sekcja przedwzmacniacza, oprócz tego poprawiono moduł streamera, stopnia wyjściowego i co dla wielu najważniejsze solidnie przyłożono się do kwestię zasilania. Jak to przekłada się na dźwięk? Określając zmiany jednym słowem spokojnie mogę stwierdzić, że przekaz jest bardziej rozdzielczy, co dla wiedzących o czym piszę jest chyba najistotniejszą, zazwyczaj bardzo pożądaną od nowszych wersji danego urządzenia cechą. A co to oznacza w przypadku starcia się drugiej odsłony dziesiątki z konkretną muzyką? Same dobre rzeczy, bowiem po zmianach konstrukcyjnych nadal oferująca lampowy posmak fonii plastyka dźwięku teraz zyskała na witalności. To oczywiście nadal jest granie na emocjach słuchacza brylującymi w środku pasma, fajnie pokolorowanymi instrumentami i uwielbianą przeze mnie wokalizą, jednak dodana szczypta swobody zwiększa przyjemność odbioru zawieszonego znacznie czytelniej w eterze międzykolumnowym przekazu muzycznego. Co ważne. Tak jak poprzednio, tak i teraz nowy Ayon konsekwentnie stawia na bliskość pierwszego planu, pozwalając w ten sposób niemal zaprosić słuchanych artystów do swojego pokoju. Owszem, zdaję sobie sprawę, iż taka prezentacja jest obciążona specyfiką oczekiwań melomana, jednak zapewniam, w tym przypadku nie jest to siłowe sadzanie naszych idoli na kolanach, tylko zasygnalizowanie, że frontman ma swoje prawa i ktoś zaproszony na daną sesję nagraniową, a przez to posadzony nieco dalej na wirtualnej scenie muzycznej ma być raczej tłem, a nie pierwszymi skrzypcami zapisanych danej kompilacji wydarzeń sonicznych. A gdy do przywołanej estetyki bliskiego obcowania z artystami dodamy dobre nasycenie i energię tak środka, jak i dołu pasma, przy ciekawym uzbrojeniu całości w słodkie, acz dające pełen pakiet informacji wysokie rejestry, mamy rasowego przedstawiciela łamaczy serc kochających muzykalność osobników homo sapiens. A uwierzcie mi, jest ich spora grupa. Kto do niej należy? Na przykład ja, wręcz uwielbiający szeroko rozumianą muzykę Baroku. Powiem tak. Podczas słuchania tego typu materiału, ani razu nie zanotowałem poczucia przegrzania przekazu. Owszem, było gęsto, jednak czytelnie, co sugeruje, że Ayon bez problemu poradził sobie już na starcie z soczystą manierą grania mojego zestawu. Wszelkie arie, recytatywy i co ważne, instrumenty z epoki wydawały się wręcz dziękować za postawienie punktu wysycenia i gładkości w proponowanym przez testowaną konstrukcję punkcie. Dlatego też, chyba w nikim nie wzbudzę zdziwienia, gdy przyznam się, iż każda – na potrzeby testu zazwyczaj słuchana tylko częściowo – płyta kręciła się na talerzu CEC-a od dechy do dechy.
Po serii płyt będących wodą na młyn superlatyw postanowiłem sprawdzić, jak opisany sznyt gęstego grania wpłynie na nieco ostrzejsze rytmy spod znaku Pink Floyd i ich kultowego „The Wall”. To dość spokojna płyta i dlatego bez problemu zaliczam ten punkt opiniowania do udanych. Jest na niej dużo popisów wokalnych i gitarowych, co Ayon ze swym pakietem muzykalności pokazywał z bardzo dobrej strony. Po raz kolejny było na tyle ciekawie, że przyszedł czas na jazdę bez trzymanki. W tej roli wystąpiła grupa YELLO z płytą „Touch”. I? Spokojnie. Nie określiłbym, a nawet nie mam prawa napisać, że to była wpadka (O tym za moment), tylko przewartościowanie sztucznie generowanych, wszechobecnych przesterów na swoją – lampową – modłę. Było bardziej złoto i słodko, ale nie mogę powiedzieć, że źle. Ot prawdopodobnie inaczej, aniżeli życzyliby sobie wielbiciele tego typu muzy, ale nie źle w kojarzonym z tym słowem znaczeniu. Ale jako ciekawostkę dodam, że gdy przy wspomnianych piskach i wszelkiego rodzaju celowych zniekształceniach, będąc złośliwym, można było nieco pokręcić nosem, to już wokale, a w szczególności żeński wypadły fantastycznie. Zatem jak zakwalifikujecie wynik soniczny Ayona w tym rodzaju muzyki zależeć będzie od Waszych oczekiwań. Ale zastrzegam. Będąc sprawiedliwym nie można mieć pretensji do urządzenia lampowego za unikanie niszczenia narządów słuchu szkodliwym skrzeczeniem generowanej muzyki. To zwyczajnie nie fair. Dla mnie po wzięciu wspomnianej zależności pod uwagę również w tym przypadku było dobrze. Z firmowym sznytem, ale dobrze.

Stawiając rzeczony odtwarzacz strumieniowy na miejscu kaźni, z jednej strony niesiony opinią konstruktora – Gerharda Hirta, wiedziałem czego powinienem się spodziewać, zaś z drugiej nauczony doświadczeniem, iż wiele podobnych rozmów z producentami jest ich pobożnymi życzeniami, trochę w napięciu czekałem, co się wydarzy. Na szczęście wszystko zakończyło się happy end-em. I co ważne, następca był lepszy od protoplasty. Owszem nadal z przypisaną manierą szklanych baniek, ale za to w dobrym stylu. Komu poleciłbym zapoznanie się z S-10-ką we własnym systemie? Wręcz wszystkim, którzy kochają muzykalny sposób prezentacji. Co to oznacza? Nic szczególnego. Wystarczy hołdować plastycznej i dobrze wysyconej stronie zapisów nutowych, a takie jak dzisiaj oceniany produkty są wręcz idealnymi partnerami na całe życie. Czy tak się stanie w przypadku Waszego zderzenia z Ayon’em, S-10 II? Niestety, teraz pałeczka jest po Waszej stronie.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15, Boulder 1110
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777, Boulder 1160
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”, Vermoutch Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Step-up: Thrax Trajan

Dystrybucja: Nautilus / Ayon
Cena: 26 900 PLN; + 7 490 PLN S-10 II Signature; + 3 290 PLN S-10 II Preamp

Dane techniczne:
• Przetwornik D/A: 764kHz / 32 bit & DSD256
• Dynamika: > 120 dB
• Impedancja wyjściowa RCA/XLR: ~ 700 Ω
• Wyjścia cyfrowe: 75 Ω S/PDIF (RCA)
• Wejścia cyfrowe: 75 Ω S/PDIF (RCA), USB-PC, TOSLINK, 2 x USB type A
• Łącza sieciowe: Ethernet, Wi-Fi
• Stosunek S/N: > 115 dB
• Pasmo przenoszenia: 20 Hz-20 kHz (+/- 0,3 dB)
• Zniekształcenia THD (1 kHz): < 0,002 %
• Wejścia analogowe: 2 x RCA
• Wyjścia analogowe: RCA, XLR
• Wymiary (SxGxW): 480 x 360 x 120 mm
• Waga: 12 kg

Pobierz jako PDF