1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Reportaże
  6. >
  7. Ayon S-10 II i Spirit V w Nautilusie

Ayon S-10 II i Spirit V w Nautilusie

Opinia 1

Doskonale zdaję sobie sprawę, że w natłoku wrażeń natury wizualnej u naszych Czytelników, a u wszystkich szczęśliwców, którym udało się w tym roku dotrzeć na kolejną edycję monachijskiego High Endu, również i nausznych, mogło co nieco z prezentowanych tamże nowości umknąć. Z podobnego założenia wyszedł prawdopodobnie również krakowsko – warszawski Nautilus, który kując żelazo puki gorące, w iście ekspresowym tempie, zorganizował w swych salonach prezentację dwóch nad wyraz elektryzujących nowalijek z portfolio austriackiego Ayona – streamera S-10 II i … odświeżonej wersji flagowej integry, czyli Spirita w V już odsłonie. O ile jednak uzbrojonej w kwadrę pisankopodobnych lamp KT150 amplifikacji, jeśli pamięć i zdjęcia mnie nie zwodzą, w M.O.C.-u nigdzie nie było, to S-10ka nie tylko zagościła w firmowym zestawie, to przez większość wystawy pracowała na pełnych obrotach, tak podczas standardowych prezentacji, jak i spotkania z Lyn Stanley. Jakby tego było mało wraz z ww. elektroniką zawitał do Polski również jej konstruktor – Gerhard Hirt.
Biorąc jednak pod uwagę, iż obie prezentacje zaplanowano na wtorek (Kraków) i czwartek, czyli … dzisiaj, w Warszawie na ul. Kolejowej nieco przewrotnie postanowiliśmy odwiedzić stołeczny salon Nautilusa w … środę. Nielogiczne? Tylko pozornie, gdyż mając na uwadze spodziewane zainteresowanie wydarzeniem i oczywiście korzystając z uprzejmości Gospodarzy dokonaliśmy tzw. działań wyprzedzających umożliwiających nie tylko udokumentowanie całego procesu unboxingu ww. nowości, co przede wszystkim spokojną rozmowę z Gerhardem, na co podczas oficjalnego eventu szanse byłyby nazwijmy to delikatnie nad wyraz znikome.

A właśnie na rozmowie z właścicielem i zarazem konstruktorem Ayona zależało nam najbardziej, gdyż zarówno podczas korespondencji prowadzonej pod koniec 2013 r. w związku z recenzją kolejnej wersji Spirita 3, jak i naszego spotkania w Krakowie w lutym 2015 r., Gerhard każdorazowo wspominał, iż to co osiągnął w finalnej, oczywiście wtenczas, wersji 3-ki jest przysłowiowym dojściem do ściany i więcej z wykorzystywanej platformy wycisnąć się nie da. Krótko mówiąc koniec drogi i tyle. A jak ktoś chce lepiej, to powinien zainteresować się rozwiązaniami dzielonymi, czego dowodem było pojawienie się Spirita PA , czyli końcówki mocy. Jednak w tzw. międzyczasie co nieco w elektronice drgnęło, w głowie Gerharda i jego teamu pojawiły się nowe pomysły a i odbiorcy, szczególnie Ci z USA, na tyle intensywnie wiercili producentowi przysłowiową dziurę w brzuchu, że ten postanowił zaproponować zainteresowanym kolejną, oznaczoną V-ką (czyli piątą) odsłonę. I w tym momencie większości miłośników marki powinna zapalić się pomarańczowa lampka. O co chodzi? O zgodną z chronologią numerację a dokładnie jej pozorną niekonsekwencję. Aby jednak mieć jasny obraz sytuacji należy cofnąć się do początku drugiej dekady XXI w. i rozpocząć odliczanie. No to 3,2,1 start.

Otóż przez prawie dziewięć lat Ayon uparcie oferował Spirita w specyfikacji oznaczonej nr.3, choć przez ów okres, pomimo niezmienności nomenklatury, sam projekt przeszedł dwie, dość poważne modyfikacje. Pierwsza – rozpoczynająca austriacką sagę wersja wyposażona była w jubileuszowe Shuguang Treasure Series KT88 (50th Anniversary), a pozostałe stopnie obsługiwały JAN Philips 12AU7. Kolejna, recenzowana na naszych łamach, mogła pochwalić się już sygnowaną przez Ayona kwadrą KT88 a JAN-y zastąpiono parą Tungsoli 12AU7, oraz parą lamp sterujących 6SJ7 NOS General Electric. Z kolei w ostatniej inkarnacji pojawiły się wreszcie Tungsole KT150. Teraz mamy natomiast pachnącą fabryką 5-kę, z kwadrą 150-ek, dwiema 6SN7 i parą 12AX7, czyli gdzieś po drodze zgubiła nam się 4-ka. Owa pozorna niekonsekwencja wcale jednak niekonsekwencją nie jest, gdyż o ile przynajmniej dla nas nic w 4-ce groźnego nie ma, to w Azji, będącej jak wszem i wobec wiadomo jednym z najbardziej chłonnych rynków, powszechna jest tetrafobia, czyli niechęć/strach przed pechową liczbą 4, która np. w większości chińskich dialektów brzmi bardzo podobnie jak „śmierć”. A skala zjawiska dalece przekracza naszą obawą przed „pechową” 13-ką, gdyż nawet w budownictwie do oznaczenia kondygnacji, czy też numerów budynków Azjaci unikają jej stosowania. Wracając jednak do zmian konstrukcyjnych śmiało można powiedzieć, iż oprócz jedynie delikatnego liftingu wizualnego (pokrętła na froncie, brak widocznego przełącznika trybu pracy na płycie górnej) cała reszta została poddana nad wyraz drastycznym zmianom. Począwszy od zasilania – największy chromowany „rondel” mieści teraz dwa a nie jak dotychczas jedno toroidalne trafo, po całkowicie przeprojektowaną sekcję przedwzmacniacza, wszystko zostało wprowadzone na zupełnie inny, oczywiście wyższy poziom.
Z równą troskliwością pochylono się nad S-10 II, który zyskał nie tylko nowy wyświetlacz, ale i odświeżony moduł odtwarzacza, stopień wyjściowy, oraz bardziej precyzyjną regulację głośności. Co prawda wprawne oko patrząc na załączone zdjęcia trzewi może zauważyć zaskakujące podobieństwo do pierwotnej 10-ki, jednak dla ułatwienia dodam, iż lwia część modyfikacji miała miejsca na tych powierzchniach płytek drukowanych, które dziwnym zbiegiem okoliczności znajdują się akurat od spodu. Warto jednak podkreślić, że Gerhard, podobnie jak w Monachium, zdecydował się zaprezentować egzemplarz „cabrio”, czyli bez płyty górnej korpusu, dzięki czemu wszyscy chętni mogą do woli nacieszyć oczy widokiem czerwonych laminatów, wielce urodziwych tłuściutkich kondensatorów i generalnie bogactwem „inwentarza” a następnie np. porównać owe rozwiązania z tym, co ma do zaoferowania konkurencja. Abstrahując jednak od wnętrzności dla większości z nas i tak i tak najważniejszy będzie dźwięk. A ten … nie uprzedzając faktów, nawet jak na wytrzęsiony na polskich drogach prototypowy egzemplarz śmiem twierdzić, że poprawa w stosunku do poprzedniej wersji jest zauważalna już od pierwszych taktów.

Niejako na koniec wspomnę jeszcze tylko o pozostałych elementach skonfigurowanego na potrzeby wczorajszej prezentacji systemu, w której pozycje na flankach zajęły zjawiskowe kolumny Ayon Black Heron a lwią część okablowania stanowiły Siltechy Triple Crown i Crown 35 Years Anniversary uzupełnione przez m.in. Acrolinka 7N-PC6700 Anniversario.
Serdecznie dziękując za zaproszenie i gościnę ekipie Nautilusa od razu poprosimy o wpisanie naszej redakcji na społeczna listę oczekujących na testy tytułowych nowości.

Marcin Olszewski

Opinia 2

Dzisiejsza relacja jest w pewnym sensie zaplanowanym wyprzedzeniem wydarzeń posługując się nomenklaturą z kultowego filmu „Star Trek”, szeroko pojętej krzywej czasoprzestrzeni. O co chodzi? Już wyjaśniam. Otóż to, co pokazujemy w poniższym przedpremierowym materiale, swoje oficjalne pięć minut w warszawskim oddziale salonów audio Nautilus miało dzień później, czyli … dzisiaj – 30.05.2019 r. Po co ta cała ekwilibrystyka? Zasadniczy powód jest jeden, ale z naszego punktu widzenia bardzo ważny. Chodzi bowiem o fakt eliminacji jakichkolwiek problemów po pierwsze z dokładnym obfotografowaniem mającej na celu przybliżenie swoistych nowości imprezy, typu wiecznie kręcący się przed obiektywem chcący dowiedzieć się jak najwięcej o nowościach gości, a po drugie zadbanie o w miarę spokojne posłuchanie, a przez to wyrobienie choćby orientacyjnego pojęcia w którą stronę podąża dźwięk jeszcze pachnących linią produkcyjną komponentów. Ale to nie wszystkie atrakcje tytułowego wydarzenia, gdyż tym razem dystrybutor zadbał o znaczne podniesienie poprzeczki wyjątkowości spotkania i zaprosił właściciela marki i głównego konstruktora w osobie pana Gerharda Hirta. Zaciekawieni? Jeśli tak, zatem przyszedł czas na zdradzenie clou tego popołudnia, którym są najnowsza odsłona wzmacniacza zintegrowanego Ayon Spirit V i kolejna inkarnacja odtwarzacza plików Ayon S-10 II.

Jak obrazują fotografie, Ayon jak to Ayon przez swą konserwatywność w domenie wyglądu jest rozpoznawalny od pierwszego kontaktu. Dlatego też nawet dogłębne oględziny aparycji prawdę mówiąc oprócz dopisków na froncie lub tylnym panelu i implementacji, lub rezygnacji z kilku manipulatorów zdradzają naprawdę niewiele. Jednak jak to zwykle bywa, diabeł tkwi w szczegółach, w tym przypadku konstrukcyjnych, o których z pasją i bez najmniejszych ograniczeń z przyjemnością informował nas gość z Austrii. Nie będę zagłębiał się w szczegóły, ale z tego co udało mi się dowiedzieć, integra ma mocno przeprojektowaną sekcję przedwzmacniacza i część zasilania, a odtwarzacz sieciowy zyskał lepszy wyświetlacz, mocno poprawiające jakość fonii zmiany w module streamera, stopniu wyjściowym i regulacji głośności. Wydaje się, że to stosunkowo małe, bo bazujące na znanych z wcześniejszych modeli głównych układach elektrycznych zmiany. Jednak każdy mający choćby minimalne pojęcie audiofil wie, iż nawet najdrobniejsze, oczywiście w odpowiednim miejscu, wprowadzone modyfikacje potrafią zdziałać cuda. A czy w tym przypadku zdziałały? Nie mogę tego powiedzieć bez przyłożenia marginesu błędu spowodowanego przypadkowymi warunkami odsłuchu, jednakże po kilku podobnych spotkaniach w tym pomieszczeniu jestem w stanie przyznać, że na tle poprzednich wcieleń obydwu urządzeń ta prezentacja pokazała spory progres jakości fonii. Fajna barwa, oddech muzyki plus dobre budowanie planów nie pozwalało na formowanie innych jak pozytywnych pierwszych wniosków. Jak to wypadnie w starciu w kontrolowanych warunkach, z pewnością okaże się już niedługo w dedykowanym teście, jednak jak napisałem, to co usłyszałem w środę, było bardzo zachęcające do dalszego zgłębiania możliwości sonicznych obydwu konstrukcji.

Kończąc tę przybliżającą jedynie zarys wydarzeń relację chciałbym podziękować krakowsko-warszawskiemu składowi Nautilusa za zaproszenie, możliwość osobistej konfrontacji z pomysłodawcą elektroniki – Gerhardem Hirtem i umożliwienie naszej nieco wcześniejszej wizyty w dobrze przygotowanym na takie imprezy salonie. Co prawda ręki pod topór nie położę, ale jestem dziwnie przekonany, że w czwartek od ilości potencjalnych zainteresowanych spotkaniem z Gerhardem i jego pomysłem na dźwięk ściany salonu z pewnością pękały w szwach. Skąd takie przekonanie? To nie była moja pierwsza wizyta w jego okowach, dlatego też biorąc pod uwagę przebieg wszystkich wcześniejszych, jestem w stanie bardzo spokojnie kreślić wyartykułowaną w poprzednim zdaniu tezę o nawet sporym „tłoku” w szczytowym momencie wydarzenia. Tak było zawsze, dlatego nie mam podstaw, aby przypuszczać, by tum razem miało być inaczej.

Jacek Pazio

Pobierz jako PDF