1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. Gryphon Audio PowerZone 3.10

Gryphon Audio PowerZone 3.10

Link do zapowiedzi: Gryphon Audio PowerZone 3.10

Opinia 1

Choć stare przysłowie pszczół mówi, że wzmacniacze i końcówki mocy najlepiej wpinać bezpośrednio w „ścianę” a jedynie reszcie posiadanego systemu serwować swoiste spa w postaci wyrafinowanej listwy zasilającej / kondycjonera, to w ramach dzisiejszego spotkania pochylimy się nad (niekoniecznie klinicznym) przypadkiem zgodnie z zapewnieniami producenta wymykającym się powyższym dogmatom. Jeśli bowiem otrzymujemy deklarację, że „słabsza”, stanowiąca przyczynek do niniejszego wywodu 20A wersja o oznaczeniu 3.10 jest zdolna „uciągnąć” Apexa Stereo, bądź monobloki Mephisto a „mocniejsza” – 40A 3.20 parkę Apexów Mono, to znak, że cytując klasyka „coś się dzieje”. I tak też jest w istocie, gdyż dzięki uprzejmości łódzkiego Audiofastu w nasze skromne progi trafił nie tyle kondycjoner, co optymalizator zasilania Gryphon Audio PowerZone 3.10, na którego test serdecznie zapraszamy.

Na tle swojego „sygnałowego” rodzeństwa Gryphon Audio PowerZone 3.10 prezentuje się nad wyraz skromnie i niepozornie. Próżno szukać tu groźnie nastroszonych radiatorów, czy też zespolonych w intrygujące formy konglomeratów sztab aluminium, szkła i akrylu. Ot elegancki, acz zgodnie z rodzinną tradycją pancerny korpus przyozdobiony jedynie widocznym na froncie niewielkim oczkiem z podświetlonym krwistoczerwonym gryfem. Lekkości projektowi nadaje lekkie cofnięcie podstawy względem smukłej płyty czołowej i schodzących ku tyłowi trapezoidalnych boków. Niby niewiele, ale wystarczy, by wstydliwie nie chować PowerZone 3.10 za szafką. Taki brak obaw przed eksponowaniem tytułowego poprawiacza wynika również z jego topologii, bowiem zarówno gniazdo wejściowe (20A IEC-C20), jak i wszystkie osiem wyjściowych pochodzących od Furutecha okupuje wespół-zespół ścianę tylną. Powyższą listę uzupełnia zacisk uziemienia oraz pomocnicze grafiki zalecające poprawną polaryzację dokonywanych połączeń. I tu pozwolę sobie na drobną uwagę natury estetyczno – konstrukcyjnej, gdyż o ile z racji wykorzystania grubych, blisko półcentymetrowej grubości hybrydowych stalowo-aluminiowych płyt, w kwestii samej solidności korpusu nie sposób cokolwiek zarzucić, to nieco dziwi fakt braku głębszego wpuszczenia gniazd wyjściowych w płytę tylną Gryphona, co automatycznie zapobiegłoby ich lekkiemu przekręcaniu w trakcie aplikacji sztywnego i sprężynującego okablowania.
A skoro o gniazdach mowa, to jak na powyższych zdjęciach widać i o czym dosłownie przed chwilą nieśmiało napomknąłem PowerZone 3.10 dysponuje takowym w liczbie pojedynczej, to mocniejsza wersja o oznaczeniu 3.20 takowych ma dwa.
Patrząc zarówno na niezbyt absorbujące gabaryty, jak i ledwie przekraczającą 10 kg wagę a zarazem korelując powyższe cechy z deklarowaną przez producenta obciążalnością / wydolnością naszego mrocznego obiektu pożądania jasnym jest, iż Duńczycy jego działania nie oparli na potężnym trafie, jak to miało miejsce m.in. w Kecesie. Jak się jednak okazuje w trzewiach PowerZone-a nie znajdziemy też, jak daleko nie szukając w IsoTek-u V5 Aquarius, wielostopniowej filtracji, lecz autorski-opatentowany, zalany żywicą moduł Hafner Tech™ (3.20 dysponuje dwoma) odpowiedzialny za bezstratne kierowanie przepływem drgań elektronów na poziomie molekularnym. Jakich drgań? A tych towarzyszących przepływowi prądu, czyli de facto zderzeń elektronów z atomami przewodnika. Mamy zatem do czynienia niejako z dbającym o porządek elektrono-zawiadowcą a nie metaforycznym „sitem”, które z jednej strony zatrzymuje wszelkie „śmieci z sieci”, lecz jednocześnie może być jednocześnie wąskim gardłem w domenie wydajnościowej.
Całe wewnętrzne okablowanie poprowadzono przewodami z posrebrzanej miedzi OFC 12 AWG w izolacji teflonowej i złączami WAGO a uziemienie, wzorem PowerZone 2 połączono w „gwiazdę”, co przysłużyło się eliminacji szumów pętli masy i zapewniło niską rezystancję elektryczną. Warto również wspomnieć, iż w ścieżce „sygnału” nie ma żadnych kondensatorów.

Pomijając jednak kwestie natury technicznej fundamentalnym pozostaje dwuetapowe pytanie, czyli czy pojawienie się w torze PowerZone cokolwiek zmienia, a jeśli tak, to czy ową zmianę można uznać jako progres. No i tu zaczynają się schody, bowiem o ile obecność oczyszczacza Gryphona jest bezdyskusyjnie zauważalna, to już od preferencji odbiorcy zależeć będzie ocena powyższego faktu. Okazuje się bowiem, iż po zalecanych 50h rozgrzewki charakter sygnatury Duńczyka znacząco odbiega od tego, co proponuje, a raczej z racji zakończenia produkcji, proponował wyśmienity Keces Audio BP-5000 idąc tym samym śladami nic-niemającego i w pełni pasywnego Furutecha Pure Power 6 NCF, czy też jego na/zastępcy NCF Power Vault-E. Patrząc jednak na temat z możliwie obiektywnej i szerszej perspektywy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że Gryphon wszystko robi … po swojemu. Bowiem w przeciwieństwie do Kecesa nie akcentuje łapiąc za ucho przyrostem dynamiki i wolumenu dźwięku a w porównaniu z Furutechami nie walczy z wibracjami na drodze „masowej” inercji a w swym działaniu schodzi głębiej – do poziomu molekularnego, przez co jawi się jako bardziej neutralny i transparentny od Japońskiej konkurencji. Czyli co? Uszczuplamy domowy budżet o drobne 70kPLN + (warto pamiętać, iż w zestawie nie ma adekwatnego klasie uszlachetniacza przewodu zasilającego, więc jeśli nie posiadamy takowego zakonfekcjonowanego wtykiem IEC-C19, to czekają nas kolejne wydatki), wzbogacamy system o kolejny komponent i go … nie słyszymy? Cóż, poniekąd tak, lecz po prawdzie nie słyszymy również dotychczasowej limitacji w domenie czystości i rozdzielczości. W dodatku nie tylko nie tracimy nic a nic z dynamiki i to zarówno w jej odmianie mikro, jak i makro, lecz wręcz ów aspekt windowany jest na zdecydowanie wyższy pułap, gdyż usunięcie podskórnej nerwowości, semi – transparentnej mory i szumu tła owocuje zdecydowanie lepszym zróżnicowaniem i motoryką najniższych składowych, które zachowują pełnię kontroli i złożoności aż po same infradźwięki. Co istotne owa kontrola wraz z fenomenalną rozdzielczością obecne były nie tylko na cywilizowanym i pełnym wdzięku jazzowym „Junjo” Esperanzy Spalding, lecz również dalekich od choćby śladowych oznak cywilizowania pozycjach w stylu „Hymns in Dissonance” Whitechapel. I tu drobna uwaga, gdyż zazwyczaj wpływ wszelakiej maści filtrów i kondycjonerów na dół pasma objawia się w dwojaki sposób – albo w postaci spowolnienia i dociążenia, co natychmiast prowadzi do utraty motoryki, bądź wręcz przeciwnie – zbytniej chrupkości i odchudzenia przekazu. Tymczasem Gryphon jedynie operuje aspektem rozdzielczości i uwalnia, wyswabadza wolumen informacji, więc słyszymy więcej i dokładniej.
Podobnie sprawy mają się na średnicy i górze pasma, więc zarówno komercyjne, choć uczciwie trzeba przyznać, że solidnie zrealizowane pozycje, jak m.in. ścieżka dźwiękowa do „Queen of the Ring”, jak i iście melomańsko – audiofilskie perełki („Adam Palma: Second Life”, „Anima Aeterna” Jakuba Józefa Orlińskiego) może nie tyle oszałamiają i onieśmielają bogactwem informacji, co raczej uzmysławiają, unaoczniają i unauszniają, że to, co tej pory braliśmy za kompletny obraz danego albumu było jedynie dającą li tylko mgliste wyobrażenie mniejszą, bądź większą jego częścią, fragmentem. Nader wyraźnie wzrasta precyzja obrazowania, definiowanie źródeł pozornych i opartej na trójwymiarowości oraz holografii stereofonii, a więc de facto poziom realizmu i intensywność doznań, w tym świadomość czynnego uczestnictwa w spektaklu. W związku z powyższym, nagrania, które do tej pory mogliśmy traktować jako niezobowiązujące tło codziennej krzątaniny ewoluują do pozycji na tyle skutecznie przykuwających do fotela, że jeśli tylko nie posiadamy odpowiednio silnej woli i poczucia obowiązku, to większość pozornie obowiązkowych i koniecznych do wykonania w trybie ASAP zadań schodzi na plan dalszy i bliżej nieokreśloną przyszłość. Jeśli bowiem wszelakiej maści efekty przestrzenne, aura pogłosowa i odwzorowanie akustyki pomieszczeń, w jakich dokonano nagrań jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przenoszą nas w owe lokalizacje, to wielkim nietaktem z naszej strony byłoby taki darmowy bilet np. do Opactwa Noirlac („Monteverdi – A Trace of Grace”), bądź Studia Abbey Road („For Those That Wish To Exist At Abbey Road” Architects ) jeśli nie odrzucić, co dyskretnie zignorować. Dlatego też odsłuchy z udziałem PowerZone stają się bardziej treściwe niosąc ze sobą bogactwo doznań niebezpiecznie bliskie wydarzeniom na żywo.

W ramach podsumowania pozwolę sobie jedynie stwierdzić, iż Gryphon Audio PowerZone 3.10 jest na tę chwilę najbardziej transparentnym akcesorium zasilającym, jakie do tej pory dane nam było gościć w naszych skromnych progach. Nie dość jednak, że „znika” w torze, to przede wszystkim znacząco poprawia rozdzielczość i czystość reprodukowanych przez wpięte w niego urządzenia. Jeśli do powyższej wyliczanki zalet dodamy jeszcze zdolność obsługi potężnych wzmacniaczy i końcówek mocy, to jasnym stanie się, że niezwykle trudno będzie znaleźć mogącą zagrozić mu konkurencję.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Zorro
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Jestem w 100 procentach pewien, że nie tylko ja, ale również wielu z Was bardzo uważnie śledzi poczynania duńskiej marki Gryphon Audio. To ostatnimi czasy na tyle prężnie rozwijający się brand, że po wielu handlowych sukcesach na polu elektroniki i kolumn głośnikowych dwa lata temu postanowił wprowadzić do swojego portfolio spełniający najwyższe standardy jakości gramofon. Niestety propozycja jest z segmentu ekstremalnego High End-u i na obecną chwilę w naszym kraju nie ma możliwości się z nią zapoznać. Jednak już z drugą, także niedawno zaprezentowaną nowością w ofercie już tak. A chodzi mianowicie o uzdatniacz energii elektrycznej, który swoje pierwsze występy w naszym kraju zaliczył podczas zeszłorocznej warszawskiej wystawy AVS 2024. O czym mowa? Otóż sam jestem nie tylko zaskoczony, ale także nieco podkręcony emocjonalnie, gdyż dzisiaj sprawdzimy, jak spisuje się dla wielu melomanów z racji kiepskiej jakości sieci elektrycznej w budownictwie wielorodzinnym i nie tylko istotny w ich systemach optymalizator zasilania Gryphon Audio PowerZone 3.10. To co prawda stojąca o oczko niżej od topowego tego tupu rozwiązania konstrukcja, ale zapewniam, będzie się działo. Zainteresowani? Jeśli tak, zatem zaczynamy.

Jak widać na serii zdjęć, PowerZone to solidnej wielkości konstrukcja. Jednak co w pomyśle na jej bryłę jest ciekawe i lekko odchudzające wizualnie, to rezygnacja wykorzystania obudowy w formie banalnego, a przez to nudnego prostopadłościanu. Sprawa rozbija się o fakt lekkiego cofnięcia dolnej części skrzynki. Na pierwszy rzut oka wydaje się to nie do końca zrozumiałym pomysłem, jednak po akomodacji wzrokowej szybko okazuje się, że oprócz nadania urządzeniu wizualnej lekkości, tak naprawdę fajnie to wygląda. A jak z wyposażeniem? Otóż front został ozdobiony jedynie małym czerwono-krwistym logotypem marki. Natomiast tylny panel jest jego przeciwieństwem, gdyż zagospodarowano go do granic możliwości. Znajdziemy na nim 8 gniazd IEC japońskiego Furutecha, także z jego oferty gniazdo zasilania C-19 oraz zacisk masy. Jeśli chodzi o inicjację pracy, główny włącznik znajdziemy od dołu konstrukcyjnego balkonika. Niestety w komplecie startowym nie znajdziemy kabla zasilającego, jednak dystrybutor chcąc zapewnić nam pełen zestaw spod znaku tego samego producenta dostarczył do testu topową sieciówkę Gryphon Vanta naturalnie w specyfikacji 20A. Jak to działa? W odezwie do nabywcy producent jest bardzo wylewny. dlatego dokładnie na spokojnie możecie sobie o tym poczytać na stronie dystrybutora. Ja tylko wspomnę, iż chodzi o przepuszczenie sygnału elektrycznego przez serię będących projektem Paula Hafnera modułów przewodników o strukturze krystalicznej nazwane Hafner Tech. W jego opinii mają wygaszać szkodliwe rezonanse elektronów za pomocą sprzężenia zwrotnego akustyki kwantowej. Skomplikowane prawda? Cóż, nikt nie mówił, że droga do ideału będzie usłana różami, ważne, jak konstrukcja sprawdza się w realnym działaniu, o czym skreślę kilka zdań w poniższym akapicie.

Jedno jest pewne, mimo mojego bardzo pozytywnego postrzegania tytułowej marki, co naturalnie potwierdziłem zakupem kilku urządzeń tej stajni, po konstrukcji spoza mainstreamu jej produkcji nie spodziewałem się zbyt wiele. Owszem zdawałem sobie sprawę, że tak zwanych „gniotów” ten podmiot nie firmuje swoim logo, ale brak wieloletnich doświadczeń w tym temacie pozwalał dopuszczać w najlepszym wypadku jedynie fajny efekt. A dla mnie fajność polega na spełnieniu minimum dwóch aspektów. W pierwszej kolejności chodzi o jak najmniejszy stopień limitacji swobodnej projekcji wirtualnej sceny oraz unikanie zbytniego ugładzania dźwięku pod płaszczykiem efektu wyeliminowania zniekształceń. Im większa ingerencja w te aspekty, tym bardziej odczuwalna śmierć mikrodynamiki, co skutkuje ogólnym uśrednieniem przekazu. Ale zaznaczam, to absolutne minimum, czego niestety i tak nie zawsze niektórym konstrukcjom w mniejszym lub większym stopniu udaje się udźwignąć. A to dopiero początek pozwalający podjąć walkę o ocenę godną high endu. Jak zatem wszelkie ważne dla oddania całej prawdy o muzyce kwestie wypadły po podpięciu mojego źródła i przedwzmacniacza liniowego do tytułowego kondycjonera? Otóż było to całkowite i przy tym pozytywne zaskoczenie. Po pierwsze w najmniejszym stopniu nie ucierpiały wspominane niuanse brzmienia systemu typu rozmach oraz mikrodynamika prezentacji. A po drugie przekaz nabrał zaskakującej, w pełni kontrolowanej, podnoszącej motorykę wizualizowania świata muzyki energii. Chodzi o zwiększenie soczystości oraz impetu impulsu inicjującego pojedynczy dźwięk, co w znaczącym stopniu poprawiło drive rozgrywanych w moim pokoju wydarzeń muzycznych. Gdybym miał określić ogólny rys zaproponowanego tego działania według specyfikacji PowerZone 3, powiedziałbym, że Duńczyk tchnął w nią dodatkową szczyptę życia. I bez znaczenia było minimalne zaokrąglenie krawędzi rysujących wirtualne byty – naprawdę w symbolicznym stopniu, gdyż za sprawą braku ingerencji w transparentność kreowania całości sceny w rozumieniu blasku i rozdzielczości każdej najdrobniejszej nuty, za to jako feedback podkręcenia emocji za sprawą epatowania kontrolowaną energią bezwiednie chciało się podnosić poziom głośności słuchanego materiału. Na ogół słucham swojego repertuaru dość głośno, jednak jeśli coś podczas sesji testowej w rozumieniu jakości przekazu kuleje, często zmniejszam poziom decybeli. Natomiast w tym przypadku za sprawą opisanego zastrzyku emocji i minimalizacji przez tytułowy filtr zniekształceń w przekazie automatycznie chwytałem pilota i bezwiednie, acz z wielką przyjemnością zbliżałem się do granic progu komfortowego obcowania z ulubionymi artystami. Tak było choćby w mocnym rocku spod znaku formacji AC/DC z płyty „For Those About to Rock (We Salute You)”, która jest dla mnie chlebem powszednim przemierzania dokonań tej grupy. I zapewniam, nie przez przypadek wspomniałem akurat tę płytę. Otóż przy idealnie wpisującej się w mój pogląd na świat z pozycji beneficjenta syndromu ADHD całej wirtuozerii grania tych panów, chodzi oczywiście o armatnie strzały w jednym z kawałków. Muzyka jako taka w postaci mocnych gitarowych popisów i wściekłej wokalizy przewidywalnie wypadała znakomicie, jednak, gdy do tego doszły podkręcone energią, oczyszczone ze zniekształceń przez duński kondycjoner, dzięki temu dające się odtworzyć z większą głośnością armatnie salwy, moje emocje dosłownie i w przenośni sięgały zenitu. To było szaleństwo w czystej postaci. A najlepsze w tym wszystkim było to, że dało się je dodatkowo przyprawić, gdyż podczas odsłuchu tego krążka zrobiłem teoretycznie na próbę, ale finalnie udaną lekką roszadę z kablem zasilającym PowerZone i zamiast wspomnianej Vanty Gryphona, zastosowałem amerykańską sieciówkę Stealth Audio. W jakim celu? Aby zwiększyć agresję rysowania krawędzi dźwięku, która teoretycznie była ok, jednak chcąc uzyskać pełnię zamierzeń artystów postanowiłem ją dodatkowo wyostrzyć. Efekt? Dla mnie znakomity, bo delikatnie i w osobistym odbiorze jako pozytyw cofnęło się wspominane wcześniej złagodzenie rysunku scenicznych bytów bez efektu najmniejszego wyostrzenia prezentacji. A przecież rozprawiamy o słabo zrealizowanym materiale. Cuda? Bynajmniej, po prostu umiejętnie wdrożona w życie technologia oczyszczania energii elektrycznej. Technologia w ten sam sposób działająca także na inne gatunki muzyczne typu jazz czy twórczość barokowa. Za każdym razem dostawałem podane bez jakiejkolwiek nachalności, ale znakomicie słyszalne, tak ważne dla nich smaczki, że w celu weryfikacji tego stanu rzeczy sięgałem po najbardziej odjechane płyty z Anną Marią Jopek „Upojenie” na czele. Dlaczego akurat wspominam o niej? Naturalnie aby udowodnić, że piszę prawdę. Otóż jej pozycje płytowe zawsze trącają lekkim przekroczeniem poziomu dobrego smaku w kwestii wyrazistości podania górnego zakresu, a w szczególności sybilantów. Ludzie to lubią, ale wielu niestety nieco narzeka, więc postanowiłem sprawdzić, jak wypadnie podczas testu tytułowego uzdatniacza. Usiadłem, wcisnąłem przycisk Play i czekałem. Co się wydarzyło? Nic szczególnego, a tak naprawdę same pozytywny, bowiem pani Ania zaśpiewała w swoim stylu, jednakże bez krzty poczucia dodatkowego podkreślania przywołanych realizacyjnych niuansów. Pośpiewała, Pat Metheny w wielu kawałkach jej zaakompaniował, a ja nawet nie zauważyłem, gdy soczewka lasera wróciła do punktu zero. Da się? Jak widać da.

Jaka będzie puenta tego rozdania testowego? Otóż z przyjemnością oznajmiam, iż rzeczony kondycjoner Gryphon Audio PowerZone 3.10 zaskoczył mnie podwójnie. Co jest bardzo ciekawe, za każdym razem pozytywnie. W pierwszej kolejności chodzi o fakt wprowadzenia znakomitego produktu do oferty bez większych doświadczeń w tej materii. To niestety nie zawsze się udaje i dopiero kolejne wcielenia przecierającego szlaki w danym segmencie urządzenia pozbawione są ewentualnych wad. Zaś w drugiej mam na myśli nie tylko pozytywny efekt czyszczenia sygnału pozwalający słuchać muzyki głośno, ale również znakomicie wypadające podkręcanie pozytywnych emocji w słuchanym repertuarze. I nie jakimś wybranym, tylko każdym i bez jakichkolwiek ograniczeń realizacyjnych. A zapewniam, po wielu testach tego typu zabawek wiem, iż nie jest to takie proste. Tym bardziej jestem rad, że marce Gryphon się udało.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,
Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80

Dystrybucja: Audiofast
Producent: Gryphon Audio
Cena: 69 800 PLN

Dane techniczne
Liczba gniazd: 8 gniazd Furutech
Moduł Hafner Tech™: 1 moduł
Prąd nominalny: 20 A
Wymiary (S x W x G): 486 x 125 x 285 mm
Waga: 10,9 kg

Pobierz jako PDF