1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. Keces Audio BP-5000

Keces Audio BP-5000

Opinia 1

Zakładam, że nazwa Huikang Electronic Co., LTD. niewielu z Państwa obiła się o uszy i prawdę powiedziawszy zupełnie mnie to nie dziwi. Sytuacja powinna nieco się zmienić, gdy podpowiem, iż powstające w jej zakładach urządzenia sygnowane są marką Keces a ta już z rozpoznawalnością nie ma większych problemów. Mowa oczywiście o świadomych i trzymających rękę na pulsie odbiorcach, gdyż nie ma co się łudzić – dla przeciętnego, nieskażonego audiophilią nervosą konsumenta, nawet przysłowiowy top-ten high-endowych producentów będzie zbiorem zupełnie przypadkowych wyrazów, bądź może zostać uznany za listę z personaliami zarządu jakiejś egzotycznej korporacji. Skoro jednak zajrzeliście Państwo na naszą stronę, to raczej nie w poszukiwaniu asortymentu zalegającego na hipermarketowych półkach, zatem macie zdecydowanie wyższe wymagania tak w kwestiach brzmieniowych, jak i jakościowych. W związku z powyższym śmiało możemy domniemywać, iż poszukując odpowiedniego uzdatniacza energii elektrycznej zamiast „zwykłej” listwy antyprzepięciowej swoje kroki kierujecie ku specjalistycznym i dedykowanym systemom audio rozwiązaniom ,a właśnie na takim polu urzędująca w Nowym Tajpej ekipa zdobywa coraz większe poważanie. Dlatego też po nader ciekawym zbalansowanym kondycjonerze BP-2400, dzięki uprzejmości dystrybutora marki – łódzkiego Audiofastu, postanowiliśmy wziąć na redakcyjny tapet seniora rodu i na chwilę obecną topowy model z portfolio Kecesa o symbolu BP-5000.

Z racji w pełni zrozumiałej unifikacji śmiało możemy stwierdzić, iż nasz dzisiejszy bohater w 5/6 swej aparycji (tylko przypomnę iż mamy do czynienia z prostopadłościenną bryłą) jest wiernym odwzorowaniem tego, co mieliśmy już okazję poznać podczas spotkania z jego młodszym rodzeństwem, czyli modelem BP-2400. Nie mając jednak pewności co do faktu zakonotowania w Państwa zakamarkach zwojów mózgowych, bądź chociażby pobieżnej lektury naszej wcześniejszej radosnej twórczości pozwolę sobie w telegraficznym skrócie dokonać możliwie skondensowanej charakterystyki.
Korpus wykonano z grubych, 4 mm płatów szczotkowanego, kruczoczarnego aluminium, przy czym biorąc pod uwagę 35 kg ciężar kondycjonera uczciwie trzeba przyznać, iż spasowano je z iście zegarmistrzowską precyzją, gdyż obudowa jest niezwykle sztywna i nawet podczas przenoszenia urządzenia nie wydaje żadnych niepokojących dźwięków. Nie dziwi zatem również fakt pełnej izolacji od zakłóceń EMI/RFI. Na froncie, podobnie jak u poprzednika, w lewym dolnym narożniku znajdziemy włącznik główny w towarzystwie dwóch niewielkich diod informujących o stanie pracy i ewentualnym przeciążeniu, centralnie umieszczony, wycięty firmowy logotyp i informację o przeznaczeniu tajwańskiego ustrojstwa. Z wiadomych względów okupujący prawy narożnik symbol modelu ma już inną, wynoszącą 5000 wartość będącą jednocześnie informacją odnośnie maksymalnego, sumarycznego obciążenia, jakim możemy potraktować Kecesa. Jednak najciekawszy, przynajmniej dla nas obszar, to ściana tylna, którą w odróżnieniu od BP-2400 podzielono na trzy dedykowane konkretnym urządzeniom sekcje – dwie dwugniazdowe 600VA dla reprezentantów domen cyfrowej i analogowej, oraz czterogniazdową 3800 VA, przewidzianą do zasilania zdecydowanie bardziej prądożernych odbiorników.
Zapuszczając żurawia do trzewi zaliczymy klasyczną powtórkę z rozrywki, gdyż zasada działania naszego dzisiejszego bohatera jest identyczna, jak w niższym modelu a różnica dotyczy, przynajmniej teoretycznie li tylko rozmiaru – mocy zajmującego lwią część wnętrza toroidalnego trafa. Ponieważ mamy jednak do czynienia z topowym modelem da się zauważyć i miłe oku dopieszczające zbiegi. Przykładowo ów toroid zamknięto w stosownej puszce, co dodatkowo ogranicza jego pole promieniowania elektromagnetycznego. Jednak kluczowa dla Kecesa, jest jego zbalansowana konstrukcja, co oznacza, iż do każdego gniazda zamiast zwyczajowych 230V podanego w postaci „zera” i „fazy” dostarczone jest napięcie dwufazowe 2 x 115V a dzięki autorskiej konstrukcji kondycjoner absorbuje przepięcia o wartościach większych niż 2 V powyżej szczytowego napięcia linii, bez wpływu na uziemienie. Nie zabrakło też wbudowanego ogranicznika prądu rozruchowego, więc nie ma obaw o domowe bezpieczniki.
Dzięki uprzejmości Audiofastu również i ten model mogliśmy testować przy użyciu przewodu zasilającego Shunyata Research Alpha v2 NR, co pozwoliło ograniczyć ilość zmiennych do niezbędnego minimum.

Jak mam nadzieję doskonale Państwo pamiętacie już na samym początku gościnnych występów BP-2400 moja dyżurna końcówka mocy Bryston 4B³ nad wyraz jednoznacznie i dosadnie dała do zrozumienia, że porozumienia pomiędzy nią a ww. kondycjonerem raczej nie powinienem się spodziewać i koniec końców wróciła do swojego własnego „gniazdka”, to mając na uwadze ponad dwukrotny wzrost mocy w przypadku BP-5000 zasadnym wydało mi się podjęcie kolejnej próby ożenku „kanadyjskiego buntownika”. W końcu co miałem do stracenia? Jeśli okazałoby się, że jest gorzej niż bez filtracji, to Bryston wylądowałby na „starej” linii a wpływ Kecesa określałbym na podstawie jego interakcji z resztą rezydujących u mnie urządzeń. No to wszystko wpięte, na playliście ląduje stanowiąca próbę ognia „13” – ka Black Sabbath a już po kilku taktach „Końca początku” („End Of The Beginning”), nie mylić z początkiem końca, wiem, że tym razem mam do czynienia z zupełnie inną półką i zupełnym brakiem jakichkolwiek kompromisów. Riffy są piekielnie gęste, ciężkie i cudownie brutalne. Zero spowolnienia i złagodzenia, jedynie zauważalny przyrost mocy, masy i motoryki. Zaraz, zaraz. Przecież do tej pory żaden, podkreślam żaden kondycjoner tego nie robił. Najbliższy owego stanu był „rozgałęziacz” Furutecha Pure Power 6, ale on przecież w sobie praktycznie … nic nie miał. Tymczasem Keces ewidentnie nie tyle powiększa źródła pozorne i „pompuje” scenę, jak daleko nie szukając stereotypowe, pochodzące zza wielkiej wody elektronika i kable, lecz działa niczym „autotransfuzja” krwi zwiększając wydolność systemu. Jest ciężej, mocniej, brutalniej i po prostu lepiej. Ponadto wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, iż ów efekt Wow! nie ma okresu przydatności do spożycia, nie starzeje się, nie nudzi i nie powszednieje. Piszę to z pełną premedytacją, gdyż po kilkutygodniowym użytkowaniu, gdy z racji zdalnego trybu pracy słuchałem muzyki praktycznie dzień w dzień po 12 – 14 godzin, każdorazowe wyłączenie systemu było w pewnym sensie małą traumą pozostawiającą po sobie pustkę i ciągły niedosyt.
Co istotne poprawa atrakcyjności przekazu dotyczyła nie tylko wymuskanych, dedykowanych złotouchym pozycji, lecz również, a może przede wszystkim tych wydawnictw, po których lwia część wybrednych melomanów niczego sensownego raczej by się nie spodziewała. Tymczasem „The Devil You Know” projektu Heaven & Hell , czy jakże szalenie odległy od realizacji Taceta, bądź nawet Deutsche Grammophon „Symphonic Terror” Accept zabrzmiały na tyle organicznie i uzależniająco, że każdy z nich był grany dwukrotnie. Wysycenie – dosaturowanie średnicy, oczyszczenie z granulacji i nerwowego rozedrgania najwyższych składowych plus nawet nie tyle zaakcentowanie, co wyswobodzenie basu połączone z poprawą jego różnorodności nie tylko zwiększyły przyjemność odsłuchu, lecz przede wszystkim pozwoliły bez większych obaw sięgnąć po pozycje, które ze względu na swoją wysoce niesatysfakcjonującą realizację obrastały kurzem w zakamarkach domowej płytoteki.
Myliłby się jednak ten, który po powyższych ochach i achach uznałby Kecesa za dedykowanego wyłącznie ciężkim brzmieniom. Wystarczyło bowiem zmienić repertuar na zdecydowanie bardziej zwiewny i oniryczny, jak daleko nie szukając prog-rockowy „Here Comes the Sun” Klone, by odkryć bogactwo wybrzmień i niuansów wszędzie tam, gdzie do tej pory wydawało nam się obecne są li tylko bliżej nieokreślone, czysto impresjonistyczne muzyczne plamy. Krótko mówiąc również i rozdzielczość osiągnęła zdecydowanie wyższy poziom wyrafinowania. Cały obecny w domowej sieci mówiąc potocznie „syf” został bowiem zatrzymany przez Kecesa a czysty niczym górski kryształ prąd nie niósł ze sobą już żadnych ponadprogramowych artefaktów mogących zamazać i ujednolicić drugo- i trzecioplanowe partie instrumentalno-wokalne. A co w sytuacji, gdy dźwięków do reprodukcji jest jeszcze mniej? Dajmy na to tyle, co w solowym „FLUR” Martina Kohlstedta. Prezentacja staje się bardziej namacalna a zredukowane do minimum instrumentarium jest jedynym obiektem na jakim możemy skupić uwagę w otaczającej nas czerni muzycznego mikrokosmosu. Proszę się jednak nie niepokoić. To nie jest klaustrofobiczne uczucie, lecz raczej można odnieść wrażenia zbliżone do przebywania na oddalonym od aglomeracji pustkowiu, gdzie jesteśmy tylko my, gwiazdy i … wszystkie te dźwięki, których w wielkomiejskim gwarze usłyszeć nie sposób. Z owego tła możemy bowiem z łatwością wyłuskać ambientowe szumy i inne wkomponowane przez artystę dźwięki. A właśnie – odgłosy leniwie przechodzącej za oknem burzy („AJA”) okazały się na tyle sugestywne, że co i rusz zerkałem za okno, czy przypadkiem wyładowania atmosferyczne z warstwy muzycznej nie znalazły swego odwzorowania w naturze. To się dopiero nazywa realistyczny dźwięk.

Niestety wszystko co dobre szybko się kończy, więc i moja przygoda z Kecesem BP-5000 dobiegła końca. Patrząc z perspektywy czasu śmiem twierdzić, iż nie sposób nie uznać go za urządzenie nie dość, że referencyjne, to na swój sposób jeśli nie obowiązkowe, to kluczowe w dążeniu do osiągnięcia audiofilskiego spełnienia. W tym momencie jedyne co mogę od siebie, oprócz powyższych superlatyw dodać, to to, że prędzej, czy później ściągnę do siebie BP-5000 z powrotem. Tym razem już na stałe.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R); Atlas Eos Modular 4.0 3F3U & Eos 4dd
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence; Artoc Ultra Reference; Arago Excellence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VM

Opinia 2

To, że kwestia zasilania systemów audio jest jednym z bardziej kluczowych tematów naszego hobby – oczywiście chodzi o jakość dostarczanego prądu, a nie jego nieodzowny byt, wie chyba każdy, nawet początkujący miłośnik dobrej jakości muzyki. Prawdopodobnie niewiele minę się z prawdą, gdy stwierdzę, iż często walczymy jak lwy, aby wykrzesać z naszych układanek siódme poty. Jedni przy pomocy mniej lub bardziej rozbudowanych listew zasilających, inni wykorzystując niwelujące zakłócenia sieci różnego rodzaju filtry, a jeszcze inni stosując kondycjonery sieciowe. Z racji mnogości konstrukcji nie będę rozpisywał się na temat dwóch pierwszych opcji, tylko powoli kierując nasze myśli ku clou spotkania, symbolicznie wspomnę o kondycjonerach. Te z uwagi na topologię rozwiązań w trzewiach dzielą się kolokwialnie mówiąc, na wykorzystujące specjalistyczne układy elektryczne „poprawiacze” lub tak jak dzisiaj opiniowany przypadek generatory czyściutkiego sinusa życiodajnej energii. Tak tak, będący bohaterem tego spotkania kondycjoner Keces Audio BP-5000 nie poprawia zaśmieconego przykładowymi pralkami, lodówkami i innymi generatorami tętnienia sieci elektrycznej, prądu w gniazdku, tylko posiłkując się pobranymi z niego elektronami, wytwarza go całkowicie od nowa. Mało tego, robi to w sposób zbalansowany, czyli na obydwu pinach mamy po 125V, co z automatu zwalnia nas ze sprawdzenia pozycji gorącego styku na wejściu do każdego z komponentów audio. Coś sobie przypominacie? A jakże, stosunkowo niedawno mieliśmy na tak zwanym warsztacie jego młodszego brata BP-2400, który nieźle namieszał nam w głowach. Jak zatem na jego tle prezentuje się dzisiejszy flagowiec? Po będącą wynikiem starań łódzkiego Audiofastu odpowiedź zapraszam do lektury poniższego tekstu.

Zajmująca szczyt oferty Kecesa wersja BP-500 wizualnie nie odbiega do młodszego brata. To konsekwentnie jest solidnych rozmiarów, z uwagi na wielki transformator (5 kW) formujący nowy prąd, bardzo ciężka (blisko 40 kg), czarna, wykonana ze szczotkowanego aluminium, zaoblona od przodu skrzynka. Jej awers bez specjalnych fajerwerków oferuje użytkownikowi jedynie włącznik główny, dwie diody sygnalizujące stan pracy, wyfrezowane logo marki i dwa nadruki z nazwą i modelem urządzenia. Przemierzając obudowę ku tyłowi na jej górnej powierzchni tuż przy froncie znajdziemy ponownie potwierdzenie nazwy marki w formie wykonanych techniką frezowania, drukowanych liter. Natomiast jeśli chodzi o najważniejszą połać naszego bohatera, jaką są niewątpliwie jego plecy, te zostały obdarowane ośmioma różnie obciążalnymi gniazdami. Znajdziemy na nich dedykację dla czterech wzmacniaczy, dwóch urządzeń analogowych i dwóch cyfrowych. Co istotne, temat obciążalności podzielono na 3 związane z dedykowanym zasilaniem obwody i tak mamy do dyspozycji po dwa sumarycznie obciążalne gniazda do 600W i cztery mogące w sumie obsłużyć zapotrzebowanie na poziomie 3800W. Jak je wykorzystacie, to zależeć będzie od naszych potrzeb. Ważne są jednak dwie kwestie. Po pierwsze – z małymi wyjątkami praktycznie każde z gniazd jest w stanie obsłużyć większość – owe wyjątki to podobne do mojego Gryphona Mephisto prądożerne smoki – używanej przez nas elektroniki, A po drugie – dwa gniazda są dedykowane dla komponentów zasilanych popularnymi impulsówkami, co pozwoli odseparować te ostatnimi czasy popularne, jednak nieco zaśmiecające sieć zasilacze od reszty czerpiących energię z Kecesa zabawek. Wieńcząc dzieło opisu 5000-ki należy dodać, iż oprócz gniazd oddających świeżutki pakiet elektronów na rewersie znajdziemy jeszcze niezbędny do ich pobrania z domowej instalacji terminal IEC i przycisk resetujący urządzenie w przypadku stwierdzenia przez nie jakiś konfiguracyjnych nieprawidłowości.

Myślę, iż naturalną koleją rzeczy jest bezpośrednie odniesienie się w dzisiejszym teście modelu BP-5000 do niżej stojącego w hierarchii cennika, testowanego kilka miesięcy temu młodszego brata BP-2400. Dlatego też biorąc pod uwagę poprzednie występy, mogę powiedzieć tylko jedno. Na tle tamtych około-muzycznych wydarzeń nasz dzisiejszy bohater mocno od niego odskoczył. Dla mnie nie są to drobne, często ocierające się o poziom percepcji zmiany, tylko mocno posunięte i co istotne bardzo pozytywnie wpływające na brzmienie zasilanego systemu, milowe kroki soniczne. W tym wydaniu przy nadal nasyconym, a przez to świetnie namacalnym przekazie muzyka dostaje przysłowiowego „kopa”. Jednak nie staje się nadpobudliwa, tylko świetnie zbiera się w domenie konturowości najniższych rejestrów, pozytywnie dla ucha otwiera się w środku pasma i fantastycznie realizuje zamierzenia artystów w kwestii swobody wypełniania pomieszczenia bardzo rozdzielczymi, ale dalekimi od natarczywości najwyższymi rejestrami. Gdybym miał określić usłyszane plusy jednym zdaniem, powiedziałbym, iż dźwięk w każdym wycinku pasma przenoszenia bardzo się uporządkował. To nie oznacza jego nadmiernego wykonturowania, tylko oferowana dodatkowa, nie oszukujmy się, prawie podwojona obciążalność prądowa 5000-ki pozwoliła elektronice uniknąć tak zwanej przyduchy, dzięki czemu znacznie swobodniej mogła rysować w przestrzeni miedzy-kolumnowej nawet najbardziej karkołomne pasaże nutowe. To był fantastyczny zastrzyk witalności, z dobrodziejstwa którego pełnymi garściami czerpała praktycznie każda muzyka. Dodatkową ciekawostką był fajny efekt przestrzenny, jakim było delikatne przybliżenie się do słuchacza pierwszego planu wirtualnej sceny. Jednak nie skutkowało to skracaniem jej w wektorze głębokości, tylko za sprawą mniejszego zaszumienia dźwięku tak zwaną woalką, od nawet najbardziej szaleńczych wydarzeń dzieliła mnie znacznie bardziej krystaliczna, bardzo naturalnie skracająca dystans do muzyków, przejrzystość powietrza. Nie było znaczenia, w jakim rodzaju twórczości miałem chęć się zatracić, gdyż od najnowszej symfonicznej kompilacji grupy Metallica „S&M2” po wymagającą, bo okraszoną możliwymi do wygenerowania jedynie przez instrumenty bazujące na modulacjach komputerowych, dźwiękami typu lejąca się lawa na przemian z przeraźliwymi przesterami zespołu The Acid na krążku „Liminal”, za każdym razem system dawał wyraźne znaki, że tym razem jedzie bez tak zwanej trzymanki. Trzymanki, którą zazwyczaj powoduje w teorii duży, jednak w zderzeniu z realnym graniem nieco ograniczony pakiet energii oferowanej przez taki, czy inny kondycjoner. Keces BP-5000 zdawał się tego problemu nie zauważać. Nie rzucał systemowi najmniejszych kłód pod nogi nie tylko zapraszając mnie na rzadko tak realny koncert na stadionie – Metallica, ale również podczas odbioru zafundowanego mi przez panów z The Acid kakofonicznego kataklizmu, co zapewniam Was, nie jest takie oczywiste nawet pośród bardzo znanych konstrukcji. Jednak to nie wszystko, gdyż swoboda w oddaniu niczym niezakłóconego, oczywiście dużego zapasu prądu do zestawu audio ma swoje przełożenia również na muzykę z pozoru lekką, łatwą i przyjemną. Jak to możliwe? Otóż brak ograniczeń w dostępie do życiodajnych dla elektroniki elektronów słychać również podczas oddawania prawdy o wielkich kubaturach kościelnych jako arena dla muzyki barokowej. Mało tego. Taki sam feedback dostajemy podczas obcowania z małymi składami jazzowymi. W jaki sposób? Ja natychmiast słyszę swobodę prezentacji takich sesji. Oddech, niekończące się, wydawałoby się, że nikomu niepotrzebne, bo żyjące swoim tokiem wybrzmienia nie są głównymi aktorami, tylko bardzo wyraźnym, ale jednak tłem. I tak powinno być. Tymczasem przekaz lekko zduszony brakiem dostępu do zapasu energii, za sprawą braku lotności dźwięku zmienia je w coś na kształt równoważnego z główną treścią nagrania, często nawet przerysowanego, bo siłowo nadmuchanego bytu na wirtualnej scenie, objawiając się jako brak kontrastów pomiędzy poszczególnymi składowymi. Ciężko jest mi to opisać, jednak inaczej nie jestem tego w stanie Wam wyłożyć. Jeśli nie rozumiecie mojego wywodu, a chcielibyście to w jakiś sposób zweryfikować, musielibyście pożyczyć dwóch braci ze stajni Keces-a. Jednak bez względu na wszystko, w przypadku Waszych poszukiwań tego typu akcesoriów audio, zaręczam solennie, iż szkoda czasu, bowiem flagowiec jak na zajmowaną pozycję w cenniku przystało w materii przygotowywania nowego prądu rozdaje przysłowiowe karty.

Przyznam szczerze, że jak nigdy, ciężko jest mi napisać puentę tego testu. Powodem jest zaskakująco pozytywny wynik soniczny opiniowanego kondycjonera, co przy potencjalnej utracie kontroli nad brylującymi jeszcze w okresie procesu testowego, myślami mogłoby zakończyć się zbyt pochwalnym słowotokiem. Słowotokiem, na który Keces Audio BP-5000 całkowicie zasługuje, jednak jeśli jest napisany z przed momentem przywołanym ostrzeżeniem, wówczas według mnie nie będzie obciążony bagażem nadinterpretacji, bo tego zwyczajnie nie potrzebuje. Komu poleciłbym naszego bohatera? Powiem krótko i treściwie. Wszystkim. Koniec, kropka.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0 , Melco N1Z/2EX-H60
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Dynaudio Consequence Ultimate Edition
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Audiofast
Ceny
Keces Audio BP-5000: 15 540 PLN
Shunyata Research Alpha v2 NR: 10 000 PLN

Dane techniczne
Moc: 5000 VA
Gniazda wyjściowe: 8 szt. Schuko
Gniazdo wejściowe: IEC 320/C20 (20 A)
Sekcje zasilania: 3 obwody – 3800 (4 x amplifier) + 600 (2 x analog) + 600 (2 x digital) VA
Obudowa: 4 mm aluminium
Wymiary (S x G x W): 430 x 340 x 133 mm
Waga: 35 kg

Pobierz jako PDF