1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. Hegel H590

Hegel H590

Opinia 1

Na przykładzie pojawiających się na naszych łamach publikacji dotyczących urządzeń sygnowanych przez ponownie goszczącego u nas dość znanego skandynawskiego producenta, można byłoby dojść do wniosku, że popadamy ze skrajności w skrajność, gdyż zaczęliśmy od potężnej dzielonej amplifikacji P30 + H30 , by sięgnąć potem po całkiem budżetową integrę H160. Ot, bierzemy „brzegowe” propozycje i jak szukamy czegoś ze środka, to zawsze możemy wyciągnąć średnią. Mam jednak cichą nadzieję, że nikt przy zdrowych zmysłach tak do konfiguracji swojego systemu nie podchodzi i jednak zamiast działań statystycznych woli empiryczną weryfikację. Do powyższej grupy zaliczmy się również my, dlatego też po blisko czterech latach przerwy i dwóch zmianach dystrybutora, kiedy kurz po chyba największej kampanii reklamowej w historii polskiego rynku audio zdążył już dawno opaść, dzięki uprzejmości Sieć Salonów Top HiFi & Video Design, w nasze ręce trafiła topowa integra norweskiego Hegla o wdzięcznej nazwie H590.

Pomimo najszczerszych chęci, patrząc na kolejne odsłony pomysłów rodzących się w głowie Benta Holtera, jedynie utwierdzam się w przekonaniu, iż coraz częściej do wszechobecnej unifikacji pasuje chyba najpopularniejsze hasło z pierwszej polskiej encyklopedii „Nowe Ateny” ks. Joachima Benedykta Chmielowskiego, czyli „Koń jaki jest, każdy widzi”. Nie da się bowiem ukryć, iż odkąd Hegle wyzierały praktycznie ze wszystkich pism i portali branżowych już sama nazwa marki powoduje pełną wizualizację ich brył w umysłach odbiorców. Mając jednak na uwadze fakt, iż tematyka audio zatacza coraz szersze kręgi, co i rusz pozyskując kolejnych akolitów dobrego brzmienia uznaliśmy, iż wypadałoby popełnić przynajmniej pobieżny opis wyglądu dzisiejszego bohatera. Otóż H590 wygląda mniej więcej, znaczy się bardziej więcej aniżeli mniej, jak wszystkie dostępne w ofercie Hegla wzmacniacze. Wróć… Miało być dla niewtajemniczonych. No dobrze, spróbujmy inaczej. Lekko wypukły w swej centralnej części, masywny front wzmacniacza zdobi firmowe logo, spory a przez to czytelny błękitny wyświetlacz OED i dwa znajdujące się po jego bokach pokrętła, z których lewe odpowiada za wybór źródła a prawe za siłę głośności. Skoro jesteśmy przy regulacji natężenia generowanego przez Hegla dźwięku, to w tym momencie należy wspomnieć o pewnych, na pierwszy rzut oka ukrytych a w praktyce szalenie przydatnych umiejętnościach 590-ki. Otóż z poziomu pilota, wybierając stosowną, opisaną w instrukcji obsługi, której lekturę przekornie polecę, kombinację przycisków zyskujemy dostęp do zapisania w pamięci urządzenia zarówno początkowego – minimalnego, jak i maksymalnego poziomu głośności. Koniec z lękiem, że pryszczata progenitura podczas naszej nieobecności „popali” nam głośniki, bądź ściągnie na głowę zirytowanego dzielnicowego. Sama regulacja jest niezwykle precyzyjna – stukrokowa – co 1dB – od zera do 99.
Włącznik usytuowano pod spodem – w okolicach lewego narożnika, płytę górną wzdłuż jej boków gęsto ponacinano, by zapewnić cyrkulację powietrza wewnątrz obudowy a dokładnie pomiędzy żebrami znajdujących się bezpośrednio pod nimi radiatorów. Ściana tylna wydaje się idealnie odwzorowywać obecne trendy na rynku Hi-Fi. Otóż oprócz pojedynczych terminali głośnikowych (któż dziś bawi się w bi-wiring?) do dyspozycji otrzymujemy nie tylko bogatą ofertę przyłączy analogowych (dwie pary XLR-ów i i trzy pary RCA), lecz również nad wyraz szeroki wachlarz interfejsów cyfrowych – wyjście i wejście BNC, coaxial, trzy Toslinki, USB i nawet Ethernet. Nie zabrakło też zdublowanych wyjść liniowych, z których jedno jest stałopoziomowe a drugie regulowane.
Zaglądając do trzewi z zadowoleniem okryjemy, iż pomimo deklarowanej przez producenta ultranowoczesności nie zerwano ze starymi, sprawdzonymi w bojach rozwiązaniami. Mamy zatem do czynienia z klasyczną konstrukcją dual mono i to zarówno w sekcji wyjściowej/mocy, jak i przedwzmacniacza, za których zasilanie dba potężny, centralnie ulokowany toroid, który wbrew wydawać by się mogło obowiązującym standardom jest nieekranowany. O przyczyny i genezę takiego stanu rzeczy pozwoliłem sobie podczas naszego ostatniego spotkania podpytać Andersa Ertzeida (dyr.ds. sprzedaży i marketingu) i okazało się, iż jest to celowy zabieg. Otóż ekranowanie tak podczas pomiarów, jak i testów odsłuchowych skutkowało … gorszą dynamiką, więc oczywistym jest, że z niego zrezygnowano. Skoro bowiem do nader wyczynowego poziomu ponad 4 000 udało się Norwegom podciągnąć współczynnik tłumienia, nomen omen za ową dynamikę w głównej mierze odpowiedzialny, skrajną głupotą byłoby jej osłabianie innymi działaniami. Stopień wyjściowy składa się z sześciu komplementarnych par, wysokoprądowych tranzystorów bipolarnych Toshiba 2SA2121 + 2SC5949 na kanał.
Przedwzmacniaczem zawiaduje mikrokontroler Microchip, wejścia przełączane są przekaźnikami. Jeszcze ciekawiej prezentuje się sekcja cyfrowa pełniąca rolę nie tylko DAC-a, ale i swoistej „protezy” streamera. Zacznijmy jednak od początku, czyli od przetwornika. Otóż port USB akceptujący sygnały PCM max 24bit/384 kHz, DSD256 i MQA obsługuje kość XMOS, Ethernet odbiornik AKM AK4118 a pozostałe wejścia mają własny układ AKM. Tak uzdatnione sygnały trafiają do konwertera AK4137EQ.
Jeśli zaś chodzi o wspomnianą funkcjonalność streamera, to nie liczcie Państwo na cokolwiek zbliżonego do tego, czym np. potrafi swoich nabywców rozpieścić np. NAD (BluOS), gdyż w Heglu zaimplementowano tak naprawdę jedynie możliwość wpięcia wzmacniacza w domową sieć i karmienia go danymi z zewnętrznego źródła plików/streamera. Aby bowiem 590-ka zagrała po skrętce potrzebujemy coś, co będzie w stanie zarządzać obecnym w lokalnej sieci serwerem UPnP i kierować strumień danych do Hegla pełniącego rolę li tylko ich odbiornika. Nieco łatwiej mają użytkownicy AirPlay, z którym to norweska integra jest w pełni kompatybilna, wiec dysponując smartfonem, bądź tabletem z nadgryzionym jabłkiem na rewersie mamy szansę na całkiem miłe doznania nauszne. Co ciekawe ekipa z Oslo nie czuje ciśnienia związanego właśnie z koniecznością zapewnienia pełnoprawnego streamera. Wychodzi bowiem z poniekąd słusznego założenia, że skoro są na rynku producenci, który zjedli na tym zęby i po prostu robią to lepiej, to uczciwym wobec nabywców będzie skierowanie ich właśnie do nich, aniżeli samemu wyważać otwarte drzwi i na nowo wynajdywać koło.
Niejako na koniec pozwolę sobie jeszcze wspomnieć o autorskich stosowanych i udoskonalanych przez lata autorskich rozwiązaniach, jakich i tym razem nie mogło zabraknąć. Mamy zatem na pokładzie SoundEngine2 likwidujący zniekształcenia na wyjściu, syncroDAC wraz z Direct MasterClock dbają o możliwie najwyższą rozdzielczość, minimalizują jitter i inne szkodliwe zniekształcenia, DualAmp i DualPower zapewniające większą dynamikę przy mniejszych zniekształceniach. W komplecie znajdziemy też standardowego pilota zdalnego sterowania.

Ponieważ Hegel promuje 590-kę jako „prawdziwą bestię” uznałem, że pracujący tam ludzie biorą pełną odpowiedzialność nie tylko za swoje słowa ale i przede wszystkim urządzenia, więc zamiast przełamujących pierwsze lody niezobowiązujących plumkań rodem z hotelowych wind i poczekalni u dentysty, sięgnąłem po mało łaskawą dla słabowitych wzmacniaczy iście wybuchową mieszankę prog-metalu i hard-rocka, czyli „Psychotic Symphony” Sons Of Apollo. Jeśli bowiem perkusjonaliami włada tam Mike Portnoy a za organy (w tym oczywiście te najbardziej „prawilne” – Hammonda) odpowiada Derek Sherinian (obaj ex. Dream Theater), którzy do współpracy zaprosili Billy’ego Sheehana (bas: Mr. Big/The Winery Dogs), Rona „Bumblefoot” Thala (gitara: ex-Guns N’Roses) oraz Jeffa Scotta Soto (wokal: ex-Yngwie Malmsteen), to jasnym jest, że lekko i prosto na pewno nie będzie. I nie jest. Jest za to ciężko, perfekcyjnie pod względem wirtuozerii i jednocześnie zadziornie. Ponieważ krążek ten nader często się u mnie kręci, to śmiem twierdzić, iż co nieco o jego brzmieniu przez ostatnie blisko dwa lata zdążyłem się już dowiedzieć i po prostu przyzwyczaić. Dlatego tez wyczulony jestem na wszelakie odchylenia, czy to na plus, czy też minus od codziennego wzorca, jakim by on nie był. I nie da się ukryć, że Hegel do tematu podszedł nieco inaczej aniżeli mój dyżurny Bryston 4B³, jak i równolegle testowany Accuphase P-4500 (recenzja wkrótce). Pomimo bowiem, przynajmniej na papierze, dokładnie takiej samej mocy jak mój Kanadyjczyk, 590-ka w innych miejscach stawiała akcenty i inaczej zarządzała tak wolumenem, jak i środkiem ciężkości reprodukowanego dźwięku. I wcale nie chodzi o to, czy owe różnice przeważały szalę na korzyść, czy też nie, dzisiejszego bohatera, lecz o sam fakt ich obecności. Przykładowo tak nisko strojona gitara „Bumblefoot” Thala, jak i imponujący zestaw Portnoya w interpretacji Norwega charakteryzowała większa mięsistość a zarazem mniejsza bezpośredniość i zdolność „zejścia”. Większy nacisk położony został natomiast na wysycenie środka aniżeli w preferującym liniowość jak i transparentność Brystonie, przez co całość nabrała bardziej „cywilnego” – bardziej lekkostrawnego charakteru. Z kolei stawiając go przy końcówce Accuphase’a jasnym stawało się, iż w kwestii saturacji, czy bogactwa barw nie idzie tak daleko jak japońska konkurencja. Krótko mówiąc jego postrzeganie zależeć będzie w równej mierze od naszych przyzwyczajeń, jak i sparingpartnerów, więc nie powinna dziwić nikogo sytuacja, gdy część słuchaczy uzna go za grającego pełnym, na swój sposób „zrobionym” dźwiękiem, gdy z kolei dla innych będzie to przykład selektywności i wszelakiego umiaru w upiększaniu wzmacnianych dźwięków. Warto jednak podkreślić, iż niezależnie od pryzmatu, przez jaki będziemy na niego patrzyli, Heglowi nie sposób odmówić świetnej dynamiki i chęci do grania. Nie jest to jednak bezrozumna spontaniczność i „pedał gazu w podłodze” niezależnie od repertuaru, lecz bardzo pragmatyczne i adekwatne do okoliczności gospodarowanie posiadaną, bądź co bądź, całkiem pokaźną mocą – bez niepotrzebnej nerwowości, czy też eskalowania bynajmniej niewiele znaczących niuansów, ale też bez irytującego „rozpędzania” się np. przy orkiestrowych tutti.
Korzystając z okazji, pozwolę sobie na małą dygresję i pokażę Państwu pewną sztuczkę. Otóż choć oficjalnie na Tidalu owego albumu Sons Of Apollo już nie ma, to prawdopodobnie ze względu na niechlujność tamtejszych informatyków praktycznie wszystkie utwory, za wyjątkiem „Signs of the Time”, są nadal dostępne, więc jeśli tylko najdzie Was ochota na posłuchanie, to wystarczy w odpowiedniej kolejności pozostałe osiem tracków wyszukać i dodać do kolejki odtwarzania.
Kolejnym sprawdzianem dla Norwega okazał się „Elephants on Acid” Cypress Hill, gdzie orientalne brzmienia sitarów mieszają się z iście psychodelicznymi samplami Muggsa i brudnymi dęciakami permanentnie upalonej ferajny. Dokładając do tego charakterystyczny, wysoki wokal B-Reala otrzymujemy specyfik, który nad wyraz rzadko ma okazję gościć podczas „poważnych” audiofilskich odsłuchów czy to w domowym zaciszu, czy wystawowym gwarze hal M.O.C, lub rodzimego AVS. Jeśli bowiem system, bądź nawet któreś z obecnych w nim urządzeń ma tendencję do podkreślania sybilantów, czy też nazbyt euforycznej góry, całość robi się nad wyraz irytująca. Tymczasem 590-ka stawiając na umiar tak w ilości najwyższych składowych, jak i syntetycznego basu nadała owym skocznym rytmom niewątpliwej ogłady i kultury. Jednak zamiast wycofywać skraje pasma i tonizować górę zrobiła to na swój sposób – podciągając intensywność średnicy, na której to automatycznie skupiała się uwaga słuchaczy.
Za niewątpliwą zaletę tytułowej integry wypada też uznać jej, a raczej jej konstruktorów, konsekwencję z jaką potraktowali zarówno wejścia analogowe, jak i cyfrowe pomiędzy którymi praktycznie można postawić znak równości przynajmniej jeśli chodzi o równowagę tonalną, czy generalnie charakter brzmienia. I tu i tu mamy bowiem świetnie zrównoważony dźwięk zachowujący właściwą relację miedzy stereotypową muzykalnością a rozdzielczością, owocujący możliwością czerpania pełnymi garściami z uroków ulubionych, nie zawsze i nie do końca referencyjnych nagrań a jednocześnie zdolnością odkrywania uroków „gęstych” formatów audio, w tym MQA.

Nie wiadomo kiedy nastały na tyle szalone czasy, gdy widząc i słysząc przedstawiany jako „Ssssuper” integra wzmacniacz zintegrowany, a więc urządzenie wyposażone oprócz podstawowych funkcji przynajmniej jeszcze w DAC-a sygnowanego przez któregoś ze znanych i operujących w wyższych rejonach Hi-Fi, o High-Endzie nawet nie wspominając, producenta niespecjalnie czujemy zdziwienie, dowiadując się, iż jego cena również oscyluje wokół „sssetki” … tysięcy PLN. Tymczasem Hegel ze swoją topową super integrą H590 stara się zagospodarować powstałą po szybującej w przestworzach konkurencji proponując produkt o wszelkich cechach funkcjonalnych i konstrukcyjnych uprawniających go do używania owego przedrostka „super” a jednocześnie w cenie znacząco podnoszącej jego atrakcyjność. W związku z powyższym wielce rozsądnym wydaje się właśnie od niego rozpoczynanie poszukiwania upragnionego Świętego Grala wśród „wypasionych” integr.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3

Opinia 2

Przynajmniej we własnym mniemaniu chyba nie minę się zbytnio z prawdą, gdy zasugeruję opinię, iż norweska marka Hegel jest znakomicie rozpoznawalna przez sporą rzeszę miłośników muzyki. A jeśli takową tezę jesteście w stanie zaaprobować, kolejnym twierdzeniem z mojej strony będzie graniczące z pewnością przypuszczenie, iż jedynym sposobem zaistnienia w świadomości tak dużej populacji melomanów jest spełnianie przez nią na przestrzeni lat bardzo wysoko postawionych oczekiwań sonicznych. Innej opcji nie widzę, bowiem nie da się kupić czyjejś duszy jednorazowym strzałem nawet w przysłowiową w dziesiątkę. To ma być długotrwały standard jakościowy. I od kilku lat tak z pewnością jest. Jakieś dowody? Proszę bardzo. Wystarczy spojrzeć na nasze dwa spotkania – z topowym zestawem pre-power P30 + H30 i niedrogim wzmacniaczem zintegrowanym H160, a potem skonfrontować z trochę uprzedzając fakty, całkiem pozytywną opinią na temat dystrybuowanej przez Sieć Salonów Top HiFi & Video Design najnowszą, wyposażoną w przetwornik cyfrowo/analogowy, super integrą H590, by znaleźć przewijający się przez te wszystkie opinie wspólny mianownik w postaci co najmniej kilku zarezerwowanych dla najlepszych urządzeń aspektów brzmienia. Jakie plusy znajdziemy w tytułowym produkcie z Norwegii tym razem? Po odpowiedź zapraszam do lektury poniższego tekstu.

Jak to zwykle bywa, w przypadku elektroniki Hegla w kwestii designu mamy do czynienia z pewnego rodzaju emanującym spokojem monolitem. Przybliżając będącą iskrą naszego spotkania integrę spieszę donieść, iż 590-ka przy standardowej szerokości i głębokości jest najwyższym wzmacniaczem zintegrowanym w stajni Norwegów. I to tak prawdę mówiąc jest jedyny rzucający się w oczy aspekt, gdyż front idąc za przywołanym przed momentem trendem spokoju wizualnego jest gładką taflą delikatnie zaokrąglonego na rogach, wykończonego w czerni płata aluminium, w którego sercu (centralnym punkcie) zaimplementowano spory rozmiarowo, a przez to czytelny z daleka wyświetlacz, tuż nad nim wielkie logo marki, a na jego obydwu flankach duże gałki sterujące pracą wzmacniacza – lewa selektor wejść, a prawa poziom głośności. Przechodząc z opisem na górny płat obudowy znajdziemy tam usytuowane przy bocznych krawędziach dwa panele poprzecznych nacięć wentylujących układy wewnętrzne. Zaś temat rewersu zamyka pakiet pojedynczych terminali kolumnowych, dwa wejścia liniowe XLR, trzy RCA, sześć wejść na wewnętrznego DAC-a (3x Opcical i po jednym USB, COAX, LAN, BNC), dwa wyjścia liniowe z przedwzmacniacza i niezbędne dla urządzeń elektrycznych gniazdo zasilania IEC. W komplecie z rzeczonym wzmacniaczem otrzymujemy również pilota zdalnego sterowania.

Z moich kilkunastodniowych obserwacji wynika jedno. W momencie pojawienia się tytułowej integry w systemie odniesienia świat muzyki jawił się w barwach zbliżonych do letniego popołudnia. To nie oznacza, że dźwięk mówiąc kolokwialnie zgasł, tylko jego prezentacja stawiała na intymność spowodowaną lekkim przygaszeniem światła na scenie. I gdy w pierwszym momencie sądziłem, iż może być to zbyt mocny sznyt brzmieniowy w moim już dość ciemnym zestawie, w sukurs całości przedstawienia muzycznego przychodziły nadające swobody i umiejętnie napowietrzające ten z pozoru masywny pokaz wysokie rejestry. A to dopiero początek ciekawych informacji, bowiem unikanie zbytniego doświetlenia wirtualnej sceny często, a przynajmniej w tym przypadku pomogło Heglowi w pokazaniu jej w dobrych rozmiarach tak szerokości, jak i głębokości. Punktowo rozstawieni artyści dzięki szczypcie zaciemnienia światła grali jakby z większym feelingiem i podprogowym zrozumieniem swoich intencji. Ale zaznaczam po raz kolejny, to był tylko delikatnie odczuwalny „myk” brzmienia tytułowej sekcji wzmacniającej sygnał audio, a nie siłowe forsowanie mrocznego z pogranicza Hadesu świata, za co wielu potencjalnych użytkowników prawdopodobnie będzie być Heglowi wdzięcznych. Zabawę w szukanie konkretnych spostrzeżeń rozpocząłem od pyty zespołu Yello „TOY”. Co z tego wynikło? Powiem szczerze, iż to był bardzo fajny występ. Nic a nic nie przeszkadzała mi mocniejsza niż mam na co dzień maniera grania. I co ciekawe, w najmniejszym stopniu nie ucierpiały przy tym wszelkiego rodzaju elektroniczne efekty soniczne w stylu pisków i przesterów. Naturalnie nie było notorycznego ranienia uszu, jednak gdy jakiś bliżej nieokreślony sygnał naprawdę miał bezpardonowo przeciąć eter mojego pokoju, stacjonujące na Trennerach ISIS gwizdki szalały jak opętane. A żeby dodatkowo pozytywnie podkręcić opis tego krążka, dodam jeszcze, że prawdziwą wodą na młyn tej twórczości była dobrze oddana masa nisko schodzącego, do tego często bardzo modulowanego dźwięku z niezbędną do nadania mu w zależności od potrzeb odpowiedniej szybkości niesamowitą energią. Po ciekawym występie w zderzeniu z muzą z mówiąc potocznie „kompa”, pozwoliłem sobie na sprawdzenie sposobu radzenia sobie 590-ki z estradowym buntem spod znaku „Reign In Blood” Slayera. O co mi chodziło? Otóż wiemy, jak grał Norweski piec, co przy odtwarzaniu nieco jazgotliwie nagranej płyty, w teorii łagodząc jej agresywność, mogło uśrednić zawarte na tym krążku emocje. Na szczęście tak się nie stało. Owszem, nie było szaleństwa w najczystszej postaci, ale z dwojga złego lepiej nadać muzyce kultury, aniżeli zrobić z niej kwadratowy, a przez to nieprzyjemny kakofoniczny zlepek. Przynajmniej ja z pełną odpowiedzialnością popieram takie działania. Na koniec pojawił się test na radzenie sobie z damską wokalizą pani Amiry Medunjanin w produkcji zatytułowanej „Damar”. Niby mroczno, ale wespół z dobrym ciężarem przekazu akurat była to pozytywna strona medalu tej pozycji płytowej. Artystka swoim dostojnym głosem bez problemu brylowała w owej gęstej atmosferze. A gdy do tego dodamy świetnie wypadające, bo soczyste i w wykończeniu dźwięku świetnie błyszczące bałkańskie gitarowe pasaże, nie zdziwi Was chyba fakt, że ten krążek odbębniłem od dechy do dechy. Co jak co, ale już sama pani Amira bez względu na prezentujący ją system audio potrafi mnie oczarować, zatem gdy do tego doszedł jeszcze aspekt fajnego, bo masywnego z piękną iskrą w górze przedstawienia, nie było innej możliwości, tylko ocknąć się podczas powrotu lasera do stanu spoczynku.

Puentując powyższy wywód pragnę przypomnieć, iż mój zestaw sam w sobie jest już dość gęsty i ciemnawy, a mimo to Hegel wyszedł ze starcia z tarczą. To zaś bardzo dobitnie pokazuje, że w momencie skonfigurowania go ze zdecydowanie jaśniejszymi kolumnami lub bardziej zwiewną niż mój resztą toru audio możemy oczekiwać całkowitego wyeliminowania efektu ciemnego grania. Czy to oznacza, że mamy do czynienia z bardzo uniwersalnym wzmacniaczem? Jak to zwykle bywa, zależy z której strony na to patrzeć. Jeśli weźmiemy pod uwagę występy u mnie, myślę, że z pewnym marginesem można plasować go w rejonach uniwersalności. Ale nie oszukujmy się, potencjalni nabywcy i tak sami określą jego pozycję na wykresie uniwersalności. Jednak z mojej strony mogę powiedzieć jedno, bez względu na wszystko, wynik soniczny z jego udziałem może być dla Was bardzo pozytywnym zaskoczeniem. Dlatego też w momencie ewentualnych roszad w systemie, pomijając wszelkie potencjalnie formowane w głowie za i przeciw powinniście spróbować się z im dogadać. Powód? Jak wspominałem we wstępniaku, mamy do czynienia z super integrą, czyli wyposażonym z duchem czasów, bo umożliwiającym granie z plików wzmacniacze zintegrowanym. A to sprawia, że do pełni szczęścia potrzebujecie jedynie cyfrowego źródła (wystarczy nawet posiadany komputer) i kolumny, czym z pewnością zyskacie kilka punktów u wiecznie niezadowolonej ze zbyt rozbudowanego systemu audio, kochanej pani małżonki.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777, Gryphon Antileon EVO Stereo
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”, Vermoutch Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Step-up Thrax Trajan

Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design
Cena: 42 999 PLN

Dane techniczne
Moc wyjściowa: 2 x 300 W
Minimalna impedancja głośników: 2 Ω
Pasmo przenoszenia: 5Hz-180kHz
Stosunek sygnał/szum: >100dB
Przesłuch: < -100dB
Współczynnik tłumienia: > 4000
Zniekształcenia THD: <0.005% @ 50W 8 Ω 1kHz
Zniekształcenia intermodulacyjne: < 0.01% (19kHz + 20kHz)
Wejścia analogowe: 2 pary XLR, 3 pary RCA
Wyjścia analogowe: 2 pary RCA (regulowane, stałopoziomowe)
Wejścia cyfrowe: BNC, Coaxial, 3 x Optyczne, USB (PCM max 24bit/384 kHz, DSD256, MQA), RJ 45
Wyjście cyfrowe: BNC
Wymiary (S x W x G): 430 x 171 x 445 mm
Waga : 22 kg

Pobierz jako PDF