Opinia 1
Jestem przekonany, że wielu z Was tak jak ja kojarzy tytułową markę MastersounD z racji obecności na naszym rynku od dobrych kilkunastu lat, oraz solidności oferty brzmieniowej, co moim zdaniem jest właśnie przyczyną tak długiego i oczywiście niezachwianego radzenia sobie w przecież niełatwych realiach mocno nasyconego znakomitymi produktami polskiego grona melomanów. Oczywiście do tej wyliczanki spokojnie można dorzucić również jej pochodzenie ze słonecznej Italii, które zazwyczaj jest gwarantem znakomitego projektu wizualnego i w podobnym duchu jego wykonania. Przesadzam z tymi peanami? Bynajmniej, czego znakomitym dowodem może być temat dzisiejszego spotkania. Spotkania z czymś wyjątkowym, bowiem przyjrzymy się najbardziej rozbudowanemu zestawowi w dziejach brandu, czyli obecnie topowej sekcji wzmocnienia sygnału. O co chodzi? Otóż dzięki niebagatelnemu wysiłkowi logistycznemu stacjonującego w Częstochowie dystrybutora Delta-Audio dostaliśmy do zaopiniowania zestaw pre-power przywołanej na wstępie włoskiej marki złożony z dwóch lampowych monobloków PF 200 Litz wspieranych przez także oparty o szklane bańki, dedykowany tej linii produktowej przedwzmacniacz liniowy Spazio. Nie pytam, czy jesteście zainteresowani, tylko powiem wprost. Jakby na to nie patrzeć, pod względem wymiarów i wagi urządzeń oraz ich brzmienia będzie na bogato i tylko przysłowiowy ignorant nie byłby ciekawy, co z tego wynikło.
Już pierwszy rzut oka jasno daje do zrozumienia, że mierząc się z tytułowymi produktami wkraczamy w świat wizualnego i rozmiarowego szaleństwa na poziomie ekstremalnego High Endu. Jeśli chodzi o monobloki, mamy do czynienia z szerokimi, głębokimi i wysokimi obudowani w typie platformy nośnej dla najważniejszych podzespołów. Oczywiście aby to w jakiś sposób wizualnie zgubić, a jest co, bo samych lamp mocy w 845 jest aż 8 stuk na kanał o reszcie, czyli 6 sterujących pomiędzy nimi oraz pojemnikach dla transformatorów nie wspominając, projektanci sięgnęli po umiejętne okrycie szklanych baniek mocy swoistą płaskorzeźbą z grubej czarnej aluminiowej blachy oraz znakomite wprowadzenie elementów drewna wespół z grubymi płatami czarnego glinu do wizualnego ubogacenia jednak wielkich skrzynek. Gdy pierwszy raz widziałem te końcówki na pokazie w radiowej Trójce, sala koncertowa przez swój rozmiar gabaryty wzmacniaczy udanie niwelowała. Niestety mój pokój to ułamek tamtej kubatury i domniemałem, iż nie będzie łatwo. Na szczęście domniemanie mnie zawiodło, gdyż dopiero po rozpakowaniu ich u siebie przekonałem się, jak znakomitą pracę włożył w projekt inżynier i jak tak naprawdę odbiera to potencjalny nabywca. Jak? Tak jak wspomniałem, na bogato w najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu. Co do wyposażenia końcówek PF 200 tak jak zakres ich działań, temat jest prosty. Na froncie ogranicza się do usadowienia mieniącego się krwistą czerwienią logo marki oraz diody sygnalizującej ich pracę. Natomiast na tylnym panelu zapewnienia podłączenia do nich sygnału analogowego RCA/XLR, umożliwienia podłączenia dwóch typów obciążalności kolumn 4/8 Ohm oraz przyjęcie życiodajnej energii elektrycznej i włączenie urządzania. Wieńcząc opis wspomnę jeszcze o najważniejszej informacji dla każdej sekcji wzmacniającej, jaką jest deklarowane przez producenta oddawanie mocy na poziomie 200W w klasie A przez każdy monoblok przy obciążeniu 8 Ohm, co czyni PF-ki swoistymi dawcami bezkresnej mocy ciągłej dla najbardziej wymagających prądowo zestawów głośnikowych.
Opisując przedwzmacniacz liniowy w pierwszej kolejności spieszę potencjalnych zainteresowanych uspokoić, iż także mały nie jest, ale to już konstrukcja o dość typowych rozmiarach. To ważne, bowiem postawienie monobloków na wspólnym stoliku z resztą elektroniki niestety nie jest możliwe, natomiast Spazio z racji pewnego rodzaju standaryzacji gabarytów jak najbardziej. Jak można się spodziewać, w kwestii ilości lamp elektronowych tutaj mamy także lekkie zatrzęsienie, gdyż zastosowano ich aż 12 sztuk. Czy to dobrze, czy źle, nie mnie wyrokować, ważne, że wizualnie podobnie do wzmacniaczy wraz z resztą osprzętu zostały ładnie obudowane. Jak wygląda jego wyposażenie? Otóż awers o bliźniaczym wyglądzie do monosów w centrum proponuje identyczny wyświetlacz z logo marki, zaś na bokach dwie sporej wielkości gałki – lewa selektor wejść, prawa wzmocnienie. Pisząc zaś o rewersie lista będzie dłuższa. A dlatego, że znajdziemy na mim serię wejść liniowych RCA z wejściem na wewnętrzny phonostage, wejście analogowe XLR, wyjścia sygnału na wzmocnienie RCA/XLR, pokrętło regulatora wyboru obciążenia wkładki gramofonowej, zacisk uziemienia oraz zwyczajowe gniazdo zasilania IEC. Całość projektu znakomicie zamyka piękny, bo drewniany, wyposażony jedynie w dwa guziki – głośniej/ciszej – pilot zdalnego sterowania. Nie wiem, jak odbierzecie go Wy, ale dla mnie to kwintesencja całego projektu spod znaku Spazio & PF 220.
Co mogę powiedzieć o przebytej sesji testowej? Po pierwsze to w dobrym znaczeniu iście lampowe granie. Pełne esencji, barwowej głębi, rozwibrowania i dzięki wszystkim tym aspektom naraz bardzo namacalne. Po drugie zapewniona moim kolumnom moc była na tyle komfortowa, że prowadziła moje wielkie wieże na przysłowiowej smyczy ze wszystkimi najważniejszymi aspektami z zakresu kontroli dolnego zakresu, szybkości ataku i ilości oraz informacyjnej złożoności oddawanej energii. A po trzecie system oferował tak istotny dla mnie aspekt rozmachu wizualizowania świata muzyki bez jakiegokolwiek poczucia siłowego jej podania. Żadnego napadania dźwiękiem, aby w imię wielkiego „łał” nadnaturalną – czytaj nadmuchaną – energią i nieprzewidywalnością jej prezentacji wdeptać słuchacza w fotel. Naturalnie szaleństwo w przekazie było na porządku dziennym, ale tylko gdy wymagał tego materiał, a nie jako element pewnego sposobu na podprogowe przyciągnięcie uwagi melomana. Gdy muza miała mnie muskać, mimo dużego poziomu soczystości i fajnej lampowej krągłości dziwnym trafem brylowała z wielkimi pokładami lotności i niewymuszenia. Owszem, na tle mojego tranzystora w notorycznej estetyce słodyczy i piękna, ale to już konsekwencja technologii w jakiej została skonstruowana sekcja wzmocnienia, a nie jakikolwiek problem. Natomiast w momencie niezbędności wywołania w moim pokoju zaplanowanego przez muzyków trzęsienia ziemi system dostawał pozytywnego rozdwojenia jaźni i bez najmniejszych problemów z idealną kontrolą dolnego zakresu, a tym samym z pełnym pakietem informacji doprowadzał mnie do arytmii serca. W tym przypadku także z nutą zarezerwowaną dla szklanych baniek, czyli mniejszą ostrością krawędzi rysunku każdego wirtualnego bytu, ale zapewniam, bez mdłego zlewania się impulsów w jedną nudną papkę. Po prostu zamiast ołówka o twardości H, kreślarz używał wersji z palety B. Jednak na tyle nieszkodliwe, że po kilku utworach na samym początku słyszane przeze mnie różnice jako całkowicie inna „twardość” dźwięku przestały być odbierane jako potencjalny problem dla piewców krzemu, a zaczęły jawić się jedynie jako inny, ale także ciekawy, a często nawet bardzo pożądany punkt widzenia na muzykę nawet dla nich. Tym bardziej, że jak to u lampy często bywa, wirtualna scena oprócz tego, że była zjawiskowa w 3 wymiarach, to jeszcze preferowała minimalne zbliżenie w kierunku słuchacza pierwszego planu, co dodatkowo podkręcało efekt bycia tam i wtedy podczas nagrywania słuchanej w danym momencie płyty.
Bardzo dobrym przykładem na udowodnienie tezy świetnego radzenia sobie z rozwiewaniem na mojej głowie resztek włosów w pełni kontrolowaną, różnorodnie podaną, ale dosadną w domenie ilości energią zawartą w muzyce była płyta zespołu Metallica „72 Seasons”. To czasem muzyka wręcz trashowa, czyli mocna, szybka i pełna akcentów w postaci błyskawiczności natychmiastowych uderzeń po sobie stopy perkusji. I ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu zestaw MastersounD bez najmniejszego problemu poradził sobie z tą batalią. Nie tylko niemiłosiernie mnie kopał, ale zachowywał za każdym razem efekt czytelnego następowania po obie kolejnych impulsów. A gdy z taką kawalkadą nieprzerwanych uderzeń na sekundę nie miał najmniejszych problemów, chyba nikogo nie zdziwi pozytywne podkreślenie tego sukcesu nadaniem reszcie muzyki nuty płynności i koloru, co w rockowym świecie jest mocno reglamentowane, a gdy jest dobrze podane, dodatkowo podkręca efekt pełnego wejścia w muzykę. Zapewniam, omawiana Metallica wypadł jak nigdy wcześniej. Nieco cieplej od moich codziennych wyborów, ale z równie dużymi pokładami emocji.
Na takim samym, czyli bardzo emocjonalnym poziomie wypadła też pyta z drugiego bieguna energetycznej ekspresji spod znaku A.M. Jopek „Minione”. To jak pewnie się orientujecie, jest dość spokojny repertuar. Jednak pani Ania to audiofilka z krwi i kości i na ile pozwolił mastering, zadbała o pojawienie się w materiale istotnych dla nas smaczków typu rozwibrowanie, lotność oraz pełna witalności homogeniczność każdej zarejestrowanej nuty. Po co o tym wspominam? Otóż jakiekolwiek pogrubienie lub przesłodzenie projekcji tej wymagającej prezentacyjnego wyrafinowania muzyki skończyłoby się spektakularną klapą. Na szczęście jak wspominałem, mimo oferowanych przez testowo skonfigurowany system cech wolnych elektronów zamkniętych w szklanych bańkach przekaz cechował znakomity spokój i swoboda w wypełnianiu mojego pomieszczenia. Dlatego gdy w materiale nawet pojedyncza nuta miała być ta najważniejszą, taka była. Słyszałem ją od momentu inicjacji, potem jej narastania, brzmienia z pełnym rozwibrowaniem po wygaszanie. Jednym słowem czysta poezja dla podobnego do mnie wielbiciela grania tak zwaną ciszą. Ktoś być może pomyśli, że próbuję ratować pokaz takimi audiofilskimi pierdołami? Zapewniam, że niekoniecznie, gdyż to jest właśnie clou zadawania się z urządzeniami z poziomu ekstremalnego High Endu. Łupnąć, trzasnąć i zamilknąć bez większych duchowych emocji potrafi każdy zestaw. Zabawa zaczyna się dopiero, gdy pretendent do laurów potrafi nienachalnie pielęgnować każdy dźwięk – nawet ten brutalny. Niestety do tego potrzebna jest jakość. A, że tę Mastersound za sprawą dobrej aplikacji mocnych lamp 845 dających zakres mocy na poziomie 200 W miał wpisaną w kod DNA, każda muzyka z jego pomocą zabrzmiała zjawiskowo.
Komu zarekomendowałbym tytułowy zestaw pre-power? Z jednym małym „ale” wszystkim. To mocarz nad mocarze i pociągnie nawet przysłowiowe słupy telegraficzne. A najlepsze jest to, że zrobi to nie tylko z gracją zarezerwowaną dla lamp, ale także z kontrolą na poziomie wielu mocnych tranzystorów. Co prawda będzie to ciepłe i przyjemne granie, jednakże nie monotonne, ani nudne. I bez znaczenia jest rodzaj muzyki, bo nawet w najbardziej ekstremalnym metalowym rocku bez problemu potrafi utrzymać rytm. To co to za „ale”? Chodzi o wydzielanie ciepła przez wielkie końcówki. Zastosowana bateria lamp sporo go wytwarza i trzeba brać poprawkę na szybki wzrost temperatury w pomieszczeniu. Tyko tyle? Cóż, gdy rozmawiają dżentelmeni tak. Co mam na myśli? Oczywiście tytułowy zestaw ma także swoje wymagania co do zasobu środków pieniężnych. Ale od samego początku informowałem, iż bawimy się w top topów, dlatego daleki jestem od podnoszenia ceny tego zestawu do poziomu problemu. To naturalna konsekwencja braku ograniczeń podczas projektowania oraz budowania konstrukcji i utyskiwania na skutki takiego podejścia są co najmniej nie na miejscu.
Jacek Pazio
Opinia 2
Kontynuując włoską sagę po niezwykle wymagających pod względem aplikacji łączówkach XLR Omegi przyszła pora na adekwatną im wagowo i gabarytowo elektronikę. W dodatku elektronikę, z którą frywolnie rzecz ujmując mieliśmy już przelotnie przyjemność spotkać się dwukrotnie. Po raz pierwszy w trakcie minionego Audio Video Show a powtórnie, całkiem niedawno, w ramach muzycznej 3-kowej uczty z muzyką Pink Floyd w roli dania głównego. Krótko mówiąc sanatoryjne wieczorki zapoznawcze mieliśmy już za sobą. Jednak co innego obarczone bezlikiem nieprzewidywalnych czynników zewnętrznych nawet nie tyle odsłuchy, co niezobowiązujące rzuty tak okiem, jak i uchem, a co innego niespieszne sesje w domowym zaciszu, gdzie jedyną zmienną staje się tak naprawdę nasz nastrój i wybór jemu odpowiadającej mieszanki aromatycznych kaw. Dlatego też z niekłamaną satysfakcją przystaliśmy na propozycję ekipy częstochowskiej Delty-Audio, by przyjąć pod swój dach wielce urodziwy i nie mniej absorbujący logistycznie włoski, sygnowany przez MastersounD zestaw wzmocnienia pod postacią przedwzmacniacza Spazio oraz monstrualnych monobloków PF 200 litz, na których test serdecznie zapraszamy.
Jak na powyższych zdjęciach doskonale widać obecności MastersounD-ów Spazio i PF 200 litz nie da się nie tylko przeoczyć, co po włączeniu ignorować, gdyż nie dość, że zajmują całkiem pokaźną przestrzeń, więc tak po prawdzie poza przedwzmacniaczem raczej monobloków na stoliku nie upchniemy, to jeszcze generują na tyle zauważalną ilość ciepła, że nawet w mroźne dni, których ostatnimi czasy mamy pod dostatkiem, z powodzeniem mogą pełnić rolę ogrzewania nawet sporych kubatur zastępując tym samym solidny biokominek. Pomijając jednak aspekt energetyczny wszystkie razem i każdy z osobna prezentują się wprost zjawiskowo. Głęboka czerń stalowych korpusów udanie kontrastuje z ciepłem wstawek z (olejowanego?) włoskiego orzecha, które znajdziemy nie tylko w roli dekoracji ścian bocznych wszystkich tytułowych urządzeń, lecz również pod postacią finezyjnej klamry spinającej optycznie nieckę dla lamp w preampie. A skoro o przedwzmacniaczu mowa, to pomimo wspomnianego dosłownie przed chwilą „ulampienia”, prezentuje się on nad wyraz konwencjonalnie. Czerniony front zdobi jedynie centralnie umieszczony rubinowo podświetlony firmowy logotyp a boczne flanki okupują gałki wyboru źródła (lewa) i regulacji głośności (prawa). Same lampy, a warto mieć świadomość, iż mowa o dziewięciu sztukach (6 x ECC82, 3 x ECC83) ulokowano w zajmującej lwią część płyty górnej niecce i zrównano z linią frontu, więc siedząc vis a vis preampu raczej nie będą zbytnio absorbowały naszej uwagi. Niezwykle bogato prezentują się plecy naszego gościa, na których oprócz zintegrowanego z komorą bezpiecznika gniazda zasilającego ulokowano po parze wyjść w standardzie RCA i XLR, parę wejść XLR i prawdziwą baterią przyłączy w standardzie RCA obejmujących trzy pary wejść liniowych, pętlę magnetofonową i dedykowane – osobne wejścia dla wkładek MM i MC ze stosownym, obrotowym wybierakiem optymalnej impedancji obciążenia. Nie zapomniano również o złoconym zacisku uziemienia. Jak już zdążyliśmy w ramach sesji unboxingowej zdradzić na wyposażeniu znajduje się elegancki, acz niezwykle minimalistyczny, drewniany pilot sterowania.
Z kolei monobloki posiadanej, zdolnej oddać po 200 A-klasowych Watów, szklarni chować nie zamierzają i choć biegnące wzdłuż ich boków równe rzędy 845-ek (po 8 na monoblok) i nieco przysłonięte przez frontowy „rondel” dławika trzy pary sterujących 6SN7 chronią finezyjnie ponacinane i powyginane maskownice, to wystarczy je włączyć, by zaczęły kusić i czarować bursztynową poświatą, do której swoje przysłowiowe trzy grosze dorzuca umieszczony na froncie, bliźniaczy z tym z przedwzmacniacza, logotyp.
Rzut oka na ścianę tylną nie przynosi żadnych niespodzianek. Ot wszystko to, co w monoblokach do szczęścia jest potrzebne – po wejściu RCA i XLR, osobne odczepy dla 4 i 8 Ω obciążenia i zintegrowane z komorą bezpiecznika i włącznikiem głównym gniazdo zasilające.
Przechodząc do części poświęconej brzmieniu tytułowego „tercetu egzotycznego” śmiało można byłoby wszystkim tym, którzy w lampowej amplifikacji upatrują słabości i braku kontroli zadedykować sławetny cytat „Lasciate ogne speranza, voi ch’entrate” (dla niewtajemniczonych „Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie”) z „Boskiej komedii” Dante Alighieriego. Nie ma bowiem co się oszukiwać, tylko po prostu przyjąć do wiadomości, że 200 A-klasowych Watów, jakie jest w stanie oddać każdy z monosów PF 200 litz, to nie są żarty i nawet nasze dyżurne „dwie wieże” nie stanowiły dla nich najmniejszego problemu. I nie piszę tego li tylko na podstawie delektowania się niezobowiązująco jazzującym plumkaniem w stylu „Second Time Around” Agi Zaryan, które oczywiście również po wielokroć gościło na mojej playliście, lecz przede wszystkim ostrej młócki w stylu „Crownshift”, która to de facto dominowała podczas obecności MastersounD-ów w naszych skromnych progach. Niemniej jednak, niezależnie od wartości kalorycznej reprodukowanego materiału włoski zestaw oferował brzmienie uzależniająco gładkie, organiczne i posługując się możliwie lapidarnym a przez to zrozumiałym dla ogółu odbiorców określeniem „muzykalne”. Proszę tylko dobrze mnie zrozumieć. To, iż MastersounD-y były zaprzeczeniem kanciastej, analitycznej detaliczności, gdzie niezależnie od mnogości informacji i wszelakich dźwięków muzyki jest tyle co na lekarstwo, i to takie homeopatyczne, bynajmniej nie oznacza ich upośledzonej rozdzielczości, gdyż akurat pod tym względem wypadają nad wyraz satysfakcjonująco. A to, że nie podkreślają na każdym kroku sybilantów, czy też nie tną zmysłów słuchaczy przeostrzonymi konturami precyzyjnie definiowanych brył pozornych, to już ich zbójeckie prawo. Jeśli dodamy do tego zdolność kreacji dowolnie obszernej i zarazem gęsto zasiedlonej czynnikiem ludzkim sceny, czyli mówiąc wprost swobodę ruchów w nawet najbardziej karkołomnej symfonice, jak daleko nie szukając „Prokofiev: Music from Romeo and Juliet” w wykonaniu San Francisco Symphony pod batutą Esa-Pekka Salonena, to jedynie od naszej fantazji i wyrozumiałości pozostałych domowników i/lub sąsiadów zależeć będzie z jaką regularnością prowadzić będziemy odsłuchy przy głośnościach w pełni odzwierciedlających koncertowe realia. Oczywiście co nieco do powiedzenia w tej materii będą miały również docelowe kolumny, ale bazując na blisko dwumetrowych Gauderach śmiało możemy uznać je za „wystarczająco pełnopasmowe” do oddania realizmu ww. aparatu wykonawczego, co przy braku jakiejkolwiek limitacji w domenie dynamiki włoskiej amplifikacji co i rusz skłaniało nas do delikatnego, acz sukcesywnego zwiększania dawek wypełniających OPOS-a decybeli. Co ważne, nawet w ekstremalnych momentach nie sposób było zauważyć jakichkolwiek oznak przesterowania bądź objawiającej się np. kompresją zadyszki. Nic tylko pełna kontrola, acz nie taka pochodząca od bata i żelaznej ręki a nieco dobroduszna i jedwabiście gładka, jakby MastersounD-y z pobłażliwym uśmiechem patrzyły na nasze poczynania, doskonale zdając sobie sprawę, że np. na „Pro Xristou” Rotting Christ prędzej nam bębenki w uszach rozsadzi a z trzewi zrobi się mięsny shake aniżeli one zbliżą się chociażby w pobliże kresu swoich możliwości.
Spuszczając nieco z tonu i rezygnując z ekstremów na rzecz zdecydowanie mniej dewastujących zmysł słuchu poziomów głośności, oraz zmieniając repertuar na bardziej cywilizowany („Nothing Never Happens” Brii Skonberg) z łatwością można było zauważyć zwinność akomodacji włoskiej dzielonki, która w tzw. okamgnieniu dopasowała się do mniejszego, kameralnego składu a co zatem idzie diametralnie innego sposobu narracji, gdzie skale są głównie mikro a zamiast ściany, bądź nawałnicy dźwięków pojawia się delektowanie pojedynczą nutą, a czasem wręcz gra ciszą. I o ile np. kontrabas Devina Starksa kreślony jest nieco grubszą kreską aniżeli w przypadku redakcyjnego APEX-a, to już trąbce liderki, pomimo natywnej „kremowości” prezentacji nie brakuje odpowiednio blaszanej chropowatości i zadziorności wprost proporcjonalnie zależnej od tego, czy gra z, bądź bez nakładki.
Nie będę ukrywał, że dzielony zestaw MastersounD Spazio & PF 200 litz mi się nie podobał, bo przypadł mi do gustu szalenie. Nie podlega również wątpliwości, iż mające ewentualnie w bliższej bądź dalszej przyszłości pojawić się u nas ich niżej urodzone rodzeństwo będzie miało pod tzw. górkę. Cóż jednak począć z faktem, iż przygodę we własnych czte … znaczy się ośmiu kątach z włoską marką zaczynamy od samego topu? Nie ma jednak co martwić się na zapas, dlatego też z wrodzoną pokorą godzimy się na takie status quo i zarazem niezmiernie cieszymy się z możliwości goszczenia tak „wypasionego zestawu”. A tak już zupełnie na poważnie, to jeśli dysponujecie Państwo przynajmniej 40- 50 metrowym, w dodatku klimatyzowanym, bądź chociaż z natury dość „chłodnym” (południowo-zachodnia ekspozycja raczej wykluczona), pokojem odsłuchowym, macie słabość do lamp a jednocześnie kochacie nieskrępowana moc, to tytułowy set ma całkiem spore szanse stać się Waszym finalnym podejściem na audiofislki Olimp. Nie dość bowiem, że zjawiskowo się prezentuje na żywo, to gra lepiej niż wygląda. A, że w jego wydaniu większość muzyki brzmi jakby z założenia pisana była z wielkiej litery, to nie pozostaje mi nic innego jak tylko pozazdrościć szczęśliwcom mogącym sobie na taką muzyczną rozkosz pozwolić.
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: Delta-Audio/ Mastersound
Producent: MastersounD
Ceny
MastersounD Spazio: 96 300 PLN
MastersounD PF 200 litz: 433 500 PLN
Dane techniczne
MastersounD Spazio
Wejścia: 4 pary RCA, para XLR, 2 pary RCA Phono MM / MC
Impedancja wejściowa: MM 47 kΩ; MC 40/100/200/400/800 Ω
Wzmocnienie: 60 dB MC / 40 dB MM
Wyjścia: para RCA, para XLR
Impedancja wyjściowa: 200 Ω
Pasmo przenoszenia: 2 Hz – 120 kHz -“ 0 dB”
Zastosowane lampy: 6 x ECC82, 3 x ECC83
Pobór mocy: 37 W
Wymiary (S x W x G): 46.5 x 15 x 41.5 cm
Waga: 11.5 kg
MastersounD PF 200 litz
Moc wyjściowa: 200w class A
Zastosowane lampy: 6 x 6SN7 – 8 x 845
Wejścia: 1 RCA – 1 XLR
Transformatory wyjściowe: MastersounD special in Litz
Automatic bias: TBA
Odczepy głośnikowe: 4 – 8 Ω
Pasmo przenoszenia: TBA
Pobór mocy: TBA
Wymiary: TBA
Waga: TBA