1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. McIntosh ML1 Mk II

McIntosh ML1 Mk II

Link do zapowiedzi: McIntosh ML1 Mk II

Opinia 1

Nie wiem, jakie doświadczenia macie Wy, ale ja kilka razy przekonałem się, że odgrzewania „starych kotletów”, czyli wdrażanie do oferty poprawionego technicznie modelu sprzed lat czy to elektroniki, czy kolumn, jeśli nawet nie porażką, to często kończy się jedynie wielkimi zapowiedziami pomysłodawców takiego projektu bez wyraźnych efektów sonicznych. Zazwyczaj z racji wdrażania do produkcji nowych. technologii jedynie ładniej wyglądają i na tym lista pozytywów się kończy. Naturalnie nie jest to standardem, ale nie raz i nie dwa miałem okazję z takimi przypadkami się zderzyć. Jaki jest cel tego, nie do końca pozytywnego w wydźwięku wywodu? Naturalnie to wprowadzenie do dzisiejszego spotkania, którego bohaterem będzie nowe wcielenie niegdyś znakomicie odbieranych przez użytkowników, pierwszych kolumn podstawkowych, czyli dostarczone przez warszawski Hi-Fi Club, pochodzące ze Stanów Zjednoczonych zespoły głośnikowe z dedykowanym podstawkami McIntosh ML1 MkII.

Nasze bohaterki jak na monitory są spore gabarytowo. Na tyle, że dedykowane do nich firmowe podstawki, aby kolumny podczas odsłuchu nie prezentowały się „pokracznie”, są niskie i w celu uzyskania odpowiedniej projekcji dźwięku pochylone ku tyłowi. Obudowę wykonano z litego, olejowanego drewna orzechowego. W podobnym tonie, czyli z drewna z plecionką osłaniającą głośniki wykonano mocowane na magnesy maskownice. I tutaj ciekawostka, bowiem gdy zwyczajowo tego typu atrybuty psują nieco ogólną prezencję kolumn, w tym przypadku jest odwrotnie i o dziwo masywne w wyglądzie maskownice nadają im designerskiego szyku. Jeśli chodzi o zastosowane przetworniki, zakres basu obsługuje pracująca w obudowie zamkniętej 12 – calówka, niższą średnicę także pracujące w obudowie zamkniętej dwie 4 – calówki, wyższą średnicę 2 – calowa miękka kopułka, zaś najwyższe rejestry osiągająca średnicę 3/4 cala tytanowa kopułka. Jednym słowem jest na bogato i nieco uprzedzając fakty powiem, iż to słychać. Naturalnie zestaw przyłączy znajdziemy w dolnej części tylnej ścianki. Zaś w kwestii osiągów kolumn producent określa ich skuteczność na poziomie 85 dB, przy przyjaznym obciążeniu 8 Ohm.

Gdy wpinałem tytułowe monitory w swój tor, widząc podobnie do moich kolumn rozbudowaną baterię przetworników z jedną drobną niewiadomą o ogólny sposób prezentacji byłem dziwnie spokojny. Chodzi o podzielenie obsługi tak ważnego dla naszego organu słuchu środkowego pasma pomiędzy kilka przetworników. Moje Gaudery tak mają, dlatego wiem, że warto o takie rozwiązanie powalczyć. Co w takim razie mnie niepokoiło? Moje obawy budził dość masywny resor przetwornika basowego, gdyż obawiałem się męczącego spowolnienia dźwięku. Bowiem, krągły, a przez to masywny dół zawsze jest mile widziany, jednak w muzyce ważne jest także utrzymanie odpowiedniego tempa oraz zapewnienie w jej agresywnej odmianie stosownego ataku. Na szczęście ku mojemu naprawdę wielkiemu, naturalnie pozytywnemu zaskoczeniu nic takiego. nie miało miejsca, gdyż w pozytywnym słowa znaczeniu dolny zakres „kopał” mnie szybkimi impulsami. Na tyle zebranymi w sobie, że czasem odnosiłem wrażenie, że mogłoby być go minimalnie więcej. Ale nie w rozumieniu jego braku, tylko mojego widzimisię. Jednak bez względu na moje oczekiwania przekaz był bardzo ciekawy. A to za sprawą rozsądnie, bo bez rozmycia podanego dolnego zakresu, soczystej i pełnej informacji średnicy i odpowiednio doświetlonych przez tytanową kopułkę wysokich tonów. A gdy tego pakietu fajnych informacji dodam monitorowe, czyli dobrze w kwestii głębokości i szerokości budowanie wirtualnej sceny, chyba nikogo nie zdziwi fakt, że dostałem szybki, ale też rozsądnie nasycony i transparentny przekaz. Na tyle ciekawy, że radził sobie ze znakomitą większością muzyki. Dlaczego z większością, a nie pełnym spektrum? Żeby nie trzymać Was w niepewności do akapitu końcowego, wyłożę kawę na ławę i wyjaśniam, że jedynym nurtem, jaki zgłaszał chęć tchnięcia weń więcej basu i to tego najniższego, była muzyka elektroniczna ze sztucznymi sejsmicznymi pomrukami. Ale o dziwo tylko ona i uspokajając potencjalnych malkontentów dodam, że większość kolumn na takim repertuarze polegnie, a McIntosh-e sygnalizowały jedynie lekki niedobór. Niedobór z naturalnych względów ich strojenia i fizycznych ograniczeń całkowicie zrozumiały. Poza tym każdy repertuar brzmiał bardzo intrygująco, bo z dobrą wagą, kontrolowaną i szybko oddawaną energią oraz pełnymi radości wysokimi tonami.
Już pierwsza z brzegu muzyka rockowa grupy mojej młodości AC/DC „Highway To Hell” dobitnie pokazała, że kolumny choć w teorii jako powrót do przeszłości tylko w nowym wydaniu nie są dedykowane do słuchania jedynie przysłowiowego plumkania. Zagrały wspomniana kapele szybko, z werwą i rozmachem bez najmniejszej zadyszki. Na tyle udanie w kwestii zapewnienia szybkości narastania sygnału, że to właśnie w tym przypadku gdzieś w duchu poszukiwałem dodatkowej szczypty masy. Ale zaraz kontrowała to kolejna myśl, że wówczas muzyka by zwolniła, a to byłaby już ewidentna szkoda dla ogólnej prezentacji i natychmiast przestawałem szukać dziury w całym, bo jej nie było. Był za to dobrze zrealizowany pomysł na strojenie niedużych gabarytowo kolumn, aby bez problemu poradzić sobie z rockową nawałnicą.
W innym muzycznym świecie było jeszcze lepiej, gdyż po pierwsze sam materiał był bardziej dopieszczony realizacyjnie, a po drugie dzięki drobiazgowo potraktowanej przez strojenie 3 głośnikami średnicy dostawałem świat pełen magii. Esencjonalnej, bogatej w detale i otwartej w kwestii swobody wypełniania całego, jednak wielkiego rozmiarowo pomieszczenia. W tej próbie postawiłem na muzykę sakralną Jana Garbarka „Officium”. To było czarowanie w najczystszej postaci i do tego dzięki znikaniu kolumn z pokoju odbywające się w goszczącej muzyków kubaturze kościelnej, a nie moim obskurnym lokum. Lubię tego rodzaju muzykę, jednak włączam jedynie wiedząc, że system da rade w odpowiedniej estetyce ją uciągnąć. A, że amerykańskie zespoły głośnikowe bardzo dobrze zabrzmiały z trudnym od strony realizacji i zapewnienia niezbędnej ekspresji rockiem, podskórnie przeczuwałem, że porażki nie będzie. I oczywiście nie było. Było za to barwna i transparentna opowieść na bazie czterech męskich wokali przy akompaniamencie saksofonu. I co najważniejsze, z niezbędnym pakietem jakości brzmienia systemu.

Gdzie ulokowałbym tytułowe amerykańskie kolumny? To proste. Otóż idąc za wcześniej wspomnianą informacją jedynymi osobnikami mogącymi mieć drobne „ale”, są wielbiciele muzyki elektronicznej i każdej wymagającej wydobycia przez kolumny z siebie tak zwanych infradźwięków. Tego z racji praw fizyki z nich nie dostaniecie. Dostaniecie za to ofertę soniczną, która zapewni bardzo dobry odbiór tak muzyki rockowej, jazzowej, jak i klasycznej. Za każdym razem kolumny trafią w punkt estetyki danego nurtu muzycznego, co pozwoli właścicielowi cieszyć się pełną ofertą swojej płytoteki. Przyznam szczerze, że patrząc na nie możecie nie dowierzać mojej ocenie. Ale zapewniam, gdy je wyjmowałem z kartonów, spodziewałem się po nich wszystkiego, jednak nie aż takiej uniwersalności. Oczywiście w skali adekwatnej do ich rozmiarów.

Jacek Pazio

Opinia 2

O ile pamięć mnie nie zwodzi, to jeszcze całkiem niedawno chcąc zbudować system audio o nieco oldschoolowej aparycji i rozglądając się za kolumnami miłośnicy takowego designu byli zdani na niszowe manufaktury w stylu Trenner&Friedl (ISIS), klasyczne Tannoye bądź spadkobierców / kopistów niegdysiejszych dostawców nagłośnienia dla BBC. Jak jednak wiadomo zarówno przyroda, jak i rynek dóbr luksusowych nie znosi próżni, więc jeśli pojawił się popyt, to oczywistym jest, że z pomocą przyszła również podaż. Jednym z pierwszych śmiałków, którzy odeszli od mody na smukłość i strzelistość była podajże … Yamaha prezentując swoje referencyjne monitory NS-5000. A potem już poszło z górki i na sklepowe półki oblężenie przypuściły Fyne Audio z serią Vintage, JBL z linią Classic, KLH Model Five, Klipsch Heresy / Cornwall, Leak, Mission 770, Wharfedale Linton, PSB Speakers Passif 50, Revival Audio Atalante 5/7/Grande i długo by jeszcze wymieniać. Mówiąc wprost retro nie tylko wróciło do łask, lecz podobnie jak winyl ma się dobrze. Wystarczy tylko świadomość jaką popularnością cieszy się wyposażona w klasyczne „wycieraczki” elektronika wspomnianej Yamahy, NAD-a (C 3050), Accuphase’a, Luxmana czy McIntosha. A właśnie, skoro o Amerykanach mowa, to przecież nie sposób nie wspomnieć, iż od 2023 r. mają w swoim portfolio wielce intrygujące, odświeżone i wskrzeszone do życia wykopaliska – podstawkowe monitory ML1 Mk II, którymi dzięki uprzejmości stołecznego Hi-Fi Clubu mogliśmy wreszcie się zająć.

Jak z pewnością nasi uważni czytelnicy pamiętają to nie pierwsze nasze spotkanie z ML1-kami, gdyż dane nam było uczestniczyć w ich monachijskiej, hotelowej (w Hotelu Kempinski) prezentacji w 2023 r. Co innego jednak wyjazdowy rzut okiem i uchem w zupełnie przypadkowym systemie i pomieszczeniu a co innego kilkutygodniowa zabawa we własnych czterech, czy jak to ma miejsce w przypadku OPOS-a, ośmiu kątach. Dlatego też poza pierwszym wrażeniem, które jak wiadomo można zrobić tylko raz śmiało możemy uznać, że dopiero teraz zaczynamy się z McIntoshami zaznajamiać. Zacznijmy zatem od aparycji, która co prawda pełnymi garściami czerpie z projektu protoplastek, czyli produkowanych w latach 1970-76/7 (w zależności od źródła) ML1C, jednak porównując przodków i aktualną inkarnację co nieco robi … odrobinę inaczej. Warto bowiem przypomnieć, iż ubiegłowieczne, zaprojektowane przez Rogera Russella 1-ki, bazowały na nieco innym zestawie drajwerów obejmującym 12” woofer i asymetrycznie rozmieszczony set 8” nisko-średniotonowca uzupełnionego duetem – 1½” tekstylnej kopułki średniotonowej i 1 5/8” koaksjalnego wysokotonowca pracujących z podziałem 250, 1500 i 7000Hz. Z kolei ML1 Mk II na schowanym za zdejmowaną, z niemałym trudem, magnetycznie mocowaną, iście pancerną (rama z litego orzecha + podwójna plecionka i profile ze stali) froncie oferuje łapiący za oko 12” polipropylenowy woofer powyżej którego na dedykowanej aluminiowej płycie umieszczono parę 4” polipropylenowych śreniotonowców pomiędzy którymi ulokowano 2″ tekstylną kopułkę, powyżej której znalazł się jeszcze 3/4″ tytanowy tweeter. Całość pracuje w obudowie zamkniętej z litego, olejowanego orzecha, więc na plecach oprócz firmowych, znanych ze wzmacniaczy zacisków głośnikowych próżno szukać wspomagającego najniższe składowe ujścia kanału bas refleks. Wraz z kolumnami dostarczane są firmowe standy, na które również nie żałowano drewna amerykańskiego orzecha. Ich podstawy zdobią firmowe aluminiowe logotypy odpowiednią wysokość zapewniają dwie pionowe nogi do których przykręcona jest stalowa, lekko odchylona do tyłu płyta nośna zakończona niewysokim progiem.
Pod względem elektrycznym mamy do czynienia z układem 4-drożnym z częstotliwościami podziału ustalonymi na 180Hz, 500Hz, 4.5kHz, 85dB efektywności i 8 Ω impedancji, co jasno daje do zrozumienia, że zgodnie z zaleceniami producenta warto sięgać po wzmocnienie dysponujące co najmniej 75W na kanał.

Skoro tytułowe kolumny rezydowały u nas blisko miesiąc, to dość oczywistym powinien być fakt, iż zdążyliśmy się do nich przyzwyczaić, oswoić z ich obecnością a co najważniejsze niejako zminimalizować ekscytację wynikającą z pojawienia się czegoś nowego w naszych systemach. Po co o tym piszę? Cóż, ludzka natura ma to do siebie, że jeśli coś w mniej, bądź bardziej stałym ekosystemie się zmieni, to niejako z automatu „kradnie” lwią część atencji słuchaczy świadomie i podświadomie skupiających się na zmianach tak rzeczywistych – ewidentnych, jak i egzystujących na granicy percepcji, ulotnych zależnych od psychoakustycznej wrażliwości. A tak, po kilkuset godzinach grania, emocje spadają do pułapu obecnego podczas grzybobrania (o ile tylko nie praktykujemy go na poligonie podczas ostrego strzelania) i do głosu dochodzi pragmatyzm, rutyna i zakładam, że również nieco większa obiektywność.
Jak zatem grają monitory McIntosh ML1 Mk II? W telegraficznym skrócie – po swojemu i zarazem świetnie. Co to znaczy? Cóż, skoro fizyki nie da się oszukać, to mając sekcję wysokotonową mniej więcej na wysokości 70-80cm logicznym jest, że i scena przez ML1-ki kreowana ma „parkiet” usytuowany nieco niżej aniżeli w przypadku strzelistych podłogówek a dodatkowo wymiar pionowy kreowanego spektaklu nie jest jakoś specjalnie eksponowany, co np. w przypadku naszego dyżurnego krążka „A Trace of Grace” Michela Godarda okazało się świetnym wsadem „kalibrującym” nasze oczekiwania. Nie oznacza to bynajmniej braku otwartości i swobody, bo tych McIntoshom nie sposób odmówić, a że na „Verdi: Il Trovatore” symfoniczny aparat wykonawczy karnie okupował orkiestron i nie próbował paradować wśród chórzystów, to raczej nie powód do niepokoju a tym bardziej krytyki. Tu jednak na jaw wychodzi pewna natywna dla tytułowych kolumn przypadłość. Otóż nie przepadają one ani za obsesyjnym cyzelowaniem najdrobniejszych niuansów, ani za grą w formie cichego, niezobowiązującego wypełnienia tła. I to zaskakująco wyraźnie objawia się właśnie na operze, gdzie ciche, dalszoplanowe partie wokalne potrafią zabrzmieć jakby były „wdzwaniane” w mix z odległej budki telefonicznej, by po chwili odzywający się na pierwszym planie z pełni płuc Pavarotti niemalże kruszył rodowe kryształy. Podobnie z orkiestrą, co prowadzi do niemalże nerwicy przy operowaniu pilotem, by na bieżąco podgłaśniać bardziej liryczne fragmenty i nie dać się jednocześnie ogłuszyć i zmieść z fotela przy tutti. Co ciekawe kameralne i skromne jazzowe składy („Memory” Palomy Dineli Chesky) o ile tylko słuchane były z „klubową” głośnością zachwycały autentyzmem i uzależniającą dynamiką. W tym momencie wypada wspomnieć, iż patrząc na imponujące, gumowe zawieszenie basowca można było mieć obawy o jego nazbyt „subwooferowy” charakter. Tymczasem bas z ML1-ek jest piekielnie szybki, punktowy i raczej nastawiony na atak i zwrotność aniżeli eksplorację infradźwiękowych zakamarków. Podobnie ekspresyjnie prowadzona jest średnica a dokładając do tego równie odważną, choć nieprzesadną pod względem rozdzielczości górę pasma otrzymujemy dźwięk szalenie angażujący i „grający” na emocjach a zarazem niekoniecznie stereotypowo audiofilski. Tu bowiem nie da się prowadzić chłodnej analizy i dzielić przysłowiowego włosa na czworo, skoro nie sposób utrzymać podrygujących do rytmu kończyn w spoczynku. Liczy się fun i przyjemność, zabawa, gdzie „La Futura” ZZ Top sprawiają nieodpartą chęć otwarcia sezonu grilowo-motocyklowego, gdzie widok skwierczących żeberek w sosie Louisiana BBQ i charakterystyczny dźwięk 1,9l silnika Indian Chief wprawia w stan lękowy ekologicznie zorientowanych kardiologów. Amerykańskie kolumny świetnie oddają również właściwą chropawość bluesowych riffów i delikatną szorstkość i przygaszenie blach, które może i nie lśnią jak z diamentowego duetu Gauderów, za to mają w sobie zdecydowanie większą „garażowość” – brzmią mniej wymuskanie.
A jak z elektroniką? Nie mniej zaskakująco, gdyż o ile ta „cywilizowana”, czyli daleko nie szukając „AFR AI D” autorstwa Mariusza Dudy buja aż miło i z równym zaangażowaniem masuje nasze zastałe po zimie trzewia, to już próby z „Unity” Ganja White Night unauszniły, iż McIntoshe niespecjalnie mają ambicję zapuszczania się w najniższe rejony słyszalnych częstotliwości a deklarowane przez producenta, zaczynające się, przynajmniej na papierze od 27Hz, pasmo właśnie do owych deklaracji się ogranicza. Możliwe, że w mniejszym – dwudziestokilkumetrowym pomieszczeniu i przy dosunięciu do ściany jeszcze jakoś ML1-ki byłyby w stanie zejść niżej i skuteczniej ruszyć masy powietrza, jednak w naszym redakcyjnym OPOS-ie jasno dały do zrozumienia, że bez sensu jest męczyć tak je, jak i siebie.

Jak z powyższego zbioru refleksji i obserwacji można wywnioskować adekwatnie do swojej charakterystycznej aparycji McIntosh ML1 Mk II nie są dla każdego. I powiem szczerze, że dobrze, bo to nie jest zupa pomidorowa, żeby wszystkim smakowała, lecz autorskie kolumny, które zamiast ślepo podążać za obowiązującymi asekuracyjnymi i nie chcącymi nikogo urazić trendami są po prosu jakieś. Są zadziorne, kochają rockową jazdę bez trzymanki, decybele i dobrą zabawę. Jeśli zatem posiadacie Państwo podobne podejście do życia i przy okazji dysponujecie porządnym wzmacniaczem, to tytułowe monitory mają spore szanse sprawić Wam wiele radości.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Dystrybucja: Hi-Fi Club
Producent: McIntosh Laboratory Inc.
Cena: 68 800 PLN / para

Dane techniczne
Konstrukcja: podstawkowa, 4-drożna, zamknięta
Impedancja nominalna:8 Ω
Skuteczność (2.8V/1m): 85dB
Zalecana moc wzmacniacza: 75 – 600 Watts
Pasmo przenoszenia: 27Hz – 45kHz
Podział zwrotnicy: 180Hz, 500Hz, 4.5kHz
Zastosowane przetworniki
– wysokotonowy: 3/4″ kopułka tytanowa
– średniotonowe: 2 x 4″ polipropylenowe stożkowe + 2″ kopułka tekstylna
– niskotonowy: 12″ polipropylenowy
Wymiary (S x W x G): 38.1 x 66.4 x 34 cm + stand 40.6 x 26 x 40.6 cm
Waga: 30 kg kolumna + 8.6 kg stand

Pobierz jako PDF