1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Muzyka
  4. >
  5. „No Mercy No Pharmacy” – Kids Of Cherno

„No Mercy No Pharmacy” – Kids Of Cherno

Wykonawca:  Kids Of Cherno
Tytuł:  „No Mercy No Pharmacy”
Gatunek:  Electronic, Experimental
Dystrybucja:  Wood & Mood

Opinia 1

Do niedawna miano najbardziej zakręconych pozycji w mojej płyto i pliko tece zajmowało dość osobliwe trio – będący swoistym koktajlem Mołotowa „Hallucination Engine” założonej przez Billa Laswella formacji Material, minimalistyczno noise’owy „Ignis” duetu Mika Vainio, Franck Vigroux i szwedzki awangardowo-metalowy „Pandora’s Piñata” Diablo Swing Orchestra. Dość eklektyczna mieszanka, nieprawdaż? Najwyższy jednak czas rozszerzyć powyższy, dość mało rozrywkowy tercet egzotyczny o przedstawicieli naszej rodzimej sceny muzycznej. Mowa o ukrywającym się pod nazwą Kids Of Cherno duecie Katarzyna Borek i Paweł Osicki. Tak, tak, o tej samej Katarzynie Borek, nad twórczością której mieliśmy już okazję pochylić się w ramach recenzji „Space In Between”, oraz „Tempus Fantasy”. O ile jednak wcześniejsze poczynania Artystki oscylowały wokół romantyczno – onirycznych klimatów okraszonych ambientową, bądź wręcz kosmiczną posypką, to tym razem wkraczamy w zdecydowanie bardziej skomplikowaną mozaikę dalekich od oczywistych dźwięków. Panie i Panowie oto album, który nie powinien pozostawić Was obojętnymi – „No Mercy No Pharmacy” Kids Of Cherno.

Dźwięk dość mocno zdewastowanej pozytywki w otwierającej album kompozycji „For Elise” budzi lekki niepokój przywodząc na myśl klimat rodem z C-klasowych horrorów, jednak trudno „No Mercy No Pharmacy” określić mianem mrocznego. To raczej swoisty muzyczny eksperyment, eksperyment z nie tyle powszechnie przyjętym pojęciem muzyki, co dźwiękami się na nią składającymi. Stąd też pewne analogie do wspomnianego na wstępie noise’owego „Ignis”, choć już parte gitary Michała Kusza w „Bach-Bach” mają niewątpliwie iście methenowską melodykę. Jeśli jednak spróbujemy się z takimi „normalnymi” motywami zbytnio związać, to bardzo szybko stracimy grunt pod nogami, gdyż wpleciona w „Bajan” midi melodyjka bodajże z Pac-Mana całkowicie ową normalność burzy. Świadomie nie używam sformułowania „zabawa” dźwiękiem, czy też muzyką i jej gatunkami, gdyż trudno ową formę artystycznego wyrazu zabawą nazwać, bowiem pomimo nieraz mało poważnego instrumentarium daleko jej do popularnego i obecnego w największych rozgłośniach mainstreamu, czy też dość przedmiotowej roli muzycznego tła. O nie, nie dość, że „No Mercy No Pharmacy” wymaga od słuchacza pełnego skupienia, to mile widziany jest również znaczny wysiłek intelektualny. Nie jest to bowiem repertuar, który jednym uchem wpada a drugim wypada i niejako bezrefleksyjnie go słyszymy. To nie jest element dźwiękowego otoczenia, jak ujadający za oknem pies, czy odgłos ubijanych na niedzielny obiad kotletów dwa piętra wyżej, które słyszymy a jednocześnie nie absorbujemy, nie przyswajamy, bo ich nie słuchamy. A ten album wymaga słuchania, wręcz wsłuchiwania się w mroczne zakamarki, mikro wybrzmienia, szumy, trzaski i oczywiście w ciszę, która ma tutaj kolosalne znaczenie. Stanowi bowiem spoiwo, swoisty mikrokosmos, w którym tworzone przez Katarzynę Borek i Pawła Osickiego dźwięki koegzystują ze sobą, tworząc na swój sposób nieco hermetyczny, ale jakże ciekawy świat.

Skoro tytułowy krążek wylądował w naszej redakcji, to znak, że i od strony realizatorskiej jest co najmniej poprawnie. W tym jednak przypadku szczerze przyznam, iż jakość dźwięku bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła, gdyż biorąc pod uwagę wykorzystane instrumentarium i dość odległe od purystycznie audiofilskiego minimalizmu elektroniczne aranżacje, trudno było spodziewać czegoś więcej aniżeli OK. A tymczasem zarówno pod względem wieloplanowości, rozdzielczości, jak i lokalizacji źródeł pozornych „No Mercy No Pharmacy” wszystko było najwyższej próby. Co ważne nie została przekroczona cienka czerwona linia, za którą mamy tak wyżyłowaną detaliczność, że zamiast homogenicznej całości otrzymujemy zlepek zupełnie niezwiązanych ze sobą poszczególnych dźwięków. W dodatku nawet te, znaczy się dźwięki, stworzone na stanowiącym trzon, szkielet większości kompozycji Fenderze Rhodes mają swoją trójwymiarową definicję, namacalną bryłę i nie są li tylko cyfrowym wzorkiem na płaskiej niczym szkolna tablica planie. W dodatku owych panów jest wiele, więc spokojnie możemy mówić o właściwym „napowietrzeniu” sceny. Aby jednak tych wszystkich atrakcji doświadczyć należy … albo nieco zwiększyć głośność, albo sięgnąć po odpowiednio wyrafinowany tor słuchawkowy. Proszę mi uwierzyć, bez spełnienia powyższych warunków raczej nie będziecie mieli Państwo szans poznać pełnego potencjału zgromadzonych na tytułowym albumie niuansów i zamiast dać nura w otchłań „No Mercy No Pharmacy”, będziecie li tylko ślizgali się po jego powierzchni.

Marcin Olszewski

Opinia 2

Nie wiem, jak często zaglądacie do naszego działu dotyczącego opiniowania płyt, ale jeśli tak się dzieje, najpewniej wiecie, iż z twórczością jednego ze współtwórców przybliżanego dzisiaj albumu Kids of Cherno „No Mercy No Pharmacy” mieliśmy już przyjemność obcować. Owszem, wcześniejsze dwa projekty muzyczne również były oparte o muzyczną kooperację, ale zawsze miały wspólną cechę. Jaką? Zwyczajnie były wysokiej próby. O kim mowa? A jakże, o pianistce Katarzynie Borek, która tym razem postanowiła zaprosić, lub została zaproszona do współpracy (kolejność wydarzeń w zderzeniu z materiałem muzycznym nie ma znaczenia) przez znanego perkusistę Pawła Osickiego. Co z tego wynikło? Żeby podkręcić lekko atmosferę, w tym akapicie powiem jedynie, iż po kilkukrotnym zapoznaniu się z całością pomysłu na płytę, zanim przystąpiłem do kreślenia tekstu, sam w duchu kilkukrotnie zadawałem sobie to pytanie. Zaciekawieni? Zatem zapraszam do lektury moich spostrzeżeń.

Cóż, przed decyzją skreślenia kilku zdań o zawartej na tytułowej płycie muzyce, musiałem znaleźć na nią jakiś sposób, który w końcu podsunął mi Marcin. Teoretycznie wszystko było ok, ale przez cały czas czegoś mi brakowało. O co chodzi? Teoretycznie o nic szczególnego, ale okazało się, że gdy poprzedniego krążka Pani Katarzyny słuchałem z pełną kontemplacją przy stosunkowo niskim, dla mnie wręcz idealnym, poziomie głośności, to zapis nutowy tego materiału wymagał podkręcenia gałki wzmocnienia o kilka kroków wyżej. W innym wypadku nic szczególnego się nie dzieje. To znaczy, dzieje się, tylko nie oddaje zamierzeń pomysłodawców przybliżanego wydarzenia muzycznego. Propozycja wspomnianego we wstępniaku duetu jest typową muzą elektroniczną. Tak, lista wykorzystanych podczas powstawania płyty naturalnych instrumentów jest długa, ale żaden nie zagrał do końca utworu swoim realnym brzmieniem, tylko po kilku taktach zostaje zmodulowany. I nie ma znaczenia, czy to akordeon, perkusja, czy jakieś odgłosy zabawek, gdyż swoją partię przemyślanych zniekształceń zaliczyła nawet wokaliza. Ale, żeby było jasne. Wszystko od początku do końca jest bardzo spójne, tylko jak wspomniałem, aby zrozumieć zamierzenia twórców, wymaga odpowiedniego nastawienia. Jeśli przed słuchaniem na mające zabrzmieć w Waszych samotniach elektroniczne pasaże przyłożycie stosowny filtr, zapewniam, muzyka wciągnie Was w swój wir w stylu bardzo zbliżonym do poprzedniej, stojącym na przeciwnym biegunie w temacie przekazywanej energii produkcji Pani Katarzyny. A, że jest niezbędny, przekonujemy się już po naciśnięciu przycisku PLAY, czyli za sprawą zjawiskowo wkomponowanej z zacięciem zwizualizowania jej w eterze międzykolumnowym w specyfice 3D w pierwszym kawałku pozytywki. To znaczy? O nie, musicie przekonać się sami. A zapewniam, to jest dopiero przygrywka, gdyż im dalej w las, tym więcej drzew i autorzy chcąc czymś nas zaskoczyć, bawią się przestrowaniem dosłownie wszystkiego nie zapominając przy tym o ciekawej zabawie z fazą. Dlatego też potencjalnych wielbicieli wcześniejszych projektów Pani Kasi kolejny raz informuję, iż mamy do czynienia z typowym projektem tworzonym przy pomocy komputerów. Fortepianu ani widu, ani słychu, ale taki był zamiar. Ktoś kręci nosem? Owszem, zawsze można, ale prawdziwi fani bez względu na wszystko powinni zmierzyć się z każdym pomysłem lubianego artysty. Tym bardziej, że w tym wypadku w wizji na stworzenie czegoś innego niż dotychczas przewijającą się przez cały tekst artystkę wspiera znany z pracy z takimi zespołami jak: Pogodno, YeShe perkusista Paweł Osicki. Ja mogę powiedzieć jedno. Mimo, iż według mnie to całkowity skok w bok pani Kasi, z wielką chęcią zapoznałem się z jej dalekim tematycznie od poprzednich projektów pomysłem na płytę i z czystym sumieniem każdemu polecam.

Jacek Pazio

Pobierz jako PDF