1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. Ophidian Skye

Ophidian Skye

Link do zapowiedzi: Ophidian Skye

Opinia 1

Nie wiem skąd to się wzięło, ale prawdopodobnie po ostatnimi czasy masowym udziwnianiu obudów kolumn przez znaczącą większość producentów, gdy w moje progi trafi coś wizualnie klasycznego, odczuwam swojego rodzaju wewnętrzną radość. Oczywiście zdaję sobie sprawę z faktu, że ucieczka od bryły prostopadłościanu jest efektem walki z falami stojącymi wewnątrz obudowy, ale z autopsji wiem, iż w segmencie dobrego Hi-Fi, czyli na poziomie ciekawego, a nie wyczynowego brzmienia zespołów głośnikowych da się zrobić coś sensownego w klasycznej obudowie. Niestety mimo to niektórzy konsekwentnie próbują zaklinać rzeczywistość. Na szczęście nie wszyscy, a pierwszym z brzegu przykładem jest choćby pochodząca z Anglii marka Ophidian, z której oferty, dzięki działaniom pabianickiego 21Distribution dzisiaj przyjrzymy się sympatycznym podłogówkom hołubiącym klasycznym obudowom. Jakim podłogówkom? Otóż będą to średniej wielkości, za to z wielką ochotą do sprawiania melomanom przyjemności pochodzące w Wysp Brytyjskich Ophidian Skye.

Jak wspominałem, nasze bohaterki to typowe kanciaste skrzynki wykończone ładną naturalną okleiną. Jednak niech nikogo nie zwiedzie klasyka obudowy, bowiem reszta składowych z portem strojącym niskie tony na czele to umiejętne wprowadzenie do projektu – jak na tak przystępne cenowo paczki – zaawansowanej technologii. Chodzi oczywiście w pierwszej kolejności o zastosowanie zestawu głośników w układzie D’Appolito, czyli miękkiej wysokotonówki umieszczonej pomiędzy dwoma aluminiowymi głośnikami śednio-niskotonowymi. Po drugie zastosowanie autorskiego portu sekcji basu nazwanego Aeroflex. I po trzecie wykonanie zwrotnicy z podzespołów kultowej matki Mundorf. Tak prezentujące się kolumny posadowiono na zwiększającej rozstaw punktów podparcia podstawie, nad którą na plecach Angielek zlokalizowano wylot wspomnianego portu strojenia niskich tonów i nad nimi pojedyncze terminalne przyłączeniowe. W komplecie znajdziemy jeszcze zdejmowane, mocowane poprzez ukryte pod fornirem magnesy maskownice. Jeśli chodzi o „osiągi” kolumn, według producenta pracując w układzie dwudrożnym, pozwala pokryć pasmo w zakresie 30 Hz – 25 kHz oraz uzyskać skuteczność na poziomie 90 dB przy obciążeniu 4 Ohmów. Ostatnią ważną informacją jest ich może nie jakaś wyczynowa, ale w miarę słuszna waga 23.5 kg sztuka.

Czy po postawieniu kolumn na docelowym miejscu zaczarował mnie jedynie ich design? Otóż nie, co patrząc na żądaną za nie cenę nie było takie oczywiste. Co mnie zatem zauroczyło? Niby banał, ale dla znakomitej większości melomanów bardzo ważna praca konstruktorów nad uzyskaniem świetnej muzykalności przekazu. A zabiegami mającymi spowodować taki odbiór było operowanie mocnym nasyceniem średnicy, solidną podstawą basową i dźwięczną, jednak raczej w estetyce złota, a nie zimnego srebra górą. Od pierwszych chwil czuć było, że co jak co, ale nudzić lub męczyć się przy nich nie sposób. I nie miało znaczenia, że feedbackiem podkręcania emocji w kwestii esencjonalności przekazu było lekkie oddanie pola na gruncie natychmiastowości ataku, gdyż na niskich pułapach cenowych, a co za tym idzie ograniczeniach nakładów finansowych bezpieczniej jest powalczyć o płynność, aniżeli w imię ponadprzeciętnej jakości narazić się na krzykliwość podania słuchanego materiału. Anglicy na szczęście postawili na muzykę przez duże „M” i chwała im za to. I piszę to z pełną świadomością, gdyż wolę docierać do sedna intencji artystów podczas odsłuchu serwującego mi odpoczynek, niż nachalność prezentacji powodującą odruch zmniejszania poziomu głośności.
Za sprawą wymienionych cech dźwięku bardzo fajnie wypadał ostatnio będący moim oczkiem w głowie jazz w postaci najnowszej płyty Joe Lovano „Paramount Quartet”. Mimo kilku szybszych kawałków to raczej nostalgiczna płyta, dlatego bardzo cieszył mnie fakt utrzymania przez kolumny dobrej czytelności prezentacji poszczególnych źródeł pozornych. Nasyconych, krągłych, ale także dobrze określonych w eterze, a przez to dość wiernie obrazujących rozstawienie muzyków na scenie przez realizatora. Może niewyciętych w pozytywnym rozumieniu słowa z tła żyletką i utrzymujących tempa bolidu Formuły 1, ale cały czas niezbędnym timingiem, aby nie zanudzić słuchacza zbyt powolną reakcją na jednak ważny dla pokazania wirtuozerii brzmienia naturalnych instrumentów impuls powołujący każdy byt do życia. Owszem, może nie było wyczynowo jak mam no co dzień ze swojego zestawu, ale na tyle czarująco dźwięcznie i esencjonalnie, że dla mnie w pełni mnie satysfakcjonująco.
Jeśli chodzi ostrzejszy gatunek spod znaku „Master Of Puppets” Metallici, tutaj sprawy wyglądały podobnie, czyli przyjemnie z dobrym ładunkiem emocji. Jednak istotną różnicą in plus zyskaną dzięki soczystości prezentacji był zastrzyk zawsze będącego w niedoborze tego w tego rodzaju muzie nasycenia. Ze zrozumiałych względów powodującego minimalne ukulturalnienie zawartego w tej twórczości pierwiastka przenikliwości i przez to zwolnienie tempa wydarzeń scenicznych, ale za to każda fraza czy to gardłowa, czy instrumentalna zyskiwała większą dawkę wagi i automatycznie uderzenia energią, co pozwalało bez bólu uszu w kwestii głośności słuchania tej kultowej produkcji dać do przysłowiowego pieca. Oj nie powiem, tak jak zamierzali rockmeni, działo się.

Czy tytułowe kolumny Ophidian Skye są rozsądną propozycją dla całej populacji osobników lubiących słuchać muzyki? Otóż bez problemów powiem, że może nie w 100 procentach, ale większość ma szansę znaleźć z nimi nić porozumienia. Naturalnie piewcy szybkości narastania sygnału ponad wszystko zapewne pokręcą nosem, ale już zrównoważeni, czyli unikający wyczynowej prezentacji melomani bez problemu będą w stanie się w nich zakochać. Jak wynika z powyższego opisu, to bardzo bezpieczne, bo stawiające na muzykalność granie, co w zderzeniu z naprawdę rozsądną żądaną za nie rozsądną ceną jest bardzo ciekawą ofertą. Przynajmniej ja tak to widzę, dlatego bez zmrużenia oka tytułowe Angielki z przyjemnością każdemu polecam.

Jacek Pazio

Opinia 2

O nieprzebranym bogactwie i istnej klęsce urodzaju audiofilskich dóbr wszelakich wspominaliśmy nie raz i nie dwa, a wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują na to, że o owym zjawisku również i dzisiaj będzie słów kilka. Okazuje się bowiem, iż choć nasz lokalny rynek wprost pęka w szwach, to co i rusz pojawiają się na nim nowe i dotychczas jeszcze nie mające swoich przysłowiowych pięciu minut marki. W dodatku marki zarówno egzotyczne, jak i takie, które chociażby z racji swego pochodzenia gdzieś tam powinny o nasze oczy i uszy się obić. Jak to jednak w życiu bywa doba ma tylko 24h i po prostu nie sposób wszystkie egzystujące pod wszelkimi szerokościami i długościami geograficznymi byty nawet nie tyle znać, co chociażby spamiętać. I właśnie do owego, zupełnie anonimowego dla nas grona możemy zaliczyć założoną w 2011 r. przez niejakiego Garetha Jamesa brytyjską markę Ophidian, którą to całkiem niedawno pod swe skrzydła wziął pabianicki 21Distribution. I właśnie z jej portfolio trafiły do nas na testy debiutujące w marcu br. niewielkie, dwudrożne podłogówki Skye na spotkanie z którymi serdecznie zapraszam.

Z racji niezwykle klasycznego układu przetworników i równie konwencjonalnych prostopadłościennych brył korpusów patrząc na nasze dzisiejsze gościnie nie sposób nie odnieść wrażenia, że już coś takiego widzieliśmy. I trudno się temu dziwić, gdyż dwudrożny układ D’Appolito jest równie popularny w salonach audiofilów i melomanów, co czeskie Škody na naszych drogach. A co do podobnych konstrukcji pozwolę sobie chociażby wymienić goszczące u nas rok temu podstawkowe Perlisteny A3m, bądź Vermöuth Audio Studio Monitor. Jak jednak zarówno na żywo, jak i mam nadzieję na powyższych zdjęciach widać za bądź co bądź budżetowymi Brytyjkami przemawia fakt dostępności w naturalnej okleinie orzechowej, bądź dębowej (w jakiej trafiły do naszej redakcji), oraz kilka autorskich rozwiązań, którymi Skye próbują wyróżnić się na tle konkurencji.
Zacznijmy jednak od początku, czyli od tego co widać na dzień dobry gołym okiem. I tak fronty drugich od dołu wyspiarskich podłogówek zdobi zestaw dwóch 7” anodowanych na czarno aluminiowych mid-wooferów pomiędzy którymi umieszczono 0.9″ kopułkę Seasa z Sonolexu. Mocowane magnetycznie maskownice co prawda znajdują się w fabrycznym wyposażeniu, lecz ani nie dodają kolumnom uroku a i brzmieniowo trudno je uznać za element bezstratny, więc jeśli nie ma musu ich zakładania to lepiej pozostawić je w świętym spokoju, znaczy się w kartonach, w których całość dociera do odbiorcy.
Zdecydowanie więcej dzieje się na plecach tytułowych kolumn, gdyż zamiast klasycznego ujścia układu bas-refleks, tuż nad poprawiającym stabilność uzbrojonym we wkręcane kolce cokołem, zamontowano intrygujący aluminiowy „grill” z parą solidnych zacisków głośnikowych, oraz chroniącą całkiem sporych rozmiarów ujście system Aeroflex „kratkę”. Czymże jest ów Aeroflex? Otóż w przeciwieństwie do klasycznych układów BR Aeroflex dysponuje większymi i dłuższymi otworami rezonansowymi, przez co znacząco obniżono w nim prędkość przepływu powietrza, zapewniając odpowiednią kontrolę nad przetwornikami średnio-niskotonowymi w całym zakresie ich skoku. Ponadto zamiast stosować proste rurki, Brytyjczycy zaprojektowali systemy portów wbudowanych w korpusy kolumn, co zwiększyło sztywność całego układu.
Pod względem elektrycznym mamy, jak już zdążyłem wspomnieć, do czynienia z konstrukcjami dwudrożnymi o skuteczności 90 dB oraz 4 Ω impedancji i choć producent rekomenduje do nich wzmocnienie dysponujące przynajmniej 50W, to śmiem twierdzić, że są spore szanse, że z porządnymi ok. 35W lampowcami Brytyjki powinny również pokazać na co je stać.

To jednak czystko akademickie dywagacje, gdyż nie chcąc już na starcie przygody z „rękodziełem” Garetha Jamesa iść pod prąd postanowiliśmy trzymać się konstruktorskich zaleceń i tym samym w trakcie odsłuchów bazowaliśmy na 200W, A-klasowym Gryphonie Apex. Przerost formy nad treścią? Bynajmniej. To raczej całkiem skuteczny sposób, by z nawet z tak niewielkich, szczególnie na tle redakcyjnych Gauderów, kolumn wycisnąć wszystko co najlepsze. I tu od razu mały spoiler, bowiem początkowo miałem zamiar napisać „samo gęste”, lecz ów zwrot mógłby nieco zbyt wiele zasugerować już na samym wstępie a tak do odsłuchów Skye zabieramy się bez jakichkolwiek oczekiwań i skojarzeń.

Jak więc grają tytułowe Ophidiany? W telegraficznym skrócie niezwykle gładko, mięsiście i jak na swoje niezbyt imponujące gabaryty z zaskakująco obszernym i energetycznym dołem pasma eksplorującym rejony zazwyczaj zarezerwowane dla zdecydowanie bardziej rosłych konkurentów. A tu, nawet przy „Head of NASA and the 2 Amish Boys” Infected Mushroom basu nie tylko nie było za mało, co imponował tak wolumenem, jak i potęgą uderzenia. Co prawda w kategoriach bezwzględnych mnożna byłoby wytknąć mu pewną pluszowość i pewien brak natychmiastowości, czy dbałości o pełną czytelność aż do samych wrót Hadesu, ale bądźmy szczerzy – dobierając do nich adekwatną kwotowo elektronikę i tak na żadną referencję nie powinniśmy liczyć. A tak przynajmniej nie sposób im zarzucić chociażby śladowej anoreksji, czy wręcz oszczędności w reprodukcji wszelakiej maści syntetycznych łupnięć, szarpnięć strun gitary basowej bądź kontrabasu, czy uderzeń podwójnej stopy. Warto jednak pomyśleć o wzmocnieniu w sposób co najmniej dobry kontrolującym poczynania pary basowców, gdyż w połączeniu z jakimś „misiowatym” piecem Ophidiany mogą wykazywać tendencję do permanentnego mruczenia, co może w przypadku mroczno-depresyjnego „Sunset Mission” Bohren & Der Club Of Gore jeszcze dałoby się jakoś obronić, co już przy punk-rockowej galopadzie „Gargoyle of the Garden State” Rachela Bolana (Skid Row) znacząco spowolni tempo i obniży czytelność prezentacji.
Równie przyjemnie i na swój sposób „miękko” brzmi średnica. Jest gęsta, organiczna i wyraźnie zaakcentowana, więc pierwszoplanowe wokale „podawane” są nieco bliżej, przez co staja się bardziej intymne. Oczywiście nie jest to granie na jedno kopyto, gdzie groźnie porykujący na „The Shit Ov God” Nergal nawet nie próbuje zbliżyć się do słodkiej eteryczności Anny Marii Jopek czarującej na „Minione”, jednak z łatwością można zauważyć, że Ophidianom ewidentnie zależy na tym, by odsłuch praktycznie dowolnego repertuaru sprawiał odbiorcy przyjemność i o ile jest to tylko możliwe sam z siebie nie ranił i tak już zszarpanych nerwów.
Jak łatwo się domyślić podobne strojenie objęło swym zasięgiem także sekcję wysokotonowa, która dopełnia powyższe, znaczy się poniższe, podzakresy i nie ma ambicji wyskakiwać przed szereg ponadnormatywną ekspresją, czy wręcz utwardzeniem. O nie, to pełne wyrafinowania i spokoju lekko ozłocone dopełnienie reszty pasma sprawiające, że brytyjski pomysł na dźwięk urzeka koherencją i gładkością prezentacji.

Komu zatem poleciłbym w pierwszej kolejności odsłuchy Ophidian Skye? Na pewno miłośnikom rocka, którym nader często doskwiera realizacyjna mizeria ulubionych krażków, gdyż tytułowe kolumny dodając co nieco ciepła i gładkości do surowych, garażowych riffów i suchych partii perkusji znacząco poprawia komfort odbioru. Nie sposób również nie wspomnieć o gronie melomanów szukających niewielkich podłogówek zdolnych oddać rozmach wielkiego aparatu wykonawczego, czyli mówiąc wprost grających dźwiękiem większym aniżeli wskazywałaby na to ich postura. A tytułowym kolumnom owa sztuka przychodzi z zaskakująca łatwością.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME, Dyrholm Audio Nexus
– kabel USB: ZenSati Silenzio, Dyrholm Audio Nexus
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Dystrybucja: 21Distribution
Producent: Ophidian
Cena: 19 998 PLN (para)

Dane techniczne
Konstrukcja: podłogowa, 2-drożna; wentylowana – system Aeroflex
Pasmo przenoszenia (-3dB): 30 Hz – 25 kHz
Czułość (2.83V): 90 dB
Zalecana moc wzmacniacza: 50 W – 250 W
Impedancja: 4 Ω
Zastosowane przetworniki:
– wysokotonowy: 22 mm (0.9″) kopułka Seas z powlekanej tkaniny Sonolex
– średnio-niskotonowy: 2 x 180 mm (7″) aluminiowymi membranami
Wymiary (W x S x G): 1030 x 280 x 350 mm (z maskownicą i cokołem)
Waga: 23.5 kg / szt.

Pobierz jako PDF