1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. Struss Audio DM 250

Struss Audio DM 250

Link do zapowiedzi: Struss Audio DM 250

Opinia 1

Z perspektywy czasu może to wyglądać dość komicznie, ale dawno, dawno temu, czyli ponad ćwierć wieku – dokładnie w drugiej połowie lat 90-ych ubiegłego wieku, rodzimy rynek audio działał w nieco innych aniżeli obecnie realiach. Większość sprzedawców egzystowała w piwnicach, suterenach, czy też przytulała się do głównych działalności ich właścicieli w nieraz niezwykle industrialnych okolicach (vide dawny stołeczny Służewiec Fabryczny) a jedynie najwięksi dzisiejsi gracze (to wtedy startował m.in. Audio Klan) mogli sobie pozwolić na własny-firmowy „salon”. Jakby tego było mało prasę branżowa reprezentowały nie tylko kuszące kredowym papierem i kolorowymi poligrafiami periodyki, lecz również cieszący się niemalże kultowym oddaniem czytelników, przypominający krzyżówkę prasy podziemnej i fanowskiego zine’a „Magazyn Hi-Fi”. W takich to okolicznościach przyrody przyszło startować i rozwijać skrzydła polskim producentom. Wystarczy wymienić Ancient Audio, Artline, Audiowave, Chris Sound Research, ESA, GLD, Nuda Veritas, QBA, RLS, Sound Project, czy też bohatera niniejszej recenzji – Struss Audio.
Doskonale pamiętam, że pomijając zdecydowanie znajdujący się w sferze marzeń sennych zamorski High-End, to właśnie sygnowane przez Pana Zdzisława konstrukcje jak integra 140 i topowy model S wydawały się spełnieniem audiofilskich marzeń. Czas jednak płynie nieubłaganie, rynek weryfikuje zdolności akomodacji do zmieniających się warunków, więc jeśli tylko ktoś choćby na moment się zagapił, to mówiąc brutalnie wypadał z gry. Całe szczęście Struss Audio co jakiś czas raczył był przypominać o swoim istnieniu – w 2001 modelem Q, 2002 – Chopinem (prezentowanym m.in. na AVS w towarzystwie kolumn rodzimej i już nieistniejącej marki A&H), 2009 – potężnym R500 (na AVS grały z intrygującymi kolumnami Morel Fat Lady), datowanym mniej więcej na ten sam okres odświeżonym Chopinem w wersji MkIV, czy to „całkowicie nową koncepcją” R150 (2012r). Generalnie cały czas coś się działo, a my krążyliśmy wokół ww. manufaktury, raz na bliższej, raz dalszej orbicie aż do ostatniej edycji AVS, gdzie na parterze Hotelu Sobieski, w Galerii I natrafiliśmy na jeszcze prototypowe końcówki mocy MPA 400, A-klasowe Class-A i będącą przyczynkiem do dzisiejszego spotkania integrę DM 250. Od słowa do słowa okazało się, że dziwnym zbiegiem okoliczności wygląda na to, że jest nam ze sobą po drodze, czyli krótko mówiąc producent z chęcią pozna nasze opinie o swojej aktualnej ofercie a my z równym zainteresowaniem nad owym zagadnienie się pochylimy rzucając tak uchem, jak i okiem. Jak to jednak w życiu bywa zanim chęć obu stron przeszła w czyny, czyli de facto pojawienia się ww. konstrukcji w naszych skromnych progach, niespodziewanie zastał nas koniec wakacji. Skoro jednak owa integra do nas dotarła nie pozostaje nam nic innego jak zaprosić Państwa na wybitnie subiektywnie opowieść o tym jak odebraliśmy ją w naszych systemach.

Zacznijmy jednak od początku, czyli od aparycji i pierwszego wrażenia, które to udało nam się uchwycić podczas zwyczajowej sesji zdjęciowej dokumentującej tzw. „unboxing”. Nie da się ukryć, iż Struss DM 250, pomimo na wskroś tradycyjnej, tak pod względem wymiarów jak i designu formy, prezentuje się wybornie. Wzrok przyciąga intrygująco przełamany czarny front, spod którego wyziera utrzymany w ciepłej „koralowej” czerwieni insert nie tylko nadający całości swoistej lekkości, lecz również pełniący rolę bazy dla zlokalizowanych w jego prawej części niebieskich diod informujących o aktywnym źródle, oraz chromowanych gałek wyboru stosownych wejść (mniejsza) i siły głośności (większa). Tuż pod nimi w prawy dolnym rogu skromnie przycupnął czujnik IR a na przeciwległej flance znajdziemy firmowy logotyp i hebelkowy wyłącznik amerykańskiej firmy C&K wyposażony w zabezpieczenie przed przypadkowym włączeniem/wyłączeniem urządzenia. Lewą część pokrywy górnej gęsto ponacinano aby zapewnić cyrkulację powietrza wewnątrz obudowy. Przy okazji całkowicie bezinwazyjnie można też do wnętrza „zapuścić żurawia” i na własne oczy przekonać się co składa się na słuszne 16 kg tytułowej konstrukcji.
Ściana tylna również nie rozczarowuje, gdyż do dyspozycji otrzymujemy cztery wejścia liniowe – trzy pod postacią RCA i jedno XLR-ów, phono – dedykowane wkładkom MM, oraz wyjście z przedwzmacniacza i wejście bezpośrednio na końcówkę mocy. Pojedyncze terminale głośnikowe to klasyczne WBT-y, których widok przypomniał mi mojego niezwykle miło wspominanego Electrocompanieta ECI5 MkI (w MkII były już drastycznie mniej wygodne, oblane plastikiem). W komplecie znajduje się również minimalistyczny – umożliwiający jedynie regulację głośności zaskakująco masywny (0,370 kg) pilot.

Od strony konstrukcyjnej DM 250 jest niejako reprezentantem nowej generacji i nowego pokolenia rodzimych wzmacniaczy, który bazując na ponad trzech dekadach doświadczeń pełnymi garściami czerpie ze współczesnych technologii. Po pierwsze warto podkreślić, iż z toru wzmocnienia udało się wyeliminować tranzystory bipolarne, więc 250-ka jest czysto FET-ową amplifikacją. A po drugie w sekcji przedwzmacniacza zrezygnowano z wszelkich elementów pojemnościowych i zaimplementowano, generujący parzyste harmoniczne przy jednoczesnym odwróceniu fazy sygnału, układ HPCS (Harmonics and Phase Conversion System) oparty na J-FETach. W telegraficznym skrócie to taka „symulacja” układu lampowego pozbawiona jego wad a jednocześnie oferująca dostosowanie konstrukcji do „fizjologicznej charakterystyki ludzkiego słuchu”. Ciekawy zabieg zastosowano również w przedwzmacniaczu gramofonowym (oczywiście na J-FETach), w którym standardową krzywą RIAA poddano modyfikacji, dodając do niej stałą czasu 3,2 µs (Neumann).
Poza powyższymi „atrakcjami” 250-ka jest przykładem klasyki gatunku. W zasilaniu znajdziemy dwa solidne transformatory toroidalne po 500 VA każdy, cztery 15 000 μF kondensatory Nippon Chemi-Con a wzmacniacz utrzymano w topologii dual mono. Nie jest przy tym układem symetrycznym, więc za XLR-ami znajduje się desymetryzator własnego projektu.

Przechodząc do części odsłuchowej gdzieś tam, z tyłu głowy kołatały mi się myśli dotyczące tego, ile z „tamtych” – archiwalnych Strussów zostało w 250-ce. Czy Pan Zdzisław pozwolił sobie na „łobuzerską zadziorność” 140-ki, czy też raczej skłonił się ku wyrafinowaniu i pewnej dostojności ostatniej inkarnacji Chopina, a może przypomniał potęgę R500? Jak się jednak miało okazać nowe rozdanie, to naprawdę nowe rozdanie i o ile ciągłe oglądanie się za siebie może ma aspekt sentymentalny, to lepiej patrzeć na horyzont i … pod nogi, żeby przypadkiem się nie potknąć i nie wywinąć orła. Dlatego też 250-ce warto dać carte blanche i po prostu dać jej zagrać. A w tym przypadku im wcześniej to zrobimy, tym lepiej, gdyż nowa integra Strussa aż do owej gry się rwie. DM 250 oferuje bowiem dźwięk o zaskakująco dużym wolumenie, przyjemnej rześkości i potrafiącej wgnieść w fotel dynamice. W dodatku całość w praktycznie całym paśmie zachowuje iście wzorcową rozdzielczość. Patrząc na powyższą, nieco skrótową, skondensowaną na potrzeby wstępu charakterystykę nie powinien zdziwić Państwa mój wybór pierwszych krążków testowych. Otóż sięgnąłem po wielką symfonikę, czyli album powstały z udziałem London Philharmonic Orchestra i fińskiej formacji … Nightwish – wydawnictwo „Dark Passion Play” a następnie, niejako w ramach odtrutki po cukierkowym wokalu Anette Olzon, „starą”, dobrą Tarję na „Once”, gdzie ww. Londyńczycy również się pojawiają. Ot klasyczny symfoniczny metal, gdzie pierwotny growl przeplata się z kobiecymi trelami a sekcja smyczków walczy o uwagę słuchaczy z gitarowymi riffami. Jednak wbrew pozorom taki pozorny galimatias ma jedną niezaprzeczalną zaletę – przy obecnych tam spiętrzeniach i wieloplanowości dźwięku amplifikacja albo daje radę, albo po pierwszym tracku rzuca ręcznik na ring i prosi o nieco łagodniejszy wymiar kary, czyli co najwyżej „Hotel California” Eagles. Struss o złagodzenie wyroku bynajmniej nie prosił dając zdrowo do wiwatu tak moim Contourom, jak i … sąsiadom, którzy niejako w gratisie załapali się na ponad dwugodzinną dawkę skandynawskich decybeli. Było głośno, szybko i kiedy trzeba agresywnie, ale nigdy nie udało mi się zmusić 250-ki do choćby najmniejszych oznak kompresji, spłaszczenia dźwięku, czy też ofensywności. Po prostu pełna kontrola nad reprodukowanym pasmem, choć jeśli na nagraniu najniższe składowe kreślone były nieco grubszą kreską, to polska integra nie próbowała tego w żaden sposób korygować i konturować.
Jeśli chodzi o aspekty przestrzenne to zarówno „Amused to Death” Rogera Watersa, jak i zdecydowanie bardziej naturalne pod względem propagacji wybrzmień „Antiphone Blues” Arne Domnérusa, czy „Monteverdi – A Trace of Grace” Michela Godarda zabrzmiały nad wyraz sugestywnie i „szeroko”. Nie oznacza to bynajmniej, że Struss nie buduje sceny w głąb, bo robi to w pełni satysfakcjonującym stopniu, lecz właśnie wymiar szerokości jest tutaj bardziej zaakcentowany.
Podobnie traktowana jest temperatura przekazu, którą z powodzeniem można określić mianem neutralnej. Próżno bowiem doszukiwać się tutaj znamion ocieplenia, jak i ochłodzenia, co z jednej strony zapewnia nam komfort modelowania finalnego brzmienia poprzez dobór pozostałych elementów toru, w tym okablowania, na które 250-ka jest czuła a z drugiej wymaga chociażby odrobiny zdrowego rozsądku przy konfiguracji własnego „ołtarzyka”. Struss bowiem niczego nie zamierza maskować i o ile jeszcze zbyt opieszałe w dole pasma kolumny z powodzeniem zdyscyplinuje łapiąc je „krótko przy pysku” o tyle zbyt ekstatycznej góry nie stonizuje i nie zaokrągli.
A co z jedynym „dodatkiem”, czyli charakterystyką wejścia phono? Otóż nie ma się co łudzić, że dysponując mało wysublimowaną wkładką i lekkim, podatnym na wibracje napędem, chociażby zbliżymy się do upragnionej nirwany. Za to z nasyconym i dobrze osadzonym w barwie, oraz masie „drapakiem” pojawienie się Strussa w torze nada całości wielce przyjemnego oddechu i swobody a niejako przy okazji wyciągnie jeszcze kilka audiofilskich smaczków o których istnieniu nie mieliśmy do tej pory bladego pojęcia.

Na podstawie odsłuchów tytułowego wzmacniacza zintegrowanego Struss Audio DM 250 śmiem twierdzić, że rodowe DNA konstrukcji których daty urodzin sięgają jeszcze ubiegłego tysiąclecia zostało w znacznym stopniu zachowane, lecz również nader pieczołowicie uszlachetnione. Mamy bowiem do czynienia z dźwiękiem bezpośrednim, szybkim i dynamicznym, lecz niepozbawionym szlachetności i wyrafinowania. Może na pierwszy rzut ucha 250-ka nie czaruje i nie zniewala lampową namiętnością, lecz jej transparentność i neutralność zdecydowanie lepiej rokują na przyszłość, aniżeli jakaś przykuwająca uwagę maniera, która, gdy pierwsza ekscytacja opadnie mogłaby okazać się jej przekleństwem.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3

Opinia 2

Polską markę Struss Audio z dużą dozą pewności rozpoznaje przynajmniej połowa zakochanych w pęknie muzyki melomanów. Powód? Jak to czasem bywa, przez ostatnich kilkanaście lat na rynku zaliczyła nie tylko pozwalające z łatwością zaistnieć w naszych zmysłach tłuste, ale również chude czasy. Te tłuste zaznaczyły się bytem mających swoich fanów modeli jak 140, czy R500, zaś przysłowiowe chude patrząc z perspektywy czasu, ni mniej ni więcej okazały się być konsekwencją nie wiadomo z jakich przyczyn, chwilowego zniknięcia brandu z rynku. Na szczęście nie tylko dla producenta, ale również dla potencjalnych nabywców nowej odsłony oferty Strussa pomysłodawca opisywanego podmiotu gospodarczego nie utracił zapału do wdrażania nowych modeli w swoim portfolio, czego owocem jest dzisiejsza próba przybliżenia Wam najnowszych efektów pracy polskiego zespołu inżynierskiego w postaci wzmacniacza zintegrowanego Struss DM 250, który dostarczył do testu sam producent.

Opisując wygląd tytułowego wzmacniacza teoretycznie nie mam podstaw do posiłkowania się przymiotnikami typu „działo sztuki designerskiej”, lub tym podobnych ciągów literowych. Jednak natychmiast kontrując utyskiwania potencjalnych malkontentów informuję, iż może fotografie tego nie oddają, ale w zderzeniu organoleptycznym z rzeczonym wzmacniaczem, oprócz obcowania z solidną pracą inżynierską – mimo niedużych gabarytów jest bardzo ciężki, mamy do czynienia z bardzo ciekawym od strony estetyki projektem plastycznym. Jeśli chodzi o zagadnienie aparycji, pozytywnie odebrany przeze mnie temat zrealizowano przy pomocy wyfrezowanego na froncie, rozszerzającego się w kierunku prawej flanki wycinka zagłębionej, wykończonej w nadającej agresywności wizerunkowi piecyka jasnej czerwieni fali. Tak podzielony w poziomie awers z lewej strony uzbrojono w usytuowany tuż nad wspomnianym krwistym frezem hebelkowy włącznik główny i mieniące się srebrem logo marki, a z prawej już w rozszerzającej się połaci wspomnianego zagłębienia znajdziemy sześć diod informujących o wyborze danego wejścia, tuż obok selektor wyboru owych wejść, a całkiem z prawej gałkę wzmocnienia sygnału. Z uwagi na konieczność oddania ciepła przez usytuowane w lewej tylnej części dwa spore transformatory, w znajdującej się tuż nad nimi górnej płaszczyźnie obudowy zastosowano cztery prostokątne panele podłużnych otworów wentylacyjnych. Jeśli chodzi o tylny panel przyłączeniowy, według opisów na awersie, patrząc od lewej strony mamy do dyspozycji zacisk uziemienia i baterię istotnych dla użytkownika wejść: opcjonalne PHONO, CD-DAC, XLR i cztery RCA, a także pojedyncze terminale kolumnowe i zintegrowane z bezpiecznikiem gniazdo zasilania IEC. Miłym dodatkiem do 250-ki jest występujący w komplecie bardzo ciekawy od strony plastycznej pilot zdalnego sterowania głośnością.

Może się zdziwicie, ale podchodząc do opiniowania tytułowej konstrukcji nie byłem obciążony zbyt dobrą znajomością poprzednich modeli marki. Owszem, gdzieś, a raczej niezobowiązująco u kogoś, miałem z nimi do czynienia, ale nie był to na tyle reprezentatywny odsłuch, aby w stosunku do najnowszego wcielenia próbować formułować jakiekolwiek wstępne przypuszczenia. To źle? Bynajmniej, gdyż czyste konto zazwyczaj pozwala na znacznie mniej obciążoną bagażem dawnych lat ocenę możliwości sonicznych danego komponentu. Zatem jak odebrałem dostarczony do testu wzmak? Bardzo dobrze. Jednak nie z uwagi na startowy brak jakichkolwiek szans w stosunku do egzystującej u mnie konkurencji, tylko z racji zjawiskowej, nie obawiam się nawet dodać, że spokojnie konkurującej ze światowymi koncernami swobody kreowania w moim pokoju, dobrze zbudowanej w kwestii rozmiarów wirtualnej sceny muzycznej. Myślą przewodnią prezentacji było rozdzielcze, obfitujące w dużą dawkę informacji, a przy tym świetnie osadzone w masie w dolnym pasmie granie. Naturalnie nie oznacza to potraktowania po macoszemu średniego zakresu częstotliwościowego. Jednak biorąc za punkt odniesienia moje kolumny, ten wycinek pasma jawił się jako ewidentne dopełnienie jego skrajów, a nie cel nadrzędny dźwiękowego przedsięwzięcia opisywanej polskiej myśli technicznej. Dlatego też próbując osadzić proponowany przez nową odsłonę marki Struss Audio sznyt grania, bez dwóch zdań stwierdzam, iż mamy do czynienia z raczej neutralną, jednak daleką od poszukiwania szybkości i analityczności ponad wszytko estetyką kreowania świata muzyki. Komuś zapala się kontrolka ostrzegawcza? Jeśli tak, informuję wszystkich spanikowanych, że niesłusznie, bowiem nawet ja, orędownik soczystego podania zapisów nutowych bez najmniejszych problemów dałem się Strussowi uwieść, a to chyba o czymś świadczy. Co mnie do niego przekonało? Jak to co. Ciekawie odtworzona muzyka. Jaka? Głupie pytanie. Klasyczna, rockowa i wokalna. Konkrety? Proszę bardzo. Rozpocząłem od klasyki w postaci 8 symfonii Dimitrij’a Shostakovicha. Rozmach i energia szaleńczych interwałów na przemian z cichymi pasażami powodowały, że z duszą na ramieniu czekałem, co wydarzy się za moment. A jeśli ktoś z Was zna twórczość wspomnianego kompozytora, znakomicie orientuje się, że w dobrym tego słowa znaczeniu jest czego się obawiać. Reasumując, natychmiastowość ataku, jego masa i energia pokazywane były bez najmniejszych problemów. Kolejną odsłoną był niezbyt dobrze nagrany materiał grupy Slayer „God Hates Us All”. Po co użyłem tak kontrowersyjnego jakościowo krążka? Otóż ten z pozoru kiler dla wielu systemów audio pozwolił mi potwierdzić, czy ocena typu „jest rozdzielczy” nie wynika z częstego myku wielu konstruktorów sprzętu audio zwanego lekkim rozjaśnieniem, często odbieranym jako wyartykułowana przeze mnie większa swoboda przekazu. I wiecie co, nie pomyliłem się. Naturalnie na szczytach segmentu High Endu da się z tej muzy wycisnąć nieco większy pakiet danych, ale to co zaoferowała 250-ka, czyli dobry wgląd w słabo zrealizowaną wokalizę i instrumentalne popisy muzyków było nader ciekawym, a nawet pokusiłbym się o stwierdzenie, że dla wielu od zawsze poszukiwanym sposobem radzenia sobie z tego typu materiałem. Wieńcząc dzisiejsze dzieło testowe na czytniku lasera wylądowała Anna Maria Jopek z ostatnim albumem „Ulotne”. Wynik? Może z racji unikania poklasku w domenie zjawiskowego nasycenia średnicy trudno określić go mianem uwodzicielskiego, ale przyznam szczerze, iż nawet wykazując się brakiem dobrej woli nie mógłbym stwierdzić, że cokolwiek mu dolega. Po prostu równy w całym paśmie, a przy tym bez efektu sztucznego wyszczuplenia pięknego głosu wspomnianej artystki. To zaś daje do zrozumienia, że najnowsze dziecko marki Struss Audio nawet ze starć z wymagającymi lekkiego dopalenia środka pasma realizacjami umie wyjść z tarczą.

Analiza powyższego wywodu jasno daje do zrozumienia, iż w przypadku ewentualnej próby z tytułowym wzmocnieniem zintegrowanym na własnym podwórku musimy brać pod uwagę temperaturę grania naszego zestawu. Z wiadomych przyczyn, jeśli szukamy siłowego dociążenia przez lata niezbyt dobrze konfigurowanej układanki, efekt mariażu może być daleki od oczekiwań. Jeśli natomiast pragniemy czegoś oferującego świeżość przekazu, ale z dobrze utrzymaną jego wagą, będący bohaterem dzisiejszego spotkania wzmacniacz może być od dawna poszukiwanym lekiem na wszelkie bolączki. Czy tak się stanie? Cóż, to jak wspomniałem, zależy od docelowego systemu. Jednak jako szczyptę optymizmu dodam, że mimo nieco innych priorytetów w mojej muzycznej karmie, ten stawiający w pierwszej kolejności na równowagę tonalną piec bez problemu pokazał mi ciekawą rzecz. Jaką? Otóż udowodnił, że słuchanie muzyki w nieco innej estetyce niż na co dzień, nie zawsze kończy się zmniejszeniem pakietu przekazywanych za jej pośrednictwem emocji. A taka umiejętność w momencie poszukiwań świętego Grala dla swojego systemu audio według mnie jest bardzo dobrym prognostykiem na potencjalną przyszłość.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy DCS VIVALDI DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777, Gryphon Antileon EVO Stereo
– Wzmacniacz zintegrowany: Ayon Spirit V
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”, Vermoutch Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Step-up Thrax Trajan

Producent: Struss Audio
Cena: 4370 €

Dane techniczne
Moc wyjściowa: 130 W/8 Ω (2 x 10 W/8 Ω w klasie A), 250 W/4 Ω
Pasmo przenoszenia: 5 Hz – 250 kHz (- 3 dB/1 W/8 Ω)
Impedancja wyjściowa: 0,10 Ω
Zniekształcenia THD: 0,1 % przy mocy 1 W/8 Ω; 0,025 % przy mocy 130 W/8 Ω
Pasmo przenoszenia: 5 Hz – 100 kHz
Czas narastania (Slew rate): 150 V/μs
Odstęp sygnał: 135 dB (IHF – A)
Czułość wejściowa:
RCA: 500 mV (RCA), 250 mV (XLR), 3 mV (MM Phono), 0,775 V (końcówka mocy)
Impedancja wejściowa: 100 kΩ RCA), XLR: 22 kΩ (XLR), 47 kΩ (MM Phono), 47 kΩ (końcówka mocy)
Pobór mocy: 40 VA – 800 VA (peak)
Potencjometr (volume): precyzyjny Alps – Blue Velvet
Transformatory: 2 x toroidalne o mocy 500 VA każdy
Kondensatory filtrujące napięcie zasilania: 4 x 15 000 μF – Nippon Chemi-Con
Wymiary (S x W x G): 430 x 102 x 338 mm
Waga: 16 kg

Pobierz jako PDF