Opinia 1
O ile większość populacji w czwartkowe popołudnie jedzie zazwyczaj na oparach z utęsknieniem wypatrując piątkowej syreny na fajrant w stołecznej delegaturze Nautilusa na ul. Kolejowej 45 panował radosny gwar a licznie przybyli goście bynajmniej nie wyglądali na takich, którym gdziekolwiek by się spieszyło, bądź cokolwiek wskazywałoby na ich skrajne wyczerpanie. Zakładam, że nasi stali czytelnicy zdążyli się domyślić, iż powyższą grupę stanowili nie miłośnicy spontanicznych flash mobów wprawiających w zdumienie przypadkowych przechodniów, choć widok zatłoczonego, przypominającego z zewnątrz oszklone terrarium nautilusowego hallu mógł z zewnątrz podobne wrażenie wywoływać, a melomani i audiofila mający ochotę na solidna porcję wysokiej klasy dźwięków i co najważniejsze spotkanie oko w oko ze sprawcami tego całego zamieszania. Czyli poniekąd formułę, w jakiej ostatnio mieliśmy przyjemność uczestniczyć w ramach, nomen omen również czwartkowej prezentacji gramofonów J.Sikora Reference & Aspire. Tym razem jednak, że się tak wyrażę, wynurzenia sprzętowe zeszły na dalszy plan, bowiem rola dania głównego przypadła muzyce, czyli odsłuchowi najnowszego, niezwykle entuzjastycznie ocenionego przez prestiżowy amerykański Downbeat, Jazzwise, Record Collector, UK Vibe, Purculture, Cosmic Jazz czy japoński Jazz Life albumu Wojtka Mazolewskiego „Solo” a żeby dodatkowo podnieść rangę spotkania na Kolejowej pojawił się również sam artysta.
Zanim jednak przejdziemy do meritum, zachowując jako taką chronologię pozwolę sobie pokrótce opisać czym stołeczny Nautilus nas ugościł, a nieco uprzedzając fakty jedynie nadmienię, że było na czym tak oko, jak i ucho zawiesić. Rozpoczynając sprzętową litanię i idąc zgodnie z drogą reprodukowanych sygnałów na pierwszy ogień idzie źródło, czyli majestatyczny, 80 kilogramowy gramofon J.Sikora Standard Max z ramieniem KV12 uzbrojonym we wkładkę Analog Relax EX700. I tu od razu mała ciekawostka, bowiem korpus 700-ki wykonano z takiego samego drewna, z jakiego wykonywano legendarne skrzypce … Stradivariusa – najwyższej klasy świerk rezonansowy z włoskiego regionu Południowego Tyrolu. Ponadto zabezpieczono go nie na drodze standardowego lakierowania a wielokrotnego olejowania mieszanką kalafonii i oleju lnianego. Szaleństwo? Bynajmniej, raczej dbałość o detale i powrót do wyrafinowanych technik lutniczych z przełomu XVI i XVII wieku. Kolejnym elementem toru był lampowy przedwzmacniacz Circle Labs V1000, któremu towarzyszyły również reprezentujące krakowską manufakturę przedwzmacniacz liniowy P300 oraz potężne monobloki M500. Całość okablowania stanowiła autorska mieszanka Acrolinków, Acoustic Zenów i Siltechów a zwieńczeniem tory były onieśmielającej urody, kuszące futurystycznymi kształtami Estelony X Diamond Mk II.
W ramach krótkiego wprowadzenia licznie przybyłych gości przywitał gospodarz – Robert Szklarz, który w iście ekspresowym tempie przekazał pałeczkę Robertowi Sikorze, by ten, już w nieco dłuższym monologu mógł przybliżyć historię założonej przez jego tatę marki J.Sikora. W tym dla większości dopiero wkraczającym w świat Hi-Fi prehistorię, czyli start z pułapu DIY, lampowy epizod Burdjak & Sikora jak i mozolną drogę na audiofilski Olimp potwierdzoną nie tylko hura-entuzjastycznymi w recenzjami światowej prasie, lecz przede wszystkim zadowolonymi klientami w najodleglejszych zakątkach naszego globu. W niezwykle przystępny i zrozumiały dla „nietechnicznych” osób omówione zostały zagadnienia związane z eliminacją pasożytniczych wibracji i rezonansów, precyzyjnie dobranych silników zdolnych okiełznać niebagatelną masę talerza, czy też samą jego, znaczy się talerza, strukturę.
Z racji zbliżającej się wielkimi krokami godziny przybycia Wojtka Mazolewskiego reprezentujący Circle Labs Krzysztof Lichoń ograniczył się do krótkiej charakterystyki poszczególnych komponentów zwracając uwagę zarówno na uniwersalność i wszechstronność phonostage’a, jak i praktycznie nieograniczoną moc oraz wydajność prądową najnowszych końcówek mocy.
A teraz pora na niespodziankę, choć postępując nieco wbrew narzucanym z góry trendom mógłbym z powodzeniem napisać niespodzianka, czyli nigdzie nie figurującego zarówno na rozsyłanych mailem, jak i dostępnych w sieci anonsach dziennikarza muzycznego Hirka Wronę, który z wrodzoną sobie lekkością wspomniał o kilku zaskakujących i zarazem potwierdzających talent głównego sprawcy całego zamieszania. Przykład? Proszę bardzo – w zeszłym roku, tuż przed otwarciem bram gdyńskiego Open’era z powodów zdrowotnych wycofał się Wunderhouse, organizator (Mikołaj Ziółkowski, szef Alter Art) niczym tonący łapiący się brzytwy skontaktował się z Wojtkiem, czy przypadkiem nie da rady pojawić się na na Alter Stage ze swoim Quintet-em. Kilka telefonów weryfikujących osiągalność reszty bandu i wyszło na to, że z dyżurnej 5-ki jest … 2/3 składu. Od czego jednak znajomi i znajomi znajomych. W rezultacie w przeciągu zaledwie doby udało się rozwiązać nie tylko kwestie personalne, co się spotkać, przećwiczyć zupełnie nowy dla „alternatywnego” składu repertuar i finalnie dać porywający publiczność koncert. Koncert, który obecni na lotnisku Gdynia-Kossakowo szczęśliwcy oceniali pod względem energetyczności na równi z … Massive Attack.
W ramach grande finale na scenę wkroczył sam Wojtek Mazolewski i dzierżąc w dłoniach swój jeszcze pachnący tłocznią (pierwszy nakład się wyprzedał) najnowszy album „Solo” opowiadał zarówno o samym procesie twórczym, realizacyjnym, jak i post-produkcyjnym, w tym poszukiwaniu odpowiedniej tłoczni (finalnie stanęło na Takcie) i ważkości jakości samego procesu tłoczenia LP. Chodziło bowiem o to, by z racji nader ograniczonego instrumentarium oddać pełne spektrum zdolnej do wygenerowania przez kontrabas i garść okazjonalnie pojawiających się instrumentów dynamiki. Słowem o walkę o raptem 3dB, które zazwyczaj tłocznie „zdejmują” z mix-a, by asekuracyjnie zapewnić sobie spokój z ewentualnymi zwrotami przez posiadaczy niezbyt wysokiej klasy gramofonów. A tutaj kluczowy był każdy detal, podobnie jak i świadomość Wojtka, że swój krążek kieruje do odbiorcy nie tylko o zacięciu melomańskim, co również posiadającego stosowny „park maszynowy”. Za finalne brzmienie „Solo” oprócz samego Artysty odpowiada Wojtek Urbański a mastering powierzono Benowi Rawlinsowi. Lwia część nagrań powstała w przydomowym studiu Wojtka w Konstancinie, gdzie brak presji czasu i możliwość pracy praktycznie o dowolnej porze dnia i nocy pozwoliła zrealizować większość kłębiących się w głowie artysty pomysłów. A co do samej muzyki… cóż, jej musicie Państwo posłuchać sami, bo nikt za Was tego nie zrobi. Od siebie jedynie dodam, iż pomimo przewodniej „solowości” niezwykle daleko jej od monotonii. Ba, jest wręcz szalenie eklektyczna a zarazem organicznie koherentna, jednak aby ją odpowiednio mocno poczuć, zasmakować we wszystkich zawartych na niej niuansach wymaga odpowiedniej atencji i odsłuchu kompletnego – od pierwszej do ostatniej nuty. To nie jest materiał „fastfoodowy”, do konsumpcji w biegu i przy okazji, lecz coś co wymaga pewnego wyciszenia i chęci wniknięcia w jego strukturę a nie li tylko bezrefleksyjnego ślizgania się po jego powierzchni.
Serdecznie dziękując ekipie stołecznego Nautilusa za proszenie gorąco zachęcamy Państwa nie tylko do śledzenia kalendarza odbywających się tam spotkań, co i nawet niezobowiązujących wizyt by jedynie rzucić tak okiem, jak i uchem na prezentowane tam urządzenia i systemy.
Marcin Olszewski
Opinia 2
Dzisiejsza relacja z wczorajszego spotkania w warszawskim oddziale Nautilusa potwierdza bardzo istotną w biznesie zasadę, że nawet gdy kolokwialnie mówiąc „dobrze się kręci”, nie należy osiadać na laurach. Naturalnie w tym przypadku chodzi o konsekwentne promowanie zawiązanej współpracy z polskim producentem gramofonów J.Sikora. Jak wieść gminna niesie, producentem mogącym pochwalić się wieloma sukcesami za granicą, dlatego chyba nikogo nie dziwi fakt, że wspomniany Nautilus postanowił dystrybucyjnie zadbać o jej dobrą passę na polskim rynku. A, że jest konsekwentny, podszedł do tematu na tyle sumiennie, że w ciągu bodajże 2 miesięcy zorganizował w stolicy kolejny głośny miting z produktem wspomnianego analogowego brandu w jednej z głównych ról. Dlaczego jednej z głównych? Cóż, tego dowiecie się w dalszej części tej relacji.
Rozwijając ostatnią myśl z powyższego akapitu spieszę wyjaśnić, iż owszem, tak jak poprzednio, także i tym razem pierwsze skrzypce grał gramofon J.Sikora – wczoraj w wersji Standard Max. Jednak, aby nadać imprezie większej rangi, krakowski dystrybutor postanowił zaprezentować przy okazji także rodzimy system wzmocnienia sygnału od przetworzenia informacji z wkładki gramofonowej za pomocą phonostage’a V1000, przez przedwzmacniacz liniowy P300, po najnowsze monobloki M500 spod znaku Circle Labs. A najciekawsze było to, że aby zadbać o wyjątkowość wydarzenia, jako materiał promocyjny posłużyła pachnąca jeszcze nowością płyta „Solo” znanego chyba wszystkim kontrabasisty Wojtka Mazolewskiego z osobistym udziałem wspomnianego artysty. Jak widać, było na bogato tak od strony zaplecza sprzętowego, jak i dla mnie bardziej interesującego artystycznego, bowiem po kilku zarzuconych przez zapomnienie próbach kupna w necie, wreszcie nabyłem sobie wspomniany krążek z podpisem w Nautilusie.
Jak przebiegła impreza? Typowo, czyli w pierwszej kolejności każdy z bohaterów miał swoje, według mnie ciekawie wykorzystane pięć minut na przybliżenie swojego produktu – dotyczy to także Wojtka i jego płyty z ciekawymi smaczkami z realiów nie tylko samego tworzenia materiału, ale także masteringu oraz procesu na ile było to możliwe, audiofilskiego podejścia do jej tłoczenia. Gdy wspomniani prelegenci zdradzili licznie przybyłym gościom tajniki z tak zwanego swojego ogródka, wszyscy zostali uraczeni obfitym w ilość emocji nie tylko w odniesieniu do jakości odtworzenia, ale także wirtuozerii gry na trudnym instrumencie, odsłuchem wspomnianej, tak naprawdę jeszcze ciepłej wydawniczo płyty „Solo”. Naturalnie jak to w Nautilusie jest standardem, po głównym punkcie wieczoru posileni smacznym poczęstunkiem goście w większych lub mniejszych grupach wszystko co przed momentem się wydarzyło, ochoczo komentowali. A jak wynika z powyższego opisu, było co komentować, gdyż i sprzęt, i materiał muzyczny i oczywiście przybyły Wojtek Mazolewski byli z najwyższej półki.
I tym optymistycznym akcentem kończę tę relację. Dla mnie przyjemną w odbiorze nie tylko z perspektywy audiofila jako feedback wykorzystywanego stoku sprzętu audio, ale także, a myślę, że przede wszystkim melomana, bowiem jak zaznaczałem wcześniej, nie tylko nabyłem cztery brakujące, oczywiście podpisane tytuły z portfolio Wojtka Mazolewskiego, ale przy okazji od podszewki poznałem atmosferę powstawania tak intymnie brzmiącej ostatniej płyty. Czy impreza była warta poświęconego czasu? Odpowiadając ujmę to tak. Podczas spędzonych w salonie ponad 3 godzin około-muzycznych – mowa o płycie, jej twórcy i sprzęcie, naturalnie bardzo pozytywnych w odbiorze bodźców było tak wiele, że jeśli tylko coś podobnego w tej mekce audio w przyszłości będzie miało się jeszcze wydarzyć, na ile pozwoli proza codziennego życia, z pewnością się w niej pojawię.
Jacek Pazio