1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. Circle Labs V1000

Circle Labs V1000

Link do zapowiedzi: Circle Labs V1000

Opinia 1

Dzisiaj będzie nieco wspominkowo, sentymentalnie i tak jak Zbigniew Wodecki lubił wracać do miejsc, w gdzie już był, tak i my uznaliśmy, iż warto sprawdzić cóż w tzw. międzyczasie się wykluło i co słychać u jednego z coraz lepiej rozpoznawalnego nie tylko nad Wisłą, ale i poza naszymi granicami rodzimego wytwórcy. Krótko mówiąc, po chili przerwy od testów integry A200, dzielonki P300 & M200 i dokładce w postaci zestawu z dwiema końcówkami przyszła pora na krakowską propozycję skierowaną do miłośników czarnej płyty. Mowa o przedwzmacniaczu gramofonowym Circle Labs V1000, który w swych trzewiach skrywa kilka autorskich ciekawostek i z tego co wieść gminna niesie nader skutecznie konkuruje ze zdecydowanie bardziej utytułowaną konkurencją. A jak wypadł u nas o tym już za chwilę.

Na razie skupmy się jednak na jego wielce atrakcyjnej aparycji, bo ta, choć zgodna z obranym u zarania działalności marki kluczem, z racji ściśle wyspecjalizowanej funkcji do jakiej go przydzielono, uległa delikatnej transformacji. O ile bowiem tak integra, jak i przedwzmacniacz na swych charakterystycznych czarnych taflach szklanych frontów mogły pochwalić się dwiema gałkami a końcówkę całkowicie takich atrakcji pozbawiono, o tyle w V1000 liczbę gałek podwojono. Do selektora źródła i typu wkładki dołożono bowiem parkę pokręteł o nieco mniejszej średnicy odpowiedzialnych za wybór krzywych korekcji. Tak, tak. Circle Labs dołącza tym samym do elitarnego grona phonostage’y (jak daleko nie szukając Air Tight ATE-3011, czy Gold Note PH-10) zgodnych nie tylko ze współczesnym standardem RIAA, ale również umożliwiających dopasowanie parametrów pracy do nieco bardziej egzotycznych / historycznych (używanych przed 1954r.) krzywych. Zgodnie z tradycją włącznik zintegrowano z ozdobnym mosiężnym szyldem.
Ściana tylna oferuje dwie pary wejść RCA i wyjścia zarówno w standardzie RCA, jak i XLR. Parametry właściwe używanym wkładkom (10 – 1000 Ω / 0-320 pF) ustawiamy za pomocą stosownych mikroprzełączników a listę zamyka wielopinowe gniazdo zasilania, w które należy wpiąć przewód łączący jednostkę sygnałową z sekcją zasilającą rezydującą w osobnym, mniejszym korpusie. I tu miła niespodzianka, bowiem o ile większości przypadków dołączane przez konkurencję (vide VdH) zasilacze najdelikatniej rzecz ujmując nie należą do najbardziej urodziwych, to ten dołączany do V1000 bez najmniejszych obaw możemy śmiało umieścić na widoku, gdyż mówiąc wprost, choć nie ma szklanej tafli na awersie, to urodą dorównuje swemu pełnowymiarowemu rodzeństwu.
Od strony technicznej mamy do czynienia z topologią dual mono bazującą na czterech lampach e88cc / 6922. Z zasilacza do jednostki sygnałowej trafia napięcie zmienne, które prostowane jest dopiero „na miejscu”. Żeby było jeszcze ciekawiej przed sekcją wzmacniającą MM zaimplementowano nie któryś ogólnie dostępnych step-upów, lecz własnej konstrukcji i wykonania transformator dopasowujący o podwójnym rdzeniu nanokrystalicznym i jednocześnie nawiniętych uzwojeniach wtórnym oraz pierwotnym.

Biorąc pod uwagę, iż do tej pory V1000 dane mi było jedynie słyszeć w dość przypadkowych okolicznościach przyrody podczas minionego monachijskiego High Endu, to do jego testów podchodziłem z zupełnie spokojną głową. W końcu wystawy są od oglądania a nie słuchania, więc skład mniej, bądź bardziej przypadkowych zestawów z reguły wynikają z oferty danego dystrybutora / zależności owej, dystrybucyjnej natury, etc. aniżeli bezkompromisowego dążenia do jak najwyższej jakości dźwięku. Jedyne, czego mogłem się spodziewać, to wynikającej z poprzednich redakcyjnych występów ponadprzeciętnej muzykalności i delikatnego ocieplenia, gdyż właśnie tymi walorami czarowało jego starsze rodzeństwo. Jak się jednak okazało także i te oczekiwania przyszło mi dość poważnie zrewidować, gdyż stojący za tytułową konstrukcją Krzysztofowie (Wilczyński i Lichoń) chcąc nieco przystopować wzrost zawartości cukru w cukrze w „monoteistycznych” układankach lwiej części swej klienteli postawili położyć nieco większy nacisk na liniowość i może nie tyle analityczność, co emocjonalne wyważenie i neutralność. W rezultacie zaaplikowane w trzewiach V1000 lampy pełnią jedynie czysto techniczną rolę wzmocnienia a nie elementów mających odciskać jakiekolwiek piętno, sygnaturę na finalnym brzmieniu. Jak łatwo się domyślić tym sposobem otrzymujemy bardzo rzetelne, dalekie od siłowego zabiegania o atencję słuchacza brzmienie bliższe wzorowej transparentności aniżeli przypisywanym lampom czarowi i magii. Nie oznacza to bynajmniej wyzucia z wszelkich emocji, czy też zdystansowania, lecz raczej dyskretne znikanie w torze i pozwolenie, by reprodukowana muzyka zabrzmiała dokładnie tak, jak została nagrana. Mamy zatem do czynienia właśnie z wierną reprodukcja a nie autorską interpretacją wzmacnianych sygnałów, więc „Hardwired…To Self-Destruct” Metallici z „Cyrklem” w torze dalekie będzie od słodyczy i gładkości a „Vägen” Tingvall Trio od przesadnego ciepła. Wystarczy jednak tylko sięgnąć po „Minione” Anny Marii Jopek i Gonzalo Rubacalby, by dać się ponieść pulsującej latynoskimi rytmami estetyce przedwojennych szlagierów. Pojawia się urocza elegancja, pogodna melancholia i pewien sznyt podprogowej patyny. Powyższa repertuarowa przesiadka pokazuje nam również jak różne potrafi być brzmienie fortepianu, który w Tingvall Trio potrafi wręcz oscylować w okolicach szklistości, by pod palcami Rubacalby operować w zdecydowanie niższych rejestrach i bardziej mięsistej konsystencji. Mamy zatem niezbity dowód na to, że rodzimy phonostage nawet nie próbuje czegokolwiek uśredniać i ujednolicać, lecz cały czas trzyma rękę na pulsie i niczym kameleon dostosowuje się do klimatu i estetyki nagrań trafiających na jego wejścia. Podobne różnicowanie zaobserwowałem podpinając pod niego, z czystej ciekawości, oprócz swojego dyżurnego Denona DP-3000NE z założoną firmową wkładką DL-103R goszczący u mnie na gościnnych występach Triangle Lunar 3 z zawieszonym na lekkim carbonowym ramieniu Pro-Jecta reprezentującym obóz MM Goldringiem 1042. I tu różnice były widoczne jak na dłoni, gdyż angielski rylec wyraźnie stawiał na głębokie i soczyste brzmienie w porównaniu do nastawionego na rockowy drajw i timing Denona. Jest to niejako wskazówka dla użytkowników, którzy bądź to posiadają, bądź noszą się z zamiarem dołożenia drugiego ramienia / gramofonu do rezydującego u nich zestawu, że z pomocą V1000 zmiana źródła ograniczać się będzie li tylko do przekręcenia jednej/dwóch (gdy zmieniamy typ wkładki) gałek, więc odpadnie cała ekwilibrystyka z przepinaniem okablowania, o mozolnej wymianie wkładki i jej kalibracji nawet nie wspominając. Warto też poeksperymentować z wyjściami, gdyż jak zdążyłem w części opisowej jego budowy nadmienić Circle Labs oprócz RCA dysponuje również XLR-ami i przynajmniej u mnie potrafił na nich pokazać nieco bardziej otwarte i witalne brzmienie.
Warto również zwrócić uwagę na fakt, iż Circle Labs bardzo z wielką pieczołowitością operuje dynamiką tak w skali mikro, jak i makro, więc zdolny jest oddać zarówno dyskretną pracę sekcji rytmicznej w niewielkich jazzowych składach, jak i rozmach stadionowych live’ów dinozaurów rocka („Live At River Plate” AC/DC). I tu od razu pozwolę sobie na pewna obserwację, bowiem bas oferowany przez V1000 zazwyczaj jest wzorowo trzymany w ryzach i bardziej kopie aniżeli dudni, więc słuchacze przyzwyczajeni do jego lekkiego poluzowania, czy wręcz niesubordynacji mogą początkowo odnieść wrażenie pewnej jego oszczędności. To jednak jedynie następstwo własnych przyzwyczajeń a nie obiektywna ocena zastanych realiów.

Jak łatwo zauważyć Circle Labs V1000 z jednej strony zachowuje pod względem wzornictwa pełną zgodność z firmowym DNA, a z drugiej – brzmieniowo bezdyskusyjnie ewoluuje ku większej transparentności i liniowości prezentacji. Dlatego też decydując się na weryfikację jego walorów sonicznych we własnym systemie zalecam niespecjalne sugerowanie się jego lampowymi trzewiami, lecz skupienie się na dźwięku bez powyższych obciążeń. Dzięki czemu łatwiej będzie Wam przejść do porządku dziennego nad faktem, że to po prostu niezwykle prawdomówne urządzenie, które robi dokładnie to, do czego zostało zaprojektowane, interpretację reprodukowanej muzyki zostawiając słuchaczom. Czyli Wam. Tylko tyle i aż tyle.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Zorro
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

To, że tytułowa marka mimo dość krótkiego stażu na rynku komercyjnym – naturalnie jak większość tego typu podmiotów na świecie wywodzi się z DIY – zdążyła już skonsumować spory kawałek rodzimego tortu segmentu audio, wie prawdopodobnie większość z Was. A jeśli tak, orientuje się także, iż na obecną chwilę w jej portfolio znajdziemy jedynie konstrukcje z działu wzmacniania sygnału. Naturalnie wszystkie urządzenia testowaliśmy osobiście i był to wzmacniacz zintegrowany A200 oraz sekcja dzielona na bazie przedwzmacniacza liniowego P300 oraz jedynej w trybie stereo lub dwóch (w trybie mono) końcówek M200. I gdy wydawało się, że stacjonujący w Małopolsce panowie spod znaku „Cyrkla” spokojnie mogą odcinać kupony, nie spoczęli na laurach i idąc za ciosem zaproponowali szerokiej rzeszy gramofoniarzom autorski phonostage. Tak tak, jeśli ktoś posiada urządzenia tej marki i w swoim zestawie używa „drapaka”, teraz będzie mógł skompletować sobie niegdyś będącą marzeniem każdego adepta naszego hobby firmową „wieżę”. Sam tak mam z innym producentem i wiem, że mimo, iż wygląd nie gra, spójność wizualna całości zestawu audio na dłuższą metę w kwestii codziennego obcowania wzrokowego jest nie do przecenienia. Jednak zapewniam, myliłby się ten, kto sądziłby, że będąca dzisiejszym punktem zapalnym konstrukcja powstała li tylko jako ładny gadżet uzupełniający firmową piramidkę. To według producentów konstrukcja spokojnie konkurująca z największymi tuzami świata w tej materii, a dowodem na to ma być zaproponowanie nam przeprowadzenia kolejnego z rzędu testu. Takim to sposobem po kilku spotkaniach z sekcją wzmacniającą zapraszam na kilka akapitów o najnowszym dziecku krakowskiej marki Circle Labs w postaci przedwzmacniacza gramofonowego V1000.

Próbując opisać wygląd naszego bohatera. nie będę jakoś szczególnie odkrywczy, bowiem jak pisałem, to zamierzone powielenie pomysłu na resztę oferty Circle Labs. Oczywiście mamy do czynienia ze znakomicie zaprojektowaną od strony estetycznej prostopadłościenną skrzynką z czernionym szklanym frontem. Ten ostatni zaś oprócz zorientowanych na zewnętrznych rubieżach dwóch średniej wielkości oraz w nieco węższym ustawieniu nieco mniejszych gałek pozwalających dokonać wybranych ustawień dla wykorzystywanej wkładki, w celach designerskich na dolnej i górnej krawędzi ubrano dodatkowo dwa akcenty wykończone w złocie. A to nie koniec fajnych zabiegów sprzyjających dobremu wizualnemu postrzeganiu konstrukcji, gdyż reszta obudowy, a w szczególności jej górna połać również idą tropem ciekawego wyglądu. A zrealizowano go przedłużeniem z frontu na górny panel, będącej platformą dla włącznika urządzenia złotej wyspy, wytłoczeniem w centrum dachu urządzenia wielkiego logo marki i okalaniem go w tylnych parcelach bokami różnej długości blokami ażurowych otworów wentylującymi trzewia konstrukcji. Być może słowa tego nie oddają, ale zapewniam, na żywo projekt prezentuje się znakomicie. Jeśli chodzi o kilka informacji technicznych, bardzo istotną, a myślę, że dla wielu z Was najistotniejszą jest fakt użycia w układach elektrycznych lamp elektronowych oraz na wejściu sygnału autorskiej wersji step up-a. Naturalnie będąc konstrukcją aspirującą do miana przedstawiciela High End-u V1000 oferuje nabywcy możliwości obsługi dwóch w pełni uzbrojonych ramion oraz dwóch rodzajów wkładek, czyli MM oraz MC, co dobitnie udowadnia bogate wyposażenie tylnego panelu przyłączeniowego. Na koniec dla purystów technicznych jeszcze jedna ważna kwestia, a jest nią wydzielenie zasilania naszego bohatera do osobnej, łączonej dedykowanym kablem z sekcją sygnałową, opatrzonej złotym logo, czarnej skrzynki. Jak widać, pomysł od strony wzrokowej jest bardzo przemyślany. Czy podobnie jest w temacie brzmienia? O tym skreślę kilka zdań w kolejnej części testu.

Zanim przejdziemy do opisu możliwości sonicznych naszego bohatera, kilka istotnych informacji na temat ogólnych aspektów elektroniki spod znaku Circle Labs. Spokojnie, nie jest to jakiekolwiek rozwadnianie tekstu tudzież ratowanie sytuacji, tylko nakreślenie kontekstu, który przyświecał konstruktorom w ustaleniu ostatecznego sznytu grania 1000-ki. Otóż sekcja wzmacniająca „Cyrkli” w każdej konfiguracji w zależności od rozbudowania stawia na mniej lub bardziej kontrolowaną energię i soczystość brzmienia systemu. To zawsze jest poszukiwanie w muzyce piękna za pomocą fajnie podanej krągłości, co z jednej strony jest bardzo pożądane, ale z drugiej wymaga uwagi w konfiguracji reszty toru. Jednak zanim przeszyje Was dreszcz zaniepokojenia, zalecam spokój, gdyż mimo osobistego zetknięcia się z kilkoma konfiguracjami tej marki ani razu nie spotkałem się jakimkolwiek problemem brzmieniowym takiego konglomeratu. Po prostu grają esencjonalnie, ale są na tyle wydajne prądowo, że naprawdę trzeba się postarać, aby zmarnować ich ciekawie wdrożone w życie podejście do świata muzyki. Jak zatem na tym tle wypadł phonostage? Oczywiście w lekkiej, powtarzam lekkiej kontrze. Przekaz stawiał na większą szybkość narastania sygnału i przy tym mniejszą krągłość, a co za tym idzie lekkie utwardzenie oraz mniejsze rozmycie w domenie czasu brzmienia wirtualnych bytów. Czy to źle? Dla mnie wręcz odwrotnie, gdyż dodatkowa dawka opisanej na samym początku, wprowadzanej już przez wzmocnienie krągłości mogłaby spowodować efekt utraty czytelnego umiejscowienia różnie interpretowanych w kwestii energii i ostrości wirtualnych bytów. A tak jako feedback dobrego posunięcia konstruktorów zyskujemy wyraźniejsze ogniskowanie i skupienie w rysunku poszczególnych muzyków, co wespół z lepszą kontrolą dźwięku pozwala usłyszeć więcej wirtuozerii w kreowaniu przez nich świata muzyki i co dla mnie jest bardzo istotne, dzieje się to bez strat w rozdzielczości, co bez szkód dla jakości powala podnieść poziom odsłuchu do granic przyjemnej w odbiorze wytrzymałości słuchu, co jak pewnie pamiętacie, bardzo lubię. Reasumując wpięcie testowanego przedwzmacniacza gramofonowego spowodowało u mnie ważne dla zachowania atrakcyjności prezentacji pilnowanie drive’u wydarzeń scenicznych, które w ciekawy sposób zostały okraszone posmakiem zastosowanych w układach szklanych baniek. A ciekawy dlatego, że oprócz wprowadzenia do dźwięku fajnej dawki plastyki nie odczułem wrażenia jego zbytniego rozwibrowania oraz przegrzania, co z pewnością zniweczyłoby wspominany przeze mnie prawdopodobny plan zapewnienia synergii pełnego kompletu krakowskich konstrukcji. A będąc szczerym pozyskując podczas telefonicznej rozmowy informację, że zderzę się z pojemnikami próżniowymi, byłem prawie pewny, że puszczone samopas w niektórych przypadkach w stylu rockowych popisów mogą być problemem, tymczasem życie pokazało całkowicie inną stronę takiego rozwiązania. Lampy nie narzucały sznytu nawet najprzyjemniejszego, ale jednak przegrzania prezentacji, tylko bez strat w szybkości narastania sygnału umiejętnie ją koloryzowały, co w moim odczuciu idealnie wpisuje się w pomysł zafundowania sobie firmowego kompletu ze wzmocnieniem włącznie.
Przybliżając nieco efekt działania Circle Labs V1000 na bazie słuchanych płyt, pierwszym z brzegu bez najmniejszych problemów może być widoczny na zdjęciach najnowszy krążek Joe Lovano z naszym jazzowym teamem Marcina Wasilewskiego „Homage”. Materiał ma kilka zwrotów w kwestii szybkości grania i bardzo często mamy do czynienia z solidną dawką zmieniającej się w domenie czasu, dzięki specyfice obrabiania sygnału przez polski phonostage bardzo dobrze różnicowanej ilościowo energii. Jednak to nie jedyny fajny feedback jego aplikacji, bowiem gdy do głosu dochodziły popisy solowe, przywołane przed momentem pilnowanie rytmu i niezbędnej agresywności ataku w najmniejszym stopniu nie przeszkadzały w pokazaniu nie tylko finezji pracy artystów, ale także zjawiskowości wybrzmiewania wszelkiej maści instrumentarium. Owszem, po korekcie wprowadzonej przez dzisiejszego bohatera na tle testowanych wzmacniaczy z nieco krótszym czasem zawieszenia w eterze i z mniej soczystym impulsem, ale bez obaw, w imię idealnego strojenia systemu wszystko wypadło bardzo dobrze.
Jeśli chodzi o mocne uderzenie, w tej roli wystąpił mój konik w postaci grupy AC/DC „Back in Black”. Tym razem wszystko było na swoim miejscu. Dostałem odpowiednio akcentowaną agresję, szybkość i uderzenie wespół z bardzo dobrze słyszanym sznytem uplastyczniania całości przez zastosowany zestaw lamp elektronowych. A jeśli tego ostatniego dla kogoś byłoby nazbyt mało, firmowe rozwiązanie kilku stopni dopasowania urządzenia do wymaganego brzmienia używanej wkładki gramofonowej pozwalało zmniejszyć lub zwiększyć tak szybkość, jak i soczystość prezentacji. Ja z uwagi na zbyt mocną zmianę sygnatury grania systemu niż bym tego oczekiwał, osobiście pokusiłem się jedynie na inny poziom obciążenia, czyli zamiast 100 ustawiłem 200 Ohm, co zaowocowało zwiększeniem body, a tak naprawdę zastrzyk dźwięcznej soczystości, gdyż na tle mojej codziennej konfiguracji ustawienie fabryczne wartości w V1000 było zbyt oszczędne w ważne dla mnie aspekty pozwalające dojść do sedna muzyki. Ale po to są właśnie tego typu możliwości, aby z nich bez oglądania się na poprawność polityczną świadomie korzystać. Ja tak zrobiłem i zespół z mojej młodości kolejny raz wypadł bardzo dobrze.

Czym zachęcę Was do jeśli nie nabycia w ciemno, to choćby wypróbowania testowanego w tym rozdaniu rodzimego phopnostage’a Circle Labs V1000? Po pierwsze dzięki możliwości podłączenia dwóch wkładek oferuje poszukiwaną przez wielu wielofunkcyjność. Po drugie mnogość regulacji teoretycznie mających wpływ tylko na wkładki MM, ale znakomicie słyszalnych także w wersji MC sprawiają, że można idealnie dobrać interesujący nasz sznyt grania systemu. A po trzecie nawet przy zalecanych „fabrycznych” nastawach to co oferuje, dzięki umiejętnemu wkomponowaniu w układy elektryczne lamp elektronowych jest znakomitą ofertą brzmieniową nawet dla najbardziej wymagających melomanów. Z jednej strony dostajemy odpowiednio szybki i agresywny, a z drugiej naznaczony nienachalną plastyką lampy przekaz. Jednym słowem krakowski przedwzmacniacz gramofonowy oferuje nam muzykę przez duże „M” na bardzo wysokim poziomie jakości. To naprawdę świetna propozycja, której podczas poszukiwań tego typu urządzeń. nie należy lekceważyć nawet w zderzeniu ze światowymi tuzami.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,
Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80

Producent: Circle Labs
Cena: 43 900 PLN

Dane techniczne
Wzmocnienie: 65/70dB (MC); 45 dB (MM)
Wejścia: 2 pary RCA
Regulacja obciążenia wkładki: 10-1000 Ω; 0-320 pF niezależna dla każdego z wejść
Wyjścia: para RCA; para XLR
Zakresy krzywych korekcji: 230; 318(riaa); 400; 630(μs); 100; 75 (riaa); 50; 25 (μs)
Długość kabla zasilającego: 1,2 m
Lampy: 4 x e88cc / 6922
Wymiary (W x S x G): 130 x 430 x 365 mm (przedwzmacniacz); 83 x 98 x 210 mm (zasilacz)
Waga: 9,5 kg (przedwzmacniacz); 2,8 kg (zasilacz)

Pobierz jako PDF