Opinia 1
Dawno, dawno temu, czyli w czasach gdy rynek High-End w „kraju nad Wisłą” praktycznie nie istniał, Hi-Fi dopiero nieporadnie raczkował, stanowiący jedno z głównych źródeł informacji „Magazyn hi-fi” ukazywał się tyleż nieregularnie, co w formie przypominającej szatą wzorniczą metalowe i punkowe undergroundowe zine’y a na dostępne „spod lady” numery trzeba było po prostu polować egzystowała marka, która za sprawą swego charyzmatycznego projektanta była niezwykle bliska polskim audiofilom, stanowiąc upragniony bilet do magicznego świata wyrafinowanych dźwięków. Mowa oczywiście o Marantzu i reprezentującym go nieodżałowanym Kenie Ishiwata, który nie tylko regularnie Warszawę, jak tylko wystartowało Audio (wtedy jeszcze bez Video) Show, odwiedzał, lecz również przyciągał na swoje pokazy prawdziwe tłumy wiernych akolitów mających zazwyczaj na swych ścianach zawieszone nie tylko podobizny JPII, lecz również certyfikat potwierdzający nabycie sygnowanej właśnie przez Kena którejś z „poprawionych” przez niego wersji odtwarzacza, bądź wzmacniacza. Jak to jednak mawiał niejaki Heraklit z Efezu „panta rhei”, więc nie dość, że Ken stroi systemy po drugiej stronie tęczy, to przynajmniej jeszcze do niedawna wydawać się mogło, że i sam Marant nieco spuścił z tonu, po 12-kach SE za bardzo nie mając pomysłu jak ponownie skupić na sobie atencję złotouchej braci. Całe szczęście stan owej „flauty” możemy niniejszym uznać za niebyły, bowiem latem zeszłego roku światło dzienne ujrzała flagowa 10-Series na którą przelotnie tak okiem, jak i uchem można było rzucić w trakcie minionego AVS-u. Dość jednak rzewnych retrospekcji i wspominek czasów słusznie, bądź nie, minionych, bowiem jak to już zdążyliśmy zaanonsować w formie tradycyjnego unboxingu do naszej redakcji zawitał topowy kombajn multimedialny, czyli oferujący funkcje zarówno streamera, DAC-a, jak i przedwzmacniacza liniowego oraz phonostage’a Marantz Link 10n, na test którego serdecznie zapraszamy.
Choć dotychczasowe, jak już pozwoliłem sobie zauważyć, mocno niezobowiązujące, spotkania z naszym dzisiejszym gościem dawały pewne wyobrażenie o „powadze” dzisiejszego bohatera, to dopiero konieczność działań natury logistycznej, czyli ww. unboxing i aplikacja w naszych systemach bezpardonowo pokazałyy, że tak żarty, jak i brak high-endowych ambicji ekipy z Shirakawa Audio Works śmiało możemy uznać za niebyłe. Pomijając bowiem pełnowymiarową, bliższą dużym integrom i końcówkom mocy posturę urządzenia szczęśliwy nabywca zmierzyć się musi z jego ponad 33 kg wagą. A to już nie przelewki a zarazem niezbity dowód na to, że wreszcie wszechobecny plastik ustąpił miejsca szlachetnemu aluminium, z którego wykonano anodowany na czarno, jak to ma miejsce w testowym egzemplarzu, bądź na szampańskie złoto (Marantz Champagne) korpus.
Zgodnie z ostatnio lansowanymi przez Marantza kanonami piękna i unifikacją wzornictwa jego wypustów front 10-ki jest dwuwarstwowy, czyli składa się ze spodniej płyty nośnej i lekko wysuniętej „łuskowatej” przedniej z umożliwiającą regulację natężenia iluminacji LED-ową obwódką. Centrum owej wyspy zajmuje pokaźnych rozmiarów wysokorozdzielczy wyświetlacz dostarczający informacji nie tylko odnośnie pozycji menu, głośności i konkretnych nastaw, lecz i parametrów odtwarzanego materiału. Po obu bokach jego tafli wkomponowano wielopozycyjny wybierak /play/pause (po lewej) i przycisk potwierdzenia wyboru (po prawej). Z kolei na pozaakrylowych rubieżach wygospodarowano miejsce na obrotowy selektor źródeł i włącznik główny a po przeciwległej stronie gałkę wzmocnienia i wyjście słuchawkowe 6,3mm.
Z racji niezwykle rozbudowanego wachlarza zaimplementowanych funkcjonalności plecy 10-ki onieśmielają bogactwem wszelakiej maści przyłączy. I tak, oba górne narożniki okupują nagwintowane trzpienie anten Bluetooth/Wi-Fi pomiędzy którymi umieszczono, patrząc od lewej, wyjścia liniowe w standardzie RCA i XLR, port USB-A do podpięcia pamięci masowych(FAT32 lub NTFS), gniazdo Ethernet, cyfrowe wyjścia (koaksjalne, optyczne) i wejścia (USB, HDMI ARC, koaksjalne i dwa optyczne). Piętro niżej wygospodarowano przestrzeń dla sekcji phonostage’a z wejściami RCA i zaciskiem uziemienia, parą wejść liniowych RCA i XLR, oraz podobnym zestawem wyjść o regulowanym poziomie uzupełnionych o wyjście RCA na subwoofer. Litanię zamyka interfejs czujnika IR, firmowej magistrali sterującej i terminal RS-232 do komunikacji z „domową inteligencją” plus dwubolcowe gniazdo zasilające IEC C17. Na wyposażeniu nie zabrakło również eleganckiego sterownika, choć z powodzeniem większość jego funkcji dubluje firmowa aplikacja Heos na smartfony i tablety. Warto również zwrócić uwagę na fakt obsługi sygnałów PCM do 352.8 kHz/384 kHz i DSD po USB, ponadto dla sygnałów PCM można wybrać jedną z dwóch opcji filtracji i taki sam zestaw dla Dithera, który również da się wyłączyć, oraz cztery nastawy „reduktora szumów” (Noise Shaper). Jakby tego było mało również miłośnicy słuchawek w przepastnym menu Marantza znajdą coś dla siebie, gdyż specjalnie dla nich pomyślano o optymalnym dopasowaniu parametrów wyjściowych pod względem impedancji obciążenia (High, Mid, Low). Nie zapomniano też o fanach czarnych krążków, gdyż 10-ka obsługuje nie tylko wkładki MM, lecz i MC (Low, Mid, High).
I właśnie od phonostage’a pozwolę sobie rozpocząć omawianie walorów sonicznych naszego dzisiejszego gościa, gdyż nie jest to li tylko zazwyczaj po macoszemu traktowany, w dodatku przewidziany jedynie dla wkładek MM, dodatek pozwalający odhaczyć stosowną pozycję w tabelce funkcjonalności, lecz pełnoprawny „walor” tytułowego kombajnu. Za jego pośrednictwem otrzymujemy dźwięk zaskakująco rozdzielczy i energetyczny, jasno dający do zrozumienia, że mając 10-kę na stanie warto również pomyśleć o torze analogowym i niespecjalnie oszczędzać na samej wkładce, bo różnice tak in plus, jak i minus słychać bardzo wyraźnie. Równie wyraźne różnicowanie dotyczy również jakości samego wsadu materiałowego, więc czystą formalnością było jedynie utwierdzenie się w przekonaniu, że Metallica na „Hardwired…To Self-Destruct” stawia przede wszystkim na ilość a Tingvall Trio na „Vägen” na jakość generowanych dźwięków. Jednak kluczowym w powyższym sparingu był fakt, iż nawet w najbardziej dynamicznych i „gęstych” fragmentach Marantz ani nie tracił wrodzonej witalności ani tym bardziej nie dostawał objawiającej się kompresją i utratą rozdzielczości zadyszki śmiało mogąc stawać w szranki z wolnostojącą konkurencją z przedziału 3-5 kPLN. Wyżej może być już różnie, choć śmiem twierdzić, że z powodzeniem możecie sobie Państwo odpuścić porównawcze nasiadówki z urządzeniami z pułapu zbliżonego do półki na jakiej Link rezyduje, gdyż nawet niewinny sparring z naszym rodzimym Circle Labs V1000 sprawia, że nader boleśnie przekonujemy się o tym, iż od pewnego pułapu, przynajmniej jeśli mówimy o jakości dźwięku, kluczowa staje się możliwie wąska specjalizacja i separacja a nie integracja poszczególnych sekcji.
Jeśli zaś chodzi o stanowiącą serce 10-ki sekcję cyfrową, to nie owijając w bawełnę niejako z automatu wspinamy się na pułap adekwatny widniejącej w cenniku, przekraczającej 50 kPLN kwoty. Co ciekawe wnioski te bynajmniej nie wynikają z jakiejś ponadnormatywnej hiper-rozdzielczości, czy też obezwładniająco lepkiej muzykalności, lecz pozornie oczywistej i zarazem pożądanej naturalności prezentacji. Z jednej strony otrzymujemy pełen wolumen bogactwa informacji, gdzie wszystko ma swoje jasno określone tak przestrzennie, jak i czasowo miejsce a z drugiej słuchaczowi przypisana zostaje rola delektującego się owymi dźwiękami odbiorcy. W dodatku poziom i zasady odbioru są jasno zdefiniowane i opierają się na w pełni komfortowej absorpcji serwowanych składowych a nie ich usilnej laboratoryjnej analizie, bądź wręcz konieczności wzmożonej eksploracji nieco schowanych przed naszymi zmysłami niuansów. Tu wszystko dostajemy podane na złotej tacy i tylko od nas zależeć będzie, czy skupimy się na detalach, pojedynczych pralinkach, czy też kontemplować będziemy całość – misterną złożoność muzycznej bombonierki. Proszę mnie tylko dobrze zrozumieć. Otóż powyższe, cukiernicze metafory bynajmniej nie oznaczają nudnego na dłuższą metę przesłodzenia i polukrowania przekazu, lecz jego koherentność i jedwabistość zupełnie niekolidującą, oczywiście gdy tylko wymagają tego okoliczności przyrody, czyli daleko nie szukając np. podczas odsłuchu mrocznych i ciężkich jak dowcip prowadzącego jeden z popularnych teleturniejów „Children of Eve” greckiego Nightfall, bądź „Endtime Signals” Szwedów z Dark Tranquillity, z niemalże pierwotną agresją i bestialska brutalnością. Dostajemy zatem potężną dawkę metalowego łomotu, który pomimo szaleńczych temp, ekstatycznych blastów, ognistych riffów i zdzierania gardeł do żywego ani na moment nie traci selektywności i komunikatywności. Tutaj nic się nie zlewa, nikt nie próbuje ratować się upraszczaniem nazbyt połamanych i zagmatwanych aranżacji i jeśli tylko do głosu dochodzą jakiekolwiek znamiona granulacji i ofensywności, to nie wynikają one z niemożności oddania czystych fraz przez tytułowy kombajn a z zamysłu artystycznego artystów, bądź działań ekipy ów materiał masteringującej. Co prawda pod względem przestrzenności i rozdzielczości prezentacji na bardziej referencyjnym wsadzie („Anima Aeterna” Jakuba Józefa Orlińskiego) nasz dzisiejszy gość ustępował pola Aurenderowi A15, to uczciwie trzeba przyznać, że jednak nadrabiał wspomnianą koherencją i organiczną mięsistością, przez co w systemach, gdzie na drodze kolejnych udoskonaleń akcent z muzykalności całości został przeniesiony na dźwiękowy detal może okazać się bardziej pożądanym elementem i zwieńczeniem rozbudowy toru cyfrowego. Dostajemy zatem coś za coś – mniej rozwibrowania, blasku i oddechu, czy też otwarcia górnych rejestrów, za to bardziej sugestywną średnicę i osadzenie w niej głównej narracji.
Jak mam cicha nadzieję z powyższego tekstu jasno wynika zakup Marantza Link 10n może dla większości, nawet wymagających, odbiorców stanowić bardzo ciekawe rozwiązanie dylematów związanych z wysokiej klasy torem cyfrowym, lecz jednocześnie uproszczenie całego toru audio jako takiego. Mówiąc wprost 10-ka oprócz li tylko funkcji streamera z równym powodzeniem sprawdza się w roli DAC-a, przedwzmacniacza a nawet phonostage’a, więc pozwala zaoszczędzić nie tylko dość poważne kwoty, co miejsce, czas i nerwy związane dzieleniem przysłowiowego włosa na czworo i z ciągłym gonieniem upragnionego króliczka.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Zorro
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Tytułowego Marantz-a nawet nie na 100, a na 200 procent zna każdy osobnik kochający muzykę. Powodem takiego stanu rzeczy jest oczywiście solidność oferty za stosunkowo niewygórowaną cenę, co sprawia, że Japończyk jest producentem z listy tak zwanego pierwszego wyboru. Z tego też powodu nie chcąc stracić przez lata wypracowanej pozycji pośród szerokiej rzeszy melomanów, konsekwentnie rozwija i udoskonala swoje portfolio. Skąd to wiem? Oczywiście z co jakiś czas przeprowadzanych testów. Może nie jest to bardzo długa lista, ale kilka ciekawych propozycji typu zestaw źródła z sekcją wzmocnienia SA-12 SE & PM-12 SE tudzież flagowy odtwarzacz CD SA-10 udało się przeprowadzić. Za każdym razem brzmienie bez najmniejszych problemów na tyle dobrze się broniło, że gdy odebraliśmy telefon z warszawskiego Horna w sprawie przyjrzenia się kolejnej konstrukcji spod tego znaku towarowego, bez jakiegokolwiek ociągania podnieśliśmy rzuconą rękawicę. Co trafiło w nasze progi? Zapewniam, to jest już bardzo poważne rozwiązanie. Mało tego, spokojnie można powiedzieć, iż to istne centrum sterowania mocno rozbudowanym systemem audio dla najbardziej wymagającego audiofila. A jest nim wielofunkcyjny streamer z funkcją przedwzmacniacza liniowego. A wielofunkcyjny dlatego, że tak przyjmuje, jak i oddaje sygnały cyfrowe, analogowe, a oprócz tego na jego pokładzie znajdziemy także phonostage oraz wyjścia sterujące subwooferami. Przyznacie, że tytułowy Marantz Link 10N to bez jakiegokolwiek naciągania faktów poważna maszyna. A jak się spisała podczas kilkunastodniowych testów, znajdziecie w poniższym opisie.
Jedno jest pewne, tak wielkiej konstrukcji z segmentu źródeł w portfolio tej marki dotychczas próżno było szukać. Chodzi o to, że przy typowych wymiarach szerokości i głębokości skrzynki jej pokaźną wysokość. Powód takiego stanu rzeczy jest oczywisty, a rozbija się o zmieszczenie trzewiach baterii spełniających najwyższe standardy jakości podzespołów. To naturalnie jest także bardzo odczuwalnie podczas logistyki, bo wprost przekłada się na wagę 10N-ki. Ale zawczasu uspokajam, z małym wysiłkiem jedna osoba spokojnie poradzi sobie z ostatnią kwestią, a przy wiedzy, iż to pochodna wysokiej jakości produktu nawet z uśmiechem na twarzy. Jak od strony manualnej wygląda nasz bohater? Pierwszą istotną informacją jest rezygnacja z wykorzystania w konstrukcji obudowy sztucznego tworzywa. A zdradza to na pierwszy rzut oka idący tropem aparycji ostatnich konstrukcji Marantz-a front z wysuniętą lekko ku przodowi, podczas pracy urządzenia przyjemnie dla oka podświetloną od tyłu jego centralną nakładką. Do tej pory znajdowaliśmy w tym miejscu naturalnie estetycznie wykończoną, ale jednaj formę plastiku, tymczasem obecnie mamy do czynienia z nadającym urządzeniu solidności aluminium. Co znajdziemy na wyeksponowanej połaci? Na zewnętrznych rubieżach dwie wielofunkcyjne gałki regulacyjne, pod nimi z lewej strony okrągły włącznik, z prawej gniazdo słuchawkowe, zaś w centrum skryty pod czarnym akrylem kolorowy wyświetlacz oraz po obu stronach okrągłe, działające niczym joystick dwa manipulatory. Jeśli chodzi o tylny panel przyłączeniowy, mamy do czynienia z pełnym szaleństwem. Naturalnie to odpowiedź na wspominaną wielofunkcyjność, dlatego znajdziemy na nim kilka modułów z sekcjami wszelkiej maści wejść i wyjść tak w standardzie cyfrowym, jak i analogowym. Jest tego tak dużo i dodatkowo wszystko możecie znaleźć u nas na zdjęciach z unboxingu, dlatego nie będę się na ten temat rozpisywał, tylko odeślę Was do wspomnianej sesji zdjęciowej. Na koniec dodam jedynie, iż w komplecie startowym naszego bohatera znajdziemy nie tylko pilota zdalnego sterowania, ale także może nie jakiś audiofilski, jednakże pełen komplet okablowania do połączenia go na tak zwane szybko z zastanym systemem audio u szczęśliwego nabywcy. Drobna rzecz, a mimo, że nie jakaś wyszukana, z pewnością wielu użytkowników ucieszy.
Jak wypadł tytułowy japoński streamer z funkcją zarządzania rozbudowanym systemem audio? Jak to u Marantz-a jest w standardzie bardzo płynnie i gładko. Jednak nie nudno ani w sposób rozmyty, tylko z bardzo dobrą energią. A, że nie sypał nadmiernie ostrymi wysokimi tonami to dobrze, gdyż przy unikającej używania zbyt ostrej kreski w malowaniu ogólnej prezentacji wydarzeń scenicznych zaburzałoby to spójność podania materiału. A tak dostałem dobrze dociążony w dolnym i środkowym paśmie spektakl, który doświetlały pełne informacji, ale brzmiące w estetyce fajnej miękkości wysokie tony. Jednak w całej tej prezentacji najbardziej podobał mi się inny aspekt. Nie, wróć, sformułuję to inaczej. Przy ciekawym odbiorze przed momentem wypisanych niuansów sonicznych 10N-ki, w pakiecie jako feedback ciężkiej pracy inżynierów powołujących ten produkt do życia dostałem znacznie lepszą niż we wcześniej testowanych konstrukcjach czystość dźwięku. Chodzi o coś w rodzaju kotarki, która dawniej tłumaczona jako pochodna kierowania przekazu ku analogowości, mniej lub bardziej, ale zawsze mi przeszkadzała. Tymczasem tutaj to tak naprawdę było pierwsza fajna cecha, jaka rzuciła mi się w ucho. I nie dlatego, że wypadła jakoś nadzwyczajnie, czyniąc przekaz krystalicznie czystym, co finalnie na dłuższą metą mogłoby być męczące. Chodzi raczej o zwiększenie uczucia obecności muzyków w moim pokoju. Zawsze coś niewidzialnego mnie od nich dzieliło, a teraz byli bardziej na wyciągniecie ręki. A gdy do tego doszło fajne operowanie pierwszym planem – nie jakoś nachalnie, ale soczysty środek swoje robi – wszystko to, co zapisane było w materiale muzycznym nosiło znamiona większej namacalności.
Weźmy na tapet choćby Dianę Krall z krążkiem „The Girl In The Other Room”. To teoretycznie muzyka łatwa, lekka i przyjemna, jednak nadmiernie podkręcona w kwestii wyrazistości, przy już mocno przepracowana masteringowo byłaby nie do przyjęcia. A w wydaniu naszego punktu zapalnego pewnego rodzaju gładkość i plastyka prezentacji wespół ze zdjęciem poczucia mgiełki na wirtualne scenie sprawiły, że Dianę mogłem prawie dotknąć. Płyta brzmiała z jednej strony czarująco, ale także dzięki dobrej realizacji umiarkowanie wyraziście, co pozwalało na pełne wejście w proponowany przez wokalistkę świat. Świat jaki mimo hołubienia ciężkiemu brzmieniu i free-jazowi, czasem lubię sobie wykreować.
Co do ciężkiej muzyki przykładowego Megadeth „The Sick, The Dying … The Dead!” sprawy wypadły nie to, że źle, tylko minimalnie inaczej. A powodem było lekkie ugładzenie tego szaleństwa, co suma summarum mnie akurat finalnie się podobało, ale słychać było potraktowanie diabelsko szybko grającej stopy perkusji bardziej zaokrągloną kreską oraz większą masą, aniżeli mam w swoim zestawieniu. Jednak co istotne, nie stracił na tym drive muzyki, co biorąc pod uwagę nadal sporą drapieżność brzmienia materiału, tak naprawdę nie miałem wielkich powodów do narzekania. Ot inne spojrzenie na ten sam materiał. A, że bardziej cywilizowane, czyli przyswajalne przez większą części populacji audiomaniaków, to tym bardziej uważam, że Marantz z tego starcia także wyszedł z tarczą.
Jak widać z powyższego opisu, streamowanie muzyki przy pomocy najnowszego, dodajmy, że jak rzadko to bywa u konkurencji, produktu z Kraju Kwitnącej Wiśni wypadło bardzo dobrze. Co prawda Link 10N pokazywał muzykę raczej od strony przyjemnej dla ucha gładkości, ale najważniejsze, że gdy w lekkiej muzie był to dla niej ewidentny wiatr w żagle, to w ciężkiej, mimo zastrzyku ludzkich cech nie powodował spowolnienia rozgrywania wydarzeń scenicznych. Owszem, była mniej brutalna, jednak przy tym nadal zaskakująco nieprzewidywalna, co mimo moich osobistych preferencji w pełni wyrazistego pokazania tego rodzaju twórczości w sobie tylko znany sposób bez problemu gwarantowało moje pełne zadowolenie. Czy to jest opcja dla każdego melomana? Powiem tak. Moim zdaniem od strony sonicznej dla wielu. Jednak bez względu na fakt jak to zabrzmi, wbrew pozorom największym „ale” dla niektórych potencjalnych nabywców będzie jego wielofunkcyjność. To jednak rozbudowane centrum zarządzania, co nie każdemu na co dzień jest potrzebne. Jednak myślę, że gdy się w jego brzmieniu się zakochacie, nawet jeśli większości opcji nie wykorzystacie, wszelkie „ale” staną się nieistotne. A nie zapominajcie, że oprócz fajnej estetyki grania, nasz bohater na swoją reputację bardzo mocno pracuje także aparycją. Zdjęcia tego nie oddają, ale to naprawdę podczas użytkowania dająca wiele pozytywnych tak muzycznych, jak i wizualnych emocji konstrukcja. Po prostu rasowy Japończyk i kropka.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,
Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Horn
Producent: Marantz (D&M Holdings Inc.)
Cena: 52 999 PLN
Dane techniczne
– Pasmo przenoszenia: 2Hz–50kHz (PCM; -3dB); 5 Hz–100 kHz (wejścia analogowe; +0dB/-3 dB)
– Zniekształcenia harmoniczne: PCM 0.0004%; 0.001% (wejścia analogowe 20Hz–20kHz)
– Odstęp sygnał/szum: 0.0004% (PCM); 76dB (MC); 88dB (MM); 122dB (line XLR, RCA)
– Zakres dynamiki: 0.0004% (PCM)
– Napięcie wyjściowe: 2.0Vrms (RCA); 4.0Vrms (XLR); 130mW / 32 Ω (słuchawkowe)
– Czułość wejścia phono: 8mV (MM); 80mV (MC)
– Impedancja wejściowa wejścia phono: 32 Ω (MC Low); 100 Ω (MC Mid); 390 Ω (MC High); 39 kΩ (MM)
– Wejścia analogowe: para RCA, para XLR, para RCA (phono MM/MC)
– Wejścia cyfrowe: USB; koaksjalne, 2 x optyczne (max. 44.1 – 192 kHz)
– Wyjścia analogowe: para RCA, para XLR (regulowane); para RCA, para XLR (liniowe)
– Wyjścia cyfrowe: koaksjalne, optyczne (max. 44.1 – 192 kHz); HDMI (ARC), USB-A (5W/1A)
– Łączność: Bluetooth, Wi-Fi, Ethernet
– Obsługiwane formaty: WMA, MP3, aac, m4a; WAV, FLAC, Apple Lossless (max. 384 kHz); DSD (max. 11.2 MHz)
– Pobór mocy: 7W; < 0.3W (Standby)
– Wymiary (S × W × G): 440 × 192 × 472 mm (z antenami); 440 × 192 × 422 mm (bez anten)
– Waga: 33.3 kg
– Dostępne kolory: Black / Marantz Champagne