Opinia 1
Choć zwykło się mówić, że chcieć to móc, to czasem, pomimo najszczerszych chęci na drodze do realizacji naszych planów staje proza życia, w tym prawa fizyki. A z nimi wiadomo jak jest – za bardzo nagiąć, ani oszukać się nie da. Dlatego też duńskie ZenSati dla wszystkich tych, którzy ostrzyli sobie zęby na flagowego #X-a , lecz z racji ograniczonej przestrzeni za swymi systemami zaaplikować go nie zdołali i musieli obejść się smakiem, przygotowało małe co nieco na otarcie łez, czyli jak wskazuje użyta nomenklatura „połówkę” topowych przewodów – #X Mezzo. I właśnie z tejże, jeszcze nieobecnej na stronie producenta, co niejako potwierdza ich „świeżość”, dzięki uprzejmości rodzimego przedstawiciela – podwarszawskiego Audiotite, udało nam się pozyskać przewód zasilający ZenSati #X Mezzo Power, na którego test serdecznie zapraszamy.
Na tle swego pełnowymiarowego protoplasty Mezzo jawi się nad wyraz filigranowo i wiotko, czyli śmiało możemy uznać, iż cel nadrzędny – większa giętkość a tym samym łatwość aplikacji został spełniony. Problem jednak w tym, iż w High-Endzie, a na tymże pułapie bezsprzecznie operujemy, ergonomia stosowanego okablowania niespecjalnie gra pierwsze skrzypce, gdyż jeśli by tak było, to nadal pokutowałyby w naszych sprzętowych układankach, a dokładnie za nimi, „cywilne” –komputerowe przewody. Wracając jednak do meritum, warto zwrócić uwagę, iż Mezzo odziedziczył po swoim starszym bracie zarówno umaszczenie zewnętrznej platynowo-złotej plecionki ochronnej, jak i złotych wtyków. Jak jednak na powyższych zdjęciach widać z racji wyraźnie mniej imponującego przekroju same profile konfekcji zdecydowanie bliższe są tym znanym m.in. z Angel-a aniżeli ledwo redukującym średnicę wsadów Furutecha korpusom #X-ów. Wprawne oko zauważy również brak ozdobnych tulei. Czyli nie da się ukryć, ze jest nieco skromniej, choć nadal trudno będzie nam Mezzo ukryć przed wzrokiem domowników i iść w zaparte, że przecież mamy go od dawna, tylko teraz inaczej go ułożyliśmy.
Zgodnie z tradycją również i w tym przypadku Mark Johansen nie jest zbyt skory do dzielenia się tajemnicami własnej kuchni, więc jedynie lakonicznie stwierdza, iż zastosowane w #X Mezzo przewodniki są podobne do tych użytych w #X-ach, a więc można wnioskować, iż sięgnął po złoconą miedź a różnice dotyczą ilości ekranów i powłok antywibracyjnych, których liczebność została adekwatnie do bardziej cywilizowanej średnicy naszego bohatera zredukowana. I choć w bezpośrednim porównaniu bezdyskusyjnie da się zauważyć, iż #X Mezzo jest zdecydowanie bardziej podatny na zginanie i układanie aniżeli pełnowymiarowy #X, to nadal należy go zaliczyć do niezbyt wiotkich. Ba, pod względem sztywności i sprężystości góruje również nad moją dyżurną Gargantuą II Acoustic Zen-a, która pomimo nieco większej średnicy okazała się zdecydowanie bardziej skłonna do zastolikowych wygibasów.
Ponieważ dostarczony na testy egzemplarz był niemalże dziewiczy, gdyż u dystrybutora popracował raptem kilka godzin, znając naturę duńskich drutów dałem mu niemalże tydzień na spokojną akomodację i dopiero wtedy przystąpiłem do bardziej krytycznych odsłuchów. Piszę to jednak nie dlatego, że jak wieść gminna niesie, recenzent słucha tak długo, aż mu się spodoba, lecz z racji, iż zmiany zachodzące w trakcie wygrzewania fabrycznie nowych ZenSati są na tyle poważne, że ich bagatelizowanie byłoby przejawem braku szacunku dla Czytelników, jak i ewidentnym przejawem nieznajomości tematu. Bowiem wyciągnięty prosto z pudła #X Mezzo niczym specjalnym nie tylko nie zachwyca, co wręcz swym asekuranctwem i schowanym za szarą zasłoną wycofaniem może budzić mało optymistyczne przeświadczenie perfidnego nabicia w butelkę. A warto zaznaczyć, że przy oczekiwanej za niego przy kasie kwocie rzędu blisko 80kPLN takie doświadczenie nie należy do najprzyjemniejszych. Całe szczęście już po około 5-6h „grania” wpływ #X Mazzo z ewidentnie destruktywnego ewoluował w stronę neutralnego „Primum non nocere”, by po wspomnianym tygodniu wahań nastrojów w pełni się ustabilizować. I w tym momencie dochodzimy do sedna, czyli odpowiedzi na zakładam, że nurtujące większość ostrzących sobie nań zęby, pytanie ile z „dużego” #X-a w tytułowym przewodzie zostało. Pytanie tyleż fundamentalne, co niejednoznaczne, gdyż wypadałoby je rozpatrywać z dwóch punktów widzenia – potencjalnych nabywców mających już na koncie przyjemność obcowania z pełnowymiarowym protoplastą Mezzo i tych, którzy owego zaszczytu jeszcze nie dostąpili a tym samym nie mają kluczowego w procesie decyzyjnym punktu odniesienia. Dlatego też pozwolę sobie na swoisty mix obu perspektyw twierdząc, iż choć bezsprzecznie pewne cechy starszego rodzeństwa Mezzo wykazuje / dziedziczy, to całościową, finalną – własną sygnaturę buduje po swojemu. Łączy bowiem w sobie gładkość i jedwabistość wyższego modelu z żywiołowością i energetycznością, czy wręcz rockowym pazurem niżej urodzonego, acz idealnie wpisującego się w moje (i nie tylko moje) gusta Angel-a. W rezultacie, nieco odchodząc od dyskretnych, acz wszechobecnych w #X elegancji, dostojności i wyrafinowania oferuje nad wyraz uzależniającą dawkę spontaniczności i czystej radości grania. Tutaj poza średnioformatową plastyką, naturalną soczystością barw i aksamitnością faktur pojawia się adrenalina, a gdy trzeba iście garażowa szorstkość. Dlatego też z wielką przyjemnością sięgnąłem po psychodeliczny, wręcz acid-punkowy, zakręcony niczym domek ślimaka „Fairyland Codex” Tropical Fuck Storm, na którym dzieje się naprawdę sporo. Jednak z racji nieco buntowniczej natury repoertuaru , aby w pełni doświadczyć intensywności bogactwa pojawiających się tam dźwięków, niekoniecznie trzeba wspierać się wyrafinowaniem duńskiego flagowca. Oczywiście takowy „zbytek” raczej nie zaszkodzi, choć noszący agrafki, czy bardziej customowe żelastwo w uszach, bądź innych częściach ciała ortodoksi mogą mieć w tym temacie zdanie odrębne, negując arystokratyczne maniery #X-a. Osobiście łobuzerski błysk w oku Mezzo mi nie przeszkadza a wręcz przeciwnie, nadaje całości intensywności i autentyzmu nie popadając zarazem w zbytnią siermiężność maskującą własne ograniczenia garażowym brudem. Kiedy trzeba dostajemy istne hektary przestrzeni wypełnionych onirycznymi instalacjami impresjonistycznych plam spośród których z niezwykłą precyzją ogniskowane są „fizyczne”, w pełni namacalne i definiowalne źródła pozorne. Uwagę zwraca właśnie wspomniana namacalność, czy to gitar, czy wokali, które z jednej strony budują psychodeliczny klimat a z drugiej są praktycznie na wyciągnięcie ręki – z wręcz porażającym autentyzmem operując siłą emisji, intonacją, czy nawet takimi drobiazgami, jak prowadzenie ręki po gryfie i idealnie oddanymi szarpnięciami strun. Może to „na papierze” wyglądać nieco nielogicznie, ale #X Mezzo opanował niezwykle trudną sztukę jednoczesnego grania bliskimi planami, jak i niezwykle przestrzennym, napowietrzonym dźwiękiem a gdy tylko reprodukowany materiał również w tę stronę idzie, jak daleko nie szukając „Night Mirror” Claudii Brücken, to od pierwszych taktów zostajemy wchłonięci przez muzyczny byt równoległy i swoisty mikrokosmos pozwalający odciąć się od codziennej gonitwy i szarej rzeczywistości. Blisko podany wokal, precyzyjna wieloplanowość i całkowicie zaczernione tło sprawiają, że serwowana przez tytułowy przewód prezentacja staje się szalenie angażująca, więc warto mieć ów fakt na uwadze i zapobiegliwie nie planować jakiś kluczowych zadań licząc na to, że włączony w tle, zasilany ZenSati system będzie pełnił rolę li tylko niezobowiązującego wypełniacza.
W kategoriach bezwzględnych może, a raczej na pewno, nie jest to tak rozdzielcza i transparentna prezentacja, co z pełnowymiarowym #X-em, lecz śmiem twierdzić, że to właśnie od #X Mezzo warto rozpocząć atak na duński szczyt kablarskiego szaleństwa. Ba, nie tylko duńskiego, gdyż wśród stricte ultra high-endowej konkurencji niezwykle trudno będzie znaleźć mu równie udanie łączącego energetyczność z jednoczesnym wyrafinowaniem przekazu sparingpartnera. Bowiem Mezzo we wszystkim co robi ani nie zatrzymuje się w pół kroku, ani nie popada w przesadę świetnie sprawdzając się zarówno w brutalnych odmianach rocka, jak i wyrafinowanej kameralistyce wyciągając z nagrań to, co mają w sobie najbardziej atrakcyjnego. Zadaje tym samym kłam twierdzeniom, jakoby wraz ze wzrostem „klasy” systemu malała liczba płyt mogących zagrać na nim dobrze. Z ZenSati #X Mezzo Power w torze możecie Państwo spokojnie przestać zaprzątać sobie głowę takimi bajkami z mchu i paproci i bez większych obaw sięgać praktycznie po każdy repertuar.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Evolution II Power; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Z uwagi na konsekwentną, a przy okazji sprawiającą bardzo dużo frajdy podczas sesji testowych eksplorację poczynań tytułowej marki w zakresie produkcji okablowania dla systemów audio z tytułową serią #X jakiś czas temu mieliśmy już do czynienia. Jednak, gdy się dobrze przyjrzycie pakietowi zdjęć, okaże się, że tylko w teorii, bowiem topowa seria okablowania ZenSati #X dla naszego dzisiejszego bohatera była jedynie dawcą zgrubnego pomysłu na ogólną budowę. Co to oznacza? Otóż mocodawcy tego duńskiego podmiotu postanowili zaproponować swoim klientom produkt w ogólnym brzmieniu podobny do flagowej konstrukcji, jednak za bardziej przyjazną portfelowi cenę. To naturalnie zaowocowało mniejszym skomplikowaniem budowy, dlatego napisałem jedynie o ogólnym, tak nazewniczym, jak i konstrukcyjnym podobieństwie tych dwóch modeli. A jak już nasz bohater pojawił się w skandynawskim portfolio, dzięki logistycznym działaniom podwarszawskiego dystrybutora natychmiast zawitał w naszych okowach. O czym mowa? Naturalnie o kablu zasilającym ZenSati #X Mezzo Power, o brzmieniu którego skreślę kilka linijek w kolejnych akapitach.
Co wiemy o budowie #X Mezzo? Jak wspominałem, mamy do czynienia z nieco uboższą kombinacją użytych półproduktów do jego powstania. Jednak co jest bardzo istotne, czyli same przewodniki według informacji producenta są identyczne jak w topowej wersji, czyli wysokiej jakości pozłacana miedź o firmowym zaplocie. Różnice zaś dotyczą redukcji liczby powłok izolacyjnych, ekranujących i tłumiących szkodliwe dla dźwięku mechaniczne drgania pochodzące z zewnątrz, co powoduje znaczne zmniejszenie finalnej średnicy gotowego przewodu. Jeśli chodzi o konfekcję oraz wizualne wykończenie, w pierwszym przypadku wtyki to bliźniaczo umaszczona do modelu topowego wersja korpusów znana z niższych serii, natomiast zewnętrzna koszulka dostała już nie tak bogato, ale jednak nadal świetnie się prezentujący odcień zgaszonego złota. Na koniec w drodze do klienta kabel pakowany jest w pokryte skórą, estetycznie wyściełane oraz opatrzone certyfikatem oryginalności, prostopadłościenne, czarne pudełko.
Jak zagrał Mezzo? Od pierwszej chwili słychać było spore konotacje brzmieniowe z topową wersją #X. To z małymi różnicami nadal gładkie i esencjonalne brzmienie. Owe różnice odnoszą się jedynie do lekkiego zmniejszenia płynności przekazu, jednak są na tyle bezpieczne, że projekcję muzyki nadal cechuje propagowanie odpowiedniej jego gładkości i esencjonalności. Chodzi oczywiście o to, że nie tak dosadnej, a przy tym utrzymującej nienaganny timing odtwarzanego materiału jak u starszego brata, ale z drugiej strony dla systemów cierpiących na nadmiar tego typu artefaktów takie postawienie sprawy ma duże szanse wyjść na dobre. I choć gdybam, nie zdziwiłbym się, jeśli taki pomysł przyświecał mocodawcom marki, aby na nadal najwyższym poziomie jakości zaproponować klientowi opcję serwującego zastanemu systemowi pewnego rodzaju wyjście awaryjne w postaci chadzającego mniej nasyconymi ścieżkami kabla zasilającego. Nadal znakomicie operującego najważniejszymi cechami dobrej prezentacji jak waga oraz zebranie się udanie przekładane na odpowiednie uderzenie energią, jednak z minimalną korektą ilości. Oczywiście to także ma swoje drobne reperkusje w postaci nieco mniejszej wyczynowości w prezentacji mikrodynamiki w środkowym pasmie, ale nie oszukujmy się, zawsze jest coś za coś. Ale natychmiast stając w obronie decyzji powstania tej wersji X-a zapewniam, wspomniana korekta nie wywraca stolika do góry nogami. Nowy X delikatnie przesuwa podejście do tematu muzykalności w stronę zdroworozsądkowego, bo dalekiego od wyrządzania spektaklowi muzycznemu szkód, za to stawiającego na nieco większą szorstkość przekazu, w ostatecznym rozliczeniu czasem dobrze robiącego danej układance oddechu. To zaś powoduje, że wszelkiego rodzaju muzyka bez specjalnego audiofilskiego rozdrabniania na czworo wypada li tylko w minimalnie, a nie całkowicie odmiennej estetyce. Naturalnie w wartościach bezwzględnych nieco traci na namacalności poprzez utratę odpowiedniego poziomu soczystości i informacyjności w średnicy, ale jak wspominałem, to zwykły koszt zmian konstrukcyjnych i do tego całkowicie zaplanowany.
Jeśli chciałbym to przełożyć to na muzykę, w moim, raczej niecierpiącym na nadwagę i spowolnienie systemie wyglądało to tak. Popisy rockowe choć w pierwszym kontakcie oferowały nieco mniej tak ważnej dla płynności muzyki esencjonalnej tkanki, po chwilowej akomodacji wykazywały fajny efekt większej drapieżności. Takie tuzy jak Black Sabbath z krążkiem „Vol. 4” nagle zaczęły oferować bardziej wyrazistą krawędź rysującą wydarzenia sceniczne, co przy naturalną koleją rzezy lekkim zmniejszeniu wagi dźwięku sprawiło, iż muzyka zebrawszy się w sobie dodatkowo bardzo ciekawie przyspieszyła. Czy zatem było lepiej, czy jednak gorzej? Jak wspominałem, mam w miarę uniwersalnie skonfigurowany system, dlatego ewidentnie czując inny poziom krągłości z wynikającymi z niej smaczkami podania muzyki nie miałem wrażenia pogorszenia, tylko zmiany priorytetów jej podania. Owszem, nieco traciłem, ale w zamian z naprawdę małą stratą dostawałem coś innego, ale nadal ciekawego. Co dla kogo będzie ważniejsze – mocne vs oszczędniejsze nasycenie – pokażą konkretne próby na żywym organizmie, jednak najważniejsze, że #X Mezzo bez problemu radził sobie nie tylko w drogim zestawie, ale także z niełatwą do odtworzenia w wymaganej estetyce muzyką.
Co w takim razie działo się podczas obcowania z twórczością, dla której bardzo ważny jest aspekt muzykalności, a który w tym przypadku uległ delikatnej korekcie? Jak pisałem, zmiany w stosunku do flagowca są ewidentne, ale nie krzywdzące i mimo zmniejszenia pokładów soczystości choćby Keith Jarrett w koncertowym materiale „Inside Out” nadal czarował nie tylko dostojnością, ale także znakomitymi wybrzmieniami i odpowiednią soczystością brzmienia swojego instrumentu. Korekta słyszalna, ale niezbyt inwazyjna, a jak wcześniej zaznaczałem, dla wielu osobników być może ratująca system przed większymi korektami w postaci wymiany elektroniki. A jeśli nawet nie, to w przypadku tak zwanych gorących głów czasem warta spróbowania choćby dla samej zmiany estetyki brzmienia posiadanego zestawu.
Czy tytułowy ZenSati #X Mezzo to pogromca zajmującego pierwsze miejsce w portfolio marki topowego #X-a? Nie oszukujmy się, niestety nie. Jednak bez dwóch zdań nasz bohater to bardzo podobna estetyka grania. Podobna, a nie identyczna, bowiem jego cechami szczególnymi są mniejszy poziom nasycenia, a przez to gładkości, co finalnie daje efekt większej drapieżności brzmienia. Owszem, kosztem wyrafinowania, jednak to jest uzupełnienie oferty o właśnie w ten sposób brzmiący produkt, a nie próba obalenia obecnego króla w jakości prezentacji naszej ukochanej muzyki. Czy w oczach każdego z potencjalnych zainteresowanych wypadnie na tyle dobrze, że zostaną na stałe, pokażą konkretne pojedynki w danych konfiguracjach. Ja jednak puentując to spotkanie bez naciągania faktów powiem, iż kabel sieciowy #X Mezzo z teamu ZenSati jest na tyle intrygujący, że nawet w przypadku braku decyzji zakupowej wart jest każdej poświęconej mu minuty przy uwielbianej przez nas muzyce.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,
Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Audiotite
Producent: ZenSati
Cena: 77 900 PLN / 1,5m; + 11 000 PLN / 0,5m