1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Reportaże
  6. >
  7. Audio Video Show 2019 cz.4

Audio Video Show 2019 cz.4

Co prawda od wystawy AVS 2019 minął już okrągły tydzień, jednak obserwując fora internetowe ewidentnie widać, iż powystawowy kurz nie zaczął nawet opadać, tylko kolejnymi, czasem niezobowiązującymi wrzutkami licznych odwiedzających unosi się w eterze na dobre. To źle? Naturalnie nie, bowiem jakby na to nie patrzeć, będąca głównym tematem internetowych wpisów nie tylko wielu miłośników dobrej jakości dźwięku, ale również moich dzisiejszych wynurzeń impreza jest ewidentnym świętem, którego echo ma wystarczyć nam na rok okrągły oczekiwania do kolejnej edycji. Oczywiście, aby ułatwić ewentualne wspominki, nieodzowne są dłuższe lub krótsze relacje, dlatego też po okraszonej setkami fotografii, trzyczęściowej, wręcz sprinterskiej serii Marcina przyszedł czas na moje przysłowiowe trzy grosze. I gdyby nie z pozoru drobny, jednakże w konsekwencji naszej wieloletniej ciężkiej pracy, bardzo pozytywny fakt, już w tym momencie powinienem przejść do pierwszej wystawowej prezentacji. O co chodzi? Otóż ku naszemu zaskoczeniu, po ukazaniu się trylogii mojego soundrebelsowego pobratymcy, zaczęły pojawiać się głosy niezadowolenia z braku choćby zdawkowego pojawienia się w jego relacjach kilku tegorocznych wystawców. To oczywiście nie jest podyktowane jakąkolwiek złośliwością, tylko swoistym zbiegiem okoliczności, wiecznym tłokiem w pokoju, lub będący skutkiem nieprzebranej ilości pomieszczeń do odwiedzenia brak możliwości spotkania się ze wszystkimi, ale miło jest wiedzieć, że w pewien sposób jesteśmy zauważalni. Dotychczas nasze wysiłki zazwyczaj przechodziły bez cecha. Nie mam pewności, jednak dopuszczam myśl, iż mogło to być spowodowane traktowaniem naszej pracy jako swoistego obowiązku w stosunku do wystawców. Jednak zapewniam wszystkich zainteresowanych, iż jest to sprawiające nam wiele przyjemności hobby i tylko od ilości dostępnych mocy przerobowych, poczynionych w trakcie zwiedzania wystawy obserwacji, wymuszonych ogromem ciężkiej do ogarnięcia ilości materii, osobistych wyborów, a nie odgórnego przymusu zależy, czy ktoś miał szczęście się u nas pojawić, lub nieszczęście zostać w danym roku pominiętym. Nie ma co brać sobie tego do serca. To jest swoisty maraton i bez względu na chęci, dbając o jakość relacji nie tylko od strony fotograficznego udokumentowania całości – to jest zasługa mozolnej obróbki potężnego materiału przez Marcina, bowiem ja swoją interpretacją sztuki fotografowania jedynie kaleczę ten artystyczny proces już w samym zarodku, ale również zakresu merytorycznego – musimy sklecić kilka ciekawych zdań o danej prezentacji, zawsze stajemy przed decyzją, kto i w jakim wymiarze zdobędzie laur pierwszeństwa. Tylko tyle i aż tyle.

Powoli zbliżając się do clou pragnę nadmienić, iż moje kilkadziesiąt podpunktów jest owocem wyboru czegoś, co pozostawiło mniejsze lub większe piętno na ulotnej pamięci. Raz był to dobrze skonfigurowany zestaw, innym razem odbyta w poczuciu wspólnego zrozumienia rozmowa z przedstawicielem danego dystrybutora, by na koniec wspomnieć o wszelkiego rodzaju ciekawych wykładach. Gdzieś musiało zaiskrzyć, w innym wypadku nawet najbardziej spektakularny news nie miał szans zagnieździć się w otchłani moich szarych komórek. I choć na początku będą same tuzy tego audiofilskiego kawałka tortu, to zapewniam wszystkich, w dalszej części pojawią się podmioty z przeciwnej flanki owego sonicznego obozu. Którzy? Spokojnie, śledząc opis po opisie dojdziecie i do tego. Zanim jednak na dobre rozpocznę swój monolog, chciałbym zwrócić uwagę na fakt znacznego oddania pola w sferze źródła dźwięku, z uwagi na braki w moim odczuciu w odpowiedniej jakości, mające z tego powodu pod przysłowiową górkę, odtwarzacze plików na rzecz magnetofonów i gramofonów. To z naturalnych powodów cywilizacyjnych nie oznacza ich całkowitej alienacji z tej roli na takich imprezach, ale miło jest wiedzieć, że wystawcy nie forsując ich na siłę, jeśli już czasem się nimi posiłkują, mają na swoich stolikach dodatkowo co najmniej gramofon, bądź również bardzo często magnetofon. Da się? Jak widać, da i do tego w moim odczuciu z pożytkiem nie tylko wizualnych, ale również jakościowych dla nich samych. Tak trzymać panowie. Ostatnią informacją przed wielkim startem jest oświadczenie, iż z powodu pełnej wyliczanki w relacjach Marcina, w swojej nie będę uprawiał plagiatu i w opisach posłużę się jedynie nazwami marek, a ewentualnych ciekawskich zapraszam do jego list wyborczych. Tak, może to wyglądać na lenistwo. Sam nie wiem, co mną kieruje. Jednak jeśli nawet tak to interpretujecie, nie mam nic na usprawiedliwienie i przyjmuję oskarżenie z pokorą.

1. Gryphon
Tego wystawcy nie trzeba nikomu przedstawiać. To jest na tyle nie tylko rozpoznawalna, ale również wzbudzająca całkowicie przeciwstawne stany uczuciowe szerokiej rzeszy audiofilów marka, że konia z rzędem temu, kto na pytanie: „Co to jest Gryphon?”, zająknie się podczas odpowiedzi. Ja osobiście takiego nie znam. Ale zapewniam Was, znam bardzo dobrze jego dwie topowe konstrukcje wzmacniające sygnał audio. Tak tak, chodzi o Antileona i Mephisto, które w brutalny sposób nie tylko przewróciły mój do niedawna bardzo zachowawczy stosunek do tego brandu, to jeszcze przewartościowały punkt odniesienia dla high-endowego dźwięku. Co to oznacza? Zapraszam do stosownych testów. Czego doświadczyłem na wystawie z pełnym setem tego producenta? Powiem tak. Dla mnie jest to dźwięk wystawy. Naturalnie nie jedyny, za którym długo nie ma nic – zapewniam, iż oprócz Gryphona było na czym nie tylko zawiesić, ale bez granic ukontentować ucho, co pokaże dalsza część tekstu, ale gdybym miał wzorem wszelkich rywalizacji sportowych określić numer jeden, po wzięciu pod uwagę wszelkich za i przeciw strzelam – mroczny Duńczyk i jego sprawiająca wrażenie już samym wyglądem, oczywiście wspierana wartościami dźwiękowymi błękitno-czarna układanka. Rozmach, swoboda – nawet ograniczane nieco zbyt niskim pomieszczeniem, a przy tym niewymuszone granie pozwalały spędzić w tym pokoju dobre kilkadziesiąt minut. I bez znaczenia było źródło, gdyż nawet prezentacje z plików po przepuszczeniu je przez filtr mniejszego oddania świeżości przekazu niż źródła typu odtwarzacz cd, czy gramofon, na rzecz wygody obsługi pokazywały, iż dla tego systemu ograniczenia praktycznie nie występują. Muzyka była gęsta, ale bardzo rozdzielcza. Niosła ze sobą nieprzebrane pokłady energii i masy, ale z zachowaniem pełnej swobody w oddaniu szybkości narastania sygnału. Mało tego, gdy usiadłem w optymalnym miejscu – nie w pierwszym rzędzie, gdzie notabene siadała większość malkontentów, fantastycznie wizualizowała i się dobrze rozplanowana w szerz i w głąb z wysokością włącznie wirtualna scena muzyczna. A to przecież były niezbyt sprzyjające wszelkim pokazom warunki wystawowe, to czego można się spodziewać w odpowiedni zaaranżowanym pomieszczeniu? Ja wysiadam, ups przepraszam, jeszcze bardziej choruję na zderzenie się z pełnym setem tej marki na własnym podwórku.

2. Audiofast
Z tą prezentacją – kompilacja dCS-a, Wilson Audio i D’Agostino – mam trochę kłopot i być może dlatego utkwiła mi w pamięci. Niby wszystko zgodnie z planem, czyli solidne amerykańskie granie przez duże „S”. Jednak ku mojemu zaskoczeniu w zależności od materiału wpadałem w dwa przeciwległe stany emocji: pozytywną i nie rozczarowanie, gdyż nadal było bardzo dobrze, ale dziwne zaskoczenie. Nie wiem, czym było to podyktowane, jednakże z kuluarowych rozmów wiem, iż ów system przez wielu osobników homo sapiens bez problemu plasował się nam moim wyborem The best. Co mi przeszkadzało? Cóż, czasem było mocno wyraziście, a czasem zaskakująco przysadziście. Jednak na usprawiedliwienie zestawu zawsze z pełnym wykopem i może dlatego powodowało taką polaryzację odbioru. Ktoś powie, iż to jest prawda o zróżnicowaniu materiału źródłowego. Jednak ja natychmiast skontruję, owszem, taki jest cel posiadania ekstremalnie drogich układanek, jednakże powinny unikać lekkiego przerysowania we wspomnianych aspektach. Ma być wszystko, tylko bez brawury, co tutaj momentami dawało o sobie znać i czego tak prawdę mówiąc przecież po przodujących w każdej dziedzinie naszego życia Amerykanach można było się spodziewać. Być może dla moich potrzeb panowie wystawcy grali za głośno. Z drugiej strony zaś, do tego ten set jest wręcz stworzony. Ale żeby nie było, osobiście optuję za raczej przyjemnym, aniżeli bezpośrednim ponad wszystko podaniem muzyki, dlatego nie kruszę kopii, jeśli opisany występ ktoś zaliczy do tych „naj”. Ja również wpisuję go do czołówki wystawy.

3. MBL
W tym przypadku nie odkryję Ameryki, gdy powiem, że po raz kolejny w dobrym tego słowa znaczeniu podczas wizyty u MBL-a nie zaskoczyło mnie nic nadzwyczajnego. O co chodzi? Od zarania dziejów, czyli od jakiś sześciu lat zderzam się z tą marką w tym konkretnym wydaniu na wystawie w Monachium. I zapewniam Was, tak tam, jak i na naszym podwórku zestaw grał na poziomie osiągalnym tylko przez najlepszych. Oddanie realizmu nawet największych składów muzycznych nie tylko w filharmoniach, ale również zespołów rockowych na stadionach było zjawiskowe. Energia, rozmach, mocny bas, idealnie narysowane w eterze poszczególne, nawet najbardziej rozbudowane grupy muzyków były dla MBL-a najzwyklejszą bułką z masłem. Naturalnie, aby doznać tego rodzaju uniesień muzycznych, należało zachować odpowiednią odległość od linii kolumn, gdyż zbyt bliskie przebywanie nie pozwoliło muzyce nabrać spójności przekazu, co zazwyczaj było główną przyczyną narzekań przez z założenia łamiących prawa fizyki malkontentów. Czepiam się? Niestety nie, gdyż już na samej wystawie zderzyłem się z bardzo polaryzującymi ze sobą ocenami i najczęściej dana opinia tłumaczona była miejscem odsłuchu. To oczywiście okazywało się konsekwencją wiecznego tłoku w pokoju, ale z racji skazania na niekomfortowe miejsce siedzenia dla tego pokazu nie powinno być traktowane jako bezwzględna ocena. Dla mnie było bardzo dobrze. Co prawda blisko granicy oczekiwań w dziedzinie ostrości kreski rysującej obraz muzyczny, ale bez przekraczania cienkiej czerwonej linii. Jednak po tych kilku wcześniejszych fenomenalnych prezentacjach ostatni odbiór zwalam na akustykę niestety nawet jeśli dobrze wygłuszonego, to jednak zbyt małego pomieszczenia dla tak wielkich cebul.

4. FOCAL/NAIM
Jak to się stało, że typowo sklepowa ustawka wylądowała w tym tekście? Pamiętacie zeszłoroczną, wręcz karkołomną krucjatę o pojawienie się w naszym OPOS-ie wystawowego zestawu FOCAL/NAIM z kolumnami Stella Utopia EVO i wzmocnieniem Naim Statement? Ja przez pryzmat rozmiarów, komponentów wagi każdego z nich, całego procesu logistyki, poświęcenia przedstawicieli dystrybutora i co najważniejsze fenomenalnego występu w moich kontrolowanych warunkach lokalowych znakomicie. Dlatego też w hołdzie stacjonującej na tym stoisku ekipie nie omieszkałem i w tym roku zamienić kilku niezobowiązujących zdań, które zaowocowały pakietem informacji o nowych produktach Focala, użytych materiałach wykończeniowych, a także ciekawymi planami recenzenckimi. Nuda? Bynajmniej. Bowiem już na pierwszym planie mamy tegoroczną ciekawostkę w postaci nowej linii kolumn Focal Chora. A to nie wszystko. Popatrzcie na wspomnianą nową kolorystykę forniru złapanych z profilu Focali Sopra 3. Interesująca? Jeśli tak, zapewniam, iż na żywo całość nabiera dodatkowych rumieńców. Jak widać, nawet statyczne prezentacje nie są nudnymi wystawkami, tylko swoistymi oazami nowości danego brandu.

5. Audio Klan – Luxman, Elac, B&W, Magico
Warszawski dystrybutor Audio Klan jak wielu innych wystawców miał na PGE Narodowy kilka świetnych prezentacji. Jednak od zarania dziejów zawsze bywam na co najmniej jednej. Jakiej? Popatrzcie na fotografie. Oprócz świetnie prezentującego się wizualnie i przy tym dobrze oddającego sedno muzyki sprzętu ten podmiot ma dodatkowego asa w rękawie. Kogo? Głupie pytanie, widniejącego na tle wielu głów przybyłych gości Marcina Majewskiego. Co w nim takiego fantastycznego? Otóż ów osobnik jest realizatorem przedsięwzięć muzycznych z odgrzebywaniem polskich starodruków z otchłani wielu muzeów z przywracaniem ich do dźwiękowego życia na srebrnych krążkach włącznie. Na dowód tego możecie przeczytać o relacjonowanym niegdyś przez nas koncercie zatytułowanym „Lament Świętokrzyski” w kościółku na warszawskich Bielanach. Marcin – po tak owocnej w świetne doznania natury duchowej doznania znajomości jesteśmy na „ty” – ma dar do prowadzenia interesujących prezentacji. Jednak najistotniejszym elementem w tych wydarzeniach jest fakt podpierania się swoim, czyli osobiście zgranym podczas sesji- często w kościołach, a potem masterowanych własnym sumptem, materiałem muzycznym. Mało tego. Przybliża dokładnie detale omikrofonowania z uzasadnieniem pozyskania pożądanych efektów. Nie szczędzi wynikłych z owych realizacji anegdot. Ale to nie wszystko. Mimo sprawnego poruszania się w tych tematach i co by nie mówić pełnym profesjonalizmie, w swoim działaniu chcąc przemycić w serca słuchaczy choćby szczątkowy płomyk swojej wiedzy, podczas wykładów dopuszcza do głosu ludzi nieco błądzących w temacie. Myślicie, że się denerwuje? Nic z tych rzeczy, bowiem na ile to jest możliwe i w zależności jak wiele informacji pacjent jest w stanie przyswoić, skrupulatnie tłumaczy zawiłe meandry w teorii prostego nagrania muzyki na stół mikserski. Powiem tak. Mówiąc kolokwialnie, chłopak ma nie tylko silną osobowość w zakresie przekazywania wiedzy zazwyczaj najmądrzejszym w tym temacie interlokutorom, ale również pełen pakiet własnoręcznie powołanych do życia dowodów muzycznych do takich ekwilibrystyk. Zwyczajnie szacun. A co z dźwiękiem? Powiem szczerze. Po ostatnio opublikowanym teście integry Luxmana L-509X i spojrzeniu na zaproponowane na wystawę zestawy kolumn byłem ciekawy, czy podobnie do mnie podczas procesu opiniowania powalczy o nadanie fajnego body całemu systemowi. I wiecie co? Już pierwszy bliski kontakt wzrokowy z szafką ze sprzętem udowodnił, iż nie tylko w nagrywaniu, ale również w strojeniu domowych systemów audio ma gigantyczne pojęcie. Co zrobił? Dostroił system przy pomocy akcesoriów antywibracyjnych i okablowania. Dzięki temu prezentowana muzyka była zjawiskowo soczysta, ale przy tym odpowiednio szybka i oferująca niezbędny do pokazania jej clou pakiet energii. Jaki płynie z tego morał? Oczywisty. Jeśli nie możecie poradzić sobie z własnymi układankami, walcie jak w dym do salonu w Kielcach, gdzie pod wodzą Marcina jeśli nie złapiecie za nogi, to mocno zbliżycie się do przysłowiowego króliczka. Jednakże natychmiast oznajmiam, Marcin nie jest jedyną kompetentną osobą w salonach Top Hi-Fi Audio&Vision, gdyż w tym pokoju odbywały się podobnie profesjonalnie prowadzone wykłady na ustawionym na drugiej ścianie zestawie przez innych pracowników tego dystrybutora. A wspominki tylko o nim podyktowane są z racji bliskich kontaktów okołomuzycznych i w celu unikania nadmiernego rozpisywania się, co czasem zarzucają nam nasi czytelnicy.

6. Hi-Ton – T+A
Tytułowy dystrybutor T+A oprócz pokazu walorów sonicznych uzbrojonego w najnowszy transport PDT- 3100 HV, streamer/przetwornik cyfrowo-analogowy SD 3100 HV systemu audio zorganizował dla prasy prezentację najnowszych osiągnięć marki w dziedzinie walki ze szkodliwymi zakłóceniami w teoretycznie niesłyszalnym dla człowieka pasmie akustycznym powyżej 20kHz. Prelekcję z dokładnym, bo okraszonym symulacjami wyników pomiarów, oddaniem założeń i uzyskanych efektów przez inżynierów tej rodzinnej marki prowadził szef sprzedaży Oliver John. Nie powiem, było bardzo ciekawie. Wszystko podane z najdrobniejszymi szczegółami i dogłębnie wytłumaczone. Co ciekawe, panowie bez problemu doszli do częstotliwości próbkowania sygnału DSD na poziomie 1024 kHz. Jednak tym, co najbardziej utkwiło w mojej okaleczonej szukaniem ciekawostek w naszym hobby pamięci, był fakt rozprawiania jedynie o walce o jak najlepszy wynik dźwiękowy w niesłyszalnym dla zwykłego osobnika homo sapiens zakresie częstotliwości, która notabene, mimo, że poza zasięgiem naszych receptorów słuchu, to według znaczącej grupy producentów bardzo wpływa na odbiór zakresu dostępnego dla naszych ośrodków przyswajania fonii. Naturalnie wystawowy system w domenie swoich zadań spisywał się znakomicie – zresztą sądzę, że za sprawą postępu technologii i lepszemu dopracowaniu komponentów audio nawet znacznie lepiej, aniżeli ten testowany przed kilkoma latami przez nas – mocny bas, otwartość przekazu i niepohamowana ochota do pokazania najdrobniejszych niuansów muzyki, były zjawiskowe i powinny być głównym tematem tej opowieści, to jednak biorąc pod uwagę moją poszukującą ciekawostek w podobnych wykładach osobowość, nie mogłem nie przekazać Wam bardzo ciekawego z punktu widzenia typowego audiofila kierunku poszukiwań lepszego dźwięku naszych zestawów przez zaawansowane zespoły inżynierskie. Szczerze? Jeśli poprawiamy muzykę w nieosiągalnym dla nas przedziale częstotliwościowym, można snuć domysły, iż świat chyba ma się ku końcowi. Jednak patrząc na to z drugiej, melomańskiej strony, jeśli przyniesie to progres w odbiorze, to czemu nie.

7. SoundClub
Na tle sąsiednich prezentacji, z uwagi na zapowiedź sprowadzenia do Polski monstrualnych monobloków japońskiej marki Air Tight i zjawiskowych kolumn Marten, oraz kooperacji takich marek jak: Brinkmann, Tenor Audio i Franc Audio Acessories, była to dla mnie bardzo zagadkowa wizyta. Co prawda miałem z tymi konstrukcjami do czynienia w Monachium, jednak w całkowicie innych konfiguracjach, co czyniło tegoroczny pokaz na AVS 2019 wielką niewiadomą. W teorii zjawiskowość grania estetyką lampy w najlepszym wydaniu japońskiego wzmocnienia plus pewnego rodzaju dobrze zaaplikowana wyczynowość kolumn Martena powinny się wspaniale uzupełniać, to jednak nauczony doświadczeniem wielu lat praktyki nawet w duchu nie odważyłem się ferować jednoznacznego wyniku. Na szczęście wielcy tego działu gospodarki na szczytach swoich osiągnięć wiedzą, jak i co zrobić, aby nawet najbardziej przypadkowe zestawy zagrały zjawiskowo, dlatego też przebywając w pomieszczeniu SoundClubu miałem wrażenie idealnego połączenia wody (lampa) z ogniem (kolumny na Accutonach z diamentowymi przetwornikami włącznie). Co prawda nie było to granie na poziomie uwielbianego przeze mnie nasycenia dźwięku, tylko pokaz umiejętności brylowania w zakresie świetnej neutralności ze wskazaniem na zjawiskową prezentację informacji środka pasma, górnych rejestrów i zakresu niskotonowego, w skrócie zwanej rozdzielczością, ale kojąc moje skołatane początkową niewiadomą nerwy byłem bardzo kontent z utrzymywania przez system w ryzach wszelkich zapędów do przerysowywania świata muzyki. Przekaz był energetyczny i pełen wigoru, ale nie natarczywy, czy krzykliwy. Osobiście dodałbym szczyptę magii na środku, ale to już jest siłowe szukanie problemów tam gdzie dla większości słuchaczy ich nie było.

8. Koris
Ta sala była polem bitwy poznańskiego high-endowego salonu audio Koris. Jednak celem nadrzędnym nie była wystawka oferty jako takiej, tylko organizacja ciekawej prezentacji. Jakiej? Otóż przedstawiciele wspomnianego przybytku audio zaproponowali gościom porównanie dwóch kolumnowych ikon spod jednego znaku towarowego. O co chodzi? Cóż, wzięli na tapet będące obiektem westchnięć, niestety od lat nieprodukowane, a mimo z racji poszukiwania przez wielu chętnych na rynku wtórnym przez cały czas drożejące monitory Sonus Faber Extrema i najnowszą odsłonę, bo już z dopiskiem 3 również podstawkowych zespołów głośnikowych Sonus Faber Elekta Amator III. W jakim celu? Postanowili porównać jeden do jeden obie konstrukcje przy takiej samej elektronice towarzyszącej. Efekt? Cóż. W opinii większości słuchaczy Extremy pokazały się z lepszej strony, czego niezwłocznie dowiadywał się i tłumaczył z jakich powodów konstruktor najnowszej odsłony Elekt III. Naturalnie nie była to przepaść. Jednak znacznie większy litraż Extrem i z pewnością nieosiągalne obecnie przetworniki powodowały, że dźwięk był swobodniejszy i nie tylko z lepszym wypełnieniem, ale również znacznie bardziej rozbudowanym w kwestii gradacji planów na wirtualnej scenie spektaklem muzycznym. Ale uspokajam potencjalnych zainteresowanych, nowe Elekty już w wystawowej konfiguracji – przy wykorzystaniu identycznego okablowania angielskiej marki Tellurium Statement napędzały je stosunkowo słabe polskie monobloki lampowe My Sonic – mimo, że w naszym odczuciu grały nieco mniej zjawiskowo, to w wartościach bezwzględnych zagrały znakomicie, po zmianie elektroniki i odrutowania na sto procent zagrają na miarę Waszych oczekiwań. Skąd taka diagnoza? Przecież wspominałem. Na potrzeby testu obie pary kolumn grały z tym samym wzmocnieniem i kablami, a nie od dzisiaj wiadomo, iż co system, to inne potrzeby, dlatego też bez naciągania faktów z pełną odpowiedzialnością twierdzę, iż przy niedużym wysiłku Elekty Amator III są w stanie zakończyć wszelkie Wasze poszukiwania nirwany dźwiękowej. Jak wspominałem we wstępniaku, w swoim tekście nie będę uprawiał powtórki z rozrywki, czyli podanej przez Marcina w jego tekstach wyliczanki, jednak dla choćby minimalnego nakreślenia poważnego podejścia do tej imprezy przez Poznaniaków dodam, iż jako źródło sygnału testowego do kolumn posłużyły na zmianę najnowsza odsłona transportu i przetwornika cyfrowo/analogowego francuskiej marki Metronome Technologie tAQWO +cAQWO i topowy kanadyjski zestaw streamera i DAC-a EMM Labs NS1+DV2. Jak widać i co ważne od strony dźwięku znakomicie było słychać, prezentowane kolumny miały wspaniałe warunki do pokazania swoich najbardziej szlachetnych walorów sonicznych i bez owijania w bawełnę je pokazały.

9. ESA
Znacie Pana Andrzeja Zawadę? Nie? Niemożliwe. Jeśli jednak z jakiś powodów naprawdę nie, niestety w mojej opinii tracicie podwójnie. Jak to możliwe? Po pierwsze to znany od lat na naszym rynku producent zbierających wiele dobrych opinii kolumn. Ale to nie jedyny atut tej swoistej rodzimej legendy, bowiem oprócz oferty znakomitych brzmieniowo zespołów głośnikowych pan Andrzej jest wyśmienitym showmanem. W jakim sensie? Powiem tak. Bez względu na stan ducha, czy poziom zmęczenia podczas każdej wystawy walę do okupowanego przez wspomnianego mistrza ceremonii pokoju jak w dym, bowiem oprócz ciekawego brzmienia zawsze karmionego sygnałem z gramofonu systemu dostaję zastrzyk miłości do muzyki. Chodzi mianowicie o celebrę związaną z dokładnym omawianiem każdej lądującej na talerzu drapaka płyty nie tylko od strony wykonawców, ale również gdy jest ku temu okazja, związanych z jej powstaniem lub samym artystą anegdot. Tak tak, to zawsze jest fantastycznie spędzony czas przy muzyce. Ale nie przypadkowej, tylko pieczołowicie dobieranej z dziedziny rocka i bluesa. Zapewniam, przy takim postawieniu sprawy nawet w momencie hołdowania innym nurtom nie sposób się nudzić, gdyż osobowość prezentera potrafi skierować oczekiwania każdego słuchacza na najciekawsze aspekty danej realizacji. Jeśli nawet nie muzyczne, to przynajmniej historyczne, a to już jest powód, aby bez względu na ilość potencjalnych do odwiedzenia pokoi zawsze znaleźć choćby kilka minut na odwiedzenie przywołanego wystawcy. Ze swojej strony zapewniam, nie będziecie się nudzić, a przy okazji dowiecie się wielu ciekawych rzeczy o prezentowanych krążkach i odtwarzającym je systemie.
Ale to nie koniec ciekawostek z tego występu. Gdy dokładniej przyjrzycie się kolumnom, spokojnie dostrzeżecie Exlibris polskiej marki Metrum Lab. Ów podmiot dzięki zastosowaniu opracowanej przez siebie techniki IMF (Imperium Fluxus Electrons) zajmuje się zmniejszeniem szumów własnych podczas przepływu sygnału przez przewodniki. Początkowo ową technologię z powodzeniem stosował jedynie w okablowaniu sieciowym i sygnałowym, jednak czas pokazał, iż owe działanie dobrze wpływa na okablowanie również w kolumnach, ich zwrotnicach, jak i urządzeniach elektrycznych, czego dowodem sonicznym był potraktowany ową technologią wystawowy set. Jak to dokładnie wpłynęło na brzmienie systemu musiałbym zderzyć się z dwoma wersjami identycznej układanki, jednak na potwierdzenie, iż coś jest na rzeczy, przyznam, że tak zeszłoroczna, jak i ostatnia wystawa pod egidą współpracy Pana Andrzeja Zawady z marką Metrum Labs od strony fonii były bardzo dobre. Powie więcej, z racji, iż kolumny były odgrodami, nie było problemów z fantastycznym odtworzeniem nawet najbardziej wymagających w domenie energii, masy i szybkości narastania sygnału przebiegów nutowych. A to niestety dla wielu prezentacji okazywało się problemem nie do pokonania.

10. TAD
Przyznam z ręką na sercu, że już po wejściu do tego wystawcy miałem problem w zrozumieniu, co jest nie tak. Cały prezentowany w tym miejscu set miałem na testach tuż przed imprezą i wiem, że potrafi zagrać na poziomie zarezerwowanym dla najlepszych. To przecież zestaw iście High Endowy i tak u mnie zagrał. Tymczasem mimo chęci walki z przeciwnościami losu przedstawiciela z Niemiec coś nie iskrzyło. Oczywiście nie uderzałem od razu z pretensjami do wystawcy, o co w tym wszystkim kaman, tylko postanowiłem samemu zrozumieć z czego wynikają niedostatki. I niestety nie potrzebowałem dużo czasu. Zewsząd lejący się, a przez to zabijający spektakularność w oddaniu najdrobniejszych niuansów brzmieniowych, wszechobecny bas zabijał dźwięk już w zarodku. To gdzie tu mowa o podkręcaniu wolumenu. Byłaby to jedynie pewnego rodzaju kakofonia, a nie realizacja założeń artystów. Owszem, nawet w tych realiach pewne zasłyszane w idealnych warunkach mojego testowego pomieszczenia aspekty udało mi się wychwycić, jednak nie było to na tyle spektakularne, aby stwierdzić, że wszystko jest w najlepszym porządku. Niestety nie było. Przyczyna? Jak w wielu innych przypadkach sąsiad z mocno podkręconymi subwooferami. Tam gdzie do głosu miały dojść ciche pasaże, otrzymywałem zewsząd pojawiające się pomruki. Owszem, były momenty względnej ciszy, ale spojrzenie w oczy wystawcy natychmiast oznajmiało mi sporadyczność takich sytuacji. Tak więc system grał na miarę pozostawionego przez panów z sąsiedniego pomieszczenia pola do nierównej walki. Czego to dowodzi? Podobnej tej, jak i u wielu innych wystawców sytuacji, czyli mocnego uzależnienia ostatecznego dźwięku od warunków wystawowych, co w zeszłym roku udowadnialiśmy w poimprezowym teście na naszych łamach systemu NAIM/FOCAL. Wówczas co prawda problemem była słabo zaaranżowana akustycznie sala i chęć zaspokojenia wolumenem dźwięku kilkudziesięciu osób na raz, ale zmiana lokalizacji udowodniła, że w dobrze zaadaptowanym pomieszczeniu sondrebelsowego OPOS-a system zagrał zjawiskowo. Podobnie, tylko w odwrotnej kolejności i z wielkim udziałem sąsiadującego podmiotu wydarzenia potoczyły się z odniesieniu do będącej bohaterem tego akapitu japońskiej marki TAD. Szkoda. Naturalnie nie dla mnie, gdyż ja wiem co potrafi, tylko dla potencjalnych odwiedzających.

11. Grobel Audio
Szczerze? Jak sięgnąć pamięcią, negatywne opinie na temat prezentacji tego dystrybutora mogę policzyć na palcach jednej ręki. Owszem, to może nie być do końca Wasza estetyka dźwięku, jednak od strony jakości zawsze jest na wysokim poziomie. I nie chodzi w tym przypadku jedynie o samo brzmienie systemu – choć to zawsze jest najważniejsze i determinujące wszelkie opinie, tylko również o otoczkę całego przedsięwzięcia, czyli oprawę wizualną, miłą atmosferę, unikanie wysokich poziomów głośności słuchanej muzyki, a także mały aperitif w postaci próbek własnoręcznie przygotowanej nalewki z wiśni. W tym roku Pan Sebastian zaprezentował będące gorcą nowością kolumny Franco Serblin Accordo Essence, które postanowił nakarmić dwoma co prawda cyfrowymi, ale jakże różniącymi się w kwestii nośnika sygnałami. Otóż oprócz poczciwego odtwarzacza kompaktowego będącej dawcą całej elektroniki do pokazu marki Jadis, jako drugie źródło wystąpił magnetofon DAT japońskiej marki Sony. W czym tkwią różnice? Otóż gdy kompakt swoje zera i jedynki odczytuje ze srebrnego krążka, DAT identyczne dane wyłuskuje z kasety magnetofonowej. Tak tak, to jest taka nowoczesna aplikacja w niektórych kręgach przezywającego drugą młodość kaseciaka. Jaki był efekt wspomnianych pokazów? Jak zawsze świetny. Bez napinania na nadmierne wypełnianie pokoju muzyką system czarował przypisanym jej w założeniach artystów pięknem. Naturalnie swoje trzy grosze w całości przedsięwzięcia miało wzmocnienie francuskiego specjalisty od aplikacji lamp elektronowych Jadis, ale chyba zgodzicie się ze mną, gdy wygłoszę tezę, iż użycie lampiaków nie jest gwarantem końcowego sukcesu danej prezentacji. Jak to zwykle bywa, wszystko zależy od konfiguracji, z którymi Pan Sebastian nigdy nie ma problemu. Robi to no tyle dobrze, że muzyka w jego pokoju ma dwa oblicza. Jest relaksująca, a przy tym bardzo emocjonująca co czyni ją pożądaną w każdym stanie ducha słuchacza. Co mam na myśli? Nic szczególnego. Mianowicie nie traktujemy jej jako tylko gaszącej emocje naszych skołatanych prozą codziennego życia serc, ale z powodzeniem pragniemy się z nią zderzyć w przypadku potrzeby pobudzenia do dalszego działania. Jednym słowem odwiedzając pokój Grobel Audio najpierw odpoczywamy, a po kilku utworach nabieramy niezbędnej do egzystencji energii. I zapewniam Was, tak mam co rok.

12. Natural Sound
Nareszcie odwiedziny tego wystawcy od początku do końca były bardzo owocnym w pozytywne emocje czasem. Od kilku lat, mimo że znam z własnych wojaży pokazywaną elektronikę, konfigurowane systemy cierpiały z powodu nie do końca – naturalnie w mojej ocenie – dobrze współbrzmiących z nimi kolumn. Przez ostatnie lata przewinęło ich się kilka par, ale zawsze coś w tamtych pokazach mnie uwierało. Nie wiem dlaczego, ale w pierwszej chwili przychodzi mi na myśl pewnego rodzaju nadpobudliwość i problem ze spójnością dźwięku. Jednak z przyjemnością stwierdzam, iż w tym roku niczego takiego nie zauważyłem. Mało tego, byłem zafascynowany gładkością, ale również nadal pełną komunikatywnością dobiegających do mnie muzycznych pasaży, czego notabene zawsze szukam w testowanych zestawach. I ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu w takim oddaniu muzyki nie przeszkadzała wielkość sali wystawowej. Przyczyna? Nie chciałbym być złośliwym, ale na szczęście dla mnie i wielu gości dystrybutor nie używał nawet odtwarzacza płyt kompaktowych – o plikach już nie wspominam, tylko posłużył się dwoma magnetofonami – jeden szpulowy marki Studer, a drugi kasetowy spod znaku Technicsa. Oczywiście tylko przypuszczam, że ostatnio zaprezentowany wynik soniczny był pochodną występów wspomnianych źródeł, ale jedno jest pewne, te według zasłyszanego od Marcina określenia postrzelone w twarz z pospolitego obrzyna zakonnice (mowa o kolumnach) w tym roku pokazały, jak powinien grać system z topowych pułapów cenowych. Bez względu na użyte środki było to dla mnie od lat oczekiwane pozytywne objawienie. Oby przynajmniej tak było co roku.

13. Nautilus – Ayon
Widzicie uwiecznionych na fotografiach dwóch panów – Gerharda Hirta i Roberta Szklarza? Jednio jest pewne, obydwaj przy pełnej współpracy nie pozostawiają niczego przypadkowi. Do czego piję? Od kiedy pamiętam, nie zdarzyła się wystawa, która nie byłaby przygotowana z zachowaniem najdrobniejszych niuansów sztuki prezentacji systemów audio. To zawsze jest na miarę możliwości przygotowana akustycznie sala – monstrualnie wielki podwieszany sufit nad miejscami odsłuchowymi, z rozwagą dobrana, czyli uwzględniająca potrzeby pokazów w danym roku elektronika i z wielką chęcią przekazywana przez obydwu panów wiedza na temat zajmującego centralne miejsce sali akcesorium sprzętowego. Co ciekawe, oprócz gramofonu – w tym roku był to dostojny Transrotor Artus FMD – i kolumn Lumen White, które projektuje i produkuje przyjaciel Pana Gerharda – cała reszta sprzętu pochodzi spod znaku znakomicie rozpoznawalnej w naszym kraju austriackiej marki Ayon. Mało tego. Wspomniane, bajecznie wyglądające i równie referencyjnie wykończone, a także co ważne, świetnie brzmiące kolumny strojone są w oparciu o ścisłą współpracę z wykorzystującymi szklane bańki zabawkami dla dużych chłopców austriackiej marki. Dlatego też nie dziwi fakt tak znakomitego występu prezentowanego zestawu podczas tej wystawy. W teorii zderzyliśmy się z trudnymi do aplikacji głośnikami niemieckiego Accutona, a mimo to bez problemu potrafiły zagrać z lampą. Cuda? Nie, wiedza, jak to wykonać, nic więcej.
Jak to grało? Dla mnie typowo w pozytywnym tego słowa znaczeniu, czyli bardzo dobrze. Nawet stojąc z boku podczas dokumentacji fotograficznej wydarzenia słychać było łatwość oddania najsubtelniejszych alikwot głosu ludzkiego. Pójdźmy dalej. Gerhard Hirt chcąc pokazać wykorzystany tylko w niewielkiej części przez trudne warunki wystawy potencjał systemu, mieszał raz studyjnym, a innym razem koncertowym materiałem muzycznym. Wynik? Już po poprzedzającej pierwsze dźwięki atmosferze nagrania dało się bez problemu wychwycić, z jakim wydaniem płyty mamy do czynienia, z czym konkurencja w imię sztucznego podgrzewania atmosfery lampami elektronowymi, uśredniając przekaz często ma problem. W tym przypadku tego nie było. Za to był oddech, gdy wymagał tego materiał zachowana umiejętną aplikacją pojemników na elektrony intymność i niezbędna dla napełnienia w teorii za dużej dla tego typu systemu sali energia wydobywającego się z kolumn dźwięku. Jednym słowem, ups jednym zdaniem, nie było repertuaru – a słuchaliśmy nie tylko przysłowiowego jazzowego plumkania, czy wokalizy, ale również symfoniki, który sprawiłby dzieciom Roberta Szklarza – czytaj produktom z jego dystrybucyjnego portfolio – jakikolwiek problem. Przypadek? Bynajmniej. Przeczytajcie jeszcze raz początek tego akapitu, bowiem wszystko już na wstępie zostało napisane. To jest profesjonalizm nie tylko w dobieraniu, ale umiejętnym przygotowywaniu zarówno wystawowych, jak i domowych systemów audio.

14. Nautilus – Boenicke
Od zawsze twierdzę jedno. Ta marka w sobie tylko znany sposób udowadnia, że fizykę w pewien sposób da się nieco oszukać. Naturalnie w pozytywnym odczuciu, jednak bez dwóch zdań robi to nie tylko z łatwością, ale na ile to możliwe dla tak małych kolumn w kilkukrotnie za dużym kubaturowo pomieszczeniu ze znakomitą jakością dźwięku. To co powiedzieć, gdy maluchy trafią do kompatybilnego gabarytowo pokoju? Osobiście jeszcze nie miałem okazji się z nimi zmierzyć, ale nawet w takiej sytuacji po dokonaniach na kilku ostatnich wystawach u nas wierzę, że są w stanie wznieść się na poziom najlepszych graczy na rynku. Ważną informacją tegorocznej edycji AVS jest przygotowanie przez tego producenta dedykowanego okablowania, które mniemam w podobny do współpracy marki Lumen White z Ayonem będzie w stanie wykrzesać z nie oszukujmy się maleńkich jak na prezentowane w większości wystawowych sal kolumienek, maksimum możliwości. A przecież o złapanie króliczka na danym poziomie jakości dźwięku jest dla nie tylko audiofila, ale również melomana bardzo ważne. Czy ta sztuka – przybicie króliczkowi przysłowiowej piątki – w tym przypadku się uda? Po tych kilku latach zabawy z najdroższymi komponentami w naszym kraju śmiem twierdzić, że jeśli już, to z racji gorących głów każdego z nas tylko na moment. Jednak jeśli przy użyciu firmowego okablowania zamkniecie temat choćby na chwilę, warto jest spróbować. Jak brzmiał omawiany set? Jak wspominałem. Zjawiskowo. Owszem, ściany dźwięku rodem z tubowych Avantgarde’ów, czy nawet opisanych w poprzednim tekście Lumen White’ów nie osiągnął, ale zapewniam, było zaskakująco energicznie, z dobrą podstawą basową i zjawiskową, ale daleką od natarczywości swobodą wypełniania wykorzystanej na potrzeby prezentacji wielkiej sali konferencyjnej hotelu Golden Tulip.

15. RCM – Gauder, Vitus
Poznajecie? Nie? Przecież widniejące na fotografiach kolumny Gauder Akustik to starsze siostry prezentowanych w ubiegłym roku Darków 100. Owszem, nabrały nie tylko rozmiarów, ale również dobrze wpływającej na dźwięk wagi. Gdzie tkwią zmiany, widać gołym okiem i nie trzeba było nawet fatygować się na wystawę. Jednak wydanie werdyktu, co taki rozkład czterech głośników basowych wniósł do projektu, bez wizji lokalnej nie ma szans na realizację. Co zatem się wydarzyło? Dla mnie bardzo wiele. Po pierwsze – bas mimo, że był masywniejszy, to z racji podwojenia przetworników i oddalenia dwóch od podłogi poprzez aplikację w górnej części obudowy, był bardzo szybki i zwarty. To zaś spowodowało, że bardzo dobrze oddawał zawarte w nim niuanse. Co więcej. Możliwość oddania założonej dawki najniższych rejestrów poprzez cztery przetworniki spowodowała całkowite wyeliminowanie co prawda sporadycznego, ale jednak lekkiego gubienia się tego zakresu w szybkich pasażach i mocnych pomrukach na poprzedniej wystawie. W tym roku ten zakres śmiało mogę to powiedzieć był wzorowy. Ale to nie wszystkie atuty nowych konstrukcji spod znaku Gaudera. Otóż zwiększenie rozmiarów w domenie wysokości i umiejscowienie tam dwóch niskotonowców spowodowało ogólne odprężenie dobiegającego z kolumn dźwięku. Już podczas rozgrzewki dało si