1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. Audia Flight FLS 10

Audia Flight FLS 10

Link do zapowiedzi: Audia Flight FLS 10

Opinia 1

Po potężnej dzielonej amplifikacji Strumento N°1 & N°4 i nieprzyzwoicie wręcz dobrym, dziwnym zbiegiem okoliczności również dwuelementowym, przedwzmacniaczu gramofonowym FL Phono przyszła pora na nieco bardziej kompaktową i skondensowaną propozycję włoskiej manufaktury Audia Flight. Proszę się jednak nie obawiać, że schodząc z audiofilskiego Olimpu zmuszeni zostaliśmy do sięgnięcia po jakąś otwierające portfolio „budżetówkę”, gdyż o ile mi wiadomo nawet najmniejsza i zarazem najtańsza integra, czyli FL Three S startuje z pułapu ok. 12 kPLN, czyli przekracza magiczną granicę 10 kPLN. Nic z tych rzeczy, gdyż dzięki uprzejmości rodzimego dystrybutora marki – krakowskiego Audio Anatomy, do testów otrzymaliśmy najwyższy na tę chwilę model wzmacniacza zintegrowanego o symbolu FLS 10.

Nie czas i nie miejsce na dywagacje dotyczące pobudek, dla których wspomniany przed momentem dystrybutor nie był łaskaw do testów dostarczyć wersji wyposażonej jeśli nie w oferowany przez producenta moduł DAC-a (radzącego sobie z sygnałami PCM do 32 bit/ 768 kHz i DSD 5.6), to chociażby w płytkę przedwzmacniacza gramofonowego, jednak przez pozorną „oszczędność” zdegradował tytułowy, nomen omen flagowy wzmacniacz Audii Flight do miana li tylko „zwykłej” integry, przedrostek „Super-” pozostawiając niejako w zawieszeniu i tym samym oddając pole konkurencji takich skrupułów nie mającej. O dziwo z podobną sytuacją mieliśmy do czynienia całkiem niedawno, bo przy teście Thraxa Enyo https://soundrebels.com/thrax-enyo-2/ i sami zaczęliśmy zachodzić w głowę skąd w branży taki opór, przed posiadaniem na stanie choćby jednej, uzbrojonej po zęby demonstracyjnej sztuki. Niewiadoma jest tym większa, gdyż przecież sam rynek wymógł pojawienie się właśnie takich wszystko posiadających i wszystko potrafiących super – bestii a pod pojęciem integracji w dzisiejszych czasach oprócz wspomnianych funkcjonalności phonostage’a i DAC-a, coraz częściej rozumie się również moduł streamera. Mniejsza jednak z tym, skoro bowiem otrzymaliśmy „gołą” wersję, to taką się zajmiemy a że czegoś akurat na swym pokładzie nie ma, to mówi się trudno. Z drugiej strony, można nawet doszukać się w zaistniałej sytuacji pewnych plusów wynikających z krótszej, gdyż obejmującej mniej elementów do nausznej weryfikacji.
Zanim jednak do niej przyjdziemy warto choćby rzucić okiem na aparycję dzisiejszego gościa, który prawdę powiedziawszy prezentuje się nad wyraz okazale. Wycięty z grubego płata szczotkowanego aluminium front zdobi finezyjna fala nad którą umieszczono surowo spoglądające na słuchacza przydymione okno wyświetlacza. Masywne pokrętło głośności spoczęło po prawej stronie a wzdłuż dolnej krawędzi w miskowatych podfrezowaniach umieszczono sześć przycisków funkcyjnych a nieco z boku gniazdo słuchawkowe. Rolę ścian bocznych przejęły schowane pod okapem płyty górnej gęsto użebrowane radiatory.
Tył wzmacniacza prezentuje się nad wyraz elegancko. Do dyspozycji mamy bowiem trzy pary złoconych wejść RCA i dwie XLR, podobnie zduplikowane wyjścia wzbogacone o wyjście na zewnętrzny rejestrator (tylko RCA) i podwójne, lecz za to nieopisane terminale głośnikowe. Nie zabrakło oczywiście zaślepek na wspomniane moduły rozszerzeń oraz wejścia i wyjścia triggera. Z drobiazgów natury użytkowej pozwolę sobie wspomnieć o zintegrowanym z włącznikiem głównym gniazdem zasilającym. Niby na pierwszy rzut oka wszystko jest OK, lecz jeśli zamiast standardowego przewodu „komputerowego”, czyli czegoś, co znajdziemy w pudełku, lecz nikt przy zdrowych zmysłach wydając ponad 40 kPLN na wzmacniacz nie powinien używać, wepniemy w Audię coś w stylu Acoustic Zen Gargantua II, Furutecha Nanoflux Power NCF, bądź nawet cokolwiek wyposażonego w normalne, okrągłe wtyki IEC Oyaide, czy Furutecha, to praktycznie całkowicie stracimy możliwość obsługi tegoż włącznika. Wychodzi na to, że projektantowi zależało najwidoczniej na tym, by najpierw przestawić „pstryczka elektryczka” w pozycję „włączony” a następnie wpiąć w gniazdo przewód zasilający. Nie chcę w tym momencie nikogo obrażać ale pomysł ten jest nie tylko głupi, co wręcz niebezpieczny.

Najwyższy czas na wrażenia nauszne a te, patrząc na dzisiejszego gościa przez pryzmat jego ceny, obarczone były odpowiednio wysokimi oczekiwaniami, które … całe szczęście, przynajmniej po części zostały spełnione. Na wstępie jednak warto powiedzieć sobie prosto w oczy – FLS 10 to zupełnie inna liga aniżeli Strumento N°1 & N°4, więc jeśli ktoś liczył na podobnie spektakularny przekaz, wgniatającą w fotel dynamikę i przywodzącą na myśl dojrzałą brzoskwinię soczystość średnicy, to lepiej niech zejdzie na ziemię i zacznie być realistą. Co prawda 10-ka potrafi (pozytywnie) zaskoczyć mikro dynamiką i natychmiastowością ataku, lecz walcząc o utrzymanie swojej pozycji w zdecydowanie niższej wadze, do poziomu starszego rodzeństwa nawet nie próbuje aspirować. Ot konieczny przy zejściu z ponad 130 na „zaledwie” 43 kPLN kompromis, z którym chciał nie chciał przyjdzie nabywcom 10-ki żyć. A tak już na serio, zapominając choć na chwilę o możliwościach wyższych modeli, warto zwrócić uwagę na dość jednoznacznie definiujące walory brzmieniowe Audii cechy. Są nimi świetna przestrzenność generowanego dźwięku, zdolność wybornej gradacji planów nawet gęstych aranżacji, konturowość źródeł pozornych i niezaprzeczalna świeżość, czy wręcz obecne przy gorszych realizacjach utwardzenie najwyższych składowych. Jak sami Państwo widzicie topowa integra Audii dość wyraźnie odchodzi od stereotypowego rozmarzonego i nieco przesłodzonego stereotypu włoskiego brzmienia. Jest w niej zdecydowanie więcej precyzji i konturowości aniżeli wysycenia i niemalże lampowej słodyczy. Czy możemy zatem uznać, że FLS 10 gra chłodno i technicznie? W żadnym wypadku, lecz też nie spodziewajmy się po niej, że wraz z analitycznym źródłem, szybkimi i otwartymi na górze kolumnami, oraz okablowaniem np. Nordosta zapewni nam ukojeni skołatanych nerwów i otuli mięsistym całunem dźwięków.
Niebagatelne znaczenie będzie też miał dobór preferowanego przez nas repertuaru, gdyż np. „Vivaldi: The Four Seasons” w mistrzowskim wykonaniu Giuliano Carmignoli i Venice Baroque Orchestra na Audii wypadnie spektakularnie, czy wręcz oszałamiająco. Partie smyczków prezentowane przez włoską integrę skrzą się bowiem jak górskie kryształy w blasku porannego styczniowego słońca a klawesyn nie popadając w zbytnią jazgotliwość wyraźniej aniżeli zazwyczaj zaznacza swoją obecność w barokowym składzie. Powyższa prezentacja w pełni zasługiwała na miano wyczynowej i choć po drodze trudno było o chociażby chwilę zadumy, czy też grę ciszą lecz czego, jak czego ale na brak emocji i informacji narzekać nie sposób.
Jednak sięgnięcie po „Rust In Peace” Megadeth czy nawet „Fugazi” Marillion odkrywa drugie, nieco mniej pobłażliwe, oblicze włoskiej integry. Zarówno rockowe, jak i przede wszystkim thrashowe gitarowe riffy pozbawione wspomagania soczystej średnicy, którą Audia niespecjalnie szafuje już po kilkunastu minutach potrafiły zbyt intensywnie wwiercać się w mą korę mózgową sprawiając, że po odsłuchu obu albumów z wyraźną ulgą zrobiłem sobie dłuższą aniżeli zazwyczaj przerwę regeneracyjną. Co ciekawe zdecydowanie bardziej neutralna od dzisiejszego bohatera a przy okazji charakteryzująca się lepszą rozdzielczością końcówka mocy Bryston 4B³ takich zapędów do piętnowania cięższych odmian rocka nie wykazywała, choć uczciwie trzeba przyznać, że na symfonicznym „S&M” Metallicy Audia też nie grymasiła, stawiając na swobodę i rozmach nieco lżejszej aniżeli u Kanadyjczyka prezentacji.
Niejako na deser zostawiłem nieśmiertelną mieszankę najwyższych lotów popu i elektroniki, czyli „Ray Of Light” Madonny na której Audia złapała drugi oddech z dziką wręcz satysfakcją udowadniając, że iście holograficzne odwzorowanie trójwymiarowości sceny dźwiękowej i efektów przestrzennych to jeden z jej najmocniejszych atutów. Podobnie było z utwardzeniem tak najwyższych składowych, jak i przełomu ich ze średnicą, które w Rocku potrafiły zakłuć a na syntetycznie generowanych samplach sprawiały, iż zyskiwały one na świeżości i witalności. Wreszcie nic nie buczało, nic się nie snuło a czytelność przekazu należało ocenić jednoznacznie pozytywnie.

Wbrew ogólnie przyjętym stereotypom o gęstym i słodkim brzmieniu pochodzącej z Półwyspu Apenińskiego elektroniki Audia Flight FLS 10 nad wyraz perfidnie wymyka się jakimkolwiek próbom jej zaszufladkowania. Z jednej strony należy ją bowiem pochwalić za witalność i brak zawoalowania najwyższych składowych, lecz z drugiej warto także mieć na uwadze jej bezpardonowość w pokazywaniu szorstkości i kanciastości części „garażowych” produkcji. Jeśli więc w Waszej płytotece dominuje repertuar z czasów Monteverdiego, Tartiniego czy Jana Dimasa Zelenki zwróćcie baczną uwagę na obiekt niniejszej recenzji, natomiast miłośnikom ciężkiego grania zalecam wzmożoną uwagę i bezwarunkowy odsłuch we własnym systemie.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Yamaha WXAD-10
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Spokojnie możemy założyć, iż może nie należąca do głównego nurtu Hi-Fi, lecz mająca swoje kolejne pięć minut na naszym portalu marka z pewnością zdążyła obić Wam się o oczy i uszy. I nie chodzi mi jedynie o opieranie się o prezentowanych na naszych łamach recenzjach, tylko ogólnie panującą pośród głębiej wtajemniczonych w jej ofertę audiofilów opinię co najmniej dobrych nie tylko technicznie, ale również sonicznie produktach. jednak, nie wiem czemu, lec mimo takiego stanu rzeczy niemalże zawsze, gdy gdzieś w kuluarowych rozmowach zaczyna się wyliczanka propozycji urządzeń do poprawnego zestawienia konkretnej konfiguracji, tytułowa Audia Flight jeśli już z któryś ust padnie, nie wiadomo czemu, dzieje się to gdzieś pod koniec ciągu ogólnie znanych marek. Ja wiem, że nawet taka sytuacja jest już pewnego rodzaju sukcesem, ale moim zdaniem biorąc pod uwagę usłyszane u siebie w kontrolowanych warunkach konstrukcje Włosi zasługują na nieco więcej. Dlaczego? O nie, nie tak szybko. Przeczytajcie tekst i sami zdecydujcie, czy mam rację. A jest o czym poczytać, gdyż tym razem będziemy rozprawiać o wzmacniaczu zintegrowanym Audia Flight FLS 10, który do zaopiniowania dostarczył dystrybutor Audio Anatomy.

Jak na niepozostawiającą złudzeń, iż walczy się o prym w przedziale cenowym 40 – 50 tysięcy złotych (prawie) super integrę przystało, omawiany “wzmacniaczyk” jest słusznych rozmiarów, może pochwalić się dającą się we znaki naszemu kręgosłupowi wagą, oraz bardzo wyszukaną w kwestii strony designu konstrukcją. Tytułowy, wypełniony po brzegi układami elektrycznymi solidny kloc, w kwestii obudowy wykonany jest z nadającego mu wizualnej nietuzinkowości szczotkowanego aluminium. Rozpoczynając omawianie wrażeń natury organoleptyczno – estetycznych, od frontu dziesiątki mamy do czynienia z grubym płatem aluminium, który dzięki nad wyraz udanemu projektowi przez cały czas się do nas uśmiecha. Uśmiecha? Tak, dzięki ciekawie pociągniętej linii pogrubienia dolnej części przedniego panelu – coś na kształt fali i zaimplementowaniu w miejscu przenikania się obydwu płaszczyzn również przypominającego falę wielofunkcyjnego wyświetlacza monstrualny Włoch najzwyczajniej w świecie cały czas wykazuje stan radości. Przechodząc z tematem opisu do oferty manualnej przedniego panelu jestem zobligowany poinformować, iż na jego prawej flance zlokalizowano sporej wielkości gałkę regulacji wzmocnienia, a w centrum dolnej części sześć delikatnie zagłębionych przycisków sterujących i gniazdo słuchawkowe. Przemierzając obudowę ku rewersowi na dachu urządzenia znajdziemy wyfrezowane logo marki, a na bokach dbające o odpowiednio skuteczne odprowadzanie ciepła z wnętrza konstrukcji sporej wielkości radiatory. Wieńcząc akapit przybliżający testowany produkt pakietem danych o tylnym panelu przyłączeniowym mam przyjemność zdradzić, iż znajdziemy na nim: rozlokowane symetrycznie podwojone terminale głośnikowe i zestawy wejść i wyjść liniowych w standardach RCA i XLR, w opiniowanej wersji dwa sloty na opcjonalny przetwornik cyfrowo-analogowy i phonostage, a także zintegrowane z głównym włącznikiem gniazdo zasilania. Skromnie? Z punku widzenia ortodoksyjnie nastawionego do wykonywania konkretnych zdań przez każdy produkt układanki audio odbiorcy całkowicie wystarczająco. Ale jeśli ktoś raczy kręcić nosem, dzięki opcji aplikacji odpowiednich płytek z układami elektrycznymi istnieje możliwość transformacji z FLS 10-ki we wszystko-mające w zakresie obróbki i wzmacniania sygnałów audio centrum dowodzenia. Do wyboru, do koloru.

Chcąc nie chcąc wpinając tytułową integrę w swój tor nie mogło obyć się bez przywoływania z pamięci uzyskanych efektów brzmieniowych podczas testu flagowej końcówki mocy. Naturalnie z racji mierzenia się tym razem ze zdecydowanie tańszym urządzeniem był to proces myślowy bez jakichkolwiek obciążeń typu pogorszenia dźwięku. Przecież całkowicie naturalnym jest nieco niższych lotów prezentacja kilkukrotnie tańszej propozycji w stosunku do ikony marki. Chodziło mi raczej o wyłapanie, ile dobrego z konstrukcji bez ograniczeń cenowych udało się inżynierom przemycić do prezentowanej dzisiaj zdecydowanie tańszej integry. I? Przyznam szczerze, kilka fajnych aspektów miałem przyjemność wychwycić. Jakich? Aplikacja FLS 10 w mój tor poskutkowała prezentacją dość swobodnego, obdarzonego twardym basem, z nieco lżejszą średnicą i mocniejszym zaakcentowaniem górnych rejestrów niż flagowiec graniem. To źle? Naturalnie, że nie, gdyż jak to w audio bywa, wszystko zależeć będzie od konkretnej konfiguracji. A co konkretnie wydarzyło się u mnie? Szczerze? Ciekawie. Weźmy na tapet choćby najnowszy krążek Johna Surmana „Invisible Threads”. Grający na saksofonie frontmen ani przez moment nie skarżył się na unikanie przez Włocha siłowego dociążania środka pasma. Owszem, było nieco mniej soczyście niż mam na co dzień, ale niosło to ze sobą plusy i minusy, gdyż może w dźwięku nie było już tak tryskającego drewnem stroika, ale za to otrzymałem sporą dawkę informacji o pracy wentyli podczas szybkich muzycznych pasaży artysty. Co więcej, wspomniany twardy bas bardzo dobrze wpisywał się w szybkie oddanie pracy stopy perkusisty, co w połączeniu z odgrywającym ważną rolę dźwięcznym w wysokich rejestrach wibrafonem pokazywało tę produkcję w estetyce bardzo dobrego oddania wirtualnej przestrzeni. Czyli ni mniej nie więcej tym razem w odróżnieniu od życiowej codzienności zaliczyłem nieco lżejszy w wysyceniu, ale za to nieco szybciej zagrany miting muzyczny. I tutaj po raz kolejny nasuwa się pytanie: “Czy to źle?” Naturalnie, że nie, ponieważ każdy ma inny gust i co w dążeniu do tego samego wzorca, czyli koncertu na żywo jest dziwne w nieco innym miejscu zlokalizowaną metę zwaną audiofilskim punktem „G”. Najważniejszym aspektem tego podejścia jest jednak fakt, iż nawet przez tak mocno nastawionego na gęstość słuchanej muzyki osobnika jak ja dobrego odbioru całości prezentacji. Było inaczej niż konfigurowałbym to dla siebie na lata, ale zapewniam, nawet przy jaśniejszym przekazie, ale za to bardzo dobrym oddaniu głębi i szerokości wirtualnej sceny uzyskane efekty brzmieniowe wpisywały się w zarezerwowaną dla tego pułapu cenowego jakość. A przypominam, wytwórnia ECM to nie są przelewki i jeżeli w starciu z nią coś na moim podwórku wyjdzie z tarczą, jest już sporym sukcesem i warto na to zwrócić choćby minimalną uwagę. Ok. Jazz to przez złośliwców muza stawiająca na ciszę, a co w takim razie z wokalistyką? W tym przypadku z pomocą w pokazaniu jak Audia Flight radzi sobie z damskim wokalem, przyjdzie mi bałkańska artystka Amira Medunjanin i jej kompilacja “SILK & STONE”. Podczas odtwarzania tej płyty pierwsze skrzypce grał zwarty kontrabas. Ale nie był sztucznie wykonturowanymi, oferującymi jednie informacje o strunach nadmuchanymi skrzypcami, tylko bardzo ciekawie wypadającym połączeniem brzmienia pudła rezonansowego i naciągniętych tuż nad nim generujących dźwięki sprężystych drutów, co wielu z nas przez lata bez skutku próbuje u siebie osiągnąć, a tutaj dostaje w pakiecie startowym. W podobnym tonie, czyli bardzo wyraziście, ale bez zbytniej ostrości wypadały również tak ważne dla regionu, z którego pochodzi artystka wszechobecne gitary. Natomiast jedynym na co podczas ostatecznej konfiguracji zestawu delikatnie zwróciłbym uwagę, był ciut zwiewny głos piosenkarki. W moim przypadku nie było odpowiedniego dociążenia, co sądzę bez problemu da się skorygować odpowiednim okablowaniem, ale fakt jest faktem, wokal nie miał odpowiedniej masy. Na koniec relacji z placu boju z włoskim ogierem FLS-10 przywołam zderzenie z muzyką spod znaku Yello „TOUCH”. Efekt? Zapomnijcie o wszelkich problemach. Wszystkie z punktu widzenia kochającego barwę ponad wszystko audiofila marudy sporne aspekty po prostu nie istniały. Mało tego. Zwarty bas i szybka średnica były wodą na młyn dla wszelkich, bardzo dla ważnych dla tego nurtu muzycznego przesterów i modulacji sonicznych. To było bezpardonowe oddanie zamierzeń artystów, za czym osobście nie za bardzo przepadam, a inni oddali by kawałek swojego życia. Nie wiem, po której stronie barykady gustów muzycznych jesteście Wy, ale bez względu na to lojalnie oświadczam, krążek wypadł zjawiskowo.

Próbując okiełznać w jeden ciekawy wniosek wyartykułowane w tekście aspekty muszę stwierdzić, iż Włoska konstrukcja bardziej stawia na wyrazistość i szybkość prezentacji niż na trącające eterycznością muzyki wysycenie. Jak to zwykle w realnym świecie bywa, taki akcent soniczny będzie miał tyle samo zwolenników co przeciwników, dlatego też sami musicie określić, czy po drodze Wam z ofertą kraju Półwyspu Apenińskiego. Ja jedynie mogę powiedzieć, że opiniowany wzmacniacz musiałby być skonfigurowany z naprawdę z bardzo mocno krzykliwą resztą toru, aby rzucić na ring biały ręcznik. Jednak licząc na Wasze wyedukowanie w kwestii doboru elektroniki śmiem twierdzić, iż w większości przypadków tytułowy piecyk wpisze się w oczekiwania potencjalnego nabywcy, a jeśli z jakiś powodów nie, będzie to raczej kwestią targających życiem audiofila drobnych niuansów, a nie rażących niedociągnięć. Nie wiem, czy udało mi się Was w stu procentach przekonać do próby z włoską myślą techniczną na własnym podwórku, ale jedno jest pewne, będącym zarzewiem dzisiejszego spotkania wzmacniaczem zintegrowanym FLS-10 marka Audia Flight co najmniej potwierdziła przywoływany we wstępniaku pełnoprawny byt w będących propozycjami konfiguracyjnymi audiofilskich wyliczankach.

Jacek Pazio

Dystrybucja: Audio Anatomy , tel. kontaktowe +48123461145 i +48660844249
Cena: 42 950 PLN

Dane techniczne:
Moc wyjściowa: 8/4/2 Ω = 200W / 380W / 700W (pierwsze 20W w klasie A)
Wejścia: 2 pary XLR, 3 pary RCA
Wyjścia: 1 para RCA, 1 para XLR, 1 wyjście REC (RCA)
Zakres wzmocnienia: -90dB / +10dB
Czułość wejściowa 1,41 Vrms
Impedancja wejściowa 47kΩ
Współczynnik tłumienia (Damping Factor): >650
Pasmo przenoszenia (1W rms -3dB) 0,3 Hz ÷ 500 KHz
Szybkość narastania sygnału (na 8 omów)> 160 V / μS
THD: <0,05%
Współczynnik S/N 110 dB
Impedancja wejściowa: 47 kΩ
Współczynnik tłumienia (przy 8 Ω)> 1000
Napięcie główne AC (50-60 Hz) 100, 110-115, 220-230, 240 V
Pobór mocy: < 1W (stand by), 840W (200W RMS @ 8 Ω)
Wymiary (S x W x G): 450 x 170 x 440 mm
Waga: 36kg

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Pobierz jako PDF