1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. Audiomica Laboratory Genimedes Ultra Reference

Audiomica Laboratory Genimedes Ultra Reference

Opinia 1

Nie od dziś wiadomo, że największą fluktuacją modeli w szeroko rozumianej branży audio może pochwalić się tzw. budżetówka i to głównie ta operująca na obszarze kina domowego, gdzie coroczne odświeżanie portfolio nie tylko nikogo nie dziwi, co wręcz jest przez sam rynek, jeśli nie wymuszana, to co najmniej oczekiwana. W reszcie segmentów panuje względny spokój, choć jeśli pokusimy się o zwiększenie ziarnistości analizowanych danych, to jasnym stanie się, że najbardziej aktywni są producenci słuchawek, wszelakiej maści okablowania i akcesoriów. O ile jednak z racji ukierunkowania naszego profilu na wokół-, na- i do- usznych szczytach osobistych reproduktorów żadnych gwałtownych ruchów nikt przy zdrowych zmysłach nie wykonuje, o tyle audiofilskie okablowanie wydawać by się mogło, że mnoży się co najmniej przez pączkowanie. Owa płodność parających się powyższym asortymentem producentów znajduje oczywiście odzwierciedlenie również i na naszych łamach. Wystarczy tylko wspomnieć, iż np. przewody Furutecha gościły u nas bodajże piętnaście razy a na drugim miejscu uplasowała się rodzima Audiomica Laboratory z nie mniej imponującym wolumenem dziesięciu modeli. A to przecież jedynie niewielki wycinek tego, co można znaleźć u obu ww. wytwórców. Dlatego też nie powinien zdziwić fakt pojawienia się u naszych drzwi kuriera z kolejną paczką z Gorlic zawierającą tym razem kolejnego, po Aura & Artoc  – łączówkach USB i Ethernet reprezentanta serii Ultra Reference , czyli przewód głośnikowy Genimedes.

Jak już zdążyliśmy się przyzwyczaić, również i tym razem tytułowe przewody dotarły do nas w eleganckiej, drewnianej, wyściełanej szarą gąbką skrzyneczce, w której oprócz wiadomego wsadu znajdowała się również stosowna metryczka. Jeśli zaś chodzi o sam wsad, to przynajmniej na tle flagowych Miamen Consequence M1 tytułowe Genimedesy wyglądają nad wyraz delikatnie i niemalże ażurowo. Wszystko jednak zależy od punktu odniesienia, gdyż już w zestawieniu z większością dostępnej na rynku konkurencji wpisują się w tzw. mainstream. Całość pokrywa elegancka biała siateczka spod której wyziera jasnoszary peszel w „części wspólnej” przebiegu a za pełniącymi dodatkowo funkcję muf antystatycznych firmowymi spliterami Acoustic Points biały, bądź czerwony, co szalenie ułatwia proces aplikacji przewodów w systemie. Same przewody z powodzeniem można określić mianem dość wiotkich i nienastręczających większych problemów przy montażu, przy czym warto wspomnieć o możliwości zamówienia wersji single, bądź bi-wire z odpowiednio dobraną pod indywidualne wymagania konfekcją, obejmującą własnej produkcji widły i banany.
W porównaniu do wcześniejszych wersji obecna inkarnacja Genimedesów może pochwalić się nową konstrukcją przewodnika i wprowadzeniem technologii podwójnego rodowania w procesie DCP. Wtyki AML-ACP10 Rh (zarówno widły, jak i banany) wykonano z powlekanego podwójną warstwą rodu mosiądzu a ich korpusy to niemagnetyczny, antystatyczny materiał POM-C AP50, który chroni przed przepięciami. Ponadto z dwóch do czterech wzrosła liczba wiązek z posrebrzanej miedzi. Każda wiązka ma przekrój 2,62 mm² i składa się ze 140 drucików. Przewody chroni przed polem elektromagnetycznym gęsty pleciony miedziany ekran o 95% pokryciu. Nie zabrakło też wykonanych przez Acoustic Points antystatycznych muf, których zbawienny wpływ zdążyliśmy już wielokrotnie omówić podczas wcześniejszych testów przewodów Audiomici, więc tym razem jedynie wspomnę o ich obecności.

Po dość gruntownym, gdyż obejmującym aż sześć modeli (Anort & Pebble, Allbit, Thasso, Pearl & Miamen), przeglądzie serii Consequence, która dość jednoznacznie stawiała na iście hollywoodzki rozmach i generalnie „duży” dźwięk, przyszła pora na eksplorację usytuowanej oczko niżej w firmowej hierarchii linii Ultra Reference. Wydawać by się mogło, iż taka chronologia może stwarzać pewne problemy, gdyż o ile testowanie flagowców jest praktycznie marzeniem każdego recenzenta, to jednak zdecydowanie bezpieczniejsze, tak dla samego producenta, jak i „obiektywności” tworzonej przez odsłuchującego beletrystyki jest mozolne pięcie się po kolejnych szczeblach technologicznego i brzmieniowego zaawansowania, aniżeli sukcesywne obniżanie poprzeczki. Nie dość bowiem, że zamiast odnotowywać mniej, bądź bardziej zauważalny progres, a więc zmierzać ku upragnionej audiofilskiej nirwanie, to od owego celu się oddalamy i w dodatku w owej, jak by nie patrzeć degradacji musimy upatrywać zalet. Karkołomne? Niewątpliwie, jednak logiczne, choć nie w ujęciu oczywistym a parakonsystentnym, gdyż robiąc krok, bądź dwa w tył zyskujemy m.in. szerszą perspektywę, co w przypadku tak rozbudowanego portfolio jak Audiomici ma niebagatelne znaczenie.

Przechodząc do konkretów trzeba wyraźnie zaznaczyć, że Genimedesy od Miamenów odróżnia przede wszystkim sposób, a dokładnie „mechanika”, kreślenia źródeł pozornych. W Miamenach dominowała bowiem dość mocna i zarazem gruba kreska, natomiast w przypadku Genimedesów akcent został postawiony na precyzję i „ostrość” linii opisujących kontury kreowanych postaci i instrumentów. Co ciekawe, nie zaowocowało to osłabieniem ani żywiołowości, ani energetyczności obecnych u starszego rodzeństwa, a jedynie nieco innym potraktowaniem kwestii mikro i makro dynamiki. Dokonano bowiem swoistej volty i szkielet spektaklu muzycznego, na jaki zaprasza nas Audiomica, stanowi mikro dynamika a makro staje się jej dopełnieniem. Weźmy na ten przykład nad wyraz mocno osadzony na basowych fundamentach album „Anastasis” Dead Can Dance, który tym razem potrafił zachwycić wszelakiej maści perkusjonaliami i fenomenalnym oddechem. Nie oznacza to bynajmniej przesunięcia równowagi tonalnej ku górze, lecz raczej większą „zwartość” najniższych składowych przy jednoczesnym wzroście drajwu i motoryki. Jeszcze lepiej słychać to na „The Razors Edge” AC/DC, gdzie nie dość, że nie sposób opanować przytupywania i generalnie wczuwania się w rytm, to doznania w porównaniu do wspomnianych Miamenów są zbliżone do przesiadki z potężnego 6.2l Dodge’a Challengera SRT® Hellcat Redeye do pozornie, przynajmniej przy amerykańskim muskularnym kuzynie, filigranowego, „zaledwie” 3.8l GT-Ra Nismo. Mam nadzieję, iż rozumieją Państwo powyższą analogię? Pozostając na wybitnie wyczynowych pułapach po prostu zmienimy „charakterystykę prowadzenia” dźwięku, gdzie pojęcia lepiej / gorzej ustępują miejsca stwierdzeniu „inaczej”, bądź … „poproszę oba”. To dokładnie ten sam rodzaj dylematu jakby patrząc na kultowe już zdjęcie „The Supers” nieodżałowanego Petera Lindbergha musieć dokonać wyboru pomiędzy Naomi Campbell, Lindą Evangelistą, Tatianą Patitz, Christy Turlington, czy Cindy Crawford. Niby można, tylko … po co.
Nie mniej intrygująco tytułowe głośnikowce wypadają na ortodoksyjnym a przy tym wybornie nagranym i zrealizowanym repertuarze klasycznym. Wystarczy bowiem sięgnąć po „Tartini Secondo Natura” tria Tormod Dalen, Hans Knut Sveen, Sigurd Imsen, by na własne uszy przekonać się jak powinno brzmieć naturalne, „barokowe” instrumentarium, gdzie słodycz w całkowicie oczywisty sposób przeplata się z natywną chropowatością a gęsta średnica z rozwibrowanymi i niemalże wwiercającymi się w synapsy alikwotami. Jednak nawet przy najwyższych składowych gorlickim przewodom udało się zachować organiczną wręcz analogowość, przez co oscylujące na granicy komfortu dźwięki ze względu na łatwość ich asymilacji nie wywoływały grymasu niezadowolenia, lecz co najwyżej wzmagały czujność, czy aby rodzime przewody nie popadną w zbytnią ofensywność. Nie popadały, za to daleko im było do jakichkolwiek, nawet najbardziej subtelnych, prób zaokrąglania, bądź wycofywania wspomnianego podzakresu.
Co ciekawe owe napowietrzenie i w pozytywnym znaczeniu tego słowa „wyczynowość” świetnie sprawdzały się również na mocno komercyjnych nagraniach. Nawet jubileuszowy (24bitowy) „Bad 25th Anniversary” Michaela Jacksona z nieco cykającymi syntezatorami nie sprawił mi zawodu oferując nie tylko świetną separację, lecz przede wszystkim coś, co zwykło określać się mianem „prawdy czasów”, w jakich nagrań dokonano. Zastosowane „cyfrowe” instrumenty brzmią dość dwuwymiarowo i próżno w nich szukać głębi, czy soczystości Hammondów, lecz taki ich urok a Audiomica tego nie osądza a jedynie o owym fakcie informuje, w ramach kontrastu skupiając naszą uwagę na ekspresyjności wokalisty.

Śmiało można uznać, że Genimedes Ultra Reference nie tylko nie przynosi Audiomice ujmy na honorze, co wręcz wydaje się wielce intrygującą alternatywą dla flagowych Miamenów. Po prostu w zależności od subiektywnych preferencji część nabywców woleć będzie hollywoodzki rozmach łapiącej za oko i ucho niczym odpicowany amerykański muscle car serii Consequence a część wybierze „japońską precyzję” Ultra Reference. Oba wybory będą godne pochwały, o ile tylko dokonają ich Państwo świadomie. W dodatku tytułowe przewody są świetnym przykładem na to, że schodząc w dół cennika nie zawsze trzeba liczyć się z kompromisami, gdyż można trafić np. na nieco inny punkt widzenia na muzykę. I właśnie z takim przypadkiem mamy do czynienia tym razem.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM

Opinia 2

Mająca swoje kolejne pięć minut na naszym portalu polska marka Audiomica Laboratory jest jednym z niewielu podmiotów, które swój biznesowy sukces zawdzięcza diametralnie przeciwnym do wielu rodzimych konkurentów biznesowym założeniom. Wiadomym bowiem jest, iż nasz rynek audio mimo sporego potencjału, z racji niewielkiej liczby parających się najwyższą jakością słuchanej muzyki melomanów, nie gwarantuje wieloletniego sukcesu dla nawet najbardziej prężnej działalności zarobkowej. Dlatego też aby zakładające wejście na światowy rynek startowe inwestycje nie okazały się przysłowiowym spaleniem na panewce, właściciel marki zmienił kolejność zdobywanych przyczółków i pierwsze uderzenie skierował na tak zwany zgniły zachód. Jaki był efekt? Ano taki, że od jakiegoś czasu ponad 90 procent oferty jedzie za granicę, co z pewnego rodzaju biznesowym spokojem pozwoliło mu podjąć próbę walki o nas, czyli mieszkających nad Wisłą wielbicieli dobrego brzmienia. Kiedy nastąpił pierwszy atak? Dość dawno. Wystarczy spojrzeć na nasze związane z tym producentem portfolio. Od kabli sieciowych, przez sygnałowe, cyfrowe, po głośnikowe, mieliśmy prawie pełen przekrój oferty z różnych serii. Co zatem tytułowy brand zaproponował w tym podejściu testowym? Zapewniam, że bardzo ciekawe sonicznie okablowanie kolumnowe Genimedes z niemalże topowej serii Ultra Reference, o których pojawienie się na dzisiejszym sparingu zadbał stacjonujący w Gorlicach producent.

Co w przypadku opisywanej marki oznacza przynależność kabli kolumnowych do serii Ultra Reference? Otóż wszelkich wielbicieli kabli mogących pochwalić się monstrualnymi średnicami węży strażackich lekko zasmucę, gdyż w przypadku oferty Audiomici mamy do czynienia ze stosunkowo cienkimi, bardzo łatwo dającymi się formować linkami. Użyty jako przewodnik materiał to zabezpieczona gęstą plecionką przed szkodliwym polem elektromagnetycznym, wysokiej czystości posrebrzana miedź. Kable wykonywane są ręcznie, a każdy przebieg składa się z czterech żył – w stosunku do starej wersji jest to ukłon dla użytkowników bi-wire, na które przypada 140 cieniutkich drucików. Dodatkową ciekawostką jest fakt zaterminowania przewodów wykonanymi własnym sumptem końcówkami. Rzeczone widły i banany wyprodukowano z mosiądzu, na który dwukrotnie galwanicznie nałożono rod, by na koniec osadzić je w niemagnetycznym i antystatycznym tworzywie POM-C AP50. Tak przygotowany produkt ubrano w opalizującą bielą plecionkę i spakowano w wyposażoną w certyfikat oryginalności i okraszony podpisem osoby składającej daną sztukę formularz potwierdzający przebieg procesu produkcji, wyściełane gąbką, z zewnątrz zdobione złotą ornamentyką ciemnobrązowe drewniane pudełko.

Nie przeczę, wpinanie okablowania ze srebrzonej miedzi może nie wywoływało u mnie przedtestowych stanów lekowych, jednak znając temat trudności w opanowaniu częstej krzykliwości tak potraktowanego miedzianego przewodnika w zaawansowanych systemach audio, byłem bardzo ciekawy, jak z tą potencjalną przypadłością poradziła sobie gorlicka Audiomica. Jakież było moje zdziwienie, gdy wszelkie rojące się w mej podświadomości obawy prysły zraz po wydaniu przez system pierwszych dźwięków. Naturalnie przed głębszą oceną dałem całej układance czas w postaci kilku przesłuchanych niezobowiązująco w tle srebrnych krążków, jednak ów rytuał tylko potwierdził zasłyszane na samym początku wstępne obserwacje. Jakie? Ku mojemu zaskoczeniu Genimedes Ultra Reference zagrał bardzo kolorowym, masywnym, a przy tym energetycznym, przy świetnym napowietrzeniu wirtualnej sceny dźwiękiem. Ale natychmiast zaznaczam, owa masa nie czyniła szkód w postaci rozlewania się basu po podłodze, tylko dawała odczucie fajnego podbudowania operujących w dolnych zakresach i na przełomie środka z basem nie tylko instrumentów, ale również wszelkiego rodzaju wokalistyki. To był raczej rodzaj masy balsamującej, aniżeli przesycającej rozgrywające się pomiędzy kolumnami wydarzenia. Naturalnie w stosunku do wartości bezwzględnych wszystko odbywało się przy lekkim pogrubieniu krawędzi rysującej świat muzyki, jednak uspokajam, byłem mile zaskoczony, jak umiejętnie wpisuje się to w estetykę już gęstego grania mojego zestawu. To zaś powodowało, że zdecydowana większość słuchanego podczas sparingu repertuaru z owego dobra korzystała pełnymi garściami. Począwszy od Cassandry Wilson na płycie „Blue Light ‚Til Dawn” – w popisowym pierwszym utworze z intymnym głosem i gitarą w rolach głównych, przez świetne trio Paula Bley’a z Garym Peacock-iem i Paulem Motian-em – z ich solowymi wyczynami na bazie wykorzystywanych instrumentów, po o dziwo folk-metal grupy Percival Shuttenbach „Svantevit” – raczej stawiający na przekaz live, aniżeli ciche słuchanie po północy, każdy ze wspomnianych stylów zawsze wychodził z pojedynku z tarczą. Powód? Po prostu kable z Gorlic oferowały nie tylko solidne pokłady niesionego przez testowane okablowanie nasycenia dźwięku, ale w celach uniknięcia uśredniania przekazu cały czas dbały o odpowiednią energię ich podania. Pewnie nie uwierzycie, ale dzięki temu przy delikatnie zwiększonym nasyceniu system świetnie podkreślał nie tylko pudła rezonansowe gitar, kontrabasu, czy fortepianu lecz także, jak zdążyłem wspomnieć, te znajdujące się w trzewiach wspomnianej jazzowej divy i wściekle przekazującego myśli metalowej grupy frontmana. Jednym słowem aplikacja produktu spod naszej zachodniej granicy w posiadany tor spowodowała często oczekiwane przez miłośników barwy zwiększenie emocji słuchanej muzyki. Było obszerniej w domenie wypełnienia, ale bez znacznych opóźnień czasowych i co bardzo istotne, ze świetnym pokazaniem wszystkiego co działo się w górnej części pasma, jednakże bez przypisanej posrebrzanej miedzi szorstkości, czy nadpobudliwości.
Dla mnie ilość góry w stosunku do niższych zakresów była trafiona w punkt. Ani za mało, ani za dużo, tylko tyle, ile wymagał dany materiał muzyczny. To co, mamy do czynienia z ideałem? To zależy od preferencji słuchacza, bowiem jak napomknąłem, nasz punkt zapalny spotkania niósł ze sobą pewien co prawda w pełni kontrolowany, ale jednak skierowany na dodatkowe body słuchanej muzy sznyt grania. To natomiast powodowało, iż nawet przy świetnie oddanych piskach i nisko schodzących modulacjach dźwięku w produkcjach elektronicznych, czasem potrafiłem zauważyć braki tak często pożądanej przez wielbicieli smagania swoich uszu hałasem, natychmiastowości przejścia po klawiszach od góry do samego dołu pasma. Owszem, system pokazywał to dobitnie, jednak gęstość średnicy nie pozwalając zrobić tego w sposób nieoczekiwany, nieco owo zamierzenie upłynniała. Ale zaznaczam, prawdopodobną przyczyną takiego stanu rzeczy była aplikacja kabli w mojej, już na starcie gęstej konfiguracji, a samo wyłapanie możliwe w bezpośrednim porównaniu z posiadanym na co dzień, bardziej neutralnym kablem Tellurium Q Silver Diamond. Dlatego też stojąc na straży unikania zbytniej dosłowności w odbieraniu moich opinii, mającym w planach samemu zapoznać się z tym modelem okablowania melomanom sugeruję, ten aspekt wziąć w tak zwany cudzysłów. Zapewniam, muzyka elektroniczna nie brzmiała źle, czy ułomnie, tylko nieco inaczej w kwestii przenikliwości. Czy to źle? Nie sądzę. Dlaczego? Otóż za sprawą niesionej w pakiecie aplikacyjnym gęstości dźwięku, system zaskakująco łatwo powodował często spotykane w tym nurcie mini trzęsienia ziemi w moim pokoju, co śmiem twierdzić, iż nie tylko mnie, ale również wielu z Was bardzo przypadłby do gustu. To oczywiście jest ewidentne coś za coś, jednak w tym przypadku nie rozmawiamy o stratach samych w sobie, tylko o przeniesieniu punktu „g” okraszonych kablami z Gorlic systemów.

Czy kabel głośnikowy Audiomica Genimedes Ultra Reference jest dla wszystkich? Śmiem twierdzić, że jak najbardziej. Już u mnie, w nastawionym na muzykalność zestawie wypadał fantastycznie. Na tyle dobrze, że gdybym nie miał dostępu do porównań jeden do jeden z codzienną referencją, po kilku dniach poszedłbym nad tym do porządku dziennego. Owszem szedł w stronę dodatkowego umuzykalniania słuchanych płyt, jednak robił to na tyle kulturalnie, że nie szkodził w już mocno barwnym zestawie, a to świetnie rokuje na dobry występ w innych, często cierpiących na nadmiar lekkości brzmienia systemach. Tak więc patrząc na temat zaleceń z perspektywy potencjalnych zagrożeń, takowych nie widzę. Jedyny problem jaki widzę, jest Wasze przekonanie się do od dawna świetnie odbieranego za granicą producenta kabli Audiomica Laboratory i zaproszenie jego produktu do prób na własnym podwórku. Czy ewentualne odsłuchowe podejście zakończy się sukcesem, nie jestem w stanie w stu procentach zagwarantować, jednak zapewniam, zaskoczycie się, jak ciekawie może zagrać okrzyknięta za ryzykowną posrebrzana miedź jako przewodnik. A to w moim odczuciu jest już wystarczającym bodźcem, aby podjąć przecież będący solą życia audiofila wysiłek testowy.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Producent: Audiomica Laboratory
Cena: 6804 zł/2,5 m + 756 PLN za każdy kolejny metr

Dane techniczne
Przewodniki: Cztery wiązki po 140 drucików ze srebrzonej miedzi OCC
Średnica/przekrój wiązek: 4×1,82 mm / 4×2,62 mm²
Średnica przewodu: ~ 12mm
Ekran: plecionka miedziana o 95% pokryciu
Wtyki: AML-ACP10 Rh (widły/banany)
Mufy antystatyczne: Acoustic Points

Pobierz jako PDF