Opinia 1
Jak wszem wobec wiadomo, w zabawie w słuchanie muzyki z płyty winylowej chciał nie chciał zderzamy się z pewnego rodzaju konglomeratem kilku współpracujących ze sobą podzespołów. Mowa o werku, ogólnie określanym jako gramofon, ramieniu prowadzącym wkładkę i samej wkładce zbierającej oraz przetwarzającej informacje z celowo naszpikowanego górkami i dołkami, do tego gibiącym nią na boki rowka. Jak widać temat jest złożony i jeśli nie chcemy bazować na przygotowanych przez producentów gotowcach – często oferowane są już kompletne tego typu zestawy, trzeba dokonać co najmniej trzech wyborów. Niestety oferta konstrukcji analogowych jest tak duża, że nie tylko początkującemu, ale także wyrobionemu w tych sprawach osobnikowi ów proces często spędza sen z powiek. Powodem jest oczywiście nieznajomość finalnego brzmienia danego podzespołu o finalnym mariażu nie wspominając. I zapewniam, mówię w tym momencie nie tylko o wkładce, ale także ramieniu i samym napędzie, co stosunkowo niedawno podczas decyzji zakupu źródła analogowego niedawno z wielkimi rozterkami przechodziłem. Niestety każda najdrobniejsza zmiana – czy to werku, ramienia, czy wkładki – miała swoje konsekwencje. Jeśli jednak na bazie ostatnich doświadczeń miałbym określić ważność bytu w danym zestawie każdego z podzespołów, choć opinie są różne, powiedziałbym, że przy wielkim udziale każdego z nich największą niewiadomą jest wkładka. To ona czyta sygnał i to od jej zaawansowania technicznego zależy, co dalej będzie przetwarzane. Dlatego też otrzymawszy propozycję przetestowania tego typu produktu, nad podjęciem decyzji rzucenia uchem nie zastanawiałem się nawet przez moment. Takim to sposobem w okowach mojego analogowego lokum dzięki zabiegom katowickiego RCM-u pojawiła się najnowsza wersja rozpoczynającego cennik kartridża MC japońskiej marki Dynavector DV-10XA High Out.
Jak widać na zdjęciach, obudowa najnowszego wcielenia znanej wielu użytkownikom 10-ki Dynavectora jest połączeniem wykończonego w czerni aluminiowego bloku stabilizującego ją w miejscu montażu do ramienia i krwistoczerwonego tworzywa sztucznego obudowy układu magnetycznego, czyli w tym przypadku stałych magnesów i ruchomych cewek. Co różni ją od poprzedniego modelu? Jedną ze zmian jest zastosowanie najnowszego, naturalnie opatentowanego rozwiązania tłumienia strumienia magnetycznego. Aby zapewnić wkładce szansę na oddanie sygnału na sugerowanym poziomie 2.8V zastosowano wydajny magnes neodymowy. W trosce o dobrej jakości sygnał do współpracy z neodymem zaprzęgnięto wykonaną z drutu o zwiększonej średnicy, pracującą w jego polu cewkę o impedancji nieprzekraczającej 150 Ohm. Jeśli chodzi o dane techniczne, pełen zestaw jak zwykle znajdziecie na końcu naszych wywodów, jednak w myślę, że dla wielu oprócz parametrów liczbowych bardzo istotną jest zastosowany w niej szlif diamentu, który producent określa jako Shibata III. Oczywiście jak wszystkie tego typu akcesoria Japończycy pakują w estetyczne opakowania ze skrupulatnym opisem parametrów technicznych, włącznie z wykresem zakresu jej działania.
Jak oceniam najnowszą odsłonę startowego rylca z Japonii? Zanim przejdę do konkretów, najpierw nakreślę ogólną szkołę grania wkładek spod tego znaku towarowego. Nie ma się co oszukiwać, oferta soniczna tej marki jest do bólu wyrazista. Nie próbuje na siłę umilać życia melomana, tylko pokazuje palcem jakość realizacji. Chodzi o to, że nie poszukuje siłowego upłynniania ogólnej prezentacji i w imię źle rozumianej muzykalności ugładzania skrajów pasma, tylko rysuje obraz sceniczny wyrazistą, jednakże nie przy użyciu skalpela, tylko średniej twardości ołówka z klasy H kreską. Jednak wszystkich poszukujących drugiego dna malkontentów natychmiast uspokajam, przy idealnej krawędzi dźwięku dostajemy w pakiecie mocne i w pełni kontrolowane zejście na dole, esencjonalny oraz pełen informacji środek, a wszystko napowietrza zjawiskowo dźwięczna górę. Efekt, a tak naprawdę dwa efekty takiego postawienia sprawy wyglądają następująco. W pierwszym przypadku, jeśli coś z portfolio tytułowego producenta zainstalujemy w nazbyt oszczędnym w płynność systemie – zaznaczam, że neutralny set bez problemu przechodzi nad tym do porządku dziennego, ogólna prezentacja będzie mocno techniczna. Jednak nie będzie to problem jako taki samej wkładki, tylko brak wiedzy osobnika ją instalującego jak skonfigurował system. Jeśli chodzi o drugi przypadek, może nie, że niestety, ale z jakiś powodów wielu z nas lubi bardzo bajkowy dźwięk w stylu świata mlekiem i miodem płynącego, na co w przypadku konstrukcji naszego bohatera szanse są praktycznie zerowe. Jednak to kolejny raz będzie wynik niezależny od wkładki, tylko tym razem do bólu subiektywnych oczekiwań beneficjanta muzyki z czarnej płyty. Reasumując powyższy obraz brzmienia oferty Dynavectora, marka stawia na drive i dobrze rozumianą agresję, a jakość i wyrafinowanie rośnie stopniowo wraz ze wspinaniem się po drabince cenowej kolejnych modeli w jej portfolio. Gdy ogólny rys dokonań marki mamy za sobą, chyba nikt nie będzie zdziwiony, gdy oznajmię, iż tytułowa DV-10XA szła wyznaczoną przez pomysłodawcę całej serii drogą. Założenie jej na ramię Safir 9 gramofonu Kuzma XL DC pokazało, jak powinien wyglądać świat muzyki bez zbytecznego upiększania. Dostałem mocny atak solidnym wypełnieniem basu i środkiem pasma, co zjawiskowo jedynie podkreślały, a nie przerysowywały, powtarzam, nie przerysowywały górne rejestry. Dlaczego podwójnym określeniem pracy górnego zakresu zwróciłem na niego szczególną uwagę? Otóż to najważniejsza słyszalna zmiana w brzmieniu tego modelu w odniesieniu do jego protoplasty. Wcześniejsze wcielenie na tle dzisiaj opisywanego 10XA było nieco mniej kulturalne. W ogólnej prezentacji podobne, jednakże gdybym miał nieco przerysować ocenę tamtej prezentacji, powiedziałbym, że była lekko kwadratowa. Naturalnie zgodna z wytycznymi marki, ale nieco surowa. Obecna odsłona zaś to od pierwszych chwil słyszalna większa kultura podania muzyki. Tylko spokojnie, to nadal nie jest ani zbyt ciepłe, ani kluchowate granie. Raczej minimalnie ukulturalnione i przy okazji bardziej wyrafinowane, co z jednej strony nadal pokazywało wszystkie składowe nawet przypadkowo powołanego do życia przez muzyka dźwięku – atak, narastanie energii oraz wygaszanie impulsu, a z drugiej dzięki eliminacji zniekształceń pozwalało podnieść poziom wolumenu słuchanej muzyki bez konsekwencji spowodowanego powoływaniem do życia niechcianych artefaktów bólu uszu. Niby do finalnej estetyki pracy wprowadzono drobne zmiany, a jak przekonałem się na własne uszy, przyniosło to bardzo wiele dobrego – dla mnie na szczególne uznanie zasługuje możliwość głośniejszego słuchania muzyki. Zmiany wypadły na tyle obiecująco, że nawet wspominani za samym początku właściciele dość szczupłych sonicznie systemów w moim odczuciu mają spore szanse znaleźć z nową 10-ką nić porozumienia. Czy na lata nie wiem, ale z pewnością zauważą, że zmiany nie tylko są, ale do tego w dużym pakiecie in plus. Na tyle in plus i to dla pełnego spektrum odbiorców, że gdy wcześniej podstawowy Dynavector był raczej kojarzony z odtwarzaniem mocnego i nieobliczalnego w odniesieniu do poziomu ekspresji rocka, to obecnie znakomicie wypadał także spokojny jazz, muzyka sakralna i poważna. Taka uniwersalność to oczywiście pokłosie nadania brzmieniu wkładki szczypty gładkości. Ale jedynie szczypty, gdyż to nadal jest – bo taki był zamysł – w dobrym znaczeniu tego słowa diabeł w owczej skórze. W mocnym graniu pokazuje istotne dla jej DNA akcenty w stylu skoków dynamiki i nagłych zmian tempa, zaś w romantycznym pozwala napawać się trwającą w nieskończoność, pojedynczą, idealnie zwieszoną i wyciętą z czarnego tła rozwibrowaną nutą. Zapewniam, zrealizowanie zadowolenia tych dwóch obozów słuchaczy nie jest takie łatwe, gdyż trzeba znaleźć przysłowiowy punkt „G” prezentacji, która będzie dostatecznie wyrazista, ale nie przekroczy cienkiej linii nadmiernej agresji. I muszę powiedzieć, że to w przypadku testowanego dziś nowego modelu wkładki DV-10XA znakomicie się udało.
Gdzie widziałbym tytułową Japonkę? Jak wspominałem, wszędzie tam, gdzie tak jak ja lubicie wyraziste podanie muzyki. Będzie się działo, jednak na tyle wyrafinowanie, że ostre brzmienia bez popadania w anemię zostaną delikatnie zasilone nutką gładkości, a muzyka dla romantyka bez utraty intymności pokaże feerię wcześniej gubionych przez zbyt „milusie” wkładki, bardzo istotnych w dotarciu do jej sedna niuansów z zakresu mikrodynamiki. A co z resztą populacji analogowej braci? O tym też pisałem. Zmiany wprowadzone w nowym modelu 10-ki są na tyle interesujące, że nie widzę najmniejszego problemu prób przez piewców przyjemnego grania. Jednak zaznaczam przyjemnego, a nie nadmiernie polukrowanego, bo to dla Dynavectora zło w najczystszej postaci. Ekstremiści w tym aspekcie swojego dźwięku muszą niestety szukać gdzie indziej.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Opinia 2
Jak doskonale Państwo wiecie w naszym redakcyjnym duecie to Jacek jest od analogu a ja zdecydowanie swobodniej czuję się w cyfrze. Niemniej jednak co nieco związanego z 12″ plackami w życiu miałem, słuchałem i testowałem, więc jakieś, zdobyte w ramach czysto empirycznych doświadczeń, pojęcie posiadam. Ponadto jako były użytkownik dwie generacje starszego od naszego dzisiejszego gościa modelu DV-10X5 (zawieszonego wtenczas na zestawie Kuzma Stabi S + Stogi) uczciwie muszę przyznać, iż w momencie, znaczy się w 2018 r., kiedy światło dzienne ujrzała inkarnacja 10X5 MkII jakoś niespecjalnie byłem zainteresowany przesiadką na odświeżoną wersję. Nie dość bowiem, że aparycję miała praktycznie bliźniaczą do mojego rylca, to i większość szczęśliwców, którym dane było dokonać bezpośredniego sparringu ewentualny, wynikający z przesiadki progres oceniała na poziomie „kosmetycznego”. Tzn. jeśli ktoś dopiero chciał zasmakować japońskich specjałów to jak najbardziej wskazanym był wybór najświeższej odsłony, jednak jeśli ktoś, tak jak ja wtedy, już 10-ką (nawet starszą) dysponował, to logicznym było, że zamiast drobić jak gejsza powinien raczej celować w 20-kę. Czas jednak płynie nieubłaganie, zmieniają się priorytety w ewolucji posiadanego systemu, więc i u mnie tor analogowy z racji nader sporadycznej i czysto okazjonalnej aktywności uległ pewnemu uproszczeniu, czyli miejsce modułowej słoweńskiej „zemsty hydraulika” zajął zamknięty w jednej, monolitycznej bryle, uzbrojony w firmowego klasyka, czyli DL-103R Denon DP-3000NE. I choć teoretycznie nie da się dwa razy wejść do tej samej wody, to za namową ekipy katowickiego RCM-u postanowiłem jednak odkurzyć swoje analogowe źródło i na własne uszy przekonać się, co może nie tyle piszczy w trawie, lecz cóż takiego upichcili japońscy mistrzowie kuchni wprowadzając do swego menu najnowszą i podobno gruntownie przeprojektowaną podstawową wkładkę MC Dynavector DV 10XA. Gwoli wyjaśnienia dodam tylko, iż na testy dotarła jej wysokopoziomowa wersja (H).
Jak nawet gołym okiem widać korpus DV 10XA wykonano z transparentnego, czerwonego plastiku zespolonego z masywnym aluminiowym blokiem montażowym z nagwintowanymi otworami umożliwiającymi jego montaż na headshellu. Z aluminium wykonano również rurkę wspornika igły Shibata typu III. Jak już zdążyłem we wstępniaku nadmienić dostarczony na testy egzemplarz był wysokopoziomową wersją 10-ki a więc oferował 2,8mV na wyjściu, przez co z powodzeniem można o nim myśleć nawet dysponując jedynie przedwzmacniaczem gramofonowym dedykowanym wkładkom MM. W ofercie nie zabrakło również wersji niskopoziomowej o napięciu 0,5mV, gdzie bez porządnego step-upa (vide Zikra bądź Thrax) bądź zdolnego wzmocnić takowy sygnał phonostage’a MC się nie obędzie.
A teraz najwyższa pora na nieco audiofilskiej metalurgii, bowiem Dynavector w swych materiałach promocyjnych chwali się opatentowaną technologią „Special Magnetic Annealing” jakiej używa podczas produkcji stanowiącego rdzeń tytułowej wkładki obwodu magnetycznego. I proszę mi wierzyć, że nie ma w tym nawet grama audio-voodoo, czy innej czarnej, bądź białej magii, lecz czysta inżynierska wiedza. Chodzi bowiem o to, iż na drodze wyżarzania, czyli określonej liczby cykli niezwykle precyzyjnego stopniowego schładzania metalu po jego podgrzaniu w ściśle kontrolowanej osłonie gazowej żelaznego rdzenia nie tylko „odwraca się”/eliminuje się mikroskopijne uszkodzenia w strukturze krystalicznej powstające podczas standardowego procesu produkcyjnego żelaznych elementów. W efekcie poprawie ulegają przepuszczalność i siła koercji (odporności materiału na rozmagnesowanie) a tym samym wydajność całego układu magnetycznego. Ponadto uzbrojoną w neodymowe magnesy najnowszą odsłonę 10-ki dopieszczono redukującą zniekształcenia technologią „Softened Magnet”, czyli de facto zaimplementowano znany ze szlachetniej urodzonych modeli XX-2A i 20X-2A eliminujący fluktuację strumienia magnetycznego tłumik.
Skoro swój system, a więc i gramofon komponuje tak, by wszelakiej maści krzyki i wrzaski suto okraszone ognistymi riffami i perkusyjnymi kanonadami brzmiały odpowiednio krwiście i apokaliptycznie, zatem nikogo nie powinien dziwić fakt, iż przygodę na najnowszą odsłoną 10-ki rozpocząłem od radosnego i skocznego „Hardwired…To Self-Destruct” Metallici, gdzie dzieje się dużo, mocno i szybko a po loudnessowej wtopie z „Death Magnetic” nie zostało nawet śladu. Dzięki temu bezlitośnie smagane przez Larsa Urlicha blachy wreszcie mają szansę prawidłowo – adekwatnie do własnych średnic i wagi wybrzmieć a nie li tylko cykać, jakby ktoś sklecił je ze zdjętych pod koniec minionego tysiąclecia z butelek po (niech będzie, że tłustym) mleku kapsli. Góra jest ekspresyjna, skrząca się bezlikiem ognistych refleksów i daleka od asekuracyjnego zaokrąglenia, lecz na tle posiadanej przeze mnie kiedyś protoplastki wyraźnie bardziej rozdzielcza i wyrafinowana. Coś jakby ktoś w Dynavectorze uznał, że czasy, kiedy spontanicznością można rekompensować pewną „kwadratowość” dźwięku minęły i najwyższy czas, by zaproponować swoim odbiorom „danie z wyższej półki”. I tak właśnie zaobserwowaną ewolucję 10-ki odbieram. I choć „starą” bardzo ciepło wspominam, bo miała wielkie serducho do grania i właśnie ową spontanicznością mnie urzekła, to DV-10XA pokazuje, że nie tracąc nic a nic z „fun-u” i wygaru można wspomnianą kanciastość przekuć w realną rozdzielczość wydawać by się mogło nieosiągalna na tych pułapach cenowych. Idąc dalej od razu uprzedzam, iż cudów nijakich nie doświadczyłem, więc wokal Hetfielda nijak jedwabistości Michaela Bublé nie przypomina, a jego partie gitarowe też „santanowską” słodyczą nie porażają, czyli mówiąc wprost japońska wkładka trzymając się faktów twardo stąpa po ziemi. A właśnie, co do twardości, to reprezentowany przez partie basu i gary + stopę perkusji dół pasma prowadzony jest wprost wyśmienicie zachowując idealną równowagę pomiędzy krwistością a chrupkością poszczególnych uderzeń. Konturu miały właściwą sobie twardość, co bynajmniej nie przeszkadzało w zachowaniu pełnej energii impulsywnym kopnięciom.
Jeśli dla kogoś „Meta” to zbyt nisko zawieszona poprzeczko, to nie ma sprawy. Na talerzu „Danonka” ląduje „Das Seelenbrechen” Ihsahn, czyli iście morderczy mariaż ciężkich brzmień z nie mniej mroczną elektroniką w formie, jak to ktoś (Konrad Sebastian Morawski) / gdzieś (Magazyn Gitarzysta) / kiedyś ( 2013-11-15 / dostęp 2025-10-10) trafnie ujął „nieusystematyzowanych struktur muzycznych”. Ot coś w stylu spontanicznej kooperacji Maestro Pendereckiego z Behemothem, czyli oprócz agresji i wgniatających w fotel iście epickich spiętrzeń dźwięków dostajemy dalekie od oczywistości progresywnie pogmatwane linie (a)melodyczne i problematyczną dla większości systemów, słuchaczy litościwie pominę, wieloplanowa złożoność. A Dynavector nie dość, że w ten muzyczny galimatias wchodzi jak w mało, to w czasie rzeczywistym zaprowadza tam iście matematyczny porządek i bynajmniej nie parakonsystentną logike. Wszystko się łączy w jedną całość, słuchacz dostaje podany na srebrnej tacy klucz umożliwiający rozszyfrowanie stanowiącego do tej pory istny węzeł gordyjski kodu a sam materiał zamiast odpychać swą brutalnością wciąga bardziej aniżeli chodzenie po bagnach. I jeszcze ta rozdzielczość basu, gdzie nic nie dudni i się nie zlewa, a jednocześnie nie wykazuje tendencji do anoreksji, czy anemii.
A jak z wielką symfoniką? Cóż, sprawę ujmę tak. Jeśli nie wiecie Państwo czego spodziewać się po otwierającym „Star Wars: The Force Awakens” Johna Williamsa temacie głównym, to dla własnego dobra lepiej odsłuch rozpocznijcie na nieco niższej aniżeli zazwyczaj głośności, bo DV 10XA ani myśli w jakikolwiek sposób limitować energii i dynamiki orkiestrowego tutti. Dostajemy zatem potężną dawkę dźwięku w pełni adekwatną liczebności aparatu wykonawczego przy jednoczesnym zachowaniu wzorowego porządku względem tak rozmieszczenia poszczególnych sekcji instrumentów, jak i gradacji planów. Ponadto japońskiej wkładce udało się oddać jakże niezbędny przy takich „wykonach” oddech i powietrze otaczające muzyków nie tylko w wymiarze poziomym, lecz również i pionowym, więc nawet na stricte koncertowych poziomach głośności nie musimy się obawiać efektu „szklanego sufitu”.
Niejako na deser zostawiłem sygnowaną przez Juliana „Cannonball” Adderley’ego „Somethin’ Else”, na której tak naprawdę dopiero wychodzi nie tyle szydło z worka, co genialność tytułowej wkładki pod względem zdolności różnicowania barw i konsystencji dźwięków. Z nią na pokładzie, a raczej na gramofonowym ramieniu nie sposób nie zachwycić się geniuszem kompozytorsko wykonawczym uczestników sesji stanowiącej zawartość ww. krążka, lecz również nie być pod wrażeniem pietyzmu a zarazem naturalności z jaką oddane są bryły i sygnatury brzmieniowe poszczególnych instrumentów. Wspólne partie saksofonu Cannonballa z trąbka Milesa to absolutny top, jednak Dynavector z podobną naturalnością wskazuje na taką samą maestrię sekcji rytmicznej (Art Blakey + Sam Jones) czy taktownym akompaniamencie fortepianu Hanka Jonesa. I tu nie sposób nie wspomnieć, iż o ile wcześniej komplementowałem 10-kę za nieskrępowaną dynamikę w skali makro, to tu podobne ochy i achy należą się jej za mistrzowskie operowanie mikrodynamiką.
Jak widać na załączonym obrazku, jeśli tylko się chce i wie jak, to nawet na wydawać by się mogło niemalże budżetowym pułapie cenowy można zaproponować miłośnikom wysokiej jakości dźwięku wielce atrakcyjna wkładkę. Dynavector DV 10XA-H udowadnia bowiem, że pomimo otwierania japońskiego katalogu nie tylko nie ma absolutnie żadnych powodów do tego by się wstydzić, co mając w swych trzewiach co nieco ze starszego rodzeństwa śmiało może stawać w szranki ze zdecydowanie droższą konkurencją. A kwestię tego, czy jest to poziom zaawansowanego Hi-Fi, czy już przedsionek High-Endu pozostawię indywidualnej ocenie jego nabywców. Dla mnie osobiście możliwość jego testów okazała się wysoce satysfakcjonująco spędzonym czasem i tak na dobrą sprawę jeśli ktoś nie czuje potrzeby intensywniejszego drenażu domowego budżetu na bardziej zaawansowane konstrukcje, to śmiem twierdzić, że zawieszenie tytułowej 10-ki na gramofonach z pułapu 20-50kPLN w żadnym wypadku nikomu ujmy na honorze nie przyniesie.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; Furutech Nanoflux Power NCF; 2 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + WK Audio TheRed Power
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Dystrybucja: RCM
Producent: Dynavector
Cena: 2 990 PLN
Dane techniczne
Napięcie wyjściowe: 2,8mV / 0,5mV (1kHz, 5cm/s)
Separacja kanałów: 25 dB (1kHz)
Pasmo przenoszenia: 20 – 20 000 Hz (± 2dB)
Podatność: 12 x 10^-6 cm/dyn
Nacisk: 1,8 – 2,2 g
Impedancja wewnętrzna: 150 / 32 Ω
Impedancja obciążenia: 1kΩ / > 100Ω
Wspornik: utwardzany aluminiowy
Igła: „Shibata III”
Masa wkładki: 7,5 g