1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. Lumin U2 Mini

Lumin U2 Mini

Link do zapowiedzi: LUMIN U2 Mini

Opinia 1

Kiedy blisko cztery lata temu, czyli w październiku 2018 r. recenzowaliśmy Lumina U1 Mini jego cena wynosiła 9 590 PLN. Co ciekawe dokładnie tyle samo trzeba było za niego zapłacić jeszcze w tym roku a to już bardzo dobrze świadczy nie tylko o samym producencie, co i lokalnej dystrybucji, gdyż lockdownowo-covidowe zawirowania, problemy natury logistycznej, dramatyczne braki podzespołów, etc. przyzwyczaiły nas do tego, że wraz z każdą kolejną dostawą interesujących nas urządzeń pojawiały się „aktualizacje” cenników. Wspominam o tym już na wstępie nie bez przyczyny, gdyż wszyscy doskonale widzimy co dzieje się na rynku, z resztą nie tylko audio, a istna galopada cen jasno daje do zrozumienia, że tanio, to już niestety było. Dlatego też, gdy wiosną zaczęły docierać do nas informacje o odświeżeniu hongkońskiego portfolio i zastąpieniu małej U1-ki jej uwspółcześnioną inkarnacją – U2 niejako z automatu zaczęliśmy zachodzić w głowę jak bardzo ewentualny upgrade – przesiadka na transport nowej generacji akolitów marki zaboli. Tymczasem, gdy tylko pierwsze egzemplarze U2 Mini dotarły nad Wisłę okazało się, że strach ma wielkie oczy i zamiast spodziewanego leczenia kanałowego Lumin serwuje nam co najwyżej usunięcie płytki nazębnej winszując sobie za swój najnowszy transport wielce akceptowalne … 10 990 PLN.

Pod względem aparycji U2 Mini zauważalnie „wyładniał” i to nie tylko w czarnej anodzie, która, przynajmniej na moje astygmatyczne oko, zawsze prezentowała się lepiej, lecz również naturalnej – srebrnej (surowego aluminium). Jest to zasługa zmiany sposobu wykończenia frontu, który zamiast szczotkowania uzyskał, wzorem P1-ki jedwabistą satynowość, co nie tylko poprawiło jego estetykę, co ułatwiło jego czyszczenie (już tak nie zbiera materiału daktyloskopowego). Jednak sam projekt plastyczny oraz gabaryty pozostały bez zmian. Ścianę przednią z grubego płata aluminium zdobi jedynie centralnie umieszczony niewielki trzywierszowy czarno-niebeski wyświetlacz (o trzech poziomach jaskrawości i możliwości całkowitego wygaszenia), pod którym nadrukowano dyskretny firmowy logotyp. Korpus wykonano z solidnego giętego profilu aluminiowego, który niczym rękaw nasuwa się na podstawę urządzenia. Z kolei na schowanych pod charakterystycznym, znanym z poprzednika „daszkiem” plecach niby wszystko jest po staremu, choć czujne oko powinno zauważyć pewien drobiazg. Zanim jednak do niego dojdziemy wylistujmy, to co stanowi swoisty constans, czyli dostępne interfejsy sygnałowe. Patrząc od lewej szczęśliwi nabywcy otrzymują wyjścia AES/EBU, koaksjalne BNC i RCA, optyczne, dwa USB (pod które z powodzeniem można podpiąć pamięci masowe) i port Ethernet. Natomiast nie tyle novum, co znacznie poprawiającą ergonomię modyfikacją jest obrócenie gniazda zasilającego o 180°. Co to ułatwia? Całkiem sporo. Okazuje się bowiem, że choć przy recenzowaniu U1 Mini szczerze cieszyłem się, że jego konstruktorzy nie poszli obraną wtenczas przez Szkotów z Linna drogą praktycznie uniemożliwiającą aplikację innych, aniżeli płaskich wtyków zasilających, dzięki czemu pod tylny wykusz konfekcja w stylu Furutechów FI-28R jeszcze się mieściła, to z biegiem lat okazało się, że już 48-ek, bądź 50-ek raczej tam nie wsmykniemy. A dzięki wspomnianej, zwiększającej prześwit między gniazdem a krawędzią górną nawisu o komorę bezpiecznika, rotacji a i owszem, w dodatku bez obaw o porysowanie audiofilskiej biżuterii. Niby drobiazg a cieszy.
Kolejnym drobiazgiem, jest coś, czego na pierwszy rzut oka nie widać, czyli materiał, jakim podklejono antywibracyjne aluminiowe nóżki. O ile bowiem w U1 była to karbowana guma, to tym razem producent zdecydował się na rodzaj miękkiego filcu/sukna, co z jednej strony znacznie skuteczniej zapobiega ewentualnym uszkodzeniom (o skali niewielkich śladów i mikro-rysek) powierzchni, na jakich stawiamy transport, lecz z drugiej utraciliśmy ich właściwości samohamowne. Czyli tam, gdzie U1 stał jak przyklejony, tam – w identycznych warunkach U2 zaczyna „ślizgać” się jak Katarina Witt w Calgary. Oczywiście pozwalam sobie w tym momencie na delikatną hiperbolę, lecz przykładowo Furutech FP-3TS762 na U1-ce nie robił najmniejszego wrażenia a U2-kę na dzień dobry obrócił o niemalże 90°. Szybkie śledztwo wykazało również, że pewne znaczenie może mieć fakt, iż nowa inkarnacja jest o 0,5 kg lżejsza od swojego protoplasty, co summa summarum może ową chęć do pląsów intensyfikować. Całe szczęście na co dzień transport stoi u mnie dociążony 1270 g stalowym odbojnikiem do drzwi Livarno (budżetowy substytut Eliminatora Thixara), więc ww. zjawisko śmiało mogę uznać za niebyłe, choć warte wspomnienia, dla wszystkich tych, którzy takowego balastu nie stosują.

W trzewiach uwagę zwraca nie tylko zmiana kolorystyki laminatu z głębokiego błękitu na czerń, co kompletnie nowa topologia. Przede wszystkim o ile wcześniej sekcja ze stanowiącym serce urządzenia procesorem była na płycie głównej jedynie osłoniona przed wzrokiem ciekawskich przewymiarowanym aluminiowym radiatorem, to w obecnej inkarnacji została ona nie tylko zaktualizowana – zaimplementowano mocniejszy procesor, co relegowana na własną płytkę drukowaną, którą z kolei umieszczono nad płytą główną a sam radiator został dopasowany do gabarytów chłodzonej kości. Zmiany dotknęły również sekcję głównego zegara – teraz pracują w nim cztery osobne master-clocki. W rezultacie o ile U1 Mini swoją pracę w zakresie resamplingu kończył na DSD128, to już U2 zdolny jest upsamplować dowolny sygnał cyfrowy do DSD256. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie natywnego odtwarzania DSD512 o ile tylko spięty z transportem Lumina DAC z takimi częstotliwościami sygnału sobie poradzi a nam takie pliki uda się zdobyć. Nie zabrakło również pełnej zgodności z MQA. Widoczna na płycie głównej kolejna duża kość, czyli układ FPGA Altera Cyclone IV co prawda nie został fizycznie zmieniony, lecz zapisany w nim kod uległ pełnemu dostosowaniu do nowej architektury i możliwości nowej platformy.
Do wyjaśnienia pozostała kwestia delikatnej redukcji wagi, za którą, zgodnie z zapewnieniami producenta stoi przeprojektowanie samej obudowy, oraz nóżek, o których już zdążyłem wspomnieć, a które w U2-ce pochodzą od nowego poddostawcy.

Skoro kwestie walorów estetycznych i zagadnienia budowy wewnętrznej mamy z grubsza omówione najwyższa pora na wzięcie pod lupę brzmienia naszego bohatera. Jest to o tyle istotne, że ograniczając się do stricte kosmetycznych różnic w wyglądzie i zdecydowanie poważniejszego przeprojektowania trzewi, snując przypuszczenia co do ewentualnych zmian brzmienia można byłoby asekuracyjnie stwierdzić, że na dwoje babka wróżyła. Czyli albo producent zdecydował się zaoferować stare brzmienie w nowym wdzianku, bądź zupełnie nową odsłonę tego, do czego zdążył przez ostatnie lata przyzwyczaić swoich odbiorców, gdyż o ile do zintegrowanych streamerów Lumina przylgnęła łatka ponadprzeciętnie muzykalnych i zarazem gęstych źródeł, to już ich pozbawione sekcji analogowej transporty, czyli U1 i U1 Mini grały i co warte podkreślenia nadal grają zdecydowanie bardziej rozdzielczo i transparentnie, ewentualne modelowanie dźwięku pozostawiając przetwornikom. Przesiadając się zatem z używanego przez ostatnie lata U1 Mini byłem szalenie ciekaw, cóż tym razem zaoferuje ekipa z Hong Kongu i … I psując nieco niespodziankę oraz niwecząc spodziewane budowanie napięcia niczym w thrillerach Hickocka śmiem twierdzić, że U2 Mini to zupełnie nowe rozdanie i nowa generacja cyfrowych transportów w ofercie Lumina. Z jednej strony mamy bowiem dość oczywistą, stricte natywną, posługując się nieco lapidarnym określeniem, muzykalność a z drugiej aspekt rozdzielczości i napowietrzenia sceny reprezentuje porażająco wyższy pułap. O skali progresu w stosunku do protoplasty niech najlepiej świadczy fakt, iż gdy z głośników popłynęły pierwsze dźwięki „Tomba sonora” Stemmeklang i Kristin Bolstad byłem w stanie przysiąc, że zapomniałem po testach wypiąć z toru APEX-a … dCSa, gdyż takiego przyrostu wolumenu informacji i rozbudowy głębi sceny po U2-ce po prostu się nie spodziewałem. Mówiąc bez ogródek, to nie jest ten pułap cenowy i podobnych wrażeń można by oczekiwać po przynajmniej dwukrotnie droższym Auralicu Aries G2.1. Aura pogłosowa i samo wygasanie poszczególnych dźwięków okazały się klasą samą w sobie a progres dorównywał przesiadce z moich, bądź co bądź świetnych, dyżurnych Acrolinków 7N-A2070 Leggenda na ostatnio recenzowane stricte ultra high-endowe Hemingway Z-core Σ.
Równie euforyczne notatki poczyniłem w trakcie odsłuchu mocno niepokojącego soundtracku „She Will” autorstwa Clinta Mansella gdzie ściana za kolumnami uległa absolutnej dematerializacji a pędzący dotąd w szaleńczym tempie czas przestał mieć jakiekolwiek znaczenie. Co ciekawe progres dotyczył również definicji źródeł pozornych, które z U2-ki stały się nie tyle bardziej wykonturowane i kreślone wyraźniejsza kreską, co po prostu bardziej realne i namacalne. Może i na papierze to niewielka różnica, jednak na tzw. ucho okazuje się tą z gatunku fundamentalnych i definiujących odbiór. Nagle bowiem przestajemy zastanawiać się, czy to, co słyszymy jest dalsze, bądź bliższe naszym wyobrażeniom jak powinno brzmieć, gdyż właśnie to, co do naszych uszu dociera jest w pełni zgodne ze znanym z realnego świata wzorcem.
Zmiana repertuaru na progresywno – stonerowy „Moonsoon” rodzimej (wodzisławskiej) formacji Gallileous a następnie sięgający jeszcze potężniejszych brzmień album „Przeklęty” Radogosta jasnym stało się, że tego typu komplikacje są niczym innym jak wodą na młyn tytułowego transportu, który bez najmniejszej zadyszki był w stanie oddać zarówno uderzenia podwójnej stopy, niszczycielskie blasty, jak i pierwotnie dziką agresję gitarowych riffów. I to bez krztyny tak złagodzenia na drodze obniżenia równowagi tonalnej i wycofania góry, jak i prób wyostrzenia poprzez odchudzenie przekazu i podbicie analityczności. Dostajemy dzięki temu dokładnie to, co zostało zapisane w materiale źródłowym – bez interpretacji i autorskich wariacji, czy też dominującej „firmowej” sygnatury. Jeśli ktoś liczy na jakiekolwiek czary i tzw. „magię”, szczególnie z kiepsko zrealizowanych nagrań, to bardzo mi przykro, ale na pewno nie pod tym adresem. Powiem nawet więcej – już U1-ka była pod tym względem bardziej nie tyle litościwa, co humanitarna, gdyż z racji niższej rozdzielczości przymykała oko na pewne mankamenty natury technicznej, których na U2-ce ukryć już nie sposób. Proszę mnie tylko dobrze zrozumieć U2 Mini nie piętnuje i nie epatuje czy to błędami realizacyjnymi, czy też mankamentami warsztatowymi samych wykonawców, lecz słysząc je lepiej i wyraźniej z U2-ki sami dochodzimy do wniosku, że na niektórych krążkach komuś rzeczywiście nie chciało się przyłożyć i przyszedł do pracy a nie pracować. Tylko tyle i aż tyle.
Jeśli jednak chcielibyśmy oszczędzić sobie przykrych niespodzianek, to zawsze możemy pozostać w kręgu jazzu i klasyki, gdyż zarówno „We Get Requests” Oscar Peterson Trio, gdzie „Maharadży fortepianu” towarzyszą Ray Brown na kontrabasie i Ed Thigpen na perkusji, jak i „Holst: The Planets – World Premiere Recording of Asteroids” w wykonaniu Berliner Philharmoniker pod batutą Sir Simona Rattle nijakich anomalii same w sobie nie kryją. Za to wręcz obezwładniająca na powyższych albumach jest zdolność tytułowego transportu do oddania nie tylko iście dramatycznych różnic w głośności pomiędzy najcichszymi, jak i najgłośniejszymi fragmentami (Holst), jak i mikrodynamiki (Peterson). Co prawda skala owych zjawisk jest zauważalnie mniejsza aniżeli po przesiadce z Mephisto na Apexa w systemie Jacka, niemniej jednak to właśnie o takie, pozorne niuanse w tej zabawie chodzi. Proszę tylko zwrócić uwagę na długość i bogactwo wybrzmień blach Thigpena – one nie są „głuche” i jednowymiarowe – na Luminie doskonale słychać ich złożoność i naturalne, powolne wygasanie, o ile tylko nie zostaną w ramach określonej frazy mechanicznie „zgaszone”.

Dość jednak tych ochów i achów. W związku z tym, zamiast kolejnej porcji superlatyw najwyższa pora na jakieś mniej więcej wyważone, acz wybitnie, jak to u nas bywa, subiektywne podsumowanie. Otóż, o ile pod względem aparycji zmiany w porównaniu do protoplasty są niewielkie, lecz nie dość, że miłe oku, to poprawiające, z małym wyjątkiem (vide podklejenie nóżek), ergonomię, to już pod względem brzmieniowym mamy do czynienia z progresem nie o jeden, lecz co najmniej dwa stopnie. Nie twierdzę jednak, że Lumin U2 Mini jest najlepszym cyfrowym transportem, jaki ludzkość widziała i słyszała, lecz śmiało mogę założyć, że nie tylko do oczekiwanych za niego przy kasie ok. 11 kPLN lecz i lekko licząc do przynajmniej dwukrotności wspomnianej kwoty śmiało może startować w szranki z wystawianymi przez konkurencję urządzeniami.
A jeśli chodzi o mnie, to choć od dłuższego czasu rękami i nogami bronię się przed modyfikacjami prywatnego systemu, to w tym wypadku skazany byłem na sromotną porażkę i bezwarunkową kapitulację. Krótko mówiąc dostarczony przez wrocławskie Audio Atelier testowy egzemplarz idzie dalej w świat, a w tzw. międzyczasie zdążyłem złożyć zamówienie na swoją prywatną sztukę, równolegle szukając w odmętach domowych szaf kartonu po do tej pory dzielnie się broniącej U1-ce. Trzeba bowiem wyraźnie zaznaczyć, iż U2 Mini jest znacznie lepszy od swojego protoplasty, nic przy tym U1-ce nie ujmując, a jednocześnie pomijalnie droższy. Skoro więc można mieć wyższej klasy źródło za praktycznie taką samą kwotę, co generację starszy model, to trudno z takiej okazji nie skorzystać.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VM

Opinia 2

Być może się zdziwicie, ale jestem zdania, że nieubłaganie mijający czas w pewien sposób jest dla nas – melomanów swoistym zbawieniem. Chodzi oczywiście o korzyść ze znanej wszystkim zasady, że jeśli ktoś stoi w miejscu, z uwagi na szybki postęp technologii tak naprawdę się cofa. To jest karma długotrwałego bytu na rynku dosłownie każdego rodzaju działalności gospodarczej, dlatego też nie dziwi fakt, że co jakiś czas nawet najbardziej dopracowane konstrukcje mają swoich następców. I nie ma znaczenia, czy rozprawiamy o branży samochodowej, militarnej, czy interesującej nas audio, bowiem wszyscy jak jeden mąż nie chcąc wypaść z rynku konsekwentnie udoskonalają swoje portfolio. I z takim przykładem zmierzymy się dzisiaj. A będzie to następca niewątpliwie kultowego streamera Lumin U1 Mini, którego stosunkowo niedawno zastąpił dostarczony do naszej redakcji przez wrocławskiego dystrybutora Audio Atelier model Lumin Mini tym razem oznaczony sygnaturą U2. Zaskoczeni, że coś przez wielu użytkowników uważanego za znakomite odchodzi w niepamięć? Niestety jak wspomniałem, to standard. Standard na zapoznanie się z oceną zaistnienia którego, czy okazał się progresem, czy jedynie skokiem w bok, zapraszam do kilku poniższych akapitów.

Tytułowy streamer spod znaku Lumina swoimi gabarytami nie odbiega od aparycji swojego protoplasty i tak jak widoczny na pierwszych sześciu zdjęciach U1 jest niewielkim urządzeniem z wykonanym z grubego płata aluminium frontem. Frontem, w centrum którego znajdziemy jedynie prostokątny, teoretycznie średniej wielkości, jednak na tyle czytelny, że znakomicie informujący użytkownika o stanie urządzenia, wykorzystywanym sygnale i słuchanym materiale muzycznym, mieniący się błękitem prezentowanych informacji, wielofunkcyjny wyświetlacz. Żadnych zbędnych przycisków, czy pokręteł, tylko lekko zagłębione, będące centrum informacji okienko. Jeśli chodzi o kwestię wyposażenia tylnego panelu, ten w odróżnieniu od poprzednika otrzymał pozwalające zastosować często sporą rozmiarowo wtyczkę, odwrócone o 180 stopni, zintegrowane z głównym włącznikiem i bezpiecznikiem gniazdo zasilania oraz będącą potwierdzeniem dobrego wyboru, identyczną serię terminali typu: LAN, 2 x USB, Ground, Optical, COAX w standardach RCA i wieńczące całość oferty przyłączy gniazdo AES/EBU. Co zatem oprócz inaczej usadowionego gniazda IEC różni obydwie konstrukcje? Naturalnie w pierwszej kolejności niestety niewidoczne gołym okiem bez rozkręcania, nieco przeprojektowane trzewia oraz w odróżnieniu do szczotkowanego aluminium poprzednika obecne wykończenie obudowy procesem anodowania. A co z obsługiwanymi formatami? Zapewniam, tak jak w protoplaście wszystko jest w jak najlepszym porządku, jednak chcąc uniknąć zbędnego rozwadniania tekstu, po dokładną wiedzę z czym Lumina U2 Mini „się je”, zapraszam do zwyczajowej tabeli pod obydwoma testowymi opiniami.

Gdy doszliśmy do clou spotkania i przyszedł czas wyłożenia kart na stół, z pewnością spora grupa posiadaczy Lumina U1 Mini zachodzi w głowę, co można w nim poprawić. Przecież znakomicie radząca sobie na rynku jedynka była dobrze usadowiona w barwie, przy tym nieźle panowała nad kontrolą najniższych rejestrów, a wszystko okraszała przyjemnie wypadającymi, bo niekłującymi w uszy, ale dobrze wybrzmiewającymi wysokimi tonami. Wypisz wymaluj coś dla znaczącej większości populacji melomanów bez jakiegokolwiek strachu o potencjalną konfiguracyjną wpadkę. A jeśli tak, to jaki był sens zmiany warty na wersję U2 Mini? Owszem, ludzie lubią nowalijki, tylko czy włożony wysiłek inżynierów w najlepszym wypadku nie skończył się przysłowiowym skokiem w bok? I wiecie co? Sens był. I to jaki!
W wydaniu U-dwójki muzyka zyskała dosłownie w każdym aspekcie. Co więcej. W całym pasmie od dolnego zakresu, przez środek, po wysokie tony. A słowem, a raczej słowami – kluczami są większa energia przekazu i lepsza rozdzielczość. To zaś przełożyło się na poprawę rytmiki i w dobrym tego słowa znaczeniu oczekiwanej agresji wydarzeń scenicznych, serwując mi rzeczy, a raczej zapisane w materiale dźwiękowe artefakty, które dotychczas były jakby w tle. Zawsze je słyszałem, jednak traktowałem jako coś drugorzędnego, bo ledwie zasygnalizowanego w oddali, gdy tymczasem w jazzowej muzyce kontemplacyjnej spod znaku RGG „Mysterious Monuments On The Moon” okazywało się, że bez nich ich projekt jakby był okaleczony. Co prawda dopóki nie usłyszymy danego materiału w pełnej krasie aż tak brutalnie do tego nie podchodzimy, jednak po zapoznaniu się z pełnym spektrum wiedzy na jego temat, orientujemy się, ile dotychczas traciliśmy. Co w tym przypadku? Otóż nowa wersja Lumina znacznie dokładniej pokazywała pracę każdego muzyka. Począwszy od perkusisty – przyjemniej w odbiorze rozdrobnione sonicznie lekkie muśnięcia i mocne uderzenia bębnów przeplatane bezkreśnie wybrzmiewającymi przeszkadzajkami, przez pianistę – okraszone większym pakietem informacji na przemian szarpanie strun i płynna gra dłuższych pasaży tudzież większa zadziorność zaskakujących akordów, po preparującego grę na „przerośniętych skrzypcach” kontrabasistę, każdy z nich grał niby to samo, ale jakby inaczej. Jednakże to inaczej było nie tylko pożądane, ale dla mnie znacznie bliższe prawdzie o muzyce, bo wyczuwalnie bardziej namacalne.
Owa sytuacja w identyczny sposób przekładała się na cięższe gatunki muzyczne. Czy to koncertowa Metallica „S&M”, czy elektronika formacji Yello „Toy”, najważniejsze działania nowej odsłony streamera z serii „U” w postaci rozdzielczości i dodatkowej energii były przekuwane w lepsze pokazanie najdrobniejszych niuansów muzycznych. Jednak co bardzo istotne, nigdy nie zaobserwowałem niekontrolowanego zbliżania się dźwięku do przekroczenia progu dobrego smaku. Panowie z Lumina w sobie tylko znany sposób tak umiejętnie podkręcili zjawiskowość prezentacji, że wyłuskując z tła nawet najbardziej spektakularne piki soniczne, nie dając im wyjść przed szereg jedynie mocniej zaznaczali ich byt. To bardzo ważne, gdyż dla przykładu w przywołanym materiale „Toy” brak kontroli nad swobodą zawieszania w eterze mocnych nut skończyłoby się przysłowiowym pękaniem szkliwa na zębach. To oczywiście jedna strona medalu. Naturalnie piję do materiału rockowego wspieranego sekcją symfoniczną. W tym przypadku ogólna witalność i pakiet timingu znakomicie pomagały wychwycić z nie oszukujmy się, naładowanej dawką koncertowych decybeli wirtualnej stadionowej sceny, pracę przykładowego kilkuosobowego składu kontrabasów, czy skrzypiec. W słabej wersji odtworzenia przywołane sekcje są jedynie większą lub mniejszą plamą, gdy tymczasem oczywiście są zebrane w grupę, ale jednak pojedyncze źródła, co U-dwójka w stosunku do poprzednika znacznie lepiej unaoczniła. Wydaje się, że to niedużo, ale zapewniam, otrzymujemy całkowicie zmieniony, oczywiście znacznie lepszy punkt widzenia na słuchany materiał.

Wieńcząc powyższy opis jestem winny Wam opinię, czy nowe wcielenie Lumina Mini – w tym przypadku w specyfikacji U2 – warte jest przysłowiowej świeczki w postaci przesiadki na ocenianą nowość. Z autopsji wiemy, że nowość nie zawsze jest ewidentnym progresem, tylko lekkim przesunięciem priorytetów, a przecież nie o to podczas zmian w systemie na poziomie źródła chodzi. Na szczęście w tym przypadku temat jest jasny jak słońce, gdyż poprawa jakości oferowanego dźwięku jest znacząca. Na tyle rozległa – przypominam o cechach najważniejszych typu: lepsza rozdzielczość i motoryka, że jeśli w muzyce poszukujecie fajnej barwy, dobrej kontroli dolnego zakresu i żywej projekcji górnego pasma, że tytułowy Lumin U2 Mini ma wielką szansę na zawładnięcie sercami znakomitej większości populacji nie tylko melomanów, ale również dzielących włos na czworo audiofilów. Czym obronię tak wymowną opinię? Spokojnie, nie będę strzępił języka na powtarzanie zalet, tylko nie do końca przekonanych odeślę do powyższego opisu procesu odsłuchowego, z którego jasno wynika, że mamy do czynienia z urządzeniem wartym jeśli nie kupna w ciemno, to przynajmniej osobistego zapoznania się. Naprawdę warto.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition,
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II

Dystrybucja: Audio Atelier
Producent: Pixel Magic Systems Ltd.
Cena: 10 990 PLN

Dane techniczne
Natywna obsługa: max. DSD512, max. 768kHz/16–32-bit, MQA
Upsampling (wszystkie formaty): max. DSD256, max. PCM 384kHz
Komunikacja: Ethernet RJ45 network 1000Base-T; USB obsługuje pamięci flash drive, USB HDD (pojedyncza partycja FAT32, exFAT lub NTFS)
Wyjścia cyfrowe:
2 x USB: Natywnie DSD512; PCM 44.1–768kHz/16–32-bit
Optyczne, Coax RCA, Coax BNC, AES/EBU: DSD64 (DoP64, DSD over PCM); PCM 44.1kHz–192kHz/16–24-bit
Obsługiwane protokoły: UPnP AV, Roon Ready, TIDAL Connect, Spotify Connect, Flac lossless Radio stations, Apple AirPlay, Gapless Playback, On-Device Playlist
Obsługiwane formaty audio:
– bezstratne: DSF (DSD), DIFF (DSD), DoP (DSD); PCM : FLAC, Apple Lossless (ALAC), WAV, AIFF;
– kompresowane stratnie: MP3, MQA Wymiary (S x G x W): 300 x 244 x 60 mm
Waga: 2,5 kg

Pobierz jako PDF