1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. Sine MC40

Sine MC40

Link do zapowiedzi: Sine MC40

Opinia 1

Pół żartem, pół serio część naszych czytelników po teście „małego” StromTanka S-1000 uznała, że spokojnie możemy sobie darować dalsze poszukiwania i eksplorację segmentu ustrojstw prąd filtrujących. I pewnie coś w tych radach było na rzeczy, tym bardziej, że niemiecki kondycjoner i my bardzo miło wspominamy. Jednak chcąc mieć możliwie pełne rozeznanie w rynku nawet jeśli coś nam ewidentnie podpasuje wcale nie oznacza to, że definitywnie kończymy temat i nie mamy ochoty zakosztować alternatywnych rozwiązań. Dlatego też, gdy tylko nadarzyła się okazja do pozyskania na testy wyrób niedawno debiutującego na naszym rynku hongkońskiego Sine czym prędzej wyraziliśmy chęć przyjęcia go pod swoje dachy. O czym mowa? O najnowszym i zarazem najmniejszym z „pełnowymiarowych” kondycjonerów zasilania o symbolu MC40.

Wracając jedynie na chwilę do wstępniakowej charakterystyki naszego gościa pozwolę sobie nieco ją doprecyzować, bowiem reprezentujący tytułową markę rodzimy dystrybutor (AudioPhase Select) na chwilę obecną dysponuje ww. 40-ką, oraz usytuowanym oczko wyżej S-60A Pt Edition, gdy tymczasem w azjatyckim portfolio znajdziemy zarówno flagowy Gateway 3, jak i listwopodobne propozycje w stylu MC30, MC25 oraz minimalistyczną „kostkę” S-2X. Jakby tego było mało w ofercie jest jeszcze pięć modeli „zwykłych” listew oraz dwa potężne regulatory napięcia SRT-5KV Pt i SRT-3KV Pt a to jedynie niewielki wycinek imponująco szerokiego asortymentu oferowanego przez Sine, co jasno daje zainteresowanym do zrozumienia, że mamy do czynienia z poważnym graczem a nie efemerydą, która po jednym rozbłysku zniknie za horyzontem.
Wracając do MC40 nie da się ukryć, iż już w trakcie unboxingu jego wartość postrzegana wyraźnie wykracza poza widniejącą na metce cenie oscylującej w okolicach 8 kPLN. Uwagę zwraca masywny, precyzyjnie obrobiony centymetrowy aluminiowy front z podświetlonym firmowym logotypem i mający mniej więcej połowę standardowej głębokości komponentów Hi-Fi równie solidny, czerniony korpus. Dzięki temu 40-kę z powodzeniem można ustawić na półce audio-stolika a podłączone na jego „plecach” przewody nie będą kłębić się za szafką, zajmując dodatkowe miejsce. A właśnie, przy chociażby przelotnym zerknięciu na zakrystię 40-ki z lekkim smutkiem wypada stwierdzić, iż przeznaczona na rynek europejski (zarówno „kontynentalny” , jak i UK) wersja dysponuje jedynie sześcioma gniazdami wyjściowymi – dwoma przeznaczonymi dla reprezentantów domeny cyfrowej i czterema dla urządzeń „analogowych”, w przeciwieństwie do amerykańskiej (US Nema) edycji, które mogą pochwalić się gniazdami ośmioma (oprócz ww. „europejskiego” zestawu dochodzi jeszcze para High-Current). Jeśli zatem dla kogoś sześć przyłączy to za mało, to do wyboru ma jeszcze ww. 60, która dysponuje siedmioma gniazdami Schuko. Na otarcie łez wypada wspomnieć, iż wszystkie gniazda nie dość, że posiadają platynowane pin-y, to dodatkowo poddano je obróbce kriogenicznej, czyli schłodzono je do -196°C na okres 48h, dzięki czemu wg. producenta, zmianie ulega struktura molekularna metali, zmniejsza się wewnętrzny opór elektryczny a tym samym minimalizowane są straty przepływu. Kriogenizacji poddano również wewnętrzne okablowanie, w tym dwie główne miedziane żyły solid-core o średnicy 13AWG (1.828 mm / 2.62 mm²) i wysokiej klasy 20A wyłącznik automatyczny. Masywną, stalową płytę spodnią uzbrojono w cztery firmowe aluminiowe, antywibracyjne stopy podklejone od spodu miękkim filcem. A jeśli kogoś najdzie ochota, skłoni go do tego deficyt miejsca, z powodzeniem może 40-kę ustawić w pionie.
Jeśli chodzi o trzewia, o których już co nieco zdążyłem wspomnieć, to każda z par gniazd wyjściowych posiada własną sekcję układów kompensacyjnych poprawiających przepływ i dostarczanie energii elektrycznej a rolę dodatkowych oczyszczaczy pełnią dwa 40A przewody magnetyczne ze stopu aluminium (charakterystyczne czarne cylindry). Z kolei umieszczone w dolnej komorze antyrezonansowe, pieszczotliwie określane przez „życzliwych” mianem „kociego żwirku”, grafitowe wypełnienie dodatkowo pochłania wewnętrzne zakłócenia elektromagnetyczne. O izolację przed zewnętrznymi RFI dba odpowiednio solidny korpus.
Zgodnie z zapewnieniami producenta maksymalną, ciągłą obciążalność Sine MC40 ustalono na poziomie 6 000 W.

Tyle teorii, solennych zapewnień wytwórcy i wrażeń czysto organoleptycznych. Najwyższa pora na odsłuchy, podczas których poza Sine znalazła się jedynie 300W integra Vitus Audio RI-101 MkII która na 99,9% tego typu uzdatniaczy reaguje ciężką alergią. Efekt zastąpienia mojego dyżurnego „nicniemającego” Furutecha e-TP60ER? Zaskakujący, bowiem zazwyczaj zastąpienie japońskiej listwy dysponującą bardziej zaawansowaną filtracją konkurencją bądź kondycjonerem zazwyczaj objawia się obniżeniem równowagi tonalnej, delikatną limitacją góry i okazjonalnym majstrowaniem przy głębokości sceny, barwach i wysyceniu przekazu. Tymczasem MC40 wniósł powiew energetycznej witalności i blasku. Zero spodziewanego zaokrąglenia, zero „misia” na basie a w zamian za to soczysta świeżość i świetny drajw. Co ciekawe, choć najniższe składowe zyskały na zróżnicowaniu i crossfitowej żylastości trudno było powiedzieć, że basu jest faktycznie mniej. Po prostu był lepiej kontrolowany i bardziej żwawy, więc finalnie przy takim samym wolumenie oferował większy, bogatszy pakiet informacji.
Zacznijmy jednak od początku, czyli od rozgrzewkowego „Love, its longing. Vol.4” Woongsan gdzie nie tylko wokal artystki został z iście zegarmistrzowską precyzją zdefiniowany tuż przed słuchaczami, co i ona sama zmaterializowała się w przestrzeni międzykolumnowej. Przesadzam? Cóż, niewykluczone, lecz jeśli znacie anegdotę o takim poziomie realizmu, kiedy podczas odtwarzania repertuaru znanych rockowych kapel z barku znikają co mocniejsze trunki, a jeśli tylko gospodarz dysponował jakimiś innymi substancjami psychoaktywnymi, to poodsłuchowy remanent również wykazywał pewne braki, to Sine podąża właśnie w tym kierunku. Całe szczęście azjatycka Diva nijakich ciągot do używek nie wykazywała, więc ograniczyła się li tylko do nieco ponad trzech kwadransów obecności w moim pokoju i wielce zmysłowego, kameralnego recitalu. Ponadto świetna rozdzielczość i wspomniana świetlistość wprowadzona przez MC40 nie spowodowały męczącego na dłuższą metę podkreślenia sybilantów, więc pomimo ewidentnie „szeleszczących” partii wokalnych komfort odsłuchu był wyborny. Idąc za ciosem i chcąc na własnej skórze przekonać się o ww. znikaniu bursztynowych eliksirów sięgnąłem po „Empire” Qeensrÿche i choć stan barku nie uległ zauważalnemu uszczupleniu, przynajmniej przez ekipę z Seattle, to prawdę powiedziawszy dawno stary dobry rock (dla niewtajemniczonych ten krążek ma … 36 lat) nie zabrzmiał u mnie z takim rozmachem i swobodą a jednocześnie zaraźliwym timingiem, unikając jednocześnie „kuracji odchudzającej”. Nie problem bowiem „zrobić” przestrzeń kastrując nagranie z basu, jednak efekt takowych działań zazwyczaj przypomina „symulację” głośnika tubowego za pomocą metalowego wiadra a takich atrakcji nasz dzisiejszy gość mi oszczędził. I tu kolejna ciekawostka, bowiem zarówno pedantyczne zaczernienie tła i oczyszczenie przekazu nie spowodowało ani efektu zbytniej sterylności, ani wręcz przeciwnie – utraty otwartości góry i redukcji aury pogłosowej, gdyż te składowe zostały wręcz dopieszczone i podkreślone. Wszelkie mikro wybrzmienia mogły dłużej „gasnąć” w tle, gdyż nie przykrywały je żadne pasożytnicze artefakty. Podobne adnotacje poczyniłem przy wokalu Geoffa Tate’a, który choć odważnie zapuszczał się w wysokie rejestry ani razu nie spowodował grymasu na mej twarzy. Po prostu całość brzmiała nie tylko dobrze, co realistycznie a to, przynajmniej przy starszych i w dodatku rockowych nagraniach niezbyt często spotykane połączenie. Przypadek, nie sądzę, gdyż dalsze próby z coraz cięższym materiałem za każdym razem dowodziły genialności hongkońskiego uzdatniacza. Jeśli ktoś w tym momencie sceptycznie podchodzi zarówno do kwiecistości, jak i słuszności moich komplementów dotyczących MC40, to polecę mu wypożyczenie tytułowego filtra, wpięcie weń posiadanego systemu i włączenie na niemalże koncertowych poziomach głośności „Hymns in Dissonance” Whitechapel. Następnie wystarczy, że uda się po sąsiadach z przeprosinami, a wiedzę podczas odsłuchów zdobytą zachowa dla siebie. Sine pewnie też, ale to już zupełnie inna historia …

Prawdę powiedziawszy za bardzo nie wiem, jak podsumować odsłuchy Sine MC40, gdyż z jednej strony mamy do czynienia z niezwykle skutecznym i w dodatku nader rozsądnie wycenionym akcesorium uzdatniającym prąd zasilający nasze urządzenia a z drugiej cały czas z tyłu głowy mam świadomość, iż to przecież dopiero jeśli nie początek, to co najwyżej półmetek możliwości azjatyckiego wytwórcy. Jeśli więc już na starcie wypstrykam się z samych ochów i achów jak poradzę sobie z dalszym stopniowaniem zachwytów w ramach kolejnych testów? Dlatego też w ramach dzisiejszej puenty pozwolę sobie jedynie stwierdzić, że dysponując przysłowiową „dyszką” na zasilanie i zarazem przejawiając oznaki niecierpliwości z powodzeniem można zdecydować się na Sine MC40 z jakimś możliwie wydajnym prądowo przewodem w stylu firmowego Nidas HC+ i na dłuższy czas zapomnieć o temacie. Jeśli jednak ktoś celuje „wyżej”, to z pewnością powinien przyjrzeć i przysłuchać się starszemu rodzeństwu naszego bohatera.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame; TIGLON TPL-3000L-WT (White Tiger)
– Akcesoria: Omicron X1 Top Harmonix Stabilizer
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Jestem pewny, że tak ja, także znakomita większość Was w jakimś momencie zabawy w hobby związanym z tematyką audio spotkała się z problemem braku gniazd pozwalających zasilić rozbudowany system. Temat jest stary jak świat, jednak w błędzie jest ten, kto sądzi, że łatwy do ogarnięcia. Mam oczywiście na myśli stanięcie przed wyborem, czy decydujemy się na pozbawioną jakichkolwiek systemów filtrujących energię elektryczną przed dostarczeniem jej do urządzeń zwykłą listę zwaną potocznie „złodziejką”, czy idziemy w stronę bardziej lub mniej zaawansowanych technicznie kondycjonerów. Naturalnie z uwagi na brak szans na jednoznaczną odpowiedź co jest lepsze, a co gorsze, nie będę drążył tego tematu, tylko zainteresowanych zapraszam do zapoznania się z opinią na temat zasilenia w moim zestawie sekcji przedwzmacniacza liniowego pochodzącym z Hong Kongu kondycjonerem marki Sine, z portfolio której stacjonujący w Sukowie dystrybutor AudioPhase Select dostarczył nam model MC40.

MC40-ka to średniej wielkości, z uwagi na ładne wykończenie wyglądająca jak komponent audio skrzynka z grubym aluminiowym panelem, w trzewiach której konstruktorzy umieścili efekty wieloletnich doświadczeń. Idąc za informacjami producenta należą do nich: zastosowanie 40-amperowych przewodów magnetycznych ze stopów aluminium do kondycjonowania napięcia, zastosowanie gniazd wysokoprądowych, platynowane gniazda i wtyki poddane obróbce kriogenicznej, niedziane okablowanie wewnętrzne osiągające poziom średnicy o wartości 13 AWG, 3 zestawy układów kompensacyjnych, wytłumienie dolnej części obudowy materiałami bitumicznymi działającymi antywibracyjne oraz 20A włącznik główny poddany obróbce kriogenicznej. Jak widać, panowie się przyłożyli. I to nawet bardzo, bowiem na tylnym panelu nie dość, że znajdziemy 6 kondycjonowanych gniazd, to jeszcze zgrupowano je w dwóch sekcjach dedykowanych osobno dla komponentów analogowych i cyfrowych. Czyli śmiało można powiedzieć, iż jest na bogato. A jak w temat wygląda od strony wpływu na wykorzystujące naszego bohatera urządzenia? Po odpowiedź naturalnie zapraszam do kolejnej części tekstu.

Zanim przejdę do konkretów, wspomnę, iż wyniki testu tytułowego kondycjonera w dzisiejszym przypadku są tak naprawdę różnicami pomiędzy wykorzystaniem jego zaraz po wypięciu elektroniki ze zwykłej listwy bez żadnych układów poprawiających jakość energii elektrycznej. Osobiście używam tylko prostych rozgałęziaczy, dlatego bardzo łatwo jest mi zorientować się, co dzieje się, gdy zastosuję jakiś aktywnie działający terminal prądowy Jak zatem odebrałem będącego punktem dzisiejszego zainteresowania przedstawiciela z Azji Sine MC40? Otóż od pierwszych taktów słychać było, że przekaz nabrał płynności. Muzyka brzmiała bardziej gładko i jakby cieplej. Nie nabrała masy, a nawet jakby lekko zgubiła parę dekagramów, dzięki czemu stała się bardziej angażująca w odbiorze. A powodem takiego stanu rzeczy było lekkie podniesienie tonacji dźwięku, co zafundowało mu ciekawy w odbiorze zastrzyk ekspresji. Ekspresji, która poprawiła drive muzyki i żywiołowość kreowania wydarzeń na wirtualnej scenie. Efekt wypadał naprawdę ciekawie, bowiem mimo mojego codziennego optowania za solidniejszym przestawianiem ścian podczas słuchania mocnych kawałków rockowych, w tym przypadku minimalnie delikatniejsze walnięcie dźwiękiem z powodzeniem rekompensowała dawka płynnie podanej ekspresji. Bez zabiegu ukulturalniania byłoby to pewnie męczące, tymczasem dobrze, bo okraszone plastyką doświetlenie średnicy spowodowało, że rockmeni w swoim szaleństwie szli na tak zwanego maksa. Reasumując powyższy przykład mocne granie mimo minimalnej kuracji odchudzającej może nieco inaczej, ale nadal pokazywało swoje rogi. Podobną drogą odbioru szła także muzyka jazzowa. Brzmiała niby lżej, jednak przy okazji pokazywała większe rozwibrowanie, co w tym gatunku jest bardzo istotnym elementem w docieraniu do serca melomana. Ale żebyśmy się dobrze zrozumieli, owo odchudzenie było symboliczne, dlatego nie było kosztów ubocznych, tylko inne podejście pokazania odbiorcy innego sposobu na muzykę. A piszę o tym z uporem maniaka, gdyż bez dwóch zdań ten aspekt było słychać. Aspekt, który jak wynika z powyższych przykładów, nie dość, że nie był jakimkolwiek problemem, ale nie zdziwiłbym się, gdyby był pewnego rodzaju ratunkiem. I powiem szczerze, że gdy nie przepadam za kondycjonerami, bo zazwyczaj tylko zwiększają nutę gładkości, to takie z jednej strony upłynnienie przekazu, a z drugiej ożywienie go przyjąłem z wielkim pozytywnym zaskoczeniem. A jak zaznaczyłem, nie jestem entuzjastą stosowania kondycjonerów.

Czy bazując na powyższych wnioskach Sine MC40 mogę zaproponować każdemu? Otóż, jeśli tylko nie macie nazbyt stonowanego w prezentacji systemu, jak najbardziej tak. Dostaniecie fajne, bo żywe i przyjemnie w odbiorze granie, które odda ducha każdego rodzaju muzyki. I nie będzie miało znaczenia, że z minimalnie podniesiona tonacją, gdyż to zmiany na poziomie drobnej korekty, które w zderzeniu z przyjemnością odbioru na początku okażą się nieistotne, a po krótkim czasie całkowicie niezauważalne. A to dopiero pierwsza dobra informacja, bowiem drugim aspektem przemawiającym za testowanym kondycjonerem jest bardzo ciekawie skorelowana z jakością brzmienia cena. Banał? Zapewniam, że nie, czego biorąc go na testy sami możecie doświadczyć.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME, Dyrholm Audio Nexus
– kabel USB: ZenSati Silenzio, Dyrholm Audio Nexus
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Dystrybucja: AudioPhase Select
Producent: Sine
Cena: 7 990 PLN

Dane techniczne
Maksymalna moc ciągła: 6 000 W (220 V)
Łączna moc chwilowa (impulsowa): 10 600 W (220 V)
Wymiary (S x G x W): 372 × 180 × 160 mm
Masa netto: 10 kg

Pobierz jako PDF