1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. StromTank S-1000

StromTank S-1000

Link do zapowiedzi: StromTank S-1000

Opinia 1

Pamiętam czasy, gdy będący dzisiejszym tematem jednooki cyklop zza naszej zachodniej granicy na monachijskiej wystawie był swoistym kopciuszkiem. Niby pojawiał się na bilbordach i gdzieniegdzie w systemach audio, ale jakoś niespecjalnie przykuwał uwagę. Ot, nowa propozycja zasilania, której znakiem szczególnym na tle konkurencji był i jest bajecznie wyglądający „zegarmistrzowski” wskazówkowy miernik zużycia energii. Jak się jednak jakieś dwa lata temu okazało, niepozorne pojawianie się tu i ówdzie było w pełni zaplanowanym przygotowaniem pola pod frontalny atak. Co to znaczy? Otóż obecnie po sprawdzeniu się w wielu wystawowych bojach nasz bohater stał się na tyle rozchwytywaną konstrukcją, że naprawdę, gdzie człowiek się nie obejrzy, dumnie prezentuje się w najbardziej zacnych konfiguracjach. Kto, co? Oczywiście tytułowy niemiecki podmiot oferujący akumulatorowe zasilacze StromTank, z którego portfolio, dzięki logistycznemu zaangażowaniu łódzkiego Audiofastu w nasze progi trafił model S-1000. To co prawda tak zwana podstawka – produkt rozpoczynający ofertę w cenniku, ale zdziwi się ten, kto sądzi, że 1000-ka tylko ładnie wygląda.

Rzeczony terminal prądowy to w skrócie nic innego, jak wykorzystujący zaawansowaną technologię bardzo wydajny akumulator prądu. Co ciekawe, akumulator potrafiący skutecznie dbać o serwowaną elektronice przez siebie energię elektryczną nie tylko z już naładowanych, pracujących w systemie 24V, 8 wewnętrznych ogniw LFP (litowo-żelazowo-fosforanowych), ale także już podczas ich ładowania. Naturalnie pełnię swoich możliwości StromTank pokazuje podczas całkowitego odcięcia od domowej sieci, jednakże bazując nie tylko na informacjach producenta, ale także na doświadczeniach empirycznych wiem, że nawet w trakcie wejścia w tryb doładowywania brzmienie systemu jest wyższej próby. Ten temat jest bardzo prosty do weryfikacji dokonując krótkich odsłuchów przed aplikacją, zaraz po wpięciu w tor podczas ładowania, a na koniec po przejściu Stromtanka w stan pełnego naładowania. Zapewniam, każdy krok kolokwialnie mówiąc oddalający nas od przysłowiowego gniazdka w ścianie jest krokiem w stronę większej kultury brzmienia systemu, a przy okazji owo czyniące energetyczne dobro urządzenie za sprawą zegarkowego wskaźnika na froncie bardzo ładnie wygląda.

Co stało się po zasileniu StromTankiem w moim przypadku złożonego z dwóch komponentów źródła (streamer plus wewnętrzny przetwornik w CD-ku)? Jak sugerowałem w poprzednim akapicie, karmienie go energią jeszcze podczas ładowania wewnętrznych akumulatorów było krokiem w dobrą stronę. Przekaz nabrał płynności, ale także zyskał lekko na energii zachowując przy tym niezbędny do pokazania drapieżności słuchanej muzyki wigor. Zniknęła pewnego rodzaju szorstkość, a w zamian poprawiły się symptomy dobrze rozumianego spokoju. Jednak w zderzeniu z pełnym przygotowaniem S 1000-ki na bazie wewnętrznych ogniw akumulatorowych była to dopiero przygrywka. Mianowicie przywołane działania nabrały dodatkowej mocy, co spowodowało wybuch płynności i soczystości środka pasma, a tym samym namacalności całego przekazu. Co ciekawe nie stracił na tym rozmach jego projekcji i szybkość reakcji systemu na zmieniające się warunki soniczne zapisane w danym materiale muzycznym. Jakby ktoś tchnął w system dobrze kontrolowany i udanie umuzykalniający pakiet bogatej w informacje energii. Owszem, w stosunku do zasilania bezpośrednio z gniazdka efekt odbierałem jako zmianę priorytetów prezentacji w stronę większej przyjemności odbioru wybranej płyty, ale nie był to efekt typowego ugładzania przekazu kosztem bezpośredniości i mkrodynamiki, jak dzieje się to przypadku wielu tego typu ustrojstw prądowych, tylko przesunięcia punktu poziomu nasycenia materiału. I co jest bardzo istotne, nadal z identycznym podejściem do dźwięczności i lotności każdej, nawet najcichszej pojedynczej nuty. Gdybym miał w miarę zwięźle określić działanie niemieckiej mega „baterii”, powiedziałbym, że to coś w rodzaju ostatniego szlifu kreowania muzyki odtwarzanej przez nasze konfiguracje. Jak wynika z opisu zmieniając estetykę na bardziej przyjemną w odbiorze, a przez to powodującą przyjemne zbliżenie się odbiorcy do realiów danej sesji nagraniowej, jednakże bez szkodliwych efektów zbytniego uspokajania jej wizualizacji w przestrzeni dobrze rozbudowanej, bo odpowiednio rozłożonej w 3 wymiarach i pełnej swobody wybrzmiewania wirtualnej sceny. A, że owe działania nie były inwazyjne, a jedynie niczym przyprawa w jedzeniu w tym przypadku lekko dopieszczające dźwięk, zmiany w ostatecznym szlifie mojej zbieraniny pozytywnie wpłynęły na pełne spektrum słuchanego materiału od intymnych impresji Leszka Możdżera w materiale „Piano” , po mocne granie Evanescence z najnowszej płyty „Sanctuary” .
W pierwszym przypadku zaraz po samej muzyce będący głównym bohaterem tego krążka fortepian zachowywał odpowiednie dla wiernego zwizualizowania go w przestrzeni proporcje. Brzmiał dostojnie, bo z dobrym wyważeniem ilości każdego podzakresu, odpowiednią płynnością, ale też znakomitą dźwięcznością i kiedy wymagała to symbolicznie zawieszona w eterze nuta jakby bez końca. To zaś pozwalało nie tylko z wielką przyjemnością na przesłuchanie całego materiału od przysłowiowej dechy do dechy, ale także bezwarunkowe zatracenie się w nim. Bez dwóch zdań zaliczyłem smakowitą ucztę dla mych uszu.
Odnosząc się do drugiej pozycji płytowej spieszę donieść, iż artykułowana wcześniej płynność i gładkość przekazu nie spowodowały utraty tak ważnych dla tej muzyki aspektów kreowania wyraźniej krawędzi i agresywności ataku każdego akordu. Dzięki temu wespół z dobrą wagą dźwięku w występie znakomicie mogły zaistnieć nie tylko wyrazista wokaliza artystki, ale także mocne gitarowe pasaże. To oczywiście przełożyło się nie tylko na fajny pazur i ekspresję brzmienia formacji, ale też dużą dosadność w domenie muzykalności, dzięki czemu bez najmniejszych problemów mogłem znacząco podnieść ilość decybeli podczas słuchania tej nowości, a przez to w stylu znanym mi z młodości przeżyć dobrze wykreowane jakościowo muzyczne trzęsienie ziemi. Nie powiem, podczas słuchania tego typu twórczości lubię sobie pofolgować z głośnością i gdy dzięki fajnym działaniom testowanych akcesoriów lub urządzeń mogę sobie na to pozwolić, tak jak w tym przypadku nawet przez moment nie zastanawiam się, tylko to robię. Oj działo się.

Gdzie widziałbym tytułowy terminal prądowy StromTank S-1000? Tutaj nie będę odkrywczy, gdyż on nie modeluje dźwięku, tylko doprawia go poprzez serwowanie systemowi czystego prądu, dlatego w kwestii prób we własnym systemie nie widzę przeciwwskazań dla nikogo. Oczywiście trzeba się liczyć z minimalnym ugładzeniem przekazu, jednak tylko jako efekt nabrania esencjonalności muzyki spowodowanej dostarczeniem do systemu wolnej od śmieci energii elektrycznej. Jednak, jeśli Wasz set jest skonfigurowany nawet nie wybitnie, ale co najmniej poprawnie, zobaczycie, iż zastosowanie niemieckiej elektrowni wniesie do muzyki wiele dobrego. Na tyle wymownego, że lojalnie ostrzegam, trudno będzie go zwrócić do sklepu.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME, Dyrholm Audio Nexus
– kabel USB: ZenSati Silenzio, Dyrholm Audio Nexus
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Opinia 2

O ile w warunkach idealnych referencyjny pokój odsłuchowy, wzorem m.in. sali demonstracyjnej w głównej siedzibie Marten-a, powinien być odizolowany od otoczenia tak mechanicznie, akustycznie, jak i elektrycznie, to proza życia bardzo szybko owe ideały sprowadza do poziomu w miarę akceptowalnych pod względem wzorniczym przez resztę domowników ustrojów akustycznych, możliwie estetycznych akcesoriów antywibracyjnych, stosownego stolika i jakiegoś uzupełniającego ograniczoną liczbę gniazd ściennych rozgałęziacza mogącego pochwalić się mniej, bądź bardziej zaawansowaną filtracją. Jak się bowiem okazuje pomijając komplikacje natury architektonicznej większość wykazujących zamiłowanie do wysokiej próby dźwięków lubi dzielić się i zarażać pozostałych członków rodziny swą pasją a nie po powrocie do domu zamykać w „izolatce”, albo innym bunkrze. Dlatego też idąc na oczywiste kompromisy lokalowe można próbować zapewnić może nie tyle sobie, co posiadanemu systemowi chociażby dobrostan natury energetycznej i zadbać o możliwie czysty prąd. O co, jak wszem i wobec wiadomo coraz trudniej, gdyż jak w sieci nie sieje AGD, klimatyzacja, to swoje przysłowiowe trzy grosze dorzuca, cytując klasyka, „OZE, s@#e” a tego typu atrakcji lepiej wrażliwej elektronice Hi-Fi/High-End oszczędzić. I w tym momencie na scenę wkraczają specjaliści od możliwie skutecznej filtracji i regeneracji docierającego do naszych domostw prądu z których to grona, dzięki uprzejmości łódzkiego Audiofastu, udało nam się wyłuskać niemieckiego StromTank-a i otwierający jego portfolio akumulatorowy kondycjoner zasilania S-1000.

Choć w przypadku S-1000 mamy do czynienia z najmniejszym z rodu niemieckich uzdatniaczy prądu to pomimo najszczerszych chęci nie sposób określić go mianem kompaktowego. O nie, mamy bowiem do czynienia z całkiem pokaźną bryłą o wymiarach 48 x 47 x 22 cm i wadze 41 kg, czyli rozmiarówką poważnych wzmacniaczy i końcówek mocy. O ile jednak korpus niczym specjalnym się nie wyróżnia, to już lekko wypukły front łapie za oko charakterystycznym „zegarowym” wskaźnikiem z zielonym bądź błękitnym (w zależności od trybu pracy) podświetleniem nadającym całości nieco steampunkowego sznytu. Od razu wyjaśnię, iż zieleń przypisano pracy wyłącznie na baterii a błękit pojawia się, jeśli naładowanie akumulatorów spadnie poniżej 10% i załączy się ładowanie sieciowe. Poniżej umieszczono rządek informujących o stanie naładowania diod, w lewym narożniku przełącznik trybu pracy (ON-grid / OFF-grid) a w prawym bliźniaczy odpowiedzialny za intensywność iluminacji.
Zdecydowanie więcej dzieje się na ścianie tylnej, gdzie do dyspozycji otrzymujemy cztery gniazda schuko (Furutech NFC) w towarzystwie bezpiecznika termiczno-magnetycznego. Nad nimi umieszczono opcjonalną przelotkę triggera 12V. Prawą część pleców zajmuje zestaw trzech portów serwisowych oraz komora bezpiecznika, gniazdo i główny włącznik zasilania tuż obok których uwagę zwraca … stacyjka zabezpieczająca kondycjoner na czas transportu i zacisk uziemienia. W ramach opcjonalnego wyposażenia, oprócz wspomnianej magistrali triggera producent oferuje również elegancki pilot oraz poza klasyczną czernią i srebrem bardziej ekskluzywne wykończenia – glossy black i meteorite.
Pod względem konstrukcyjnym StromTank S-1000 wykorzystuje integrowany system ośmiu ogniw litowo-żelazowo-fosforanowych o łącznej pojemności 1000 Wh pracujących w systemie 24 V oraz wysokowydajny falownik, dzięki któremu nawet podczas ładowania generuje na wyjściach idealną falę sinusoidalną. Praca akumulatorów jest cały czas monitorowana przez stosowne oprogramowanie a ich żywotność przewidziano na 6 000 cykli ładowania, co daje około 15-20 lat eksploatacji, po których zgodnie z zapewnieniami producenta będzie można je bez problemu wymienić na nowe.

Patrząc na deklarowaną ciągłą moc wyjściową na poziomie 450 VA jasnym jest, że 1000-ki nie przewidziano do zasilania potężnych kilkusetwatowych wzmacniaczy i szczególnie rozbudowanych systemów, co poniekąd potwierdza ograniczona do czterech (w wersji europejskiej) ilość wyjść. Całe szczęście również sam producent nie próbuje zaklinać rzeczywistości i S-1000 rekomenduje posiadaczom niewielkich systemów oraz do samych źródeł bardziej rozbudowanych, muskularnych układanek. Dlatego też trzymając się powyższych wskazówek w trakcie testów zasilaliśmy ze StromTanka jedynie źródła – Lumina U2 Mini i odtwarzacz/DAC Gryphon Audio Ethos.
Efekt? Powiem szczerze, że tyleż zauważalny, co … pozytywny, a to wcale nie takie oczywiste, szczególnie jeśli weźmiecie Państwo pod uwagę repertuar, którym przez większość czasu katuję własne zmysły. To zazwyczaj ciężki Rock i wszelakie odmiany metalu, których próżno szukać na audiofilskich samplerach, czy też w trakcie wszelakich audio-spędów w stylu rodzimego Audio Video Show, czy też High Endu. Za to serwując ów pozorny łomot przynajmniej, jeśli chodzi o kwestie dynamiczne jak na dłoni widać, znaczy się słychać, czy dane akcesorium staje się wąskim gardłem i wraz z oczyszczaniem dynamikę limituje, czy też nie tylko nadąża za nieraz obłąkańczymi tempami, co oddaje pełen drzemiący w materiale źródłowym ładunek energetyczny. A większość, poza nielicznymi wyjątkami, chwalących się skuteczną filtracją ustrojstw wraz ze wszelkiej maści śmieciami również i znaczącą część owej energii zabiera. Dlatego też zamiast drukować mecz i grać tylko „windziane smęty” na rozgrzewkę sięgnąłem po „Jomsviking” Amon Amarth, który może i jest daleki od wzorca czytelności i rozdzielczości, gdyż mówiąc wprost niezależnie od reprodukującego systemu brzmi płasko i na skutek kompresji niezbyt przestrzennie, lecz perkusyjne galopady Tobiasa Gustaffsona wraz potężnymi riffami i brutalnym growlem Johanna Hegga nie powinny dawać nawet chwili wytchnienia. Partie basu litościwie przemilczę, bo zazwyczaj zlewają cię z podwójną stopą a i sama realizacja nie ułatwia wyodrębniania poszczególnych szarpnięć strun. Niemniej jednak „mały” StromTank dwoił się i troił, by z tego całego piekielnego rozgardiaszu coś pozytywnego wycisnąć, więc choć nieco zaokrąglał krawędzie i ozłacał górę, to dzielnie nadążał za szaleńczym tempem wikińskiej opowieści i nie tylko nie dokładał od siebie „buły”, co starał się możliwie efektywnie poprawić czytelność nagrania eliminując zamazującą kontury morę i pasożytnicze zniekształcenia. Jak jednak wiadomo z próżnego to i Salomon nie naleje, więc nieco ułatwiając mu pracę zmieniłem wsad muzyczny na post-black metalowe wydawnictwo „Solastalgia” Heretoir, po którym przyszła pora na gwóźdź nie tyle do trumny, co programu, czyli „Hymns in Dissonance” Whitechapel i tu zrobiło się naprawdę ciekawie, bowiem z jednej strony, szczególnie w trybie pracy wyłącznie na akumulatorach delikatne złagodzenie ataku i agresji było oczywiste, jednak z racji ewidentnego oczyszczenia sygnału z wszelkich pasożytniczych artefaktów i totalnego zaczernienia tła można było słuchać o wiele głośniej aniżeli bez StromTanka, więc finalnie i tak całość zabrzmiała jeszcze bardziej spektakularnie i … nie tyle ładniej, bo to zupełnie inne klimaty, co po prostu czytelniej.
Wróćmy jednak z piekielnych otchłani na ziemię i nieco bardziej mainstreamowe doznania nauszne, gdzie obecności S-1000 w torze inaczej aniżeli oczywistego progresu ocenić nie sposób. Niezależnie bowiem od tego, czy na playliście pojawiał się oparty na grze ciszą jazz w stylu „Pax” Tingvall Trio, czy orientalnego „Shiraz” Dhafera Youssefa za każdym razem można było odnieś wrażenie jakby nagranie dostało poddane swoistej dekonstrukcji, czyli rozłożeniu na czynniki pierwsze, misternemu wyczyszczeniu, wypolerowaniu i nasmarowaniu a następnie przywróceniu do postaci pierwotnej. Czyli niby mamy do czynienia z tym samym co zwykle, lecz jednocześnie wszystko brzmi lepiej, w większa koherencją, precyzją i płynnością. Nic nie zgrzyta, nie chrobocze i jest niczym „górnopółkowy” rower po profesjonalnym przeglądzie i bikefittingu, który niemalże „jedzie sam” przy nawet najdelikatniejszym zakręceniu „korbą”. Przełączenie w tryb pracy falownika nieco ową płynność utwardza, lecz nie poprzez, pozostając przy jednośladowej metaforyce, użycie gęstszego, stawiającego większy opór smaru, co poprzez dyskretne wyostrzenie krawędzi i równie wyważone akcentowanie skoków tak mikro, jak i makro dynamiki.

Jak z pewnością zdążyliście Państwo zweryfikować StromTank S-1000 nie jest ani propozycją budżetową ani takowym systemom dedykowaną. Swoją klasę pokazuje bowiem w ekstremalnym High-Endzie, gdzie jego rolą nie jest ratowanie sytuacji poprzez maskowanie mankamentów obecnej w torze elektroniki a zapewnienie jej możliwie najbardziej komfortowych warunków pracy. Sprawia, że to, co i bez niego brzmiało świetnie pokazuje swe jeszcze bardziej atrakcyjne oblicze a aplikacja niemieckiego uzdatniacza nie tyle wywraca przysłowiowy stolik, co nosi znamiona ostatecznego szlifu. No i nie sposób zapomnieć o wielce atrakcyjnej aparycji, więc zamiast wstydliwie chować się za systemem S-1000 z powodzeniem może stać w pierwszej linii z resztą wyrafinowanego toru.

Marcin Olszewski

Dystrybucja: Audiofast
Producent: StromTank
Cena: 67 170 PLN; + 5 100 PLN pilot; + 2 100 PLN Trigger

Dane techniczne
Technologia: Zintegrowany system z akumulatorem litowo-żelazowo-fosforanowym
Pojemność: 1000 Wh
Napięcie nominalne akumulatora: 24 V DC
Napięcie wejściowe: 200–245 V AC
Częstotliwość wejściowa: 50 lub 60 Hz
Czas przełączenia: < 15 ms (z sieci na zasilanie wewnętrzne)
Napięcie wyjściowe: 200–245 V AC (czysta sinusoida)
Częstotliwość wyjściowa: 50 Hz / 60 Hz ±0,05%
Moc wyjściowa ciągła: 450 VA przy 25°C
Moc wyjściowa przez 3 minuty: 700 VA przy 25°C, maks. 3 minuty
Moc wyjściowa przez 3 sekundy: 1800 VA przy 25°C
Wyjścia AC: 4 x gniazda schuko (Furutech NFC) lub 4 x gniazda duplex (czysta miedź, pokryte rodem)
Wymiary (S x G x W): 48 x 47 x 22 cm
Waga: 41 kg

Pobierz jako PDF